Twórczość

Opowiadania

Każde opowiadanie jest podróżą w nieznane, gdzie granica między rzeczywistością a koszmarem zaciera się z każdym kolejnym akapitem. Nie wszystkie historie potrzebują setek stron, by pozostawić po sobie ślad. Czasem wystarczy zaledwie kilka, by utonąć w fabule.

Do przeczytania

Historie

Zatrzymaj się na chwilę i zanurz w jedną z moich historii. 

Operacja "Wilczyca"

O Panie Boże, Ojcze nasz, w opiece swej nas miej, harcerskich serc

Ty drgania znasz, nam pomóc zawsze chciej, wszak

Ciebie i Ojczyznę miłując chcemy żyć.

 

Gdzie jesteście? – ja Wilczur wołam.

Gdzie jesteście? – idę po was!

 

Lao Che „Przebicie do Śródmieścia” 

 

To NIEm(c)y 

25.04.1944 r. 5:45

 

Joanna obróciła się na prawy bok. Pod kołdrą odnalazła dłonią tors Hermana.

– Śpisz? – zapytała.

Gdy nie zareagował, dla pewności pocałowała go w policzek. Wciąż pachniał koniakiem, którego wypił zdecydowanie za dużo przy kolacji. Ostrożnie wyszła z łóżka. Pozbierała bieliznę, podniosła sukienkę i włożyła do torebki. Ruszyła do gabinetu. Odsunęła dywan, wyciągnęła poluzowaną klepkę parkietu. Chwyciła pokrętło zamka od sejfu i ustawiła podpatrzoną od Hermana kombinację. Otworzyła metalowe drzwiczki. 

– Helmut.

Z sypialni usłyszała głos kochanka. Spojrzała w stronę uchylonych drzwi gabinetu.

– Słucham – odezwał się lokaj.

– Poproszę o śniadanie. Jajka, kawę i chleb z masłem, jeśli łaska – powiedział Herman.

– Oczywiście.

– A i jeszcze jedno…Wieczorem towarzyszyła mi pewna dama…

– Wyszła o szóstej, prosiła przekazać, że ma próbę w teatrze – wyjaśnił lokaj.

– Ach tak? Możliwe, że coś wspominała – przyznał Herman.

Joanna wyciągnęła dokumenty. Zatarła ślady i na palcach udała się do drzwi wyjściowych. W przedpokoju stał Helmut. Podeszła bez słowa, a on pomógł jej włożyć płaszcz, odwracając wzrok od nagiego ciała.

– Powiedz Rosomakowi, że zrobiłem, o co prosił – powiedział szeptem. – Moja żona będzie bezpieczna? 

Dziewczyna wyciągnęła spod płaszcza długie jasne włosy, przyglądając się lokajowi bez słowa. Jej niebieskie, zimne oczy nie wyrażały nic.

 – Proszę – dodał łamiącym się głosem.

Joanna wyszła bez słowa.

 

29.04.1944 r. 16:05

 

W budynku Służby Bezpieczeństwa na alei Szucha 25 w Warszawie rozbrzmiewał miarowy krok Obersturmbannführera Paula Waltera. Nieliczne osoby, które mijał na korytarzu, zamierały zaskoczone widokiem maszerującej obok podpułkownika dziewczyny. Miała nie więcej niż szesnaście lat. Kroki stawiała na równi z esesmanem. Szła wyprostowana, ze wzrokiem skierowanym przed siebie. To, co szokowało najbardziej, to gwiazda Dawida na ramieniu dziewczyny.

Paul zatrzymał się przy pokoju siedemdziesiątym ósmym. Spojrzał na dziewczynę. Stała posłusznie niczym pies u pańskiej nogi. Walter uśmiechnął się i otworzył drzwi.

W pomieszczeniu było dwóch oficerów śledczych – SS i Wehrmachtu. Ten drugi opierał się o ścianę, patrzył w ziemię, paląc papierosa. Na środku pokoju stało przyśrubowane do podłogi krzesło. Przykuty do niego mężczyzna bełkotał. Z twarzy Helmuta pozostało już niewiele. Łysiejący esesman w koszuli z podwiniętymi rękawami i zakrwawionymi pięściami pierwszy spostrzegł Waltera. Obaj oficerowie stanęli na baczność i zasalutowali.

– Heil Hitler – odpowiedział Walter.

Ten z papierosem spojrzał na dziewczynę stojącą przed progiem.

– Ona nie wchodzi? – zapytał.

– Pan musi być Herman Keling – zwrócił się do niego Walter. – Poproszono mnie, bym poinformował pana o przeniesieniu na front wschodni. Gratulacje, będzie pan się mógł przysłużyć Rzeszy, Keling. Może pan iść się pakować.

Herman bez słowa opuścił papierosa na ziemię i wyszedł.

Walter gwizdnął, wtedy dziewczyna weszła do pomieszczenia. Zamknęła za sobą drzwi i stanęła obok podpułkownika.

– Dobrze – zagaił Walter. – Co my tu mamy?

– To kamerdyner Kelinga, pracujemy nad nim, jednak w kółko powtarza tylko imię żony – zameldował łysiejący oficer.

– Stańcie za mną.

Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie. Obersturmbannführer wyciągnął z kieszeni płaszcza saszetkę i pomału zaczął rozsuwać zamek.

– Dobrze, już dobrze – powiedział Paul lekko zirytowany, gdy Helmut bełkotał, plując krwią. – Zajmiemy się twoją żoną, obiecuję, lecz teraz interesuje nas inna pani, kobieta o imieniu Joanna. I ty mi o niej opowiesz.

Helmut zdawał się nie słyszeć słów esesmana.

– Dobrze, jak chcesz – ciągnął Walter, wyciągając strzykawkę z saszetki. – Zatem pozwól, że przedstawię ci moją żydowską towarzyszkę. 

Podpułkownik wbił igłę w szyję dziewczyny i nacisnął tłok.

Na Szucha 25 pracownicy Służb Bezpieczeństwa byli przyzwyczajeni do krzyków, lecz tego dnia żaden nie przeszedł obojętnie obok pokoju siedemdziesiąt osiem.

 

30.04.1944 r. 19:40

 

Walter stał na skraju polany. Obok niego Eli wbiła wzrok w pogrążający się w ciemności sprowadzanej przez zachodzące kwietniowe słońce las. Paul poprawił kołnierz płaszcza i spojrzał na podopieczną. Wyglądała mizernie. Wiedział, że specyfik Klausa Feigego sieje spustoszenie w organizmie młodej Żydówki. Zanotował w pamięci, że musi zdać doktorowi szczegółowy raport i poinformować Feigego jak zabójcza dla obiektu badań jest mikstura oraz poprosić o nowe dziecko. Westchnął, wyszkolenie Eli zajęło mu cztery lata. Wątpił, czy da się ten proces przyspieszyć. Ilu jeszcze Żydów zdrowie pozwoli mu wyszkolić? Dwóch, może trzech. Wyciągnął z kieszeni szalik, stanął przed Eli i delikatnie zawiązał go na szyi dziewczyny. Następnie wstrzyknął jej w kark mieszankę opracowaną przez Feigego.

Bez słowa ruszył do samochodu. Usiadł na miejscu pasażera i chwilę przyglądał się wraz z oficerem śledczym, jak dziewczyna znika między drzewami.

– To na pewno szalik tej Joanny? – zapytał Paul.

– Tak – potwierdził śledczy, nerwowo przełykając ślinę.

Nie doszedł jeszcze do siebie po przesłuchaniu. Walter spojrzał na niego z ukosa i zapytał:

– Jak się panu podobała mała Eli podczas pracy?

– Gdyby Helmut nie zaczął mówić, nie byłoby szans na kolejne przesłuchanie.

– Kiedy Eli się zabierze do pracy, to każdy zaczyna mówić – powiedział Obersturmbannführer.

– Co teraz? – zapytał śledczy.

– Czekamy.

 

30.04.1944 r. 20:01

 

Joanna miała już dość chaty w środku lasu, męskiego stroju i partyzantów. Od dwóch dni się nie myła, a potrzeby załatwiała w lesie. Noce zaś zmuszona była spędzać z pięcioma brudnymi facetami. Na początku imponowało jej, jak mężnie partyzanci znosili trudy życia w głuszy. Teraz jednak miała ich już dość i odliczała godziny do świtu. Gdy pojawi się samolot, wsiądzie do niego i zostawi za sobą Polskę, wojnę i życie w ciągłym strachu. Splotła przetłuszczone włosy w warkocz i zapaliła papierosa.

– Czytałaś te dokumenty? – zapytał niespodziewanie Rosomak, przywódca grupy, zapalając świeczki na stole.

– Nauczono mnie, że na przesłuchaniu nie powiesz tego, czego nie wiesz – odpowiedziała, opierając się na krześle i zakładając nogę na nogę.

– Słusznie – zgodził się Maciuś, dziewiętnastoletni partyzant, który od kiedy się pojawiła, robił do niej maślane oczy.

– Czy ty aby nie miałeś iść na patrol z Hanysem? – Rosomak spojrzał na niego groźnie.

– Już idę.

Joanna odprowadziła młodzika wzrokiem. 

 Rosomak był wysoki i dobrze zbudowany, podobno pseudonim wziął się od tego, jak zajadle poczynał sobie podczas starć. On też się w niej podkochiwał, tak samo, jak Stefan i Józef. Schlebiało jej to, przynajmniej na początku, aż w końcu zaczęło męczyć. Wiedziała, że od miesięcy ukrywają się w lasach i byli zwyczajnie spragnieni kobiety, a tu do ich chatki trafia gwiazda teatru. Nic dziwnego, że jeden po drugim stracili dla niej głowę. No może poza Ślązakiem. Widać nie była w guście Hanysa.

– Dobrze, że nad ranem będzie już po wszystkim – powiedział Rosomak, gdy zostali sami. – Rozpraszasz chłopaków.

– A ciebie nie? – zapytała, uśmiechając się zalotnie.

Nie miała pojęcia, czemu to zrobiła, nie chciała go zdenerwować, może po prostu zadziałały stare nawyki. W końcu to uwodzeniem się zajmowała. Patrzył na nią chwilę, ale nic nie powiedział – wyszedł bez słowa.

 

Stefan i Józef grali w karty, siedząc na pieńkach, a trzeciego używali jako stolika. Maciuś rozmawiał Hanysem.

– Koniec tego rżnięcia w karty – powiedział dowódca. – Pilnujcie naszej gwiazdy, a ja sprawdzę miejsce odbioru.

– I tak już prawie nic nie widać – powiedział Józef.

– Cholera, a karta zaczęła mi iść – zirytował się Stefan.

– Chodź, popatrzymy sobie na Joannę, trzeba zapamiętać ten widok. – Józef zebrał karty do kaszkietu.

– Jak mruży te swoje niebieskie oczęta – dodał Stefan.

Rosomak już ich nie słuchał, zabrał Błyskawicę i ruszył przez las.

 

30.04.1944 r. 20:35

 

– Hanys, a czemu Joanna ci się nie podoba? – zapytał Maciuś, gdy wędrowali między drzewami.

– A co tu się może podobać? – Ślązak zapalił papierosa.

– No jak to? Nie widzisz, jaka jest piękna? – Maciuś był niemal urażony pytaniem towarzysza.

– Posłuchaj. – Westchnął Hanys. – Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz, że takie kobiety jak ona ciągle stroją fochy, są kłótliwe i nie zagonisz takiej do roboty nawet pasem. Co mi po pięknych nogach i delikatnych dłoniach, gdy wrócę z szychty głodny, a na stole nie będzie obiadu? A poza tym, ma za mały tyłek.

Maciuś podniósł szyszkę i powiedział:

– Ta szyszka ma w sobie więcej romantyzmu niż ty kiedykolwiek będziesz miał.

Eli przemknęła bezszelestnie i w przelocie chlasnęła młodego partyzanta. Hanys cofnął się, widząc jak pozbawiony futra stwór o wilczym pysku wyłonił się z ciemności i jednym szybkim uderzeniem szponiastej łapy zamienił szyję Maciusia w krwawą miazgę. Chłopak nie wydał najmniejszego dźwięku i z szeroko rozwartymi oczyma opadł na ściółkę. Ślązak oparł się o drzewo, całkowicie sparaliżowany strachem. Potwór się zbliżył, idąc to na czterech, to na dwóch łapach. Gdy Hanys poczuł jego oddech, zakrył rękoma twarz i wrzasnął:

– Nein!!!

Stał tak, dygocząc. Serce waliło mu w piersi, a śmierć wciąż nie nadchodziła. W końcu zebrał się na odwagę i spojrzał. Był sam.

 

Stefan wstał z krzesła, dźwigając zdobycznego STG 44.

– Co to było? – zapytał.

– Hanys? – Józef stanął przy oknie. – Nic nie widać. Sprawdzę to.

Stefan przytaknął. Joanna złapała torbę z dokumentami, przeszła przez pokój i stanęła za jego plecami. Józef uniósł wtedy mauzera, podszedł do drzwi i otworzył je ostrożnie. Wyjrzał, a po chwili zniknął w ciemności. Joanna zacisnęła dłoń na ramieniu Stefana, gdy dojrzała przez uchylone drzwi, jak coś przemknęło w mroku nocy.

– Co się stało? – zapytał partyzant.

Zza jego pleców wskazała na krew, która pojawiła się na drzwiach i progu.

– Józef!? – zawołał Stefan.

Na zewnątrz panowała głucha cisza.

– Józef? – powtórzył.

Las przeszyło przeciągłe wycie, tak przeraźliwe i głośne, że szyby w chacie zadrżały, a ukryci wewnątrz partyzanci zatkali uszy rękoma. Do środka nagle wpadła jakaś kreatura i nim zdążył unieść karabin, rzuciła się na Stefana. Powaliła go na ziemię i zatopiła kły w jego twarzy. Zdążył wrzasnąć, zanim zmiażdżyła mu głowę.

Joanna zamarła. Gdy stwór podniósł okrwawiony łeb, na jego szyi dojrzała szalik, ten sam, który zostawiła u Hermana. Potwór obrócił się błyskawicznie. Do chaty wpadł Rosomak z uniesioną Błyskawicą. Ale zamiast nacisnąć spust, krzyknął w stronę Joanny:

– Uciekaj!

Kreatura rzuciła się na niego. Przygniotła go do ziemi. Rosomak uniósł broń i zdążył wepchnąć kolbę karabinu pod pysk potwora, nim ten sięgnął jego gardła. Joanna chwyciła krzesło i cisnęła nim przez okno. Wyskoczyła na zewnątrz, kalecząc ręce i nogi odłamkami szkła. Biegła na oślep, co chwilę wpadając na gałęzie. Gdy zahaczyła w końcu o leżącą na ziemi grubszą gałąź, Joanna runęła na ziemię. Oprzytomniała, obróciła się na plecy. W jej stronę pędził potwór. Mknął przez las niczym wiatr, nie wydając przy tym najmniejszego nawet szelestu. Joanna sięgnęła do torby w poszukiwaniu pistoletu, choć wiedziała, że nie zdąży wyciągnąć go na czas. Las przeszyła krótka komenda:

– Halt!

Eli stanęła o metr od ofiary i obróciła się, Joanna zareagowała błyskawicznie, wyszarpnęła Walthera i wystrzeliła dwa razy, trafiając w pysk i gardło. Stwór jęknął krótko i padł na ziemię. Zza drzew wyłonił się Ślązak. Podszedł do Joanny i pomógł jej wstać. Razem stanęli nad kreaturą. Jej twarz była zdeformowana, część należała do dziewczyny, a część do wilka, podobnie jak reszta nagiego ciała.

– Widzisz to, co ja? – zapytała Joanna.

– Chryste Panie. –Hanys się przeżegnał. – Spójrz, jeszcze dycha.

– Coś mówi. To niemiecki?

– Nie, jidysz.

– Rozumiesz coś z tego? 

Ślązak nachylił się ostrożnie nad dziewczyną.

– Mówi, „przepraszam” i „to nie my”. – Wyprostował się. – Nie możemy jej tak zostawić.

Joanna wymierzyła broń w głowę Eli i pociągnęła za spust.

– Skąd wiedziałeś, że zareaguje na komendę? – zapytała.

– Nie wiedziałem. – Hanys uśmiechnął się blado.

 

Przytulając wroga

 

31.07.1944 r. 18:15

 

– Tak, Klaus Feige przy telefonie… – Spojrzał w lustro, upewniając się, że smoking dobrze leży. – Miło cię słyszeć, Werner. Nie, dzisiaj nie pracuję. – Wyciągnął i zapalił papierosa. – Nie wygłupiaj się, ja też muszę czasem odpocząć, a wiesz, jest ku temu okazja. Wyobraź sobie, że jestem umówiony na kolację. – Pogładził kciukiem wąsik i roześmiał się do słuchawki. – Nie, Werner. To piękna niebieskooka blondynka.

 

31.07.1944 r. 07:00

 

Joanna usłyszała pukanie, wzięła pistolet ze stołu i podeszła do drzwi. 

– Kto tam?. 

– Hanys. 

Wpuściła go do mieszkania. Wróciła do stolika i papierosa w popielniczce. 

– Wersal to to niej jest – powiedział Ślązak, rozglądając się po pokoju z łóżkiem polowym, schowaną za przepierzeniem małą kuchnią i oknem z widokiem na podwórze. 

– Mam tu wszystko, czego mi trzeba – powiedziała, zaciągając się. Walthera położyła na udzie. 

– Wkrótce i to będą luksusy. – Ślązak podszedł do okna i oparł się o parapet. Popatrzyła na niego, mrużąc oczy. Wyglądał inaczej niż w dniu, kiedy przyprowadził ją do miasta. Ogolony, w czystej koszuli i brązowej marynarce prezentował się całkiem dobrze. Strój podkreślał mięśnie, które wypracował jako górnik jeszcze przed wojną. 

– Londyn twierdzi, że nie ma zgody na powstanie – powiedziała. 

– Tu nie Anglia, chłopcy palą się do walki, dowództwo też jest zdecydowane. Za chwilę pojawią się czerwoni, do tego czasu zgotujemy frycom piekło. 

– Kiedy? – Joanna zgasiła papierosa. 

– Czekamy już tylko na rozkaz. A jak ci idzie z doktorem? – zapytał. 

– Jest ostrożny, spotykamy się tylko w miejscach publicznych, unika tematu badań. 

– Cokolwiek planujesz, pośpiesz się, bo nadchodzi kres dla brunatnych. – Hanys ściągnął beret i przeczesał palcami rzadkie włosy. 

– Nie byłabym taka pewna, czy wiara w zwycięstwo wystarczy do pokonania regularnej armii. 

– Powstanie nie jest ci na rękę, co? – Hanys ziewnął przeciągle. – Ale wiedziałaś, że może wybuchnąć. 

– Brałam to pod uwagę. 

– To, czemu nie wsiadłaś do samolotu wtedy, tam w lesie?

– Bo nie lubię niedokończonych spraw. Poza tym, za te dokumenty, które zdobyłam, czekałoby mnie w Anglii co najwyżej mieszkanie gdzieś na prowincji. Po tym, co zdobędę od Feigego, już nigdy nie będę musiała martwić się o pieniądze. 

– Więc dajesz dupy faszystom dla pieniędzy? – Hanys wbił w nią wzrok. 

Nie podobało jej się to spojrzenie, jak i kolba pistoletu wystająca spod marynarki. 

– Nie ma nic złego w pragmatyzmie – odpowiedziała chłodno. 

– A co z patriotyzmem? 

– Wypłynie na ulice Warszawy wraz z krwią powstańców, ale ty jesteś za głupi, żeby to zrozumieć. 

– Uważaj, Joanno, nie wszyscy w AK podzielają pogląd Anglików co do twoich zasług. Są tacy, którzy widzą w tobie niemiecką kolaborantkę – powiedział to niemal niedbale, jakby ta informacja nic nie znaczyła. 

– Ty też tak uważasz, Hanys? – Joanna położyła dłoń na Waltherze. 

– Nie, ja jestem za głupi, by mieć swoje zdanie. – Przeszedł przez pokój i otworzył drzwi mieszkania. – Nadaję się tylko do tego, by przelewać krew, tam na ulicach. 

– Hanys – powiedziała, nim wyszedł. Zatrzymał się w drzwiach. – Dziękuję za informacje i ostrzeżenie. 

– Pośpiesz się, niedługo nie będziesz tu miała przyjaciół po żadnej ze stron. 

 

31.07.1944 r. 19:45 

 

Klaus Feige jak zwykle wyglądał nienagannie. W garniturze, starannie uczesany, z przystrzyżonym wąsem. Restauracja świeciła pustkami mimo sobotniego wieczoru, w całej Warszawie czuć było, że coś wisi nad miastem. Niemiec nie dostrzegał tego, popijał szampana i patrzył na bawiącą się perłowym naszyjnikiem Joannę w kremowej sukni. 

– O czym myślisz? – zapytała. 

– O tobie. – Uśmiechnął się. 

– Odkąd zaczęliśmy się spotykać, też nie potrafię myśleć o niczym innym, prócz ciebie. Wstaję rano i zastanawiam się, czy mój doktor dziś zadzwoni, a może skaże mnie na tęsknotę. 

– Powiedz, Joanno, tylko proszę cię szczerze. Co ci się podoba w takim mężczyźnie jak ja? 

– Co masz na myśli, Klaus? – Dała sobie trochę czasu na przygotowanie odpowiedzi. 

– Nie jestem już młody, a ty… Ty jesteś taka piękna, nie mogę pojąć, czym sobie zasłużyłem na ciebie. 

Joanna wiedziała, że od jej odpowiedzi zależy wszystko. 

– Oczywiście, że są młodsi, nawet przystojniejsi niż ty. – Uśmiechnęła się, Klaus odwzajemnił uśmiech, choć dojrzała w jego oczach napięcie. – Jednak już dawno stwierdziłam, że najbardziej podniecający w mężczyznach jest ich umysł, a twój, mój kochany, jest niezwykły. Jesteś najmądrzejszą osobą, jaką znam i pragnę poznać wszystkie sekrety, które się tu kryją. – Wyciągnęła rękę przez stolik i palcem wskazującym dotknęła jego czoła. Klaus złapał delikatnie jej dłoń, nachylił się i pocałował ją. 

Po kolacji pojechali do jego mieszkania. Na ulicach, oprócz patroli, nie było nikogo, Warszawa wyglądała jak miasto duchów. Ostatni lipcowy wieczór był ciepły, a noc gwiaździsta. Gdy Klaus prowadził auto, położyła mu na udzie dłoń, nie odepchnął jej. Teraz już miała pewność. 

Leżeli nago na kołdrze, przy otwartych oknach. 

– Jedź ze mną do Berlina – powiedział doktor. 

– Klaus? Nie wiem, co powiedzieć. 

– Powiedz, że pojedziesz. Joanno, nie wyobrażam sobie opuszczenia Warszawy bez ciebie. 

– A co z twoją pracą? 

– Tu już skończyłem, laboratorium zostało zniszczone, by nie wpadło w ręce Rosjan. Wszystko, co opracowałem mam przy sobie. Posłuchaj, Armia Czerwona niedługo będzie w stolicy, rozpoczną się walki. Musisz zrozumieć, że nie będziesz tu bezpieczna. Jutro wylatuję i chcę, żebyś leciała ze mną. 

– A moje rzeczy, mieszkanie?

– Taka piękna istota jak ty nie potrzebuje ubrań, zresztą kupię ci w Niemczech, co zechcesz, a zamieszkasz, oczywiście, ze mną. 

Położyła się na nim i pocałowała, długo i namiętnie. 

– To znaczy, że się zgadzasz? 

– Oczywiście, kochany – powiedziała, a po jej policzku pociekła łza. Klaus otarł ją kciukiem. 

– Zaraz wrócę. – Joanna wstała z łóżka. – Przynieść ci coś z kuchni? 

– Może szampana? – zaproponował. 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Klaus Feige leżał z zamkniętymi oczyma, szczęśliwy tak jak nigdy dotąd. Usłyszał jej kroki, gdy podeszła do łóżka i usiadła na jego skraju. Nie zobaczył, jak podnosi poduszkę i przykłada do niej lufę Walthera.

 

Ludzie, Polacy i Żydzi

 

30.09.1944 r. 21:01

 

Izaak chwycił Joannę za rękę, podniósł z materaca i pociągnął przez piwnicę na zewnątrz. Rozbudzona nagle nie opierała się, jednak nie zapomniała zabrać torby z dziennikiem Feigego i próbkami. 

– Co się dzieje? – zapytała, gdy stanęli pod ścianą domu. 

– Powstanie upadło, broni się już tylko Śródmieście, ale ich los jest przesądzony, musimy uciekać. 

– Dobrze – powiedziała. 

Joanna spóźniła się ze wszystkim. Na znalezienie dziennika Feigego zmarnowała resztę nocy i kolejny dzień, nim odkryła schowek. Walki wybuchły niespodziewanie, odcinając ją od mieszkania i radiostacji, więc nie mogła poinformować Anglików o powodzeniu misji. Gdy dotarła do Starego Miasta, człowiek, który mógł pomóc jej opuścić Warszawę, zdążył się już ewakuować. 

Izaak był zbiegiem z getta, który znalazł ją w jednym z mieszkań kamienicy, gdzie sam się schronił. Gdy otworzył drzwi, zobaczył Joannę stojącą nad trupem powstańca, którego zastrzeliła po tym, jak rozpoznał ją jako kolaborantkę. Przez dwa miesiące walki, gdy pomagał jej przetrwać ani razu nie wspomniał, czemu nie wydał jej wtedy AK. Podejrzewała, że może już dawno przestał ufać którejkolwiek ze stron, a może zwyczajnie pragnął bliskości drugiego człowieka. Nie zdążyła go o to zapytać.

Przemknęli między budynkami pod osłoną nocy, minęli płonącą kamienicę i stanęli przed ulicą. Izaak rozejrzał się, następnie dał znak Joannie i ruszyli na otwartą przestrzeń. W oddali trwała wymiana ognia. Pomogła mu podnieść właz, gdy podważył go stalowym prętem. Złapał ją za ręce i opuścił na dół. Wpadła wprost do ścieku po same kolana. 

– Muszę go zamknąć, by Niemcy się nie zorientowali, którędy weszłaś do kanału. – Spojrzał na nią i dodał, zamykając właz: – Powodzenia. 

Otoczyły ją całkowite ciemności. Ostrożnie ruszyła naprzód, powstrzymując odruch wymiotny, zakryła usta dłonią. 

 

30.09.1944 r. 09:05

 

Przerażający wrzask przeszył Wolę, gdy oddziały szturmowe podpaliły kamienicę. Ludzie wyskakiwali z okien, rozbijali się o bruk. Obersturmbannführer Paul Walter wydał rozkaz, by nie dobijać tych, którzy przeżyli upadek. Od widoku wijących się w płomieniach sylwetek oderwał go posłaniec, mijający żołnierzy uzbrojonych w miotacze ognia. Paul odebrał od niego kopertę, ignorując salut. Otworzył i odczytał rozkazy. Oddział, którym dowodził, został skierowany do likwidacji powstańców uciekających kanałami na Żoliborz. 

– Ci ludzie… – zaczął posłaniec, spoglądając na dymiące ciała. 

– Tu nie ma ludzi, tylko Polacy i Żydzi – przerwał mu Paul. 

 

30.09.1944 r. 22:10

– Stój Hanys. – Wojtek złapał Ślązaka za ramię. 

– Co się dzieje?

– Słyszałeś? 

Stali pochyleni w ciemności, wsłuchując się w panującą w kanale ciszę. Próbowali wychwycić chlupot lub rozmowę. Ulicą nad nimi przejechał jakiś pojazd. 

– Nie. – Hanys wyjrzał ostrożnie zza zakrętu. Nie dostrzegł żadnego światła ani sylwetki, nic prócz ciemności. – Tam nikogo nie ma.

– Dobra, ruszaj. – Wojtek klepnął go w ramię. 

Szli, podpierając się rękoma o ściany. Ściek sięgał im poniżej kolan. Ślązak kursował już trasą pod miastem podczas obrony Starego Miasta i ewakuacji do Śródmieścia, tego odcinka jednak nie znał. Wojtek zwany Wojasem twierdził, że włazem, który wybrali, dotrą na Żoliborz, jeśli nie był jeszcze zajęty przez Niemców. Planowali tam odnaleźć powstańców i kontynuować walkę lub dotrzeć do Wisły i spróbować przedostać się poza Warszawę. 

– Breja – syknął Hanys. 

– Widzę!

– Podnosi się. 

– Wiem! Pewnie szkopy ustawiły barykadę, czekaj. – Wojas znów wstrzymał Hanysa. 

Tym razem Ślązak usłyszał echo eksplozji, a potem wrzaski niosące się podziemnymi tunelami. Tak krzyczeli płonący żywcem. 

– Podpalają kanał – powiedział Hanys. – To daleko? 

– Nie tak, jak byśmy chcieli. Musimy się pośpieszyć. 

Poziom nieczystości wzrastał, im dalej brnęli przed siebie. Minęli odnogę prowadzącą w przeciwległą stronę. Wojtek nalegał, by szli dalej prosto. Gdy ściek sięgał im po pas, dojrzeli blokadę. Dwie szyny wrzucone przez właz i zasypane gruzem, nie tylko blokowały przepływ nieczystości, ale i całkowicie uniemożliwiały przejście. 

– Nie ruszymy tego bez ładunków burzących – powiedział Hanys. 

– Wracamy do odnogi – zaproponował Wojas. – Znajdziemy obejście. 

Teraz to on prowadził. Wkrótce poziom brei opadł, za to tunel zaczął się zmniejszać. W końcu zmuszeni byli się czołgać. Po kilkudziesięciu metrach, gdy Ślązak był już na granicy wytrzymałości, Wojtek zamarł i powiedział:

– Poczekaj, tu odnoga wpada do kanału burzowego, sprawdzę czy jest bezpiecznie. 

Hanys zamarł, gdy Wojtek zniknął w ciemności. Zapanowała całkowita cisza, głuchy dźwięk wystrzałów dochodził z oddali, jakby wojna stała się bardzo odległa. Nieczystości podchodziły Hanysowi pod brodę. Nie mogąc dłużej wytrzymać w niewygodnej pozycji, ruszył do szerszego odcinka. Wyczołgał się ostrożnie i wyprostował pod ścianą. Po prawej gdzieś wyżej ponad sobą usłyszał Niemców. Nigdzie nie było Wojasa. Po lewej w oddali dojrzał płomień, malutkie światełko, które zaraz zgasło. Po chwili usłyszał dźwięk siarki drapiącej draskę i czerwony punkt wyłonił się z mroku. Z prawej znowu głosy brunatnych, a po nich stłumione wołanie:

– Hanys, zgaś, szkopy. – Gdzieś z oddali dochodził głos Wojtka. 

Rozmowa ponad nim ucichła. Ognik po lewej zgasł nagle. Ślązak usłyszał dźwięk szybko odsuwanego włazu. 

– Chodu, granaty! – krzyknął Wojas.

Hanys skoczył w lewo. Przebiegł ledwie parę metrów, nim eksplozja wypełniła tunel. Padł w ściek. Wynurzył się i złapał za bark, w którym utkwił odłamek. Ruszył biegiem, wiedział, że kiedy Niemcy wskoczą do kanału i otworzą ogień, w wąskim korytarzu nie zdoła się schować. Poczuł szarpnięcie, stanął. Druga ręka wyłoniła się z ciemności, pochwyciła go i wciągnęła w zaułek. Przylgnął do drobnej postaci. Rozległy się strzały. Kule uderzały o ściany kanału, wypełniając go złowieszczym świstem. 

Rozpoznał twarz w ciemności. Joanna wyglądała okropnie, policzki miała zapadnięte, spękane usta. Tylko oczy, niebieskie i zimne wyglądały wciąż jak dawniej. 

Patrzyli na siebie, wsłuchując się w rozmowę Niemców. 

– Mam jednego.

– Powstaniec?

– Tak.

– Uważaj, może być ich więcej.

– Niech dadzą tu miotacz.

Hanys nachylił się do ucha Joanny i wyszeptał:

– Przyjdą tu. 

Przesunęła torbę przewieszoną przez ramię, otworzyła ją, wyciągnęła probówkę i podała mu. Zobaczył, jak nakręca igłę na strzykawkę. W głębi tunelu ktoś wskoczył do ścieku. 

– Gustaw, idź przodem z tą twoją pochodnią – powiedział któryś z Niemców. 

Joanna wyciągnęła korek z probówki, włożyła igłę i naciągnęła zawartość.

Hanys obserwował, jak szpic igły przebija skórę na szyi Joanny. Dziewczyna nacisnęła tłok i substancja pomału przedostała się w głąb organizmu.

Tunel wypełnił kobiecy wrzask, Niemiec z miotaczem ognia cofnął się o krok.

– Co to było? – zapytał ktoś. 

Hanys przywarł do ściany i przykucnął, widząc jak twarz Joanny deformuje się. Jej stawy zatrzeszczały wykręcone przez zachodzącą w jej wnętrzu przemianę. Coś chrupnęło w plecach, tułów wydłużył się, a ubranie zaczęło puszczać w szwach. Ręce i dłonie rozciągały się, jakby kości Joanny zaczęły żyć własnym życiem. 

– Co się tam dzieje? – krzyknął ktoś z ulicy. 

– Coś tam jest, Obersturmbannführer! 

Padł rozkaz. Dwóch żołnierzy otworzyło ogień. Strzelali, dopóki starczyło im amunicji. Gdy przeładowywali broń, miotacz płomieni buchnął ogniem, rozświetlając pustkę ciągnącą się w głąb Warszawy.

– Tam nic nie ma – wrzasnął ten z miotaczem.

Joanna wyślizgnęła się z zaułka. Jej zmysły eksplodowały od mieszanki zapachów – ścieku, potu Niemców, strachu Ślązaka, krwi martwego powstańca. Poczuła żądzę, która wypełniła ją bez reszty, której nie mogła opanować. Chęć mordu pchnęła ją w stronę żołnierzy. Nie usłyszeli jej, gdy rozpędzona wpadła na tego z miotaczem ognia. Chlasnęła, przetrącając mu kark. Przeskoczyła nad ciałem i wbiła zęby w udo kolejnego. Szarpnęła, unosząc Niemca w powietrze. Zacisnęła szczęki – chrupnęła kość i pozbawione nogi ciało wpadło do ścieku. Trzeci zaczął uciekać. Dopadła go jednym długim susem i powaliła, zatapiając zęby w jego karku. 

Hanys podniósł torbę Joanny i wyszedł z ukrycia. Potwór z zakrwawionym pyskiem stał nad trupem. W mroku niebieskie oczy błyszczały dziko. Obróciła łeb w stronę Ślązaka, gdy z ulicy dobiegł wrzask żołnierzy. 

Joanna podeszła do włazu studzienki, przykucnęła i jednym długim skokiem wystrzeliła na zewnątrz. Hanys usłyszał krzyki przerażenia, strzały i skowyt umierających. Przemknął obok trupów unoszących się w ścieku, ominął krew spływającą z ulicy do kanału i pobiegł w ciemność. 

 

01.08.1999 r. 14:35

 

– Gdy zginął Wojtek, resztę kanału przeszedłem sam. Wyszedłem na Żoliborzu, dzielnica była wtedy już w całości zajęta przez Niemców. Miałem szczęście i udało mi się uniknąć patroli nieprzyjaciela, dotarłem do Wisły i znalazłem łódź. Tak wydostałem się z Warszawy. 

– Niesamowita historia. – Dziennikarz wyłączył dyktafon. – Ma pan jeszcze jakieś opowieści z powstania, które moglibyśmy opisać?

– Mam w pamięci wydarzenia, do których wolałbym już nigdy nie wracać. Są zbyt bolesne, tych nie opowiadam nikomu. Zresztą są tak niesamowite, że wątpię, by ktokolwiek w nie uwierzył. 

Hanys zamilkł i spojrzał na półkę z książkami. A między nimi dziennik Klausa Feigego, ostatnią pamiątkę z tamtych dni.

koniec

Kliknij aby rozwinąć

Pani sowa

Dzwonek do drzwi oderwał Caroline od ekranu laptopa. Sięgnęła po laskę o srebrnym uchwycie w kształcie słowika i, wsparta na niej, wstała. Szurając papuciami i postukując laską, ruszyła do drzwi. Sprawdziła przez wizjer, kto ją odwiedza, choć od lat widywała jedynie dozorcę Luisa i sąsiada Denzela, zajmującego mieszkanie piętro niżej.

– Dzień dobry – przywitał się Denzel, oparty o ścianę z torbą zakupów.

– Dzień dobry, Denzel. – Uśmiechnęła się do czarnoskórego chłopaka zza uchylonych drzwi, wciąż blokowanych łańcuchem.

– Cieszę się, że jesteś ostrożna. Ale zapewniam, że większości włamywaczy na pewno nie chciałoby się wdrapywać na dziesiąte piętro.

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedziała Caroline i ściągnęła łańcuch.

– Szczerze mówiąc – zaczął Denzel, wchodząc do mieszkania – niewielu lokatorów zdaje sobie sprawę, że na ostatnim piętrze kamienicy jest w ogóle jakieś mieszkanie.

– I bardzo dobrze, cenię sobie prywatność. Chyba bym oszalała, gdybym musiała co chwilę podchodzić do domofonu lub odganiać akwizytorów. I tak mam już dość tych, którzy do mnie wydzwaniają. – Caroline przekręciła zamki i ruszyła za gościem przez pokój do części kuchennej.

Obserwowała, jak Denzel kładzie zakupy na blacie obok kuchenki i spogląda na drzwi prowadzące na metalową platformę drogi przeciwpożarowej. Minęła go, udając, że nie widzi skrzywionej miny.

– Napijesz się herbaty? – zapytała Caroline w nadziei, że dzięki temu uniknie tematu zaimprowizowanego balkonu.

– Nie, dziękuję. Jest ciepło jak cholera, za ciepło na herbatę, ale nie pogardziłbym szklanką soku – powiedział i przeczesał gęste loki grzebieniem o długich ząbkach.

– Oczywiście – rozpromieniła się staruszka. – Mam owocowy, ten, który lubisz najbardziej.

Denzel przez ramię obserwował, jak nalewa sok do szklanki. Była drobna, o siwych, mocno już przerzedzonych włosach, zgarbiona i kulejąca po zwichnięciu biodra. Wyglądała na bezbronną i wzbudzała litość. Denzel wiedział jednak, że umysł ma bystry i bywa przebiegła. Poczekał, aż poda mu szklankę. Podziękował i wypił sok jednym tchem, następnie zapytał:

– Jak to zrobiłaś?

– No wiesz, najważniejsze to utrzymywać odpowiednią temperaturę w lodówce. Sok nie może być zbyt zimny, bo od tego zęby dzwonią, a tylko odpowiednio schłodzony – powiedziała, unikając wzrokiem karmnika i donic z kwiatami na balkonie.

– Wiesz, o co mi chodzi. – Denzel oparł się plecami o blat i zaplótł chude ręce na piersi. – Jak namówiłaś Luisa, żeby ci udostępnił platformę przeciwpożarową?

– Ach, daj spokój. – Machnęła niedbale ręką, jakby odganiała niewygodne pytanie. – Mieszkam w tej kamienicy od pięćdziesięciu siedmiu lat i nigdy nie widziałam, żeby ktoś korzystał z tej konstrukcji.

– To jedyna droga ucieczki w razie pożaru. – Spojrzał na nią z wyrzutem.

– I tak nie mogłabym z niej skorzystać.

– Ale ktoś mógłby się wspiąć i bezpiecznie cię znieść – zauważył Denzel.

– Daj spokój. W moim wieku niestraszny mi już pożar, terroryści i inne kataklizmy. Za to brakuje mi przestrzeni. Miło jest móc wyjść na świeże powietrze i odpocząć od tych czterech ścian.

Denzel spuścił głowę i pokręcił nią nieprzekonany. Współczuł staruszce, która nie wychodziła, odkąd miała wypadek, i życzył jej jak najlepiej, ale przerobienie drogi pożarowej na balkon z karmnikiem, roślinami i fotelem – zresztą ustawionym tak, by blokował dostęp do drabiny prowadzącej na niższy poziom – uważał za pomysł lekkomyślny, a nawet nieodpowiedzialny.

– A pracownicy administracji? – Nie dawał za wygraną. – Chyba nie powiesz mi, że przechodzą przez twoje mieszkanie, żeby dostać się na dach.

– Drabinka została zlikwidowana. Zajmowała miejsce na ścianie dla karmnika. Sikorki też muszą mieć swoją przestrzeń – stwierdziła z poważną miną.

– Szaleństwo.

– Luis wpuszcza ich od sieni. Zresztą wywiesił stosowną informację, że droga na dach jest dostępna od sieni z powodu złego stanu technicznego rusztowania.

– Złego stanu. – Denzel uśmiechnął się. – Raczej z powodu starszej pani, która postanowiła urządzić sobie na nim ogródek.

– Proszę cię, Denzel. Luis zgodził się na to tylko pod warunkiem, że żaden lokator nie zgłosi skargi. Tylko ty i Luis wiecie o moim oknie na świat. Proszę, nie odbieraj mi tego.

– Spokojnie, nie mam zamiaru. – Denzel spoważniał.

Chciał jeszcze zapytać, jak namówiła dozorcę na to wszystko, ale gdy spojrzał w jej zielone oczy, zrozumiał, że bijący z nich lęk, a zarazem ufność, to coś, czemu nie może się oprzeć. I nie miał już serca, by dalej ją wypytywać.

– A jak ci idzie praca nad powieścią? – zapytał i odstawił szklankę do zlewu.

– Bardzo dobrze. Powinnam skończyć redagowanie tekstu za tydzień, a to oznacza, że będzie gotowa czternaście dni przed terminem – odpowiedziała z dumą Caroline, szczęśliwa, że Denzel zszedł z tematu jej małej tajemnicy.

– Podziwiam cię. Mam trzydzieści siedem lat i już mi się nie chce pracować. Naprawdę nie wiem, skąd bierzesz tyle energii.

– Kiedyś zrozumiesz, że gdy człowiek zostaje sam na świecie, każde zajęcie jest dobre, byle tylko nie myśleć o tym. – Uniosła palec i wskazała błękitne niebo za oknem.

– Rozumiem. No nic, muszę już iść. Poczta i leki są w torbie.

– Dziękuję ci, Denzel. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

– To naprawdę drobiazg – powiedział, otwierając drzwi. – A, i jeszcze jedno. Skoro już przesiadujesz na schodach przeciwpożarowych, nie zauważyłaś może kota?

– Nie, tylko moje ptaki, które dokarmiam – zdziwiła się Caroline. – A czemu pytasz?

– Zauważyłem ostatnio na placu, od strony rusztowania, sporo zdechłych gołębi. Myślałem, że może to jakiś kot. No nic, nie przeszkadzam. Do widzenia.

– Do widzenia, Denzel. – Caroline już zaczepiła łańcuch, gdy usłyszała pukanie.

– Jeszcze jedno. – Denzel uśmiechnął się przez szparę w drzwiach. – Już dawno chciałem o to zapytać. Skoro tyle lat redagujesz książki innych ludzi, nie myślałaś o napisaniu czegoś swojego?

– Kiedyś dawno temu wydałam powieść, ale uwierz mi, stworzenie porządnego tekstu to droga przez mękę. Wolę skupić się na dopieszczeniu tekstów tych, którzy już wylali pot i łzy nad swoimi powieściami.

– Rozumiem. Można ją gdzieś dostać?

– Mam chyba jeszcze jakiś egzemplarz w domu. Za tydzień ci go przygotuję. Mnie już nie jest do niczego potrzebny.

– Dziękuję. Miłego dnia, Caroline.

Zamknęła drzwi i przekręciła zamki. Spojrzała przez wizjer, a gdy Denzel zniknął z jej piętra, wyszeptała pod nosem:

– Głupi czarnuchu. Wtykający nos w nie swoje sprawy. Prędzej przeniosę się na tamten świat, niż dam ci w brudne łapska moją książkę. – Poczłapała do biurka, na którym leżał laptop. – Na co mi przyszło na stare lata, skazana na czarnucha i meksykańca. Czy w całym Nowym Jorku nie ma już żadnych białych ludzi?

Usiadła do tekstu i założyła okulary. Odnalazła fragment, na którym skończyła.

– Kolejny grafoman. Kto czyta takie gnioty? – Poprawiła fragment powieści.

Mimo wszystko była szczęśliwa, że redakcja wciąż korzysta z jej usług i przesyła nowe teksty. Jakkolwiek kiepskie były te prace, pozwalały jej zapomnieć o zrujnowanym zdrowiu i zbliżającym się końcu życia.

***

Kończyła parzyć herbatę. Zerkała na sikorkę wnoszącą materiał do domku dla ptaków. Była dumna, że wywalczyła ten niewielki skrawek przestrzeni na zewnątrz i jak go zagospodarowała. Otworzyła drzwi i wyszła na trzeszczącą metalową platformę. Postawiła herbatę na parapecie i wróciła po laptopa. Usiadła w fotelu, rozkoszując się wiosennym wietrzykiem, brzęczeniem owadów buszujących w konwaliach, które zasadziła w czerwonych donicach, i oczywiście parą sikorek, które wybrały jej balkon na nowy dom. Chwilę przyglądała się, jak ptaki na zmianę znoszą nową wyściółkę do gniazda.

Po pracy nad redagowaniem powieści Caroline spojrzała z niechęcią na plik zatytułowany „Pani Sowa”. Zaznaczyła go kursorem, lecz nie zdołała wcisnąć klawisza „Enter”.

– Ty stara kretynko – westchnęła. – Ile lat piszesz tę powieść?

Zastanowiła się i wyszło jej, że ponad dwadzieścia.

– Tyle czasu? Nie łudź się, kochana, nic już z tego nie będzie.

Palec wskazujący zawisł nad klawiszem „Delete”. Ale tego również nie odważyła się zrobić. Choć nie zaglądała do „Pani Sowy” od dobrych sześciu miesięcy, nie chciała też zrezygnować z nadziei, że może jeszcze kiedyś dokończy drugą powieść.

Nalała herbaty do filiżanki i zajrzała do recenzji „Kolibrowego ogrodu” – pierwszej powieści, która zapewniła jej pracę w redakcji oraz utrzymanie na niezłym poziomie. Mimo że od premiery minęło czterdzieści lat, wciąż świetnie się sprzedawała.

Wyciągnęła paczkę Cameli bez filtra i zapaliła. Przeglądała stare artykuły z „The Times”, „The Washington Post”, „The Guardian” i wielu innych gazet – wszyscy oni leżeli u jej stóp. Kiedyś zdanie Caroline było w redakcji święte, a decyzje dotyczące młodych autorów zawsze słuszne.

– Niewdzięczne sukinsyny! Powinni mi postawić pomnik przed redakcją – powiedziała, wypuszczając dym przez nos.

Choć w duchu i tak była wdzięczna, że pozostawili jej redagowanie tekstów, wiedziała, że bez tego, uwięziona w mieszkaniu, już dawno skończyłaby ze sobą.

Wyrzuciła niedopałek przez barierkę i otworzyła przeglądarkę. Wpisała adres www.innywymiar.com i zalogowała się do konta. Pod nickiem Pani Sowa sprawdziła posty z opowiadań, które ostatnio oceniała. Portal literacki dla raczkujących pisarzy był jej ostatnim przyczółkiem wielkości. Weterani portalu doskonale wiedzieli, kto kryje się pod nickiem Pani Sowy, i traktowali opinie Caroline z najwyższym szacunkiem. Każdy, kto publikował na stronie, z niepokojem otwierał post oznaczony nickiem Pani Sowa.

Caroline przeczytała kilka odpowiedzi, napisała parę komentarzy i przeszła do zakładki „Opowiadanie miesiąca”. Chciała sprawdzić, czy jakieś ją zainteresuje. Przebiegła wzrokiem po tytułach i nickach. Zapaliła kolejnego Camela, gdy koperta w prawym górnym rogu strony zapaliła się na czerwono.

– No proszę, co my tu mamy? – powiedziała, kątem oka obserwując sikorkę, która złapała pszczołę nad dzwonkiem konwalii.

Wiadomość prywatna do Pani Sowy była rzadkością. Zaintrygowana przesunęła kursor na kopertę. Użytkownik kryjący się pod nickiem Nobody zatytułował korespondencję „Czegoś takiego jeszcze nie czytałaś”.

– No, pomyślałby kto? – parsknęła Caroline.

Przez chwilę rozważała skasowanie wiadomości, ale ciekawość zwyciężyła i ostatecznie wcisnęła „Enter”. Poza dołączonym plikiem tekstowym o nazwie „Nowy tekst” znajdowała się krótka informacja.

„Czytałem Pani książkę i uważam, że jest niezła, choć z pewnością nie tak dobra jak tekst, który załączyłem. Jestem pewien, że osoba tak obeznana z literaturą jak Pani doceni wyjątkowość mojego tekstu i z przyjemnością go zredaguje.

Pozdrawiam, Nobody”.

Caroline uśmiechnęła się pod nosem. Był to zapewne odwet za niezbyt pochlebny komentarz . Lub też jakiś młody zapaleniec, pod wpływem samozachwytu, próbował popełnić portalowe samobójstwo. Zamyślona Caroline nie zauważyła gołębia, który przysiadł na poręczy balustrady. Dopiero przeciągłe gruchanie zwróciło jej uwagę. Powoli podniosła wzrok znad monitora komputera. Gołąb spojrzał na nią, pokręcił głową i podszedł do zawieszonego na drutach plastikowego pudełka z ziarnem dla sikorek. Zabrał się do wyjadania nasion. Caroline sięgnęła ostrożnie po laskę. Gdy poczuła pod palcami stylisko, dźwignęła ją powoli. Nachyliła się i jednym pewnym uderzeniem metalowego słowika rozgniotła głowę gołębia. Rękojeść laski odbiła się od balustrady z metalicznym dźwiękiem. Truchło ptaka spadło na balkon. Caroline pchnęła je końcówką laski i przez szczeble balustrady obserwowała, jak spada na plac między kamienicami.

– Dobrze ci tak, gruchający obesrańcu – powiedziała.

Kochała ptaki, ale nie znosiła gołębi – brudnych, śmierdzących, brzydkich i nikomu do szczęścia niepotrzebnych.

– Trochę jak czarnuchy – wyszeptała z satysfakcją, obserwując, jak kot z pobliskiego śmietnika podchodzi do ptaka.

Wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać z krwi metalowego słowika.

– Dobrze, panie Nobody, a teraz wezmę się za ciebie – powiedziała i rozsiadła się wygodnie w fotelu.

***

Caroline stała na balkonie drogi przeciwpożarowej. Patrzyła na domek dla sikorek. Ptaki wyłożyły wnętrze kawałkami tektury, watą i gałązkami. Cieszyła się, że będzie świadkiem wyklucia piskląt.

– Jest pani niepoprawna – Luis odezwał się z łazienki. – Myśli pani, że nie czuję tego papierosa?

– Nie twoja sprawa, głupi meksykańcu – powiedziała i zaciągnęła się.

– Słucham?

– To jedyna radość, jaka mi pozostała w życiu, no i balkon – odpowiedziała.

– To jest tak samo nieodpowiedzialne jak ten balkon.

Zerknęła przez kuchnię do łazienki i zobaczyła gruby, wypięty tyłek dozorcy mocującego się z poręczami przy wannie.

– Jestem ci bardzo wdzięczna za udostępnienie balkonu i za domek dla sikorek. Miło, że ty i Denzel pamiętacie o starszej lokatorce.

– Niech mnie tu pani nie czaruje. A z Denzelem porozmawiam o liście zakupów, by ukrócić ten obrzydliwy nałóg. Rozumiem, że może pani tęsknić za wychodzeniem z domu, ale czy papierosy są niezbędne do życia? – wysapał dozorca z wnętrza wanny.

– Jesteście dla mnie tacy dobrzy jak rodzeni synowie – odpowiedziała i wyrzuciła niedopałek przez barierkę.

Papierosy przywoził jej kurier raz w roku, ale uznała, że nie musi o tym mówić dozorcy, tym bardziej że nie miała nic przeciwko temu, by napuścić Luisa na sąsiada.

– Pomaganie to jedno, a wpędzanie pani do grobu to co innego. Porozmawiam sobie z Denzelem, jak tylko go spotkam – powiedział Luis.

Przeszedł przez kuchnię i wytarł ręce w papierowy ręcznik.

Caroline spojrzała na niego dobrotliwie, gdy oparł się o parapet.

– Tylko nie bądź dla niego za surowy – powiedziała.

– Kości mu nie policzę, bo kto by pani zakupy przynosił? – Luis rozejrzał się i zagwizdał z podziwem. – Ładnie urządziłaś balkon. Co to za kwiatki?

– Konwalie.

– Konwalie – powtórzył, zerkając na fotel. – Ale ten fotel to już przesada. Do tego zastawia dojście do drabinki.

Luis już miał wejść na balkon, gdy Caroline zastąpiła mu drogę.

– Kochany, przestawię go.

– Powinna go pani usunąć, pomogę…

– Nie. Proszę, dzięki niemu mogę więcej czasu spędzać na powietrzu z moimi sikorkami.

– Rozumiem, ale tu chodzi o pani…

– Luis, popatrz na mnie. Ile jeszcze będę żyła? Dwa, może trzy lata?

– Niech pani przestanie. Jeśli nie będzie pani palić, przeżyje pani i mnie, i Denzela. – Uśmiechnął się pod czarnym wąsem.

– Nie mam już nikogo na świecie prócz tych sikorek i moich konwalii, proszę cię.

– Jest pani niemożliwa. – Pokręcił głową pucułowaty dozorca. – Dobrze, ale niech go pani przestawi.

– Oczywiście.

– Proszę za mną, pokażę pani poręcze.

Caroline odetchnęła. Ostatnio rusztowanie trzeszczało i chwiało się. Gdyby dozorca wszedł po fotel, z pewnością zaraz kazałby jej zlikwidować balkon.

Przeszli do łazienki.

– Tu ma pani schodki przy wannie. W ścianę wmontowałem uchwyt, drugi tu, by mogła się pani przytrzymać przy wchodzeniu do wody – powiedział Luis.

– Pięknie ci dziękuję, Luis. Jesteś skarbem nie tylko dla mnie, ale i całej kamienicy.

– Wpadnę w przyszłym tygodniu. Proszę wypróbować wannę, a jeśli coś będzie trzeba poprawić, to się załatwi.

– Na pewno wszystko będzie w porządku. – Uśmiechnęła się do niego i poklepała go po ramieniu.

– Będę leciał pod czwórkę, coś tam cieknie z rury w łazience.

– Szkoda, myślałam, że napijemy się herbaty.

– Następnym razem – powiedział Luis i poszedł w stronę wyjścia.

– Do widzenia – pomachała mu z kuchni.

– Do widzenia i proszę pamiętać o fotelu.

– Dobrze, Luis.

Gdy drzwi zamknęły się za dozorcą, podeszła o lasce do komputera. Sprawdziła wiadomości na Innym Wymiarze, ale Nobody już się nie odzywał.

– Poszło ci w pięty – powiedziała w stronę monitora.

Mimo wszystko była nieco zawiedziona, że nieopierzony użytkownik tak łatwo się poddał. Przez chwilę myślała, że mogłaby zajrzeć do tekstu Nobody’ego, ale duma zwyciężyła. I żeby jej nie korciło, usunęła całą wiadomość.

Wieczorem napuściła wody do wanny. Otworzyła drzwi prowadzące na balkon, by mieszkanie zbytnio nie zaparowało. Obok wanny, na stoliczku, naszykowała paczkę zapałek, papierosy Camel i książkę. Gdy wanna była pełna, rozebrała się ostrożnie i za pomocą drążków oraz schodków, nie bez trudu, weszła do gorącej wody.

– Jak na Meksykanina, nieźle sobie poradziłeś, Luis – powiedziała i zanurzyła się po szyję.

Sięgnęła po papierosa i zapaliła. Wiatr szeleścił firanką, a sikorki szczebiotały na balkonie. To była pierwsza samodzielna kąpiel od czasu zwichnięcia biodra i Caroline rozkoszowała się nią do chwili, gdy szczebiot nagle ucichł. Sięgnęła po laskę i pchnęła drzwi łazienki. Przez moment dostrzegła w ciemności zarysy mebli, nim drzwi się przymknęły.

– Cholerna krzywizna. Że jeszcze nie oszalałam w tym nierównym mieszkaniu… – warknęła i urwała, bo z zewnątrz doszedł ją jakiś dźwięk. Metaliczny, jakby ktoś przesuwał coś po balkonie.

– Ktoś tam jest? – zapytała drżącym głosem.

Na chwilę zrobiło się bardzo cicho. Żar papierosa z wolna trawił tytoń, a gdy popiół z sykiem spadł do wody, ponownie usłyszała szuranie. Złapała podpory i już chciała się podnieść, lecz uświadomiła sobie, że na balkonie tylko jeden przedmiot mógł wydawać taki odgłos – jej fotel zastawiający drabinkę przeciwpożarową. Szuranie ustało.

– Luis, to ty? Ja… Ja przepraszam, wiem, że miałam przestawić fotel – powiedziała.

W odpowiedzi usłyszała, jak stary parkiet skrzypi pod czyimś ciężarem.

– Luis, czy wszystko w porządku? Co się dzieje z balkonem?

Kolejne skrzypnięcie usłyszała tuż obok drzwi łazienki.

– Luis? Proszę, odezwij się! – Złapała laskę i, ściskając ją oburącz, poczuła, jak łzy napływają do jej oczu, a wargi zaczynają drgać.

Czuła się żałośnie – naga, z laską przygotowaną do ataku. Drzwi łazienki były wciąż uchylone. Nikt nie wchodził. Nie słyszała też, żeby ktoś przemieszczał się po mieszkaniu. Dostrzegła w szczelinie między drzwiami a framugą sylwetkę. Postać była ubrana na czarno, z głową zasłoniętą kominiarką. Poczuła, jak serce zaczyna łomotać. Obcy patrzył na nią. Nie zdołała utrzymać laski w dłoniach. Z brzdękiem metalowy słowik odbił się od kafelków, gdy laska wypadła poza wannę. Caroline zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła histerycznie łkać.

Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, nim doszła do siebie. Nie odważyła się odsłonić oczu. Gdy woda była już całkiem zimna, a Caroline zaczęła dygotać, zmusiła się, by spojrzeć przez palce. W szczelinie między drzwiami a framugą nie dojrzała nic prócz ciemności.

Chłód wody zmusił ją, by wyjść z wanny, wspierając się na zamontowanych przez dozorcę uchwytach. Stała chwilę na kafelkach naga i roztrzęsiona. Schyliła się po laskę i ruszyła do kuchni.

– Proszę, weź, co tylko chcesz, tylko nie rób mi krzywdy – powiedziała.

Wiatr poruszał zasłonką, nie spostrzegła żadnego innego ruchu. Podeszła do balkonu i zauważyła to, czego już była pewna – fotel i dywan zasłaniający drabinkę przeciwpożarową były odsunięte. Zamknęła pośpiesznie balkon, zarzuciła szlafrok i zapaliła światło. Rozejrzała się dokładnie. Drzwi wejściowe były zamknięte. Uznała więc, że włamywacz musiał wyjść tą samą drogą, którą dostał się do mieszkania. Zaczęła sprawdzać mieszkanie.

– Co ukradłeś, sukinsynu? – powtarzała, zaglądając w każdy kąt.

Wszystko jednak zdawało się leżeć na swoim miejscu. Biżuteria, oszczędności w pudełku po cygarach, nawet laptop na biurku. Podeszła do komputera i dotknęła ekranu.

– Jak dobrze, że mi ciebie nie zabrał – wyszeptała.

I wtedy zauważyła, że obok leży maszynopis. Na pierwszej stronie widniał napis „Nowy tekst”.

***

Następnego dnia Caroline odstawiła fotel na miejsce. Walczyła ze sobą dłuższy czas, czy zgłosić zajście na policję. Obawiała się jednak, że w jej wieku całe zdarzenie może zostać potraktowane jako wymysł pogrążonego w demencji starczego umysłu. A niczego tak się nie bała jak przytułku. Bez krewnych, ze zwichniętym biodrem i wyimaginowanymi prześladowcami prawdopodobieństwo eksmisji do Słonecznej Jesieni lub Spokojnego Seniora było całkiem duże. Ostatecznie postanowiła nie ryzykować. Zamiast tego napisała do administratora Innego Wymiaru w sprawie użytkownika Nobody. Zapaliła Camela i popatrzyła na maszynopis.

W trakcie dnia jednak zaczęła postrzegać całą sytuację w nieco jaśniejszych barwach.

– Wystarczy, że będziesz zamykać na noc balkon, stara kretynko, i masz go z głowy. Przy odrobinie szczęścia podczas kolejnej wizyty skurwiel zleci z drabinki i skręci sobie kark.

Pewna siebie, wspierając się na lasce, z papierosem w ustach sięgnęła po maszynopis i ruszyła w stronę zlewu. Położyła tekst na blacie, uchyliła drzwiczki szafki i otworzyła pojemnik na śmieci. Sięgnęła po powieść, gdy zadzwonił domofon.

Dzwonek w mieszkaniu odzywał się w dwóch przypadkach: raz w roku podczas wizyty kuriera oraz podczas pomyłek, a te zdarzały się nader rzadko. Jak zwykle zaczekała, aż wybrzmi piąty sygnał. Domofon ucichł. Znów sięgnęła po powieść, gdy dzwonek ponownie zabrzęczał.

– Co jest, do ciężkiej cholery? – warknęła.

Wyrzuciła niedopałek do zlewu i ruszyła w stronę słuchawki.

Porwała ją z widełek i krzyknęła:

– Słucham!

Nikt się nie odezwał, więc zapytała:

– Jest tam ktoś?

Odwiesiła słuchawkę i podeszła do okna wychodzącego na wejście do kamienicy. Nikt nie stał przed drzwiami. Spojrzała niepewnie na maszynopis. Wzięła głębszy oddech i ruszyła do blatu. Podniosła tekst, a gdy schylała się, by umieścić go w koszu, domofon znów się odezwał.

– Pieprz się – warknęła i wyrzuciła powieść.

Wieczorem pojawił się Denzel, by zabrać śmieci. Zapytał, jak zawsze, czy czegoś potrzebuje. Podziękowała mu, a gdy wyszedł, usiadła do komputera. Tekst, który redagowała, spodobał się i pogratulowano jej dobrze wykonanej pracy. Weszła na stronę Innego Wymiaru z nadzieją, że jest jakaś odpowiedź od administratora strony. Koperta w prawym górnym rogu ekranu podświetlała się na czerwono.

Pierwsza wiadomość była od Nobody’ego, a druga od administratora.

– Załatwię cię, śmieciu, zobaczysz – powiedziała w stronę monitora i sięgnęła po papierosa.

Najpierw wybrała wiadomość od prześladowcy.

– „Do zobaczenia” – odczytała na głos. – To się jeszcze okaże.

Otworzyła drugą wiadomość. Patrzyła chwilę w ekran. W końcu wyciągnęła zapalniczkę i odpaliła Camela.

– Jak to, nie ma użytkownika o takim nicku?

***

Obudził ją domofon. Caroline spojrzała na zegarek. Była druga w nocy.

– Dzwoń sobie, ile chcesz, draniu – powiedziała i obróciła się na bok. – W końcu ci się znudzi.

Rano od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Uniosła się na łokciach i zobaczyła tuż obok poduszki dosunięty fotel, a na nim maszynopis.

Cały poranek Caroline spędziła na oględzinach drzwi balkonowych. Wiedziała, że Nobody chciał ją nastraszyć, a tajemnica zamkniętych drzwi prowadzących na drogę przeciwpożarową miała potęgować efekt.

– I bez tego jestem wystarczająco roztrzęsiona – wyszeptała.

Zmusiła się do zjedzenia lekkiego śniadania. Później wpadł Luis, żeby zapytać o drążki zamontowane przy wannie. Zapewniła go, że wszystko jest funkcjonalne i w najlepszym porządku.

– Widzę, że zrezygnowałaś z fotela na balkonie – zauważył Luis.

– A, tak. Faktycznie nierozsądnie jest blokować drogę przeciwpożarową.

– Widzisz, teraz jeszcze musisz rzucić palenie, a dam ci spokój.

Rozciągnęła usta w życzliwym uśmiechu, a gdy się obrócił, pokazała mu środkowy palec. Zanim jednak zatrzasnął drzwi, zawołała pośpiesznie:

– Luis?

– Tak?

– Nie zauważyłeś, czy ktoś obcy kręci się przy kamienicy?

– Nie, nikogo takiego nie widziałem. Czy coś się stało?

– Nie, ja tylko… Miałam okropny sen, że ktoś w nocy chodzi po mieszkaniu.

– Rozumiem – powiedział dozorca z troską w głosie. – To przez to, że tyle czasu spędzasz w domu. Szczerze współczuję, Caroline. Chcesz, żebym sprowadził lekarza?

– Nie! – wykrzyknęła. – To znaczy nie trzeba, dziękuję.

Dozorca przyglądał się jej chwilę z zatroskaną miną, nim wyszedł. Zamknęła drzwi i spojrzała na maszynopis.

– Dobra, wygrałeś, draniu – powiedziała.

Przeniosła powieść na biurko. Z szuflady wyciągnęła czerwoną kredkę i zaczęła czytać. Pod wieczór odłożyła tekst. Wzięła z talerza czekoladowe ciastko i oparła się na krześle. Zamierzała zrobić taką korektę, żeby Nobody nie poznał tekstu, a pisania odechciało mu się do końca życia. Teraz jednak, skubiąc ciastko po przeczytaniu ponad stu stron, musiała przyznać, że powieść nie tylko nie wymagała zbyt wielu poprawek, ale była dobra. Uświadomiła sobie, że od bardzo dawna nie czytała tak porządnego tekstu.

 ***

Caroline potrzebowała się uspokoić i spokojnie przemyśleć całą sytuację. Napuściła wody do wanny, przygotowała na stoliku paczkę Camel, zapałki oraz herbatę. Po krótkim namyśle postanowiła też otworzyć drzwi na balkon.

– Jeśli zechcesz, i tak wejdziesz, a ja nie mam zamiaru dać ci się terroryzować – powiedziała hardo.

Wyszła na chwilę, żeby sprawdzić, jak mają się sikorki. W domku zastała samiczkę wysiadującą jaja. Dała jej spokój. Ściągnęła ubranie i ruszyła do wanny.

Po jednym papierosie i gdzieś w połowie herbaty usłyszała, jak balkon zgrzyta pod ciężarem Nobody’ego. Drzwi do łazienki były uchylone – odsłaniały tylko część kuchni. Prześladowca Caroline znów zaczekał, aż się ściemni, nim ją odwiedził. Dostrzegła jego sylwetkę, gdy mijał łazienkę, a po chwili usłyszała szelest przewracanych stron maszynopisu.

– Poczęstuj się ciasteczkami – powiedziała z przekąsem.

Szelest ucichł, by po chwili Nobody znów wrócił do sprawdzania tekstu.

Caroline zapaliła papierosa i cierpliwie czekała, rozkoszując się wodą, lecz bacznie obserwując mieszkanie przez uchylone drzwi. Sylwetka znów mignęła jej przed oczami.

– I jak, zadowolony? – zapytała.

Nobody stanął. Usłyszała, jak parkiet skrzypi pod butami, gdy zbliżył się do szczeliny między drzwiami a framugą. Caroline poczuła niepokój. W duchu skarciła się za lekkomyślność. Mimo to zerknęła i dojrzała jego ciemną sylwetkę. Przyglądał się jej dłuższą chwilę. Zasłoniła piersi, choć Nobody nie mógł widzieć jej nagości. Gdy nerwy znów zaczęły puszczać, zadygotała, a usta zadrżały. Wtedy Nobody pośpiesznie ruszył w stronę balkonu.

Caroline wytarła się, włożyła szlafrok i wyszła z łazienki. Zapaliła światło i spojrzała na powieść. W miejscu, w którym skończyła poprawiać tekst, odczytała wiadomość nakreśloną czerwoną kredką:

– „Dobra robota, dziękuję”.

– Nie ma za co, zboczeńcu – powiedziała i spojrzała na okruchy pozostawione na talerzu.

***

Caroline weszła pod kołdrę i patrzyła w ciemne mieszkanie, rozmyślając o powieści, szantażu oraz o samym prześladowcy. Całe życie potrafiła dostosowywać się do sytuacji, które los rzucał jej pod nogi. Tym razem nie wiedziała, co robić, przez co czuła się jeszcze bardziej stara i bezbronna.

– Skurwiel – wyszeptała w ciemność.

Obróciła się na bok i zacisnęła w pięściach pościel, obiecując sobie, że nie będzie płakać. Na próżno. Otarła oczy o poduszkę. Najtrudniej było przyznać przed sobą, że już nigdy nie stworzy czegoś równie dobrego jak ta powieść, która przemocą wdarła się w jej życie.

Zmieniła pozycję. Leżała na plecach, wpatrzona w sufit. Sięgnęła po paczkę Cameli i zapaliła papierosa. Żar świecił w mieszkaniu, a Caroline wypuszczała dym, obserwując kłęby unoszące się w stronę sufitu. Wtedy zauważyła czerwoną lampkę na szafce z naczyniami.

***

Kolejny dzień przyniósł najpierw Denzela, następnie Luisa. Obaj przyszli sprawdzić, jak się czuje.

– Jeszcze nie oszalałam, brudasy – wymamrotała, nim usiadła do powieści.

Pod wieczór skończyła redagowanie. Ułożyła tekst starannie obok laptopa i zabrała się do pieczenia czekoladowych ciastek. Wrzuciła blachę do nagrzanego piekarnika i zaczęła napuszczać wodę do wanny. Poczęstunek dla prześladowcy ustawiła obok powieści, a po namyśle dostawiła też szklankę mleka. Otworzyła drzwi balkonu, rozebrała się i ruszyła do wanny.

Tego wieczora Nobody kazał na siebie czekać dłużej niż poprzednim razem. Wypaliła trzy papierosy, nim usłyszała trzeszczące rusztowanie. Już się nie skradał, od razu ruszył przez mieszkanie w stronę biurka.

– Nie śpiesz się – powiedziała, nieco dygocząc, gdyż woda była już chłodna.

Nobody wertował powieść, a Caroline nasłuchiwała. Gdy woda zrobiła się już całkiem zimna, szelest stron ucichł. Przez krótką chwilę zdawało jej się, że słyszy dźwięk szklanki odstawianej na blat biurka.

Nobody rozpiął zamek błyskawiczny, następnie zasunął go i zrobił kilka szybkich kroków. Stanął nagle w miejscu, w którym Caroline widziała go przez uchylone drzwi. Był wysoki, ubrany w czarny dres i kominiarkę. W prawej ręce ściskał teczkę. Nobody obrócił głowę w kierunku staruszki. Caroline, do połowy wychylona z wanny, z papierosem w ustach, patrzyła w napięciu. Pisarz zgiął się wpół i złapał za brzuch, po czym postąpił dwa kroki w tył. Widziała w jego oczach pytanie. Zaciągnęła się z satysfakcją i patrzyła, jak pada na podłogę.

Caroline wyszła z łazienki i obeszła Nobody’ego szerokim łukiem. Stanęła przy biurku. Talerz i szklanka były puste.

***

Caroline przeglądała powieść, gdy Nobody zaczął się budzić. Obserwowała kątem oka, jak powieki pisarza unoszą się powoli. Bezskutecznie poruszał rękami i nogami. W końcu dotarło do niego, że jest oklejony szarą taśmą. Pierwsze słowa stłumiły zaklejone usta.

– Obudziłeś się, to dobrze. Samotna egzystencja ma swoje dobre strony, ale nieraz brakuje mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać.

Nobody szarpał się coraz bardziej. Siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o kuchenną szafkę. Wyglądał trochę jak niedbale rzucony dywan. Caroline zaniepokoiła się nieco, gdy taśma coraz głośniej trzeszczała. Gdy była pewna, że wytrzyma, powiedziała:

– Nigdy nie myślałam, że kiedyś zatęsknię za rozmową z drugim człowiekiem. Zawsze obchodziłam się bez tej wątpliwej przyjemności. – Sięgnęła po papierosa. – Ale chyba się zestarzałam.

Nobody wierzgał, przechylając się niebezpiecznie, aż w końcu upadł na lewy bok. Caroline odetchnęła z ulgą.

– A może to te okoliczności tak na mnie działają? – spytała, założyła nogę na nogę i zaciągnęła się Camelem. – Bo widzisz, dobrze jest porozmawiać z kimś, kto dla odmiany jest słabszy i bardziej bezbronny niż ja.

Nobody znieruchomiał, gdy Caroline rozłożyła szeroko nogi, nie przejmując się tym, że jest zupełnie naga. Oparła łokcie na kolanach i wbiła wzrok w niebieskie oczy.

– Starość jest przykra. Trzeba o wszystko prosić, człowiek stale potrzebuje pomocy. To strasznie upokarzające. I te myśli: „Ile jeszcze zostało mi czasu?” Na zrobienie tego czy tamtego.

Choć Nobody wciąż miał na twarzy kominiarkę, Caroline wyraźnie widziała ból w jego oczach.

– A tak, to leki przeciwbólowe przestają działać. Te same, które przyswoiłeś wraz z ciastkami i mlekiem. Było ich bardzo dużo. Trochę się bałam, że twoje serce może nie wytrzymać takiej ilości. – Zgasiła papierosa.

Tłumione przez taśmę słowa zaczęły się zmieniać. Caroline wiedziała, że to krzyk bólu.

– Ależ miło jest popatrzeć na ciebie, takiego bezradnego, słabego. To daje sporą satysfakcję, a tej rzadko ostatnio doświadczam. – Wstała, wspierając się na lasce ze srebrnym słowikiem, i ruszyła w stronę pisarza.

Nobody dostrzegł swoją lewą dłoń i brakujący kciuk, po czym zawył rozpaczliwie przez taśmę. Caroline stanęła przy kuchennym blacie i podniosła telefon.

– Potrzebowałam sprawdzić kilka rzeczy na tym ustrojstwie. Okazuje się, że blokada ekranu jest zabezpieczona odciskiem kciuka. Musisz mi to wybaczyć, ale jestem za stara, by co chwilę schylać się i przykładać ci telefon do dłoni. – Podniosła odcięty palec i odblokowała ekran. – Tak jest znacznie łatwiej.

Nobody zamknął oczy. Po chwili ciałem wstrząsnęły drgawki. Caroline patrzyła na niego chwilę. Zastanawiała się, czy aby nie dostał torsji. Gdy zorientowała się, że płacze bezgłośnie, wróciła do przeglądania telefonu.

– O, mam – powiedziała zadowolona. – Dostęp do twojego dysku i do poczty. Znalazłam też kilka stron, na których się udzielasz. Bardzo mnie cieszy, że nie dzieliłeś się z nikim powieścią. W ogóle muszę przyznać, że jesteś dość tajemniczy. To nas łączy.

Nobody otworzył oczy i spojrzał pytająco na Caroline.

– Tak, ty, mój podglądaczu, znalazłam twój tekst na dysku i usunęłam go wraz z notatkami. Dobrze wiedzieć, że podziwiasz mnie i moją jedyną publikację. Jestem z niej dumna. Jednak nie myślałeś chyba, że dam się bezkarnie podglądać i straszyć jakiemuś gówniarzowi.

Nobody bezskutecznie starał się coś wytłumaczyć.

– Widzisz, pochlebia mi, że poświęciłeś powieść mojej osobie, bo nie da się ukryć, że twoja Gołębica to ja. Ale to oznacza, że musiałeś mnie obserwować przez dłuższy czas. Nie tylko śledzić w internecie, ale także w domu. – Caroline podeszła do Nobody’ego, który odruchowo spuścił wzrok.

Chwilę szukała czegoś w telefonie, w końcu nachyliła się nad nim i pokazała ekran.

– Nie wstydź się. Nieraz mnie widziałeś nagą i chyba wtedy ci to nie przeszkadzało. A teraz zachowujesz się niekonsekwentnie. Chyba że podglądanie starszych kobiet jest dla ciebie satysfakcjonujące tylko przez ekran telefonu lub szparę w drzwiach.

Nobody z coraz większym przerażeniem patrzył na siebie i Caroline na ekranie telefonu.

– Znalazłam wszystkie kamery i nagrania na dysku. – Podniosła się, z wysiłkiem pomagając sobie laską. – Ale do rzeczy. Nie mogę ci darować tych dni w strachu, gdy zamieniłeś moje mieszkanie w więzienie, a życie w koszmar. Nigdy nikt mnie tak nie upokorzył jak ty. Nigdy przez nikogo nie czułam się tak bezbronna i nic nieznacząca. Nawet gdy los skazał mnie na czarnucha i Meksykanina. – Caroline podeszła do blatu. – Więc postanowiłam, że jako zadośćuczynienie wezmę twoją powieść.

Nobody znów wierzgnął na podłodze niczym wyrzucona na brzeg ryba, bezskutecznie starając się uwolnić.

– To naprawdę świetna powieść, a że opisuje moje życie, będzie wyglądało wiarygodnie, kiedy to ja się pod nią podpiszę. – Caroline podeszła do Nobody’ego. – Zmiany, które wprowadzę, powinny nadać powieści mojego klimatu, a czytelnikom namiastkę dawnej mnie sprzed lat.

Nachyliła się nad Nobodym. Lewą ręką złapała go pod brodę i uniosła mu głowę.

Zobaczył w jej dłoni pełną strzykawkę z długą igłą.

– A to – wyjaśniła – jest spora dawka leków przeciwbólowych i uspokajających, rozpuszczonych w wodzie. Mój poczęstunek dla ciebie za Gołębicę.

Nobody szarpnął się. Caroline przewróciła go na plecy. Usiadła mu okrakiem na piersi, udami objęła ramiona. Lewą ręką ponownie złapała go za brodę, by unieruchomić kręcącego głową Nobody’ego.

– Wiesz, że kocham ptaki. Sam to opisałeś w powieści, ale musisz też wiedzieć, że nienawidzę gołębi. Brzydzę się nimi zupełnie tak, jak ludźmi, którymi musiałam się otaczać, a ty, gnojku, skazałeś mnie na życie wśród tych obesranych gruchaczy. Chciałeś to opublikować. Tego ci nie daruję i możesz być pewien, że Pani Sowa nie skończy wśród szarych piór i gołębiego łajna. Przepiszę zakończenie.

Zobaczyła w oczach Nobody’ego przerażenie, dzikie, zwierzęce, jak u gołębia, któremu niegdyś przetrąciła skrzydło. Siedziała w fotelu i obserwowała szkodnika, jak męczył się na balkonie. Spoglądała w jego ślepia – bezbronne, słabe, przestraszone, takie jak oczy Nobody’ego.

– Na koniec ostatnia rada: trzeba dbać o zęby. Ja, mimo sędziwego wieku, mam wszystkie własne i z takim kompletem zamierzam odejść na tamten świat. A ty masz braki. – Zmacała palcem wskazującym policzek pisarza i odnalazła miejsca po brakującej piątce i szóstce.

Caroline podnosiła się i opadała na jego piersi, gdy Nobody wierzgał, uśmiechnięta niczym nastolatka na mechanicznym byku. Nie patrzył na igłę zbliżającą się do policzka, lecz na pisarkę – nagą, pomarszczoną, z fałdami skóry zwisającymi z chudych rąk i piersiami leżącymi na żebrach widocznych pod cienką niczym papier skórą. A ona patrzyła na niego z wyszczerzonymi zębami przez białe kosmyki włosów zwisające z łysiejącej już głowy. Oboje usłyszeli, jak ostra końcówka igły przebija taśmę, a następnie policzek. Caroline wcisnęła tłok i gorzka mieszanka leków z wodą wypełniła usta Nobody’ego.

– Śpij spokojnie, mój najwierniejszy fanie – powiedziała.

***

Caroline, zdyszana, opadła na fotel. W prawej dłoni trzymała rączkę trójkołowego wózka schodowego, którego niegdyś używała do wnoszenia zakupów na dziesiąte piętro kamienicy.

– Przydałeś się, stary towarzyszu sklepowych wojaży – wyszeptała.

Sięgnęła po telefon i wybrała numer alarmowy. Gdy odezwała się dyżurna, Caroline powiedziała:

– Dobry wieczór. Stało się coś strasznego. Chyba ktoś skoczył z dachu kamienicy, w której mieszkam.

***

Było trochę zamieszania w związku z młodym człowiekiem, który wybrał do popełnienia samobójstwa akurat dach kamienicy Caroline. Nieco później dowiedziała się od Denzela, że chłopak był kompletnie naćpany. Całe zajście miało też przykre konsekwencje dla Luisa, który został zwolniony za to, że nie dopilnował, by droga na dach była odpowiednio zabezpieczona. Caroline na jakiś czas musiała zlikwidować balkon, pozostawiając jedynie karmnik i domek dla sikorek. Ale było warto – za jednym zamachem pozbyła się z życia Nobody’ego i Meksykanina.

***

– Caroline, nie wiem, jak to zrobiłaś, ale to jest po prostu niesamowite. „Pani Sowa” będzie lepsza od twojej pierwszej powieści. Gwarantuję ci to, a redakcja zadba o reklamę. Znowu będziesz na pierwszych stronach gazet.

– No cóż, cieszę się, że na stare lata udało mi się jeszcze coś osiągnąć – powiedziała Caroline, dopalając Camela.

– To będzie bestseller. Jesteśmy w kontakcie. Muszę kończyć, bo dobijają się do mnie na drugą linię. Jesteś wspaniała, Caroline. Zadzwonię później.

Rozłączyła się, odłożyła telefon na biurko i odsunęła szufladę. Wyciągnęła z niej czarną kominiarkę. Włożyła do środka dłoń i patrzyła, jak przez otwory na oczy i usta wlatuje papierosowy dym.

– Dziękuję, to też twój sukces, Nobody – powiedziała.

Usłyszała gruchanie. Powoli obróciła głowę w stronę kuchni. Szary gołąb siedział na blacie i przyglądał się jej.

– Ty… ty mały szczurze – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

Wsparła się na lasce i ruszyła w stronę ptaka. Gołąb obserwował ją bez większego zainteresowania.

– To będzie ostatnie mieszkanie, do którego wtargnąłeś – powiedziała, zbliżając się z uniesioną nad głowę laską.

Nim jednak metalowy słowik runął na gołębia, ten przefrunął na zlew. Mijając drzwi na balkon, Caroline usłyszała na zewnątrz trzepot skrzydeł. Wyjrzała. Zobaczyła, że balustradę w całości obsiadły gołębie. Kłębiły się na podłodze i barierkach, a jeden siedział na domku dla sikorek. Ptaki gruchały, trzepotały skrzydłami i srały. Caroline czuła, jak zalewa ją fala wściekłości. Ruszyła z uniesioną laską przez uchylone drzwi. Wypadła na balkon i zamarła, bo żaden z ptaków nie odfrunął. Patrzyły na nią tępo, kręcąc łbami.

– To ty? – wyszeptała Caroline.

Wtedy gołębie rzuciły się na nią. Obsiadły ją, wbijając pazury w sukienkę, drapiąc i dziobiąc. Caroline na oślep zamachała srebrnym słowikiem, gdy jeden z ptaków wplótł się we włosy, bijąc skrzydłami o twarz. Poczuła, jak ktoś wpycha jej w ręce plik papierów. Upuściła laskę, a gdy srebrny słowik uderzył o podłogę, poczuła mocne szarpnięcie. Zatoczyła się i wpadła plecami na barierkę, która z trzaskiem pękła. Ptaki w tej samej chwili odleciały. Nim runęła, przez ułamek sekundy dostrzegła mężczyznę w kominiarce.

Caroline uderzyła o bruk. Stara platforma przeciwpożarowa zatrzeszczała, a konstrukcja rozleciała się z hukiem, zasypując plac między starymi kamienicami.

***

Jako pierwszy na zewnątrz wybiegł Denzel. W stercie stali walającej się po placu nie od razu dostrzegł Caroline, leżącą wśród szarych piór i gołębich odchodów. Podszedł do niej, odgarnął kilka prętów i zobaczył, że starsza pani ściska w rękach maszynopis podpisany „Nowy tekst”. Pod tytułem czerwoną kredką ktoś nabazgrał drukowanymi literami: NOBODY.

koniec

Kliknij aby rozwinąć

Żołnierze fortuny: Śnieg i krew

Bez­kre­sna biel za­mar­z­nię­te­go morza. Błę­kit lo­dow­ca, po­ma­rańcz brył skrzą­cych się w po­ran­nym słoń­cu. Tań­czą­ce dro­bin­ki śnie­gu uno­szo­ne przez wiatr.

Moja matka py­ta­ła mnie: Kim bę­dziesz, Lan­dorf, gdy do­ro­śniesz?

Od­po­wia­da­łem: Zdo­byw­cą ma­mu­siu, jak Ce­sarz Goelz.

A ona krę­ci­ła z po­li­to­wa­niem głową i od­po­wia­da­ła: Śnij dalej o pa­pie­ro­wych do­mach i bu­dy­nio­wych la­sach.

Chciał­bym móc jej po­wie­dzieć, że je wy­śni­łem. Opo­wie­dzieć o wsiach bia­lut­kich, jak kart­ki pa­pie­ru. I pię­trzą­cych się cza­pach śnie­gu na drze­wach. Moich bu­dy­nio­wych la­sach. Chciał­bym, lecz matka już nie żyje, po­grze­ba­na gdzieś na Ne­kar­skiej ziemi. A ja nie mam z kim dzie­lić za­chwy­tu nad lo­do­wym pięk­nem. Gdyż dla Mer­sów kra­jo­braz ten sta­no­wi co­dzien­ność. Na wyspę Isoya do­tar­łem po za­mar­z­nię­tym morzu. Li­cząc, że do­łą­czę do lo­kal­ne­go kon­flik­tu i za­cią­gnę się po jed­nej ze stron. Ale przy­by­łem za późno. Nie ma nic bar­dziej roz­cza­ro­wu­ją­ce­go dla na­jem­ni­ka, niż nagły pokój. Zima sza­la­ła na pół­no­cy i utkną­łem w go­spo­dzie we wsi Grun­dlas.

 

*

– Agnes.

– Tak, tato?

– Idź do sto­do­ły i daj jeść zwie­rzę­tom.

– Do­brze tato.

– Za­bierz czap­kę. Na dwo­rze wciąż pró­szy.

Dziew­czyn­ka upcha­ła pod fu­trza­ną czap­ką zło­ci­ste włosy, za­bra­ła rę­ka­wicz­ki, wia­dro i wy­szła na po­dwór­ko. Wiel­kie płat­ki śnie­gu za­sy­py­wa­ły oko­li­cę. Była cie­ka­wa, czy syn są­sia­dów też pra­cu­je, lecz na próż­no sta­ra­ła się w śnie­ży­cy doj­rzeć farmę. Lu­bi­ła spę­dzać z nim czas, a wie­czo­ra­mi my­śla­ła o jego nie­bie­skich oczach i ma­rzy­ła, że kie­dyś oj­ciec wyda ją za chło­pa­ka. Wes­tchnę­ła cicho i ru­szy­ła przez biały całun, cią­gnąc za sobą wia­dro. Sto­do­ła ma­ja­czy­ła w śnież­nej za­wie­ru­sze. Gdy Agnes do­tar­ła do drzwi, jej po­licz­ki zmar­z­ły, a nos szczy­pał od mrozu. Nim we­szła do środ­ka przez wy­ją­cą za­wie­ru­chę, usły­sza­ła jęk. Spoj­rza­ła w stro­nę ogro­dze­nia, za któ­rym wiatr tar­gał lasem. Jęk do­cho­dził zza płotu. Odło­ży­ła wia­dro i ru­szy­ła, prze­cze­su­jąc wzro­kiem biały puch. Ni­czym nie­zmą­co­na biel okry­wa­ła wszyst­ko do­oko­ła. Dźwięk był coraz gło­śniej­szy. Roz­po­zna­ła psi sko­wyt. Przy­po­mnia­ła sobie, że suka są­sia­dów oszcze­ni­ła się. Zła­pa­ła za ogro­dze­nie i prze­szła na drugą stro­nę.

– Mały, gdzie je­steś! – za­wo­ła­ła.

Lecz pisk ucichł. W od­da­li szu­miał las. Wiel­kie płat­ki spły­wa­ją­ce z ciem­ne­go nieba le­pi­ły się do ubra­nia. Chcia­ła za­wró­cić, gdy doj­rza­ła w śnie­gu, osa­dzo­ne bli­sko sie­bie żółte śle­pia. Pa­trzy­ły wprost na nią. To nie były oczy szcze­nię­cia. Śnieg zsu­nął się z ma­syw­ne­go ciel­ska, po­kry­te­go bia­łym fu­trem. Dziew­czy­na krzyk­nę­ła. Krót­ko. Roz­pacz­li­wie.

 

*

– Sły­sza­łeś? – zapytała żona Bjorna.

– Nie.

– To brzmia­ło jak krzyk. Gdzie jest Agnes?

– W sto­do­le. Za­cze­kaj pójdę do niej.

Bjorn wy­szedł na śnieg. Na po­dwó­rzu było cicho.

– Agnes! – za­wo­łał.

Las za­szu­miał nie­spo­koj­nie. Spoj­rzał w stro­nę drzew. W bez­kre­snej bieli doj­rzał czer­wień. Bjorn pu­ścił się przez po­dwór­ko.

– Agnes!

 

*

Lan­dorf od­sta­wił miskę z resz­tą gu­la­szu i za­czął na­bi­jać fajkę. Go­spo­darz cał­kiem za­po­mniał o piwie na­jem­ni­ka. W to­wa­rzy­stwie trzech chło­pów, przy­słu­chi­wał się opo­wie­ści drwa­la.

– Zna­lazł tylko rę­ka­wicz­kę z dło­nią córki.

– Które to już dziec­ko? – za­py­tał wą­sa­ty go­spo­darz.

– Czwar­te – po­wie­dział jeden z chło­pów.

Lan­dorf od­pa­lił fajkę od świe­cy. Wy­pu­ścił dym, spo­glą­da­jąc w ko­mi­nek. Uważ­nie przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie.

– Co na to wło­darz? – za­py­tał go­spo­da­rza.

– Roz­pa­cza po stra­cie syna – po­wie­dział chłop w li­siej cza­pie. – Zgi­nął wo­ju­jąc z Fry­ga­mi.

– Mu­si­cie zgło­sić się do Gu­staw­so­na, od­po­wia­da w końcu za tę zie­mię – po­wie­dział drwal.

– On teraz ukła­da się z po­ko­na­nym wro­giem, nie w gło­wie mu pro­ble­my wsi – po­wie­dział go­spo­darz, a chło­pi mu przy­tak­nę­li.

– A pró­bo­wa­li­ście utłuc wilka? – do­py­ty­wał drwal.

– Po każ­dym ataku lu­dzie się zbie­ra­ją, ale be­stia ma białe futro i nie spo­sób ją wy­pa­trzeć, a śnieg za­sy­pu­je wszyst­kie ślady – po­wie­dział chłop w cza­pie.

– Wilk… – za­czął drwal.

– Be­stia – wark­nął chłop w cza­pie.

Drwal uśmiech­nął się drwią­co, ale na wie­śnia­ku nie zro­bi­ło to wra­że­nia i cią­gnął dalej:

– Be­stia pod­cho­dzi za­wsze w cza­sie śnie­ży­cy, wabi dzie­ci, wy­cią­ga z go­spo­darstw, czai się przy za­gro­dach, a nawet pod­cho­dzi do do­mostw i dra­pie w okien­ni­ce. Męż­czyzn unika. To be­stia, wilki się tak nie za­cho­wu­ją.

– Czy ten wasz wło­darz za­pła­ci za tę be­stię? – za­py­tał Lan­dorf z sil­nym ne­kar­skim ak­cen­tem.

Mer­so­wie spoj­rze­li na na­jem­ni­ka o czar­nej bro­dzie, ciem­nych oczach i w skó­rza­nym czep­cu na gło­wie, spo­koj­nie wy­pusz­cza­ją­ce­go dym.

– Z pew­no­ścią – po­wie­dział go­spo­darz.

 

*

Karl­son pa­trzył, jak synek bawi się z sio­strą na śnie­gu. Nie po­tra­fił pojąć zasad oso­bli­wej gry. Przy­pusz­czał, że po­le­ga na ła­pa­niu płat­ków śnie­gu ję­zy­kiem. Jed­no­cze­śnie z nie­po­ko­jem spo­glą­dał na biały kra­jo­braz od linii drzew, po za­mar­z­nię­te je­zio­ro. Dzie­ci za­czę­ły się gonić, co rusz prze­wra­ca­jąc w śnież­ne zaspy. Gdy syn od­biegł nieco dalej, wy­ma­chu­jąc pa­ty­kiem w kształ­cie mie­cza, Karl­son do­strzegł ruch nad je­zio­rem. Jed­no­li­ta dotąd biel po­ru­szy­ła się. Karl­son otwo­rzył drzwi i za­wo­łał:

– Inge, przy­nieś koł­czan i łuk!

– Dzie­ci…! – za­czę­ła żona.

– Słu­chaj, co mówię, ko­bie­to!

Inge pod­bie­gła z bro­nią. Mąż za­ło­żył koł­czan, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z miej­sca, gdzie, jak mu się zda­wa­ło, stała be­stia.

– Wi­dzisz Inge? – Wska­zał drugą stro­nę je­zio­ra. – Wi­dzisz to drze­wo?

Żona z nie­po­ko­jem wo­dzi­ła spoj­rze­niem za dzieć­mi.

– Ko­bie­to, wi­dzisz!?

– Widzę zwa­lo­ne drze­wo!

– Spójrz obok, patrz do­kład­nie.

Inge jęk­nę­ła z prze­ra­że­nia, gdyż biel po­ru­szy­ła się.

– Pędź do są­sia­dów, niech się zbio­rą lu­dzie i idą w tamtą stro­nę.

 

*

Karl­son, roz­ka­zał dzie­ciom, by we­szły do domu. Wi­dząc, że chło­pi ru­szy­li w stro­nę je­zio­ra, na­ło­żył strza­łę na cię­ci­wę i szyb­kim kro­kiem po­szedł ku za­mar­z­nię­tej wo­dzie.

 

*

– Orsa? Wi­dzisz, co robią?

– Nie. Są za da­le­ko.

– Orsa? My­ślisz, że za­bi­ją be­stię?

– Nie wiem, ale chcia­ła­bym to zo­ba­czyć. Eeike?

– Tak.

– Idziesz ze mną?

Chło­piec uśmiech­nął się. Po chwili wy­szli na plac.

Nie­mal cała wieś prze­mie­rza­ła je­zio­ro.

– Chyba mają trop – po­wie­dzia­ła Orsa.

– Zo­bacz, bie­gną do lasu! – krzyk­nął Eeike.

– Chodź. – Orsa zła­pa­ła brata za dłoń i pod­bie­gli do ogro­dze­nia.

Sze­ścio­let­nia dziew­czyn­ka dźwi­gnę­ła młod­sze­go bra­cisz­ka, by mógł sta­nąć na belce i przy­trzy­mać się płotu. Orsa sta­nę­ła obok niego.

– Za­trzy­ma­li się – po­wie­dzia­ła.

– Chyba roz­ma­wia­ją – za­uwa­żył Eeike.

– Be­stia mu­sia­ła uciec do lasu.

– My­ślisz, że za nią pójdą? – za­py­tał bra­ci­szek.

– Pew­nie tak, chodź­my do domu – po­wie­dzia­ła Orsa.

Ze­szła z ogro­dze­nia i po­mo­gła bratu, pod­trzy­mu­ją­ce go, by nie upadł. Eeike spoj­rzał na sio­strę. Od­dy­cha­ła szyb­ko, wy­pusz­cza­jąc ob­ło­ki pary. Po­wie­ki Orsy roz­sze­rzy­ły się, pa­trzy­ła w stro­nę sto­do­ły. Eeike ob­ró­cił głowę. Biały wilk sie­dział na śnie­gu, nie­mal zle­wa­jąc się z po­dwór­kiem. Gdy pod­niósł zad i ru­szył w ich stro­nę, dziew­czy­na pu­ści­ła brata.

– Orsa! – krzyk­nął Eeike przez łzy za od­bie­ga­ją­cą sio­strą.

 

*

Lan­dorf ob­szedł do­kład­nie każdą wieś i osadę. Na­tra­fił na licz­ne wil­cze tropy, jed­nak żaden z nich nie wska­zy­wał, by to wła­śnie te zwie­rzę­ta pod­cho­dzi­ły do ludz­kich sie­dzib. Nie­da­le­ko za­mar­z­nię­te­go je­zio­ra zna­lazł ślady wa­ta­hy. Tro­pił ją więk­szość dnia, tylko po to, by prze­ko­nać się, że w sta­dzie nie było ani jed­ne­go wilka o bia­łym fu­trze. Zre­zy­gno­wa­ny wró­cił do go­spo­dy.

– Jak idzie po­lo­wa­nie? – za­py­tał w progu go­spo­darz.

– Mie­li­ście rację. Albo sypie i nic nie można zna­leźć lub wpa­dam na nie­wła­ści­we zwie­rzę­ta. – Lan­dorf strzep­nął fu­tro, zrzu­ca­jąc śnieg i pod­szedł do ko­min­ka.

– Lu­dzie już tego pró­bo­wa­li. Ca­ły­mi dnia­mi cho­dzi­li po la­sach, strze­la­jąc do każ­de­go na­po­tka­ne­go wilka. Wszyst­ko na nic. – Go­spo­darz pod­szedł i podał Ne­kar­czy­ko­wi miskę zupy.

– Można by wy­sta­wić przy­nę­tę – za­pro­po­no­wał Lan­dorf.

– A znasz kogoś, kto zgo­dzi się na­ra­żać wła­sne dziec­ko?

– Mie­li­ście rację, chyba nic tu po mnie – wark­nął Lan­dorf sia­da­jąc do stołu.

– Nie­ko­niecz­nie, jest pewna osoba, u któ­rej z pew­no­ścią mo­żesz się cze­goś do­wie­dzieć.

– Gadaj wprost.

– Blek­k­sprut.

Lan­dorf od­sta­wił drew­nia­ną miskę i spoj­rzał na go­spo­da­rza.

– My­śla­łem, że Mer­so­wie je wy­tę­pi­li?

– Nie wszyst­kie – po­wie­dział go­spo­darz . – W tych stro­nach da­rzo­no je sza­cun­kiem, ale i bano się ich i tylko nie­licz­ni ko­rzy­sta­li z ich usług. Gdy za­czę­ła się na­gon­ka na wiedź­my, my o na­szych po­sta­no­wi­li­śmy za­po­mnieć, ale po­dob­no nadal tu są.

– Czemu się ich lę­ka­no?

– Blek­k­sprut widzi prze­szłość i przy­szłość, można za­py­tać ją o co­kol­wiek, jed­nak za­wsze na ko­niec zdra­dza od­wie­dza­ją­cym, jak i gdzie skoń­czą. Taka jest cena jej prze­po­wied­ni.

– My­ślisz, że mi po­mo­że?

– Z pew­no­ścią, jeśli niestrasz­ne ci twoje prze­zna­cze­nie.

– Strasz­ne? Pa­pie­ro­we domy i bu­dy­nio­we lasy? Nie, go­spo­da­rzu, je­stem na­jem­ni­kiem i do­brze wiem, jaki czeka mnie los.

 

*

Orsa za­trza­snę­ła drzwi sto­do­ły. Wtedy usły­sza­ła płacz Eeike, a po chwi­li prze­raź­li­wy pisk. Od­głos bu­ci­ków na śnie­gu. W na­stęp­nej chwi­li urwa­ny wrzask. Chrup­nię­cie. Mla­ska­nie, a po­przez te od­gło­sy – płacz, cichy, roz­pacz­li­wy, urwa­ny. Usia­dła na kle­pi­sku, za­sła­nia­jąc dłoń­mi oczy i wrzasnęła z ca­łej siły. Gdy bra­kło jej tchu, z dworu do­bie­gał tylko świst wia­tru. Na czwo­ra­ka po­de­szła do ścia­ny i spoj­rza­ła przez szpa­rę w de­skach. Zo­ba­czy­ła bucik. Za­gry­zła wargi i po­dą­ży­ła za krwa­wym śla­dem w śnie­gu, cią­gną­cym się wzdłuż sto­do­ły. Po­de­szła do ko­lej­nej szpa­ry. Spoj­rza­ła. Eeike leżał przed domem. Usły­sza­ła huk. Coś na­par­ło na drzwi sto­do­ły. Ode­rwa­ła się od ścia­ny. Deski za­trzesz­cza­ły pod na­po­rem ma­syw­ne­go ciel­ska. Wnętrze wypełniło dra­pa­nie pa­zu­rów o drew­no. Stary pod­nisz­czo­ny sko­bel za­trzesz­czał. Łapy wilka zje­cha­ły po drzwiach.

Wszyst­ko uci­chło. Po lewej biały kształt mi­gnął mię­dzy de­ska­mi. Usły­sza­ła, jak śnieg trzesz­czy pod ła­pa­mi be­stii. Po chwili wę­sze­nie przy ziemi. Ob­ró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła pysk tuż przy kle­pi­sku. Be­stia ru­szy­ła z powrotem do drzwi. Łapy znów na­pie­ra­ły na wej­ście. Cała fra­mu­ga za­trzę­sła się. Zo­ba­czy­ła, jak sko­bel upada na kle­pi­sko. Drzwi skrzyp­nę­ły, gdy wiel­ki biały łeb wsu­nął się do środ­ka.

 

*

Lan­dorf stał z chło­pem w cza­pie z li­sie­go futra. Nie pod­cho­dzi­li do wsi. La­ment Karl­so­na nad stra­co­ny­mi dzieć­mi był aż nadto sły­szal­ny tam gdzie stali, a ślady krwi na tyle wi­docz­ne, by wie­dzie­li, co się wy­da­rzy­ło.

– To się musi skoń­czyć.

– Więc za­pro­wadź mnie do Blek­k­sprut – po­wie­dział Lan­dorf.

– Wska­żę ci je­zio­ro, to wszyst­ko. Dalej bę­dziesz mu­siał sobie ra­dzić sam.

– Do­brze. – Uwagę Lan­dor­fa przy­kuł mło­dzie­niec w bo­bro­wym fu­trze, o spię­tych ja­snych wło­sach, trzy­ma­ją­cy się, tak samo jak na­jem­ni­ka, w pew­nej od­le­gło­ści od wsi. – A ten, co to za jeden?

– Pa­choł syna wło­da­rza. Kjell

– Może wło­darz w końcu się za­in­te­re­so­wał sy­tu­acją?

– Nic mi o tym nie wia­do­mo. – Chłop po­gła­dził rudy wąs. – Ale na miej­scu Kjel­la trzy­mał­bym się jak naj­da­lej od cha­łup. Do­pó­ki be­stia gra­su­je, lu­dzie będą mieć za złe wło­da­rzo­wi śmierć ich dzia­tek.

Lan­dorf przy­glą­dał się pa­cho­ło­wi, któ­re­go twa­rzy wy­ra­ża­ła nie­zwy­kłe­ prze­ję­cie, jakby to jego wła­sne dzie­ci mieli we wsi cho­wać.

 

*

Chłop zo­sta­wił Lan­dor­fa na brze­gu je­zio­ra, po tym jak upew­nił się, że na­jem­nik bę­dzie wie­dział jak wró­cić. Trzci­ny, po­kry­te war­stwą lodu, gęsto po­ra­sta­ły oko­li­ce. Lan­dorf przy po­mo­cy to­po­ra przedarł się przez za­ro­śla i wy­szedł na ob­sy­pa­ną śnie­giem taflę. Zo­ba­czył drew­nia­ną chatę, zbu­do­wa­ną z gru­bych beli, krytą strze­chą. Ru­szył ku niej. Szyb­ko też za­uwa­żył, że śnieg jest po­zna­czo­ny licz­ny­mi śla­da­mi płóz. Schro­nie­nie Blek­k­sprut oka­za­ło się so­lid­nie wy­ko­na­ne, a wnę­trze utrzy­ma­ne w wy­jąt­ko­wej czy­sto­ści. Spo­dzie­wał się ra­czej za­stać sza­łas na­wie­dzo­nej masz­ka­ry, a tym­cza­sem chata wy­glą­da­ła le­piej niż go­spo­da, w któ­rej sy­piał. Uwagę na­jem­ni­ka zwró­ci­ła drew­nia­na po­kry­wa w cen­tral­nej czę­ści domu. Uniósł ją, od­kry­wa­jąc spo­rych roz­mia­rów prze­rę­bel, znacz­nie więk­szy niż te po­trzeb­ne do ło­wie­nia ryb. Usły­szał na ze­wnątrz trzesz­czą­cy śnieg. Wy­szedł z chaty. Od stro­ny ota­cza­ją­ce­go je­zio­ro lasu zbli­ża­ły się sanie, po­py­cha­ne przez wy­so­kie­go mło­dzień­ca. Na sa­niach sie­dzia­ła ko­bie­ta o wieku trud­nym do od­gad­nię­cia. Lan­dorf za­pa­lił fajkę i cze­kał. Sanie za­trzy­ma­ły się przed na­jem­ni­kiem. Ko­bie­ta była nie­zwy­kle blada, wpa­try­wa­ła się w przy­by­sza ja­sno­nie­bie­ski­mi ocza­mi spod nie­na­tu­ral­nie du­że­go czoła, o dziw­nym zde­for­mo­wa­ny kształ­cie. Futra, któ­ry­mi była okry­ta, fa­lo­wa­ły, jakby nie­spo­koj­nie prze­bie­ra­ła no­ga­mi. Mło­dzie­niec o sko­śnych oczach wy­glą­dał na cał­ko­wi­cie skre­ty­nia­łe­go, męt­nym wzro­kiem wpa­try­wał się gdzieś w dal.

– Na­zy­wam się Lan­dorf.

– Witaj na­jem­ni­ku – od­po­wie­dzia­ła Blek­k­spru­ty. – Po co mnie od­wie­dzasz?

– We wsi giną dzie­ci, po­że­ra­ne przez roz­sza­la­łe zwie­rzę. Nie spo­sób wy­tro­pić be­stii. Przy­sze­dłem po pomoc.

– Znasz cenę?

Lan­dorf ścią­gnął torbę na rze­mie­niu i rzu­cił pod sanie.

– To część ceny.

– Tak wiem, lecz mną się nie przej­muj, je­stem świa­dom two­ich pro­roctw.

– Do­brze, zatem nie trać­my czasu.

Blek­k­sprut po­gła­dzi­ła dłoń idio­ty, a ten pod­szedł i ścią­gnął futra. Pod nimi długa suk­nia fa­lo­wa­ła od od­nó­ży przy­po­mi­na­ją­cy macki. Lan­dorf nic nie po­wie­dział, lecz dłoń po­ło­żył na to­por­ku, gdy wpa­try­wał się w wi­ją­ce od­nó­ża. A każda macka okry­ta weł­nia­ną poń­czo­chą, zda­wa­ła się po­ru­szać nie­za­leż­nie od sie­bie. Chło­pak pod­niósł Blek­k­sprut, a ona ob­ję­ła go ra­mio­na­mi. Oczy wiedź­my zmęt­nia­ły, głowę od­chy­li­ła, a od­nó­ża za­fa­lo­wa­ły w jed­nym ryt­mie.

– To nie zwie­rzę stoi za mor­dem dzie­ci z Grun­dlas, a ludz­ka pod­łość i okru­cień­stwo. – Ciało Blek­k­sprut za­trzę­sło się, a chło­pak zła­pał ją moc­niej, by nie spa­dła tar­ga­na kon­wul­sja­mi. – Zwie­rzę żyło wśród ludzi, choć nie­na­wi­dzi czło­wie­czej ręki. Wkrót­ce też rzuci się na więk­szą zdo­bycz, wtedy szu­kaj krwi na śnie­gu, do­pro­wa­dzi cię do leża be­stii.

Od­nó­ża Blek­k­sprut zwi­sa­ły bez­wład­nie, a ko­bie­ta po­ma­łu unio­sła głowę.

– Wtedy też znaj­dziesz wilka i czło­wie­ka.

– Skąd pew­ność, że wilk nie za­szy­je się w lesie, by zdech­nąć?

– Wszy­scy po­trze­bu­je­my bli­sko­ści – po­wie­dzia­ła Blek­k­sprut i po­ło­ży­ła głowę na ra­mie­niu chło­pa­ka, gła­dząc go dło­nią po po­licz­ku. – Wszy­scy po­trze­bu­je­my czuć się bez­piecz­nie. Ranny wilk umknie w miej­sce, które do­brze zna, tam gdzie ktoś się nim za­opie­ku­je.

Lan­dorf skło­nił się krót­ko.

– To nie wszyst­ko, na­jem­ni­ku. Gdy lat minie na­ście, a ty za­po­mnisz już o wo­jacz­ce, roz­mo­wa z obcym o faj­cze­niu za­koń­czy twoją drogę na tym świe­cie.

Lan­dorf uśmiech­nął się, trzy­ma­jąc fajkę w zę­bach. Blek­k­sprut spoj­rza­ła mu w oczy, od­ga­du­jąc myśli na­jem­ni­ka.

– Pa­pie­ro­we domy i bu­dy­nio­we lasy – wy­po­wie­dzia­ła na głos myśli Lan­dor­fa.

Na­jem­nik spo­waż­niał i czym prę­dzej ru­szył ku brze­go­wi, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

 

*

Haidi dzię­ko­wa­ła Jot­tu­no­wi, że długo nie mogła zajść w ciążę. Wie­dzia­ła, że nie znio­sła­by stra­ty dziec­ka. A już sama roz­pacz na twa­rzach ko­biet z Grun­dlas była dla niej wy­star­cza­ją­co bo­le­sna. Mąż po­cząt­ko­wo miał o to żal do Haidi, ale i on zmie­nił zda­nie po ostat­nich wy­da­rze­niach we wsi. A teraz, gdy oznaj­mi­ła mu, że Jot­tun po­bło­go­sła­wi ich dziec­kiem, Dorf oto­czył ją tro­ską, o jaką nigdy by go nie po­dej­rze­wa­ła. Była w czwar­tym mie­sią­cu, a choć Dorf robił wszyst­ko, by Haidi się nie prze­mę­cza­ła, to i tak część pracy w go­spo­dar­stwie spa­da­ła na nią. Tego ranka po­szli nad je­zio­ro. Dorf wy­rą­bał dwa prze­rę­ble, by mogli zła­pać nieco ryb. Haidi za­nu­rzy­ła ob­cią­żo­ną linę z ha­czy­ka­mi. Ujęła w dło­nie gruby kij i ob­ser­wo­wa­ła je­zio­ro. Dorf nieco dalej, z sie­kie­rą na ko­la­nach, nie spusz­czał Haidi z oka. Choć be­stia ata­ko­wa­ła tylko dzie­ci, ko­bie­ta czuła się pew­niej, wie­dząc, że mąż nad nią czuwa. Śnieg de­li­kat­nie pró­szył. Ko­bie­ta, ob­ser­wu­jąc linię drzew, my­śla­ła o imie­niu dla dziec­ka. Brała pod uwagę je­dy­nie mę­skie, gdyż czuła w głębi serca, że Jot­tun da im syna. Linka szarp­nę­ła, Haidi sko­czy­ła ku prze­rę­bli. Zła­pa­ła za sznu­rek i po­cią­gnę­ła. To mu­sia­ło być coś du­że­go, bo wy­cią­ga­nie szło jej z naj­więk­szym tru­dem, a ryba wal­czy­ła za­wzię­cie.

– Dorf! Dorf! Mam!

Dorf nie od­po­wie­dział. Spoj­rza­ła z ukosa. Wiel­ki biały wilk szar­pał gar­dło jej męża. Za­mar­ła, pusz­cza­jąc linkę. Wciąż na czwo­ra­ka się­gnę­ła po kij. Łzy od mrozu pa­li­ły po­licz­ki, lecz z ca­łych sił po­wstrzy­ma­ła szloch. Wilk sta­nął z za­krwa­wio­nym py­skiem nad cia­łem. Czer­wo­ne kro­ple spły­wa­ły po fu­trze, ka­piąc na śnieg. Wsta­ła, a zwie­rzę rzu­ci­ło się ku niej. Haidi nie ucie­ka­ła, wie­dzia­ła, że musi bro­nić dziec­ka. Sta­nę­ła na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach i wy­cią­gnę­ła przed sie­bie kij. Be­stia za­trzy­ma­ła się tuż przy niej. Za­czę­ła krą­żyć. Ręce ko­bie­ty dy­go­ta­ły, a gar­dło ści­skał strach. Mimo grozy pró­bo­wa­ła krzyk­nąć, lecz głos le­d­wie wy­do­by­wał się z jej ust. Wilk skró­cił dy­stans, wtedy wrza­snę­ła, a krzyk roz­brzmiał w oko­li­cy. Zwie­rzę cof­nę­ło się, nie­pew­ne co robić. Wtedy od stro­ny chaty Karl­so­na usły­sza­ła krzy­ki męż­czyzn. Od­wró­ci­ła głowę by upew­nić się, że pomoc nad­cho­dzi. Wilk sko­czył. Kły wbił w pierś. Haidi po­czu­ła szarp­nię­cie i padła w śnieg. Prze­raź­li­wy ból prze­szył jej ciało, gdy be­stia szar­pa­ła je kłami. Haidi za­mach­nę­ła się kijem w wil­czy pysk. Zwie­rzę od­sko­czy­ło. Nim Haidi zdą­ży­ła się pod­nieść, be­stia za­ata­ko­wa­ła brzuch. Ko­bie­ta wrza­snę­ła prze­raź­li­wie i wsa­dzi­ła dłoń w roz­war­te szczę­ki wilka. Zwie­rzę wbiło zęby. Szar­piąc ramię, za­czę­ło cią­gnąć ko­bie­tę po śnie­gu. Haidi nie miała sił krzy­czeć, ból wy­ry­wa­ne­go barku ze stawu cał­ko­wi­cie ją obez­wład­nił. I nagle wszyst­ko się uspo­ko­iło. Pod­nio­sła głowę i spoj­rza­ła wzdłuż ręki za ucie­ka­ją­cy wil­kiem ze strza­łą w boku. Rana po od­gry­zio­nej dłoni krwa­wi­ła, szyb­ko bar­wiąc śnieg. Ktoś ob­ró­cił ją na plecy. Męż­czyź­ni krzy­cze­li, część po­bie­gła za umy­ka­ją­cym wil­kiem. Haidi pu­ści­ła kij i zdro­wą ręką zła­pa­ła za brzuch. Nie li­czy­ło się nic, prócz tego, że oca­li­ła dziec­ko.

 

*

Kjell sie­dział w go­spo­dzie. A ze­bra­ni tam chło­pi z Grun­dlas uważ­nie słu­cha­li, co też pi­ja­ny pa­choł wy­ga­du­je do go­spo­da­rza. Miny ich były su­ro­we, a pię­ści za­ci­skał się, im dłu­żej Kjell mówił.

– Syn wło­da­rza ru­szał wraz ludź­mi Gu­staw­so­na na Fygów. Chciał za­brać ze sobą zwie­rzę. Cóż było zro­bić, kiedy bydle ni­ko­go nie chcia­ło słu­chać, może poza Perem. Pan tak je mę­czył, że zdzi­cza­ło zu­peł­nie. Szcze­rzy­ło kły. Gów­niarz uwi­dział sobie, że za­bie­rze wilka na wojnę, wy­obra­żasz sobie?

– Kjell, wy­star­czy już, wra­caj do wło­da­rza, nie wiesz, co mó­wisz – po­wie­dział z po­waż­ną miną go­spo­darz.

– Nim pa­nicz wy­je­chał, kazał mi za­strze­lić wilka. Nic już wię­cej nie dało się zro­bić. Za­bra­łem kuszę i sta­ną­łem przed klat­ką. I spu­dło­wa­łem. Czemu wtedy nie po­sze­dłem po ko­lej­ny bełt, nie wiem. Zła­pa­łem za ło­pa­tę. Otwar­łem klat­kę, a bydle wpa­dło na mnie. Nim zdą­ży­łem co­kol­wiek zro­bić, wilk uciekł do lasu.

– Do­brze Kjell, wy­star­czy już tej hi­sto­rii, zbie­raj się.

– Co mo­głem zro­bić, gonić po lesie? My­śla­łem, że zdech­nie gdzieś z głodu. Skąd mo­głem wie­dzieć, że bę­dzie po­lo­wać…

– Dosyć! – wrza­snął go­spo­darz i ude­rzył pię­ścią w blat.

Kjell pod­niósł się i za­to­czył. Wie­śnia­cy pa­trzy­li na niego nie­na­wist­nie. 

– Może masz rację, może trze­ba mi wra­cać.

Kjell za­rzu­cił futro i chwiej­nym kro­kiem ru­szył do wyj­ścia. Chwi­lę po tym, jak opu­ścił go­spo­dę, po­ja­wił się drwal. Mówił o ataku be­stii na Haidi i Dorfa. O tym, że be­stia wy­rwa­ła dziec­ko z brzu­cha ko­bie­ty. Chło­pi ze­bra­li się, część ru­szy­ła do wsi, a kilku za Kjel­lem.

 

*

Lan­dorf nie zwa­żał na wrza­wę we wsi. Cała uwagę po­świę­cał na tro­pie­nie. Już wcze­śniej za­uwa­żył, że wśród śla­dów po­zo­sta­wio­nych przez wilki, jedne za­wsze od­bie­ga­ły od tych, które zo­sta­wia­ła wa­ta­ha. Po­sta­no­wił je od­na­leźć. Z kuszą w rę­kach przy­sta­wał mię­dzy drze­wa­mi i badał do­kład­nie każdy trop. Śnie­ży­ca się wzma­ga­ła i wie­dział, że nie ma za dużo czasu, nim puch za­trze wszyst­kie ślady. Zna­lazł trop sa­mot­ne­go wilka, a tuż obok niego po­zo­sta­wio­ne w śnie­gu kro­ple krwi.

 

*

Kjell, pchnię­ty, padł w śnieg. Zaraz któ­ryś z wie­śnia­ków zła­pał go i po­sta­wił na równe nogi. Pa­choł ob­dar­ty z odzie­nia, przez miesz­kań­ców Grun­dlas, le­d­wie prze­bie­rał bo­sy­mi sto­pa­mi w śnie­gu. Ciało miał po­si­nia­czo­ne, le­d­wie wi­dział przez za­le­wa­ją­cą mu oczy krew.

 

*

Lan­dorf wszedł na nie­wiel­kie wznie­sie­nie, tam wśród drzew od­na­lazł chatę. Z ko­mi­na uno­sił się dym. Minął ją i ze szczy­tu spoj­rzał na go­spo­dar­stwo wło­da­rza. W dole kłę­bi­li się wie­śnia­cy z po­chod­nia­mi w dło­niach. Na­jem­nik roz­po­znał też na­gie­go pa­choł­ka, pcha­ne­go przed tłu­mem. Lan­dorf ru­szył do chaty. Otwo­rzył drzwi i zaj­rzał do środ­ka.

Wilk pod­niósł łeb, szcze­rząc kły, męż­czy­zna po­gła­skał zwie­rzę.

– Spo­kój – po­wie­dział ła­god­nie, lecz sta­now­czo.

Był star­szy od Lan­dor­fa, już o siwej bro­dzie i dłu­gich, bia­łych wło­sach. Twarz miał su­ro­wą i ogo­rza­łą od zim­ne­go wia­tru. W cha­cie było pełno futer, a na ścia­nach wi­sia­ły po­ro­ża. Na­jem­ni­ka jed­nak naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ła długa pika na dziki tuż przy męż­czyź­nie.

– Wej­dziesz? Cie­pło ucie­ka – po­wie­dział męż­czy­zna.

– Ra­czej nie, nie za­ba­wię też długo.

Męż­czy­zna spoj­rzał na pikę, na­stęp­nie na na­jem­ni­ka i po­wie­dział:

– Gdy zna­la­złem szcze­nię, trze­ba było je zabić na miej­scu, ale po­my­śla­łem sobie, że jako le­śni­czy wło­da­rza, spra­wię pre­zent jego sy­no­wi. Tak też uczy­ni­łem. A kto mógł prze­wi­dzieć, jak tam na dole będą je trak­to­wać. Gdy­bym wie­dział, zaraz bym je zabił.

– Teraz to już nie ma zna­cze­nia – po­wie­dział Lan­dorf, uno­sząc kuszę.

– Naj­gor­sze były dzie­ci, dźga­ły wilka pa­ty­ka­mi, sy­pa­ły mu ziemi do je­dze­nia. Gdy Kjell po­wie­dział mi, że wilk uciekł, wy­tro­pi­łem go i chcia­łem zabić. Ale nie mo­głem, przez sześć lat pie­kła, które zgo­to­wa­łem temu zwie­rzę­ciu, zwy­czaj­nie nie mo­głem.

– Ty jeden o niego dba­łeś? – za­py­tał na­jem­nik.

– Tak, i może dla­te­go zwie­rzę do mnie wra­ca­ło. A może do domu wło­da­rza. Tego nie wiem. Ale wiem jedno, to nie­spra­wie­dli­we by zwie­rzę miało od­po­wia­dać za zbrod­nie ludzi.

Męż­czy­zna sko­czył ku pice. Lan­dorf wy­strze­lił. Bełt minął le­śni­cze­go o włos i tra­fił wilka w gar­dło.

Per ryk­nął jak niedź­wiedź i ru­szył na Lan­dor­fa. Na­jem­nik spraw­nie od­sko­czył i scho­wał się na ze­wnątrz. Le­śni­czy wy­padł na śnieg i od­wró­cił się. Lan­dorf od­rzu­cił kuszę i wy­cią­gnął topór o dłu­gim sty­li­sku. Le­śni­czy ru­szył łu­kiem, na­jem­nik po­szedł za Perem. Le­śni­czy zro­bił wypad i pchnął włócz­nią. Na­jem­nik zwin­nie od­sko­czył. Per nagle sko­czył w stro­nę na­jem­ni­ka, wy­pro­wa­dził ko­lej­ne pchnię­cia. Lan­dorf spraw­nie od­bi­jał grot włócz­ni, cze­ka­jąc aż star­szy męż­czy­zna opad­nie z sił, a gdy le­śni­czy opu­ścił broń, na­jem­nik skró­cił dy­stans i wbił ostrze to­po­ra po­mię­dzy szyję a oboj­czyk Pera. Le­śni­czy za­krztu­sił się krwią. Lan­dorf wy­szarp­nął ostrze i pod­szedł zo­ba­czyć co się dzie­je z go­spo­dar­stwem wło­da­rza. Po­zwa­la­jąc le­śni­cze­mu sko­nać w sa­mot­no­ści. Ze szczy­tu wzgó­rza Lan­dorf ob­ser­wo­wał, jak pło­nie sto­do­ła i dom, na po­dwó­rzu za­uwa­żył kilka ciał, w tym i na­gie­go pa­cho­ła.

– Domy z pa­pie­ru i bu­dy­nio­we lasy – wy­szep­tał, przy­po­mi­na­jąc sobie wy­rocz­nię. – Po­sta­ram się o nich pa­mię­tać, Blek­k­sprut, za lat na­ście.

koniec 

Kliknij aby rozwinąć

Żołnierze fortuny: Wieża Ansalemiego

Heim nie tylko urodził się jako Mers, ale i został wychowany w myśl wyspiarskiej tradycji – na wojownika i człowieka wiernego klanowym obyczajom. Dlatego też zadanie od Haarstadów przyjął bez skarg, choć wyprawa na Sjuvindar przyprawiła go o mdłości. Klany wszystkich wysp jednoczył Jottun, bóg Mersów i król z Haarstadów. Liczne wyspy rozrzucone na Mroźnym Morzu, zarządzane przez głowy rodów, przypominały Merską wspólnotę zjednoczoną przez wiarę i władcę. Sjuvindar było inne. Klan Myhre, przyjmował do siebie wszystkich – Panończyków, Loaryjczyków, a nawet Nekarczyków, z którymi widmo konfliktu wisiało od dawna nad Mersami. Na wyspie Sjuvindar świątynie zastąpiły tawerny, a klanowe zasady – złodziejski kodeks. Myhrowie zaś byli oazą dla najemników i piratów. Mało tego – sami znani byli z bandyckich wypraw. Wyspiarze z Sjuvindar oczywiście nadal uważali się za wiernych królowi, jednak ich lojalność była elastyczna w kontekście niecnego procederu. Samo położenie wyspy już podkreślało inność jej mieszkańców, gdyż leżała poza archipelagiem Merskim, blisko kontynentu, tuż przy granicy Nekary i Panony.

Heim przebywał na Sjuvindar od dwóch dni, w portowym mieście Fang i szczerze znienawidził zarówno mieszkańców stolicy, jak i cały ród Myhre. Audiencja u włodarzy nie przyniosła nic. Heim zaznaczył, że przybył na polecenie Haarstada. Groził, że poskarży się władcy, jak Myhrowie zbywają prośby królewskiego wysłannika. Wszystko na nic.

– Jesteś na Sjuvindar, a my nie wtrącamy się w cudze sprawy. Prawda, objęliśmy protekcją Ansalemiego, ale cenimy sobie prywatę. Jeśli alchemik nie chce nikogo wpuszczać do wieży, to jego sprawa – mówili.

Heim postanowił, że nie ma wyjścia i musi działać na wyspie według złodziejskich zasad. Dotarł do Grubego Svena, który słynął z umiejętności rozwiązywania wszelkich problemów. 

Heimowi nie podobała się tusza Svena ani świńskie oczka, którymi bezczelnie spoglądał na królewskiego wysłannika. Nie przypadły mu do gustu także sieroty, które otaczały grubasa, ale nie miał już czasu, by szukać kogoś innego. Musiał albo wyciągnąć Ansalemiego z wieży, albo potwierdzić, że Panończyk nie żyje.

– Jeśli szukasz włamywacza, dobrze trafiłeś – powiedział Sven, poprawiając płaszcz obszyty białym futrem. – Za odpowiednią kwotę Fang staje się miastem cudów. 

– Połowę teraz, a połowę po wykonaniu zadania? – upewnił się Heim.

Sven uśmiechał się bezczelnie.

– Takie tu mamy zasady – powiedział.

Heim zostawił sakiewkę na stole i ruszył do wyjścia, obserwowany przez sieroty zebrane w pomieszczeniu. Nie miał wątpliwości, że ta banda wyrostków miała już niejedno na sumieniu.

Człowiek czekający na Heima przed budynkiem ruszył z nim do gospody. Nie mogli wiedzieć, że reszta świty Heima właśnie została wrzucona do morza, a im samym pisany jest podobny los.

 

*

Frig splunął krwią na deski pomostu. Brodaty byczek złapał go za koszulę i podniósł. Noc przeszył piorun, uderzając w rozszalałe morze, rozbijające fale o port. Pomost trząsł się, zalewany wodą.

– Zaraz utoniemy! – wrzasnął Frig, zasłaniając twarz przed kolejnym ciosem.

Byczek zmylił go i uderzył w brzuch. Złodziej skulił się, a brodacz upuścił go na deski.

– Proszę, dosyć – wykrztusił Frig.

Brodacz przykucnął nad nim.

– Jesteś lepszym złodziejem niż hazardzistą. Kto wie, może gdybyś poprzestał na włamaniach, nie byłoby nas tutaj.

– Miałem pecha. – Frig wyszczerzył zakrwawione zęby.

– Ty zawsze masz pecha, przyjacielu. Gdyby to ode mnie zależało, wrzuciłbym cię do morza, ale ja tylko wykonuję polecenia. A zlecono mi albo odebrać dług albo przekazać ci, że masz się pojawić w „Pod Ostatnią Szalupą”. Tam pytaj o Heima. Zrobisz to, o co poprosi.

Brodacz złapał Friga za jasny warkocz i uniósł głowę złodzieja.

– Powiedz, że zrozumiałeś.

– Zrozumiałem – wyjęczał Frig.

– Dobrze.

Osiłek puścił złodzieja i zniknął w mroku nocy. Frig leżał na trzeszczącym pomoście, a deszcz łagodził opuchniętą twarz.

 

*

Landorf zszedł po trapie do portu. Założył skórzany czepiec, poprawił kuszę i zapalił fajkę. O świcie mieszkańcy Fang jeszcze spali głębokim snem. Ludzie tu budzili się popołudniami, a życie kwitło nocą. Landorf przemierzał puste uliczki, oświetlone porannym słońcem. Wiedział, kto w Fang nigdy nie śpi i zawsze ma jakąś robotę do wykonania.

 

*

Gruby Sven, żyjący w najniebezpieczniejszym mieście na całym archipelagu, pełnym szumowin z wszystkich stron świata, nauczył się jednego – jeśli masz robotę, której nikt nie będzie chciał wykonać, to nie ma co latać po ulicach w poszukiwaniu frajera, wystarczy poczekać, a w końcu pojawi się sam. Pukanie do drzwi wyrwało Svena z drzemki. Do pokoju wszedł jeden z ptaszków. Chłopak, przecierając oczy, ziewnął.

– Tak? – zapytał Sven.

– Jakiś Nekarczyk do ciebie.

Sven, mimo tuszy, błyskawicznie ściągnął nogi ze stołu i powiedział: 

– Dawaj go tu.

Landorf wszedł, jak zawsze roztaczając wokół siebie woń panońskiego tytoniu. Oparł przedramię o kolbę bandoletu, a drugą wsparł pod bokiem, tuż obok toporka o długim stylisku i okrągłym ostrzu.

– Landorf, miło cię widzieć. Jak ci się zimowało na Isoya? – zapytał Sven, odbierając od wyrostka butelkę wina i dwa drewniane kubki.

– Nie pytaj.

– Mówiłem, że będziesz żałował – powiedział Sven i dał znak chłopcu, by zostawił ich samych.

Landorf odmówił wina i powiedział:

 – Ledwie zarobiłem tyle, by wrócić. Potrzebuję pracy.

Sven patrzył chwilę na najemnika. Landorf nie krył się z godłem Srebrnej Kompanii, której herb miał wycięty na czepcu, do tego był jedynym znanym Svenowi Nekarczykiem chodzącym w szerokich panońskich spodniach.

– Jakim cudem jeszcze nikt cię nie zabił?

– Już kiedyś o to pytałeś. – Twarz Landorfa była niewzruszona. – Praca, Sven. Masz coś, czy mam iść do konkurencji?

– Znasz Friga?

– Tego włamywacza?

– Właśnie tego.

– Tak.

– To podciągnij te niebieskie portki i siadaj, bo mam ciekawą historię do opowiedzenia.

 

*

Frig byłby w stanie zignorować groźbę, gdyby nie fakt, że ani jeden z jego wierzycieli nie nazywał się Heim. Nie mógł sobie pozwolić na ryzyko, gdy nie wiedział, z kim ma do czynienia. Tawerna „Pod Ostatnią Szalupą” była pełna i Frig szybko wymieszał się w tłum, następnie ruszył do kontuaru. Mimo starań, napotkał kilku wierzycieli, którzy jednak ignorowali go, odwracając wzrok. To wzmogło czujność Friga. Zapytał karczmarza o Heima, a ten wskazał złodziejowi stół, za którym siedział mężczyzna, rosły nawet jak na mersańskie warunki.

Frig przeszedł pod ścianą i bez słowa dosiadł się do nieznajomego. Gładko ogolony długowłosy dryblas w płaszczu z soboli, musiał być pewien, że Frig się zjawi, skoro już na niego czekał z kuflem i piwem. 

Heim nalał Frigowi trunku i zapytał:

– Mówi się, że jesteś najlepszym włamywaczem na wyspie. To prawda?

– Nie. W całej Mersji. – Frig napił się i wyszczerzył.

– No to dobrze się składa, bo mam robotę w sam raz dla ciebie.

– Nie tracisz czasu, co? Dobrze, zatem pomówmy o konkretach. Co mam zrobić i za ile?

– Wejdź ze mną do wieży Ansalemiego.

Frig niemal upuścił kufel. Odruchowo rozejrzał się, czy nikt nie nadstawia uszu.

– Nie ma takiej kwoty, która by mnie do tego przekonała. Prościej byłoby przepłynąć wpław do Nekary niż porywać się na coś takiego.

Frig wstał, lecz Heim podniósł się błyskawicznie i złapał złodzieja za ramię.

– Jeśli chcesz, możesz być pierwszym pływakiem, który się tego podejmie.

Frig usiadł, a Heim dolał mu piwa i powiedział:

– Posłuchaj uważnie. Spłaciłem twoich wierzycieli, gdyż bałem się, że skończysz w morzu, nim cię znajdę. Oferuję ci nie tylko to, co uda ci się wynieść z wieży, ale i czyste konto. Po wszystkim już mnie nie zobaczysz.

 

*

– Chwila, mówimy o Ansalemim, tym zwariowanym Panończyku? – zapytał Landorf.

– Tym samym – stwierdził Sven.

– Ale czy on nie ma protekcji klanu Myhre?

– Zgadza się, ale od dawna nikt nie widział Panończyka. Ansalemi regularnie sprowadzał zwierzęta do swojej wieży, gdy nagle zlecenia ustały. Klan wysłał tam emisariusza, ale nikt nie odpowiedział na jego wezwania. Więc Myhrowie postanowili cofnąć protekcję, ba nawet ogłosili nagrodę za informacje o tym, co się dzieje z Panończykiem.

– Czemu sami tam nie wejdą?

– Polityka, boją się incydentu. Panona wciąż jest w stanie wojny z Nekarą, a Mersji zależy na dobrych stosunkach z wrogiem naszego wroga. Wolą, żeby zadanie wykonała osoba nie związana z rodziną. – Sven przejechał grubym paluchem po krawędzi kubka. – Domyślasz się chyba, co się tu działo po ogłoszeniu takich rewelacji. Każdy chciał zajrzeć do wieży zwariowanego Panończyka.

– I co się stało?

– I żaden z tych, którzy tam poszli, już nie wrócił, a wybrało się wielu. Całą zimę mówiono o tym lub tamtym, który miał plan, jak zrabować wieżę, a potem słuch o nich ginął. 

– I już nikt nie próbuje, a ty chcesz mnie tam wysłać?

– Tak, ale nie w tym rzecz, słuchaj dalej.

 

*

Frig, pomimo niekorzystnej sytuacji, dostrzegł okazję do uwolnienia się od długów. W pierwszej kolejności musiał jednak wiedzieć więcej o nowym wierzycielu, a w Fang był ktoś, kto mógł mu pomóc.

Frig wszedł do dwupiętrowego domu, znanego w mieście jako “Dziupla”. Wprowadziła go jedna z ptaszyn Svena, dzieciak o zimnych, niebieskich oczach i jasnym meszku pod nosem. Główne pomieszczenie było pełne sierot, które piły, jadły, paliły tani tytoń w fajkach, śmiały się, albo kłóciły. Ptaszyna zaprowadził Friga do pokoju na piętrze.

– Frig, stary draniu, jeszcze oddychasz? – przywitał go Sven.

– I mam nadzieję, że tak pozostanie. Dowiedziałeś się czegoś o tym Heimie?

– Kiepska sprawa, to wysłannik Haarstadów, jest nietykalny.

– Wiedziałem.

Frig krążył po pokoju, ignorując sierotę próbującą poczęstować go winem.

– To tłumaczy, dlaczego było go stać na wykupienie twoich długów – dodał Sven, wodząc spojrzeniem za Frigiem.

– I co ja teraz zrobię? Może ucieknę na inną wyspę albo do Nekary.

– I co tam będziesz robił? Potrafisz tylko kraść i grać w kości, a i tak to drugie kiepsko ci idzie. Spójrz na siebie, jesteś najmniejszym i najchudszym Mersem, jakiego znam. Nawet moje ptaszki przerastają cię o głowę. Na innych wyspach nie znajdziesz zajęcia i umrzesz z głodu, a Nekara jest państwem prawa, złapią cię tam i powieszą, nim zdążysz sprzedać pierwszy łup.

– To co mi zostaje?

– Posłuchaj. – Sven oparł łokcie o blat. – Normalnie bym z tobą nie gadał za dług, który u mnie miałeś, ale jako że jesteśmy kwita, postanowiłem ci pomóc.

Frig podszedł do stołu.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Sven nigdy nie zawiódłby starego przyjaciela.

– Włamiesz się do wieży.

– Co?! Zwariowałeś!

– Posłuchaj. Heim ma przekazać Ansalemiego Panońskiemu wysłannikowi i dopilnować, by ci odpłynęli ze Sjuvindar cali i bezpieczni. Ten wysłannik bywał już w wieży. Na pewno dobrze zna jej sekrety. Powiesz Heimowi, że sam nie dasz rady i będzie musiał poprosić Panończyka o pomoc.

– Mam iść tam z człowiekiem Haarstadów i Panończykiem? To jakiś obłęd! Zresztą ten Heim na pewno się nie zgodzi. 

– Nie panikuj, pogadam z Heimem, powiem mu, jaka jest sytuacja i pomogę przekonać, by w taki właśnie sposób wyciągnął Ansalemiego z wieży. A od siebie dorzucę kogoś, kto będzie chronił twój złodziejski tyłek.

– Kogo?

– Kogoś dobrego.

– A co ty będziesz z tego miał?

– Myhrowie, choć sami nie chcą się w to mieszać, dają nagrodę za zbadanie sprawy Ansalemiego, a dodatkowo zwolni się miejsce w wieży. Pomyślałem, że je zajmę. Moich ptaszyn przybywa, więc potrzebuję więcej miejsca, a na stare lata przyda mi się cichsza siedziba, z dala od zgiełku miasta.

 

*

– I co na to Heim, zgodził się? – zapytał Landorf.

– W innej sytuacji byśmy nie rozmawiali. Zresztą nie miał wyjścia. Panończycy wysłali już swojego człowieka, który ma przybyć jutro. Frig nie dałby rady sam, a ja zaoferowałem się dopomóc przedsięwzięciu.

– Dopomóc? Znaczy się znaleźć osiłka, który będzie pilnował, by wszystko poszło po twojej myśli?

– Właśnie. – Sven uśmiechnął się chytrze. – To jak, będzie, Landorf? Idziesz na to?

– A co z tego będę miał?

– Wszystkie dobra pozostawione przez Ansalemiego, jeśli nie żyje. A jeśli ma się dobrze, to ja pokryję twoją pensję.

– Potrzebuję zaliczki.

Sven odpiął mieszek od pasa i rzucił go na stół.

– Gdzie jest haczyk?

– Zbyt dobrze mnie znasz – Sven wydął wargi. – Dopilnuj, by Panończycy po wszystkim trafili na łódź.

– Łódź?

– Heim ci wszystko wyjaśni. I pozbądź się Friga.

Landorf uniósł brwi.

– Wiele osób w Fang nadal ma mu za złe, że migał się od spłaty należności, w tym i ja. W końcu ktoś nie wytrzyma i weźmie się za niego. A ty to załatwisz profesjonalnie, bez zbędnej brutalności. Właściwie można powiedzieć, że zrobisz mu przysługę.

 

*

Sven stał przy oknie, spoglądając za odchodzącym Landorfem, gdy drzwi pokoju się otworzyły. Herszt ptaszyn po chodzie rozpoznał agenta imperium. Sztywny, miarowy krok, jakby Nekarczyk miał włócznię w zadku. Złodziej obrócił się na dźwięk sakwy uderzającej o blat stołu.

– To za załatwienie sprawy Hieima i jego ludzi, druga część zapłaty po dostarczeniu Panończyków na łódź – powiedział Nekarski agent.

– Takie tu mamy zwyczaje – przyznał Sven.

 

*

Za plecami Landorfa fale rozbijały się o klif. Najemnik, pykając z fajki, patrzył na wieże pośrodku gęstego lasu oraz otaczający go wysoki mur. 

– Cholernie dziwne miejsce – powiedział Frig, podchodząc po wzgórzu do Landorfa.

Najemnik zerkał na zbliżającą się łódź o jednym maszcie, zmierzającą ku plaży.

– Też się cieszę, że cię widzę – ciągnął dalej Frig – poważnie, gdy tylko Sven powiedział, że będziemy pracować razem, kamień spadł mi z serca.

Na wzgórze, zaczął wchodzić potężnie zbudowany mężczyzna.

– To Heim – powiedział Frig. – A tam na morzu to pewnie panońska łódź. Wszystkim się spieszy do wieży.

Landorf poprawił kuszę i ruszył w dół zbocza.

– Znasz tego Heima? – zapytał Frig, zrównując się z najemnikiem.

Landorf wypuścił dym, zerkając z ukosa na złodzieja.

– No właśnie, nikt nic o nim nie wie. Wysłannik Haarstadów, mówi Sven. Ale coś mi się w nim nie podoba. Jest tak, jakby to powiedzieć…? Tak merski, że jeszcze nie widziałem, by któryś z Mersów był tak merski jak on.

Frig spojrzał na Landorfa, ale najemnik zdawał się skupić całą uwagę na fajce.

Spotkali się z Heimem w połowie wzgórza i ruszyli razem ku plaży.

– A więc to jest Landorf? – zaczął Heim. – Ostatni członek słynnej Srebrnej Kompanii.

– Podobno nie ostatni – poprawił go Frig.

– To, co Kompania wyczyniała w Panonii, przeszło już do legend – kontynuował Heim, ignorując uwagę włamywacza. – Jak was tam nazywali? Krwawe piki, rzeźnicy z panońskich lasów? Cały świat drżał na wspomnienie o nekarskich najemnikach. 

– Łącznie z cesarzem Goelzem, który tak się przestraszył powrotu kompanii do macierzy, że kazał ich rozwiązać – wtrącił się Frig.

– Rzekomo za mord, którego mieli się dopuścić w jednej z nekarskich wsi – dodał Heim.

Landorf obserwował postać pozostawioną na brzegu. Panońska łódź odbiła i pomału oddalała się w morze.

 – Ty jednak nie wstydzisz się nosić symbolu Kompanii – zauważył Heim.

– A są tacy, którzy wciąż polują na jej członków. O ile dobrze pamiętam, nagrody za głowy nekarskich najemników nadal są wysokie. Ale tu w Fang nikt nie próbuje dopaść Landorfa – powiedział z dumą w głosie Frig.

– A byli tacy, co próbowali? – zapytał Heim.

Frig szykował się do odpowiedzi, ale ubiegł go najemnik:

– Owszem byli. 

– No to się nagadał – powiedział Frig. Zamilkł, gdy najemnik spojrzał na niego.

Stanęli na skraju plaży, widząc, że Panończyk zmierza ku nim. Przyglądali się długowłosej niskiej postaci w zielonych szarawarach.

– Chwila, czy to nie… – zaczął Frig.

– Kobieta – dokończył Heim.

Panonka miała niemal białą cerę, która kontrastowała z wielkimi czarnymi oczami, nadając twarzy wyjątkowo upiorny wyraz.

– Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy – wyszeptał Frig, gdy obserwowali, jak kobieta się zbliża. – Co zatem można powiedzieć o jej duszy, gdy miast w oczy spogląda się w czarną nicość?

– Nazywam się Tauri – powiedziała Panonka, stając przed mężczyznami. – Który z was to Heim?

– To ja – potężny Mers zrobił krok w jej kierunku.

– A ci dwaj? – zapytała.

– Sprawy się skomplikowały, Tauri – zaczął Heim. – Ansalemi nikogo nie wpuszcza do wieży od kilku miesięcy. Nie wiemy, czy żyje ani jaki jest powód jego izolacji. Ten niski Mers to Frig, włamywacz, pomoże nam się dostać do wieży. A ten to…

– Landorf Brandstatter – wtrąciła się Tauri. – Sierżant Srebrnej Kompanii. My w Panonii nie zapomnieliśmy o rzeziach, których dokonaliście. I przyjdzie czas rozliczenia.

Landorf uśmiechnął się lekko, skinął głową i powiedział: 

– Zawsze do usług i w razie potrzeby wiecie, gdzie mnie szukać.

– Zapewniam, że król Joril dowie się o wszystkim, co miało tu miejsce, i lepiej żebyśmy zastali Ansalemiego w wieży. Dla dobra stosunków między Mersją i Panonią – Tauri, choć mówiła do Heima, nawet na chwilę nie spuszczała wzroku z najemnika, który odpłacał się jej tą samą monetą.

 

*

Wysoki mur górował nad czwórką postaci, za nim drzewa szumiały, targane wiatrem.

– Szukamy wejścia, czy będziemy się wspinać? – zapytał Heim.

– Wejście powinno być przed nami – powiedziała Tauri.

Wszyscy spojrzeli na ścianę, ale nie było tam wrót ani bramy.

– Może obejdziemy wieżę? – zaproponował Heim.

– Dajcie mi chwilę. – Frig podszedł do ściany i przeczesał trawę rękoma. – Kiedy byłaś tu ostatni raz?

– Zeszłej zimy? – Tauri przyglądała mu się badawczo.

– Tu była ścieżka prowadząca w stronę wieży, choć zarosła już trawą. – Frig zbliżył się do ściany i badał jej powierzchnię rękoma. Nagle się zatrzymał i zaczął stukać. Pozostali usłyszeli odgłos uderzenia w drewno.

– Zobaczcie, pomalowane na wzór kamiennej ściany, wrota się z nią zlewają. – Frig uśmiechnął się z satysfakcją i na dowód wyrżnął spory kawałek z pomalowanego drewna.

– Sprytnie – przyznał Heim, przejeżdżając palcem po zagłębieniu. – Widać Ansalemiemu zależy by nikt mu nie przeszkadzał. 

– Odsuń się, znalazłem zamek – powiedział Frig, wyciągając wytrych.

Tauri stała nieruchomo, obserwując, jak włamywacz pracuje. Landorf przypatrywał się jej, nie zdołał jednak dostrzec miecza ani nawet sztyletu.

– Jesteś Wiedzącą? – zapytał.

Tauri zignorowała najemnika.

– Kim są Wiedzący? – zapytał Heim.

– Magami, czarodziejemi, szamanami, w Panonii, nazywa się ich Wiedzącymi – wyjaśnił Landorf.

– Jak to rozpoznałeś? – zainteresował się Heim. 

– Panończycy już od kołyski wychowują się z bronią, z którą nigdy się nie rozstają w trakcie życia. To taka tamtejsza tradycja. Tylko Wiedzący nie noszą broni.

– Dlaczego? – dopytywał Heim.

– Bo jej nie potrzebują.

Usłyszeli trzask otwieranego zamka, a po chwili drzwi uchyliły się, ukazując gęsty las.

– Pani przodem – zaproponował Frig, wskazując Tauri drogę. Pozostali ruszyli za Panonką. Heim został z tyłu, odczekując, aż towarzysze wejdą w gęstwinę, a następnie uchylił zamaskowane drzwi i podłożył grubą gałąź, aby mieć pewność, że pozostaną otwarte.

 

*

Gad podniósł powieki, świadomość Ansalemiego obudziła się wraz ze zwierzęciem. Panończyk czuł każdy mięsień zwiniętego gadziego ciała. Zobaczył las w zimnych i ciepłych barwach. Język pomału wysunął się z masywnej szczęki, a Ansalemi wyczuł nowe zapachy. Ktoś naruszył jego terytorium łowieckie. W świadomości Panończyka eksplodowała niepohamowana chęć mordu. Długi kształt rozwinął się bezszelestnie i gad zaczął pełznąć między drzewami, tropiąc zapach intruzów.

 

*

Trzech nekarskich agentów minęło ukryte wejście i zapuściło się w gąszcz. Ich czarne stroje zlewały się z półmrokiem panującym w ogrodzie Ansalemiego. Ślady były aż nadto wyraźne. Połamane gałęzie zwisały z drzew i krzewów, jakby nie ludzie, a duże zwierzę przedzierało się przez gęstwinę. Dowódca nagle stanął. Pozostali agenci wyciągnęli rzutki i błyskawicznie przykucnęli. Dowódca, trzymając sztylet w dłoni, wpatrywał się w gałęzie tuż na wysokości głowy. Wiatr przemknął po koronach drzew, a cały ogród Ansalemiego zafalował. Dowódca odwrócił się ostrożnie i dał znać ludziom, że droga jest wolna. Las przed Nekarczykami poruszył się, olbrzymi zielony łeb wystrzelił spomiędzy gałęzi. Szeroko rozwarte szczęki złapały dowódcę w pasie i wciągnęły w zieloną otchłań. Nekarczycy usłyszeli przeraźliwy krzyk, gwałtownie urwany. Zapadła cisza, mącona jedynie szumem drzew.

 

*

Ansalemi nie mógł przywyknąć do dławienia. Ciało Nekarczyka popychane mięśniami węża powoli zsuwało się do gardła. Panończyk czuł skórę człowieka, smak ubrania i włosów. Choć kości były połamane, a organy i mięśnie zamienione w krwawą masę, człowiek był trudny do połknięcia. Gad rozkoszował się posiłkiem, a Ansalemi doznawał nieopisanych katuszy, świadomy pokarmu, który zmuszony był przyjąć. W splotach coś drgnęło, Panończyk wyczuł to od razu i zmusił gada do działania. Masywne cielsko zacisnęło się wokół drugiego z Nekarczyków. Las przeszył trzask łamanych kości, twarz człowieka zsiniała, usta otworzyły się w niemych okrzykach bólu, oczy ofiary wyszły z oczodołów, a po chwili wypłynęły. Nekarczyk zastygł. Ansalemi znów poczuł obrzydzenie, gdy ciało przesunęło się w pysku o kolejne centymetry.

 

*

Przedzierali się przez gąszcz, z trudem nadążając za Tauri, która przemykała między gałęziami bezszelestnie, niczym duch. Frig klął co chwilę, wpadając na jakiś krzew, a Landorf, choć starał się nie zostawiać śladów, nie był w stanie ominąć wszystkich przeszkód. Heim z kolei wyciągnął miecz i zaczął wyrąbywać drogę. Tauri nagle stanęła.

 – Coś się stało? – zapytał Heim, odrąbując sporą gałąź. 

– Powinniśmy już być przy wieży.

 – Panończyk, który zgubił się w lesie, to tak, jakby karp zgubił się w stawie – zaśmiał się Frig. 

– Ktoś będzie musiał wejść na drzewo i sprawdzić, gdzie jest wieża – powiedział Landorf, kładąc rękę na ramieniu Friga. 

Uśmiech zniknął z twarzy złodzieja. Spojrzał wzdłuż konaru, ciągnącego się na dobre kilkanaście metrów, resztę drzewa zasłaniała warstwa gęstego listowia.

 

*

– Widzisz go? – zapytał Heim. Landorf pokręcił głową, wypuścił dym i wyciągnął fajkę z ust. 

– Frig?! – zawołał Heim.

– Jest zbyt wysoko, wśród gałęzi, przy tym wietrze z pewnością cię nie usłyszy – powiedział Landorf, z ukosa obserwując Tauri zapatrzoną w gęstwinę.

Nagle, przeraźliwy krzyk rozległ się między drzewami. Landorf sięgnął do bandoletu. Heim nawet nie drgnął. 

– Słyszałeś?

Heim zdawał się nie rozumieć pytania najemnika. Zamiast tego, spojrzał tam, gdzie stała Tauri. 

– Panonka przepadła! – krzyknął Heim i ruszył za uciekinierką. 

 

*

Frig miał szczęście. Mocnych gałęzi do wspinaczki nie brakowało i rosły gęsto, dzięki czemu mógł bez przeszkód piąć się w górę. Gdy nieco opadł z sił, przysiadł i spojrzał w dół. Nie dostrzegł nic prócz otaczających go liści i konarów. 

– No dobra, to drzewo musi kiedyś się skończyć – powiedział i podjął wspinaczkę. 

 Pień stawał się coraz węższy, a wkrótce Frig poczuł powiew wiatru na twarzy. Rozsunął gałęzie, a jego oczom ukazał się widok na ogród Ansalemiego i Mroźne Morze. Frig przeszedł na drugą stronę pnia i dojrzał wieżę. Las otaczał ją z każdej strony, a część z drzew musiała wyrastać tuż przy niej. Złodziej zaczął schodzić, lecz zatrzymał się w miejscu, gdzie gałęzie były najdłuższe i było ich najwięcej. 

– To się może udać – wyszeptał i spróbował sięgnąć gałęzi sąsiedniego drzewa.

 

*

 Lata walk w Panonie nauczyły Landorfa, jak poruszać się po lasach. Więc żaden dźwięk nie zdradził najemnika, gdy dotarł do Heima i Nekarczyka, mimo, że byli przygotowani. Nóż imperialnych służb specjalnych tkwił przy szyi Heima, a agent krył się za szerokimi plecami Mersa. Landorf z wycelowaną kuszą zamarł w miejscu.

– Landorf, opuść kuszę – powiedział Heim. – Ten szpieg chce Tauri, nie ma sensu zgrywać bohatera.

Agent znał się na robocie i wystawał zza pleców Heima tylko na tyle, na ile było to konieczne, by widzieć przeciwnika. Landorf jednak nie musiał celować w niego.

– Wiesz Heim, co cię zdradziło? – zapytał Landorf i ciągnął dalej, nim wyraz zdziwienia odmalował się na twarzy dryblasa. – O Srebrnej Kompanii tylko w Nekarze mówi się, że jest słynna.

Bełt z głuchym stuknięciem utkwił w czole zaskoczonego Heima. Agent wyskoczył zza osuwającego się na ziemię ciała i lotki wystrzeliły w stronę Landorfa. Najemnik odskoczył za pień drzewa, ale nie był wystarczająco szybki i jeden z noży wbił się w lewe ramię. Landorf bezskutecznie próbował podnieść kuszę. Ostrze noża głęboko utkwiło w mięśniu i ręka była bezużyteczna. Sięgnął do pasa po bandolet, gdy czarny kształt szpiega mignął mu między drzewami. Najemnik odskoczył w ostatniej chwili, a następna lotka utkwiła w pniu, tam, gdzie przed chwilą znajdowała się głowa Landorfa. Przebiegł w kierunku kolejnej osłony, unikając pocisków i skoczył za krzak jeżyn. Dopiero teraz zdołał wydobyć broń. Spojrzał poprzez zarośla. Czarny kształt przeciwnika mignął między drzewami. Landorf wiedział, że będzie chciał go zajść z flanki. Stanął w pozycji strzeleckiej i zaczął wędrować bronią między drzewami. Nekarski agent pojawił się niczym cień. Bandolet wypalił, przesłaniając dymem widoczność. Jedna z lotek przeleciała tuż obok policzka Landorfa, a w następnej chwili coś szarpnęło najemnikiem i zwaliło go na ziemię. To agent, siedział teraz okrakiem na Landorfie, jedną ręką trzymając go za gardło, przygważdżając mu głowę do podłoża.

– Chybiłeś – wysyczał, drugą ręką dobywając sztyletu.

Landorf złapał lotkę tkwiącą w ramieniu, wyszarpnął ostrze i wbił w bok szpiega. Agent wybałuszył oczy, mimo to nie zatrzymał się i zamachnął. Landorf w ostatniej chwili zasłonił pierś zranioną ręką. Ostrze sztyletu przebiło przedramię i weszło w tors, jednak niewystarczająco głęboko. Landorf wyciągnął lotkę i wbił ją agentowi pod brodę. Szpieg zesztywniał i opadł na pierś najemnika.

 

*

Sama idea stworzenia kryształu była szaleństwem, więc naturalnie zadanie to powierzono szaleńcowi, jakim z pewnością był Ansalemi. Już pierwsza wizyta na Sjuvindar upewniła Tauri, że w najlepszym wypadku całe przedsięwzięcie jest marnotrawstwem czasu i zasobów. Ale nie spodziewała się, że może dojść do najgorszego – że alchemik podoła zadaniu. Gdy do Panony dotarła wiadomość od Ansalemiego, król Joril rozkazał Tauri sprowadzić kryształ. Wszystko jednak było nie takie, jak powinno. Gdy tylko dowiedziała się, że alchemik przepadł bez wieści, powinna zaniechać misji, ale chęć sprawdzenia kryształu była zbyt nęcąca. Szelest wśród drzew wyrwał Panonkę z za myślenia. To drozd przysiadł na jednej z gałęzi.

– Witaj, maleńki, a już myślałam, że w tej wymarłej głuszy nie ma żadnych istot – powiedziała Tauri, zamykając oczy i wyciągnęła rękę. 

Skupiła całą siłę woli na ptaku. Drozd zleciał i przysiadł na moment na nadgarstku. Tauri chwilę później poczuła lekkość i wiatr muskający pióra, a gdy otworzyła powieki, patrzyła na siebie z wysokości oczyma drozda. Przeleciała między gałęziami i wydostała ptaka ponad korony drzew. Wieża była niedaleko i wiedziała już, w którym kierunku się udać. Bezkres nieba i szczyty drzew zniknęły nagle. Tauri spojrzała w gęstwinę, skąd nagły huk wyrwał ją z transu. Wtedy liście i kora drgnęły. Las poruszył się, nabierając kształtu brązowo-zielonego, ozdobionego cętkami gada. Olbrzymi wąż zsunął się z gałęzi, bezszelestnie opadł na ściółkę i podniósł łeb. Rozszczepiony język raz po raz pojawiał się, by chłonąć otoczenie. Tauri zamarła. Łeb węża pomału skierował się ku Panonce. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę. Skoczyła. Masywne cielsko wystrzeliło, pysk uderzył Tauri w tors, jednak gad nie zdołał chwycić jej w szczęki. Tauri przetoczyła się po ziemi, wyjąc z bólu. Wstała mimo strzaskanych żeber i popędziła w stronę wieży, omijając sprawnie wszelkie przeszkody, ale nawet Panończyk wychowany w gęstych lasach nie mógł się równać ze zwinnym gadem, który błyskawicznie wił się między drzewami. Olbrzymi obły kształt skracał dystans do ofiary, gdy Tauri zauważyła szary kamień wieży między liśćmi. Przeskoczyła nad zwalonym pniem i wtedy zobaczyła zwisającą z gałęzi dłoń. Błyskawicznie podjęła decyzję i pochwyciła ją. Frig wciągnął Tauri na gałąź z największym trudem. Wąż okręcił się wokół pnia, jakby chciał go zmiażdżyć masywnym cielskiem, i zaczął pełznąć w górę.

– Szybko! – wrzasnął rozpaczliwie Frig, pomagając Panonce wejść na kolejną gałąź.

Zaczęli się wspinać. 

– Szybciej, ku koronie! Tam drzewo go nie utrzyma! – zachęcał złodziej.

Wąż podążał za nimi, dopóki pierwsze gałęzie nie zaczęły się pod nim łamać. Wtedy znieruchomiał, wysuwając język i wodząc łbem za zdobyczą. Tauri również stanęła i przylgnęła do pnia, czując ból w boku, gdzie łeb gada pogruchotał jej kilka kości.

– Tauri?! – zawołał Frig, wyciągając dłoń, jednak Panonka nie była w stanie jej sięgnąć.

Kaszlnęła, wypluwając krew. Gad zareagował natychmiast, ruszając do ataku. Na szczęście kolejna gałąź złamała się pod masywnym ciałem, znów go zatrzymując. Wtedy Tauri dostrzegła oczy węża, jednolicie czarne, zupełnie jak jej oczy.

– Ansalemi? – wyszeptała.

Wąż drgnął na dźwięk imienia alchemika, potrząsając łbem i zaczął zsuwać się po pniu.

– Był blisko – powiedział Frig, przyglądając się Tauri, której krew z ust spływała na brodę. – Coś ty powiedziała tej bestii, że zrezygnowała? Jakieś tajemne panońskie zaklęcie?

Tauri niemal leżała na rozłożystych gałęziach i oddychała ciężko.

– Wybacz, zrobiłem co mogłem – kontynuował Frig – ale rozumiesz… Wieża sama się nie splądruje. Obiecuję, że po wszystkim przyślę tu kogoś po ciebie.

Nim Frig zaczął sięgać po gałąź sąsiedniego drzewa, Tauri złapała go za nogawkę.

– Nie dasz rady sam. Pomogę ci. Wypatruj drozda.

Frig przyglądał się Panonce przez chwilę, w końcu tylko skinął głową i przeszedł na sąsiednie drzewo.

 

*

Złodziej dotarł pod samą wieżę, a gad nie opuszczał go przez całą drogę, czekając na błąd Friga. Nie było mowy o zejściu i szukaniu wejścia z ziemi. Na szczęście złodziej dostrzegł stopnie wyrastające z wieży. Stanął na najpewniejszej, w jego mniemaniu, gałęzi i przeszedł po niej na kamienny stopień. Przy samej wieży, było wąsko, więc Frig przylgnął do ściany i ruszył po stopniach pnących się wokół domu Ansalemiego. Wkrótce wyszedł ponad szczyty drzew, a silny wiatr zaczął mu doskwierać. Przestrzeń rozpościerająca się wokół i brak jakiejkolwiek bariery sprawiły, że dłonie Friga momentalnie stały się mokre od potu. Szedł teraz ostrożnie po wyślizganych stopniach, nie odrywając pleców od ściany, dopóki skroń złodzieja nie natrafiła na wylot lufy bandoletu.

– Miło cię znowu widzieć, Landorf – zaczął Frig, spoglądając na zakrwawioną rękę najemnika, wiszącą na zaimprowizowanym temblaku z kawałka koszuli. – Miałeś przyjemność z pupilem Ansalemiego? 

– Nie był zbyt zajęty pilnowaniem zdobyczy łażącej po drzewach. Wyprzedziłem was. I postanowiłem tu poczekać na ciebie. 

Landorf bardzo uważnie przyglądał się złodziejowi. 

– Możesz odstawić broń od mojej głowy? – zaproponował Frig. 

– Co z Tauri?

– Zostawiłem ją na jednym z drzew, po tym jak pokiereszował ją wąż.

– Dobrze, a teraz skup się, Frig. Nie mogę Ci już ufać, ale nadal jestem ciekaw, co takiego kryje się w wieży. Zbadamy ją razem, ale jeden fałszywy ruch, a twoje truchło posłuży jako karma dla gada. Rozumiemy się?

Frig ostrożnie pokiwał głową, dając znak, że wszystko jest jasne.

– Teraz postaraj się mnie ominąć i prowadź.

Frig ustawił się frontem do najemnika i ostrożnie postawił stopę na stopniu za Landorfem. Przez chwilę stali twarzą w twarz.

– Nie zmieszczę się – wyjęczał Frig, ledwie trzymając stopy na krawędzi schodów.

Landorf przywarł do ściany schował broń i złapał złodzieja za pasek spodni.

– Będę cię asekurował.

– Jeśli omsknie mi się noga, to zlecimy obaj – zauważył Frig. – Więc chyba jednak trochę mi ufasz.

– Nie główkuj tyle, tylko przechodź, bo jeszcze ktoś nas zauważy w tej dwuznacznej sytuacji – warknął Landorf.

Frig nie bez trudu przedostał się przed najemnika. Oboje ruszyli w górę schodów. Złodziej zerkał czasem za siebie i zauważył, że Landorf trzyma bandolet w pogotowiu. Schody zdawały się nie mieć końca.

– No pięknie. I co teraz? – powiedział Frig.

Landorf zerknął mu przez ramię. Schody kończyły się przy przybudówce, jednak zamiast prowadzić do drzwi, ostatni stopień tkwił przy ścianie.

– Zbadaj to – zaproponował Landorf.

– Stopnie kończą się przy ścianie, co mam badać?

– Może to ten sam kamuflaż co przy murze.

We Frigu odżyła nadzieja. Pokonał kolejne dwa stopnie, lecz nim postawił nogę na ostatnim, z dachu wieży usłyszał ptasi śpiew. Złodziej stanął i spojrzał na drozda. W melodii, choć pięknej, kryła się przestroga.

– Tauri? – zapytał Frig.

– Na co czekasz? – Landorf starał się przekrzyczeć dmący wiatr.

Frig przykucnął i położył dłoń na ostatnim stopniu, ten momentalnie schował się w ścianie ze zgrzytem mechanizmu uruchamiającego pułapkę. Złodziej stracił równowagę i wrzasnął rozpaczliwie. Landorf odrzucił broń i doskoczył na czas, by złapać Friga za długie włosy. Złodziej ponownie zawył, tym razem z bólu. Najemnik podciągnął włamywacza i obaj polecieli po stopniach, tylko cudem nie spadając z wieży. Wstali ostrożnie i podeszli do przeszkody. Stopień, wysuwając się wolno ze ściany wracał na swoje miejsce.

– Dziękuję – powiedział Frig. 

– Myśl lepiej, co dalej. Zdołasz zbadać ścianę z odległości.

Frig pokręcił głową z rezygnacją. Wtedy zauważył, jak drozd zlatuje z dachu i siada na gzymsie ciągnącym się wokół wieży. Zaśpiewał zachęcająco.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał Landorf, patrząc z niekrytym zdziwieniem na pochylającego się nad gzymsem Friga.

– Chyba coś strasznie głupiego – powiedział złodziej.

W następnej chwili zawisł na ornamencie. Drozd podskakując, zniknął za łukiem wieży, a Frig zaczął przesuwać dłoń za dłonią, wisząc nad przepaścią. Po chwili zobaczył ptaka.

– Tauri? Mam nadzieję, że to ty – wysapał Frig.

Drozd pokręcił głową i pofrunął wzdłuż wieży. Frig, dysząc ciężko, przesuwał się, czując, jak drętwieją ręce. Rozejrzał się za drozdem, ale nigdzie nie dostrzegł ptaka. Panika ścisnęła Frigowi gardło, wiedział, że nie starczy mu sił na powrót. Zamknął oczy, z całych sił zaciskając palce na gzymsie. Przez wyjący wiatr usłyszał śpiew, który zmusił go do działania. Frig otworzył oczy. Drozda nie było, ale śpiew wyraźnie dochodził do złodzieja z wnętrza wieży. Frig na nierównościach ściany odnalazł stopą podporę i podciągnął się na rękach. Wtedy dojrzał niewielkie okno. Zdołał sięgnąć parapetu i wdrapać się do wnętrza wieży, po czym padł na deski, dysząc ciężko. Drozd przysiadł tuż przy czerwonej z wysiłku twarzy złodzieja i zaśpiewał melodyjnie. 

– Dobra, już wstaję – wysapał Frig. 

W gabinecie stały regały z księgami i przy rządami o tajemniczym zastosowaniu. Na środku ustawiono okrągły stolik, przy którym na krześle spoczywał szkielet w mocno nadgryzionej przez mole szacie. Z czaszki wyrastały długie białe włosy, a kościane ręce, wciąż obwieszone zasuszoną skórą, spoczywały na blacie, ściskając w palcach czerwony kryształ. Klejnot lśnił purpurą, przyciągając uwagę złodzieja. Frig ruszył do stolika, wtedy drozd zaśpiewał ostrzegawczo, podleciał i usiadł na krysztale, zaciskając szpony na zdobyczy.

– Rozumiem, ale daj mi jakąś nagrodę pocieszenia – poskarżył się Frig.

 Ptak obrócił głowę w stronę starego kuferka. Frig przykucnął przy nim i wyciągnął odpowiedniej wielkości wytrych. Mocował się z zamkiem do chwili, gdy zapadki wskoczyły na odpowiednie miejsca i wieko odskoczyło. W środku leżały księgi i szaty. Złodziej przekopywał zawartość do chwili, gdy natrafił na dwie sakwy. W pierwszej znalazł złote monety w nominałach merskich i panońskich. Gdy otworzył drugą, szczęka Friga opadła na chwilę. Pośpiesznie schował jej zawartość do kieszeni, pierwszą zawiesił na ramieniu i ruszył do drzwi. Nagle przypomniał sobie o pułapce na zewnątrz. Stanął i spojrzał na drozda. Ptaka jednak już nie było, a wraz z nim zniknął kryształ. Frig zrzucił szczątki na podłogę, podniósł krzesło i postawił je przed drzwiami. Ledwo drewniane nogi dotknęły podłogi, zapadnia otworzyła się i mebel pofrunął w las pod przybudówką. Frig stracił równowagę, zdołał wyciągnąć ręce i w ostatniej chwili oprzeć je o drzwi. Spoglądał w przestrzeń, licząc, że mechanizm, zadziała w drugą stronę, ale nic takiego się nie wydarzyło. Ostrożnie przekroczył przepaść, wyciągnął wytrych i umieścił w zamku drzwi. Landorf siedział na stopniach, badając przebite przedramię i ranę na piersi. Druga była jedynie powierzchowna, jednak ręka mimo ucisku krwawiła. Wstał, sięgając po toporek, gdy skrzypnęły drzwi. Ściana otwarła się, odsłaniając stojącego nad zapadnią Friga.

– I jak łowy? – zapytał Landorf.

– Mam to – odpowiedział Frig, unosząc sakwę ze złotem i potrząsając nią. – Ale i tak mi nie wierzysz, więc wejdź i sam się rozejrzyj.

– Masz rację – nie wierzę ci. 

Landorf ominął obie pułapki i zaczął przeszukiwać pracownię Ansalemiego. Gdy nie znalazł niczego wartego uwagi, odebrał sakwę od Friga i zaczął dzielić złoto na okrągłym stoliku.

– Słusznie, Landorf. Kto wie, czy obaj wyjdziemy z tego cało – przyznał Frig. – Z drugiej strony szkoda, by połowa tego złota się zmarnowała. 

– O moją część możesz być spokojny. A co z kryształem? – zapytał najemnik, nie przestając liczyć.

– I tak mi nie uwierzysz.

– Spróbuj, może miło cię zaskoczę.

– Tauri go ma.

– Masz rację, nie wierzę ci. Ale to nie moja sprawa. Umowa ze Svenem już mnie nie obowiązuje, a tu jest więcej niż spodziewałem się zarobić.

Frig spojrzał na Landorfa pytająco, ale najemnik nie powiedział już nic więcej. Spakował swoją część łupu i ruszył do schodów.

– A co z wężem? – zapytał Frig.

– Pomartwimy się o to na dole.

 

*

Powieki Tauri powoli się otwierały, kiedy jej palce spoczęły na lśniącym krysztale. Spoglądała na purpurowe światło bijące z artefaktu. Drozd pokiwał głową, puścił kryształ i odleciał. Tauri schowała zdobycz do sakiewki i ostrożnie zeszła z drzewa. Rana dawała o sobie znać, a gdy tylko stanęła na ziemi, kaszlnęła, wypluwając krew. Usiadła, opierając się o pień i wyciągnęła kryształ. Zamknęła oczy, skupiając wolę na artefakcie.

 

*

Ansalemi poczuł, jak gad podrywa się. Zaczął pełznąć. Masywne mięśnie popychały cielsko przez las. Nie panował nad wężem. Wola Ansalemiego zawładnęła bestią na jakiś czas, ale jej nie ujarzmiła. Instynkt gada, tygodniami, kawałek po kawałku odzyskiwał sprawczość, spychając wolę alchemika do najgłębszych zakamarków jaźni, do chwili, gdy Ansalemi stał się jedynie przebłyskiem woli. Anomalią w zachowaniu, skazą na psychice. Ale był, istniał, a dopóki świadomość alchemika przetrwała, dopóty mógł o nią walczyć. Już po chwili Ansalemi wyczuł, że zachowanie węża nie jest podyktowane naturalnym odruchem. Coś go przyzywało.

 

*

Landorf ostrożnie zszedł ze schodów wieży i rozejrzał się. 

– I jak? – usłyszał pytanie Friga, który obserwował działania najemnika z góry.

Landorf powoli obszedł siedzibę Ansalemiego. Zatrzymał się przy bandolecie leżącym na mchu. Podniósł broń i dostrzegł ślad pozostawiony przez węża, prowadzący między drzewami.

 

*

Tauri coraz mocniej czuła zbliżające się zwierzę. Pędziło na spotkanie, sterowane kryształem. Było coś jeszcze, siła odpierająca wolę Tauri, sprawiająca, że gad coraz mocniej walczył z wzywającym go artefaktem.

 

*

Wąż podpełzł do Wiedzącej, skręcił ciało i uniósł łeb nad ofiarą. Ansalemi w strzępach wspomnień odnalazł twarz kobiety. Wiedział już, kim jest i co zamierza. Pchnął węża do ataku. Ciało gada wystrzeliło i zamarło tuż przed twarzą Tauri. Ansalemi poczuł, jak do świadomości węża wdziera się wola Wiedzącej. Najpierw niewielkim strumieniem, powstrzymując zwierzę przed atakiem, by po chwili wlać się potokiem i zawładnąć gadem. Alchemik już od tygodni z ledwością utrzymywał kontrolę. Teraz, w obliczu nieugiętej woli Wiedzącej, poczuł, jak odchodzi w niebyt, opuszczając gadzią jaźń.

 

*

Frig nie znał się na tropieniu, ale wyżłobiony w ziemi ślad był na tyle wyraźny, że nawet on dostrzegł, że najemnik prowadzi ich tropem węża. Złodziej nie wnikał w motywację Landorfa, choć nie podobał mu się kierunek, w którym podążają.

– To te drzewo, gdzie zostawiłem Tauri! – zawołał Frig, gdy wyszli zza gęstych zarośli.

– Ciszej – warknął Landorf, badając ślady w ziemi.

– Spójrz. – Frig wskazał opartą o pień Wiedzącą i nie czekając na reakcję Landorfa, podbiegł do drzewa.

Kobieta była pogrążona w głębokim transie, Friga jednak bardziej interesował kryształ, który ściskała w dłoniach. Złodziej sięgnął po zdobycz.

– Frig, odsuń się, powoli.

Coś w głosie najemnika sprawiło, że złodziej cofnął dłoń. Ostrożnie podniósł głowę i dostrzegł osuwające się z gałęzi cętkowane cielsko. Wąż zawiesił pysk na wysokości głowy złodzieja. Frig spojrzał w czarne oczy gada i poczuł, jak strach ściska mu pierś.

– Frig, cofnij się.

Słowa Landorfa dochodziły do złodzieja z bardzo daleka, zagłuszały je panika i inny głos, który rozległ się pod czaszką Friga.

– Odejdźcie czym prędzej, z trudem panuję nad ciałem węża. Kryształ mnie z nim scala, uciekajcie, póki jest jeszcze czas.

Frig poczuł szarpnięcie. To Landorf ciągnąc za pasek spodni zmusił złodzieja do pierwszego kroku w tył. Wąż syknął ostrzegawczo, lecz nie zaatakował.

– Landorf, to ona jest w tym…

– Wiem, ale to już nie nasz problem.

Niespodziewanie Frig wyciągnął bandolet zza paska najemnika i wypalił w węża. Kula trafiła w gałąź, z której zwisał i masywne cielsko runęło na ziemię. Złodziej skoczył ku Tauri i wyrwał jej z dłoni kryształ. Wąż wystrzelił z rozwartą paszczą, Frig próbował odskoczyć, lecz gad zatopił zęby w barku złodzieja. Ciało węża skręciło się błyskawicznie, oplatając ofiarę. Landorf podbiegł do Wiedzącej i gwałtownie nią potrząsnął. Tauri otworzyła oczy, które przez chwilę były żółte z pionową źrenicą, ta szybko rozlała się, wypełniając tęczówki i białka czernią, nadając oczom Tauri dawny wygląd. Wąż syknął i spróbował sięgnąć paszczą najemnika. Landorf odskoczył, dobywając toporek. Ciął zza głowy po pysku gada. Wąż cofnął rozcięty łeb, zaciskając mocniej zwoje wokół Friga, którego twarz zsiniała. Złodziej otworzył usta w niemym okrzyku bólu. Landorf doskoczył do gada, który uniósł głowę, górując nad najemnikiem. Wąż i Landorf zaatakowali równocześnie, jednak człowiek był zdecydowanie zbyt wolny. Gad wbił zęby w lewy bark najemnika, tuż przy szyi i przygniótł go do ziemi. Tauri wstała z trudem i rzuciła się w stronę walczących. Zdołała dotrzeć do gadziego pyska i przycisnęła dłonie do łusek. W chaotycznej szarpaninie próbowała dotrzeć do jaźni gada i zagłuszyć morderczy instynkt. Wąż poczuł, jak Wiedząca wdziera się w jego umysł. Po raz pierwszy od dawna był wolny i nie zamierzał ponownie dać się sterować. Skręcił masywne cielsko, uderzając w Tauri. Wiedząca runęła na ziemię. Tym samym gad rozluźnił splot wokół Friga, który uwolniony z trudem łapał powietrze. Wąż zaczął wycofywać się między drzewa, ciągnąc za sobą Landorfa. Najemnik rozpaczliwie próbował wbić topór w gadzi pysk, lecz bezskutecznie. Tauri wstała i ruszyła za wężem z wyciągniętymi dłońmi. Gad ponownie poczuł Wiedzącą. Puścił Landorfa i błyskawicznie wycofał się między drzewa, znikając w gęstwinie.

 

*

Noc w ogrodzie Ansalemiego była ciemna i cicha. Poza ogniskiem, panował nieprzenikniony mrok, w którym najmniejszy szelest rozpalał czujność Wiedzącej, złodzieja i najemnika. Tauri podeszła do Landorfa i sprawdziła opatrunek. Po chwili zastanowienia postanowiła zmienić go na nowy. Najemnik wiedział, że Wiedzące znają się, jak nikt, na ziołach, a to, co stanowiło część opatrunku w postaci zielonej papki, mogło pomóc lub zainfekować ranę, przynosząc śmierć w męczarniach.

– Gdybym chciała oglądać twoją śmierć, zostawiłabym cię w paszczy węża – powiedziała Tauri, widząc nieufność, z jaką najemnik spoglądał na opatrunek.

– Czemu tego nie zrobiłaś?

– W Panonie mamy takie powiedzenie: Wspólny trud jednoczy najzacieklejszych wrogów.

– Jest w tym sporo prawdy – zauważył Frig.

– Jak twoje żebra? – zapytała Tauri.

– Zdaje się, że są całe, w przeciwieństwie do twoich.

Frig wstał posykując z bólu i pomógł usiąść Wiedzącej przy ognisku, a następnie położyć się. Zanim Frig wrócił na miejsce, Tauri już spała.

– Czemu jej pomogłeś? – zapytał Landorf, zapalając fajkę od żarzącego się patyka.

– Bo ja wiem, może to był mój złodziejski honor.

– Nie gadaj głupot. Złodziejski honor w Sjuvindar to przestroga, by nikomu nie ufać.

– Wiem, ale miło było, chociaż raz w życiu, zrobić coś pożytecznego. A poza tym, mieliśmy odstawić Panonkę na łódź wraz z Ansalemim. Więc chyba przyznasz, że robota została wykonana. Sven powinien być zadowolony.

– Gruby Sven. – Landorf zapatrzył się w ogień. – On mógłby cię sporo nauczyć o złodziejskim honorze.

– Co masz na myśli?

Landorf nie odpowiedział, zadumany nad fajką, pogrążył się w myślach.

 

*

Wstali nad ranem. Nim ruszyli do wyjścia, Landorf zaprowadził ich do Heima.

To nekarski agent, tak samo jak ten drugi ubrany na czarno – powiedział najemnik. – Obawiam się Tauri, że nie czeka na ciebie żadna łódź od Haarstadów.

– Skąd się tu wzięli? – Frig nie potrafił oderwać wzroku od bełtu tkwiącego w czole Heima.

– Jak znam życie, to Sven się z nimi dogadał. Wiedział o przybyciu wysłanników z Panony i postanowił zgarnąć nagrodę od Myhrów, przejąć siedzibę Ansalemiego i zdobyć nekarskie złoto za wydanie Tauri w ręce agentów.

– Ale… – zaczął Frig.

– Z pewnością prawdziwy Heim nieopatrznie zgłosił się do Grubego Svena, licząc, że pomoże rozwiązać problem – przerwał mu Landorf.

– Myślisz, że agenci Nekary wciąż są w Fang? – zapytała Tauri.

– Z pewnością czekają na łódź, która miała zabrać cię i Ansalemiego do Nekary.

– Ale Sven… – odezwał się Frig, jednak Landorf nie dał mu dojść do słowa. 

– Sven obiecał zapłacić mi ekstra, jeśli zabiję cię po wszystkim. A ja pewnie skończyłbym z nekarskim sztyletem w plecach. To właśnie jest złodziejski honor.

– Agenci nie odpuszczą – zauważyła Tauri.

– Sven także – dodał Frig.

– Jest jednak coś, co możemy zrobić – powiedział Landorf.

– Zgodziłeś się mnie zabić, niby czemu miałbym ci ufać! – wybuchnął Frig.

– Może dlatego, że od kiedy przystałem na propozycję Svena, uratowałem ci życie już dwukrotnie. Mordowanie cię teraz byłoby niekonsekwentne. A może dlatego, że pojmuję honor zupełnie inaczej niż Sven. 

 

*

Sven nie ucieszył się widokiem Friga. Jednak był elastyczny. Śmierć Landorfa była dla niego mniejszym problemem – bardziej martwiła go dalsza część historii złodzieja.

– Zatem przeżyłeś tylko ty i Panoński wysłannik – stwierdził Sven, bębniąc palcami o blat stołu. – Nie masz pojęcia, Frig, ile masz szczęścia. Dobra, trzeba doprowadzić sprawę do końca.

– Ja swoje zrobiłem, zresztą Heim nie żyje, a wraz z nim przepadł mój dług – Frig uśmiechnął się z satysfakcję. 

– Tak, jednak zobowiązałem się, że dostarczę Panończyka w odpowiednie ręce.

– To już twój problem. 

– Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę! – ryknął Sven, rąbnąwszy pięścią w stół.

– Po co te nerwy? Chętnie cię zaprowadzę do Panończyka, a właściwie Panonki, bo to kobieta. Oczywiście za odpowiednią zapłatą.

 

*

Sven nie lubił załatwiać spraw osobiście, ale ta sytuacja tego wymagała. Nie ufał Frigowi, a jego ptaszyny były zbyt płochliwe do takiej roboty. Wieczorem, wraz z Frigiem, spotkali się w porcie i weszli na łódź. Nekarczycy byli nerwowi, wysłali za agentem podającym się za Heima kilku ludzi, by dopiąć sprawę do końca, ale ci jak dotąd nie wrócili. Chwilę trwało nim szpiedzy przystali na propozycję Svena i łódź wypłynęła z Fang w kierunku wieży Ansalemiego. Sven podszedł do Friga, który spokojnie obserwował fale.

– Poza pułapkami i tym wężem, który pożarł Landorfa, niech mu ziemia lekką będzie, nie zauważyłeś nic więcej? – zapytał.

– Nie – odparł Frig.

– Widzisz, moi chlebodawcy podobno stracili kilku ludzi, których wysłali za Heimem.

– Sven, stary przyjacielu, co mnie interesują sprawy twoich pryncypałów. Kimkolwiek są.

– Masz rację, dobrze się spisałeś – powiedział Sven, poklepując Friga po plecach.

 

*

– Jesteś pewna, że dasz radę? – zapytał Landorf. 

– Zdaje się, że nie ma innego wyjścia. Jeśli odbierzesz mi kryształ, powinnam uwolnić się z ciała węża. Tak jak miało to miejsce w lesie. 

– Miałem na myśli, czy dasz radę go przyzwać na czas? – poprawił się Landorf. 

– Tak, kryształ ma wielką moc oddziaływania. Jestem pewna, że żadne zwierzę nie zdoła mu się oprzeć.

 

*

 Łódź zacumowała przy kamienistej plaży. Nekarscy agenci poluzowali żagle i przeciągnęli łajbę na ląd. Było ich pięciu, szli tuż za Svenem i Frigiem. Księżyc świecił w pełni, górując nad wieżą Ansalemiego.

– Tam jest, tak, jak ją zostawiłem – Frig wskazał postać stojącą niedaleko murów otaczających wieżę. 

Agenci zbliżyli się do Tauri, okrytej płaszczem. Jeden z Nekarczyków ściągnął jej kaptur, odsłaniając Panonkę, stojącą z zamkniętymi oczami, pogrążoną w głębokim transie. Drugi odchylił płaszcz i wszyscy zauważyli kryształ lśniący purpurą w dłoniach Tauri.

– Jest przepiękny – wyszeptał Sven.

Poprzez dmący wiatr nikt nie usłyszał świstu bełtu, który przeszył powietrze. Agent stojący najbliżej Tauri runął na ziemię. Pozostali odskoczyli. Masywny cętkowany kształt wyłonił się z trawy. Wyskoczył i oplótł agenta stojącego przy Svenie, miażdżąc kości w brązowo-zielonych splotach. Frig wyciągnął nóż i jednym pewnym cięciem przeciął gardło Nekarczyka stojącego najbliżej. Dwaj pozostali rzucili się do ucieczki. Wąż przewyższał ich szybkością, wystrzelił w stronę najbliższego, chwycił go w potężne szczęki i błyskawicznie owinął ofiarę. Landorf wstał z wysokiej trawy, wyciągnął bandolet i podszedł do Tauri. Stanął w pozycji strzeleckiej i wypalił. Huk roznosił się w nocnej ciszy. Gdy dym opadł, ostatni z agentów leżał na kamienistej plaży. Frig zauważył Svena uciekającego za mury otaczające ogród Ansalemiego. 

– Zostaw go – krzyknął Landorf. – I odsuń się od węża.

W zamieszaniu złodziej całkowicie o nim zapomniał, a teraz pobladł, cofając się na widok pożeranej przez gada ofiary. Landorf wyciągnął z dłoni Wiedzącej kryształ. Jednak ta nadal trwała w transie.

– Zrób coś! – wrzasnął Frig. 

Landorf wziął zamach i potężnie spoliczkował Tauri, która najpierw upadła na ziemię, a następnie otworzyła oczy. Najemnik podszedł i pomógł jej wstać. 

– Wybacz, zrobiłem to bez przyjemności – powiedział.

Wąż odzyskał kontrolę nad ciałem i gwałtownie zwrócił do połowy pożartego Nekarczyka. Tauri stanęła przed nim. Gad zaniepokojony Wiedzącą zaczął sunąć w stronę wieży. Gdy ogon zniknął za drzwiami w murze, Frig zatrzasnął je i wyciągnął wytrych.

– Co robisz? Jesteś od otwierania zamków, a nie od zamykania – zdziwił się Landorf. 

– Upewniam się, że już stąd nie wyjdzie.

– Uwierz mi, ten wąż jest bardziej przestraszony niż ty. Nie opuści swojego terenu – uspokoiła go Tauri. 

– Ja nie o gadzie mówię, tylko o Svenie.

 

*

– Jesteś pewien? – zapytał Landorf.

Tauri przysłuchiwała się rozmowie z pokładu. 

– Całkowicie. Urodziłem się na Sjuvindar i tu chcę umrzeć. 

– Oby to nastąpiło jak najpóźniej. Frig pomógł najemnikowi zepchnąć łódź na wodę. Gdy Landorf wszedł na pokład pomachał złodziejowi na pożegnanie.

– A ty jesteś pewien? – zapytała Tauri stając obok najemnika.

– Muszę opuścić Mersję, a już na pewno Sjuvindar. Sven ma sporo wpływowych znajomych, a ja jestem tu obcy, z pewnością ktoś będzie mnie szukał po tym wszystkim.

– Miałam na myśli czy jesteś pewien, że cię nie wydam, jak już będziemy w Panonii? – poprawiła się Tauri.

– Coś mi mówi, że rozumiemy honor podobnie. Zresztą do Panony jest długa droga.

 

*

Ptaszyny po tygodniu były już pewne, że Gruby Sven nie wróci. Najstarsze sieroty odeszły z dziupli szukając szczęścia na własną rękę. Reszta, niepewna jutra, zaszyła się w siedzibie i rozpaczała, jednak nie nad Svenem, ale własnym losem. Gdy drzwi dziupli otwarły się, ptaszyny wstały z nadzieją w oczach. Tę jednak szybko zastąpił niepokój, gdy sieroty zobaczyły Friga stojącego w progu. Część ptaszyn przezornie sięgnęła do noży, gdy uśmiechnięty złodziej raźnym krokiem podszedł do stolika na środku pomieszczenia.

– Sven już nie wróci – oznajmił krótko Frig. – Zwolniła się posada na jego stanowisko, a widzę, że wśród was nie ma chętnych, pozwólcie więc, że to ja stanę na czele ptaszyn. Jeden z chłopców zrobił krok naprzód i zapytał hardo: 

– Ty? A niby co masz do zaoferowania, co by nas przekonało do takiej kandydatury?

Frig wyciągnął z kieszeni kilka diamentów, z tych które znalazł w wieży Ansalemiego, a którymi zapomniał podzielić się z Landorfem. Wysypał je na blat, po czym wskoczył na stół i usiadł obok kosztowności.

– Wnoszę wkład własny na dobry początek, byście byli pewni, że o was zadbam. Jest i drugi argument, tak jak wy, wychowałem się w dziupli jako ptaszyna.

Sieroty jedna po drugiej zaczęły opuszczać noże. Ktoś odkorkował butelkę wina, inny z chłopców znalazł drewniany kubek. Frig podniósł, podany mu puchar, do toastu.

– Prowadź nas, Frig – zakrzyknęły chórem sieroty.

 koniec

Kliknij aby rozwinąć

Martwe serca

Daan Van Dijk od naj­młod­szych lat był osobą nie­śmia­łą i skry­tą. W do­ro­słym życiu prze­ło­ży­ło się to na re­la­cje z ko­bie­ta­mi. Onie­śmie­la­ły go do tego stop­nia, że czuł się w ich to­wa­rzy­stwie nie­zręcz­nie. Oczy­wi­ście to nie ozna­cza, że ko­bie­ty nie in­te­re­so­wa­ły Daana. Prze­ciw­nie, fa­scy­no­wa­ły go tak, jak na­ukow­ców rzad­kie wi­ru­sy. Ob­ser­wo­wał ko­bie­ty, po­dzi­wiał ich pięk­no, gra­cję i blask, jaki wokół sie­bie roz­ta­cza­ły. Ale przy bez­po­śred­nim kon­tak­cie, Van Dijka za­ty­ka­ło. Nie po­tra­fił wy­krztu­sić słowa, za­czy­nał się pocić i de­ner­wo­wać, a na ko­niec ucie­kał, gdy nie znaj­do­wał lep­sze­go spo­so­bu na wy­rwa­nie się z nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji.

Znacz­nie go­rzej wy­pa­dał, gdy któ­rejś się spodo­bał. A mógł się po­do­bać. Jako wy­so­ki, szczu­pły blon­dyn o du­żych błę­kit­nych oczach, na­tu­ral­nie przy­cią­gał do sie­bie nie­któ­re ko­bie­ty. Wtedy Daan, wpa­dał w pa­ni­kę. Jąkał się, ruchy miał nie­sko­or­dy­no­wa­ne, a z ust wy­cho­dził potok dziw­nych wy­wo­dów. To ro­bi­ło z niego, jak nie wa­ria­ta, to przy­naj­mniej dzi­wa­ka i wy­star­czy­ło, by od­stra­szyć nawet naj­wy­tr­wal­sze ad­o­ra­tor­ki.

Daan, chcąc unik­nąć po­dob­nych sy­tu­acji, po­sta­no­wił od­se­pa­ro­wać się od spo­łe­czeń­stwa. Nie sta­no­wi­ło to żad­ne­go pro­ble­mu. Był pi­sa­rzem i po­trze­bo­wał ciszy oraz sa­mot­no­ści. Nie prze­szka­dza­ły mu też całe ty­go­dnie spę­dzo­ne w domu oraz brak hi­gie­ny, która wpły­nę­ła na wy­gląd Daana. Włosy stały się łam­li­we, cera blada i lekko po­żół­kła, a zęby po­kry­ły się brą­zo­wym na­lo­tem. Ubra­nia miał brud­ne i prze­po­co­ne. W ten spo­sób po­zbył się wszyst­kich po­ten­cjal­nych ad­o­ra­to­rek.

Wtedy też za­czę­ły się pro­ble­my Daana. Van Dijk pisał opo­wia­da­nia i krót­kie po­wie­ści, wszyst­kie po­świę­co­ne jego fa­scy­na­cji i fobii – ko­bie­tom. Gdy skoń­czył ostat­nią po­wieść i wy­szedł do świa­ta, by znów, po­przez ob­ser­wa­cję, za­czerp­nąć in­spi­ra­cji, coś się zmie­ni­ło. Twa­rze ko­biet, gdy tylko go do­strze­ga­ły, wy­krzy­wiał gry­mas obrzy­dze­nia. Spoj­rze­nia sta­wa­ły się ostre, pełne po­gar­dy. Daan od­krył, że wcze­śniej­sze re­la­cje, choć dla niego tak trud­ne, da­wa­ły mu moż­li­wość pod­glą­da­nia. Przy­stoj­ny blon­dyn, ob­ser­wu­ją­cy, ba, śle­dzą­cy wzro­kiem każdy ko­bie­cy ruch, po­wo­do­wał za­lot­ne spoj­rze­nia czy skry­te uśmie­chy. To wszyst­ko było in­spi­ra­cją dla pi­sa­rza, mo­to­rem na­pę­do­wym dla wy­obraź­ni. A teraz znik­nę­ło.

Van Dijk wciąż pra­co­wał, ale re­dak­cja coraz czę­ściej da­wa­ła znać, że tek­sty pi­sa­rza nie wy­pa­da­ją już tak do­brze, co prze­ło­ży­ło się na ilość pu­bli­ka­cji. Daan nie po­trze­bo­wał wiele, ale wkrót­ce i tego za­czę­ło bra­ko­wać. Nie mając in­ne­go wyj­ścia, mu­siał zna­leźć do­dat­ko­we za­ję­cie. I to takie, które umoż­li­wi­ło­by mu pi­sa­nie. Roz­wią­za­nie pro­ble­mu oka­za­ło się prost­sze niż przy­pusz­czał. Prze­glą­da­jąc ogło­sze­nia, na­tra­fił na ofer­tę po­sa­dy noc­ne­go stró­ża w jed­nym z bu­dyn­ków kom­plek­su me­dycz­ne­go, pod­le­ga­ją­ce­go pod szpi­tal miej­ski.

Roz­mo­wa kwa­li­fi­ka­cyj­na po­szła le­piej, niż przy­pusz­czał. Raz, że prze­pro­wa­dzał ją męż­czy­zna, pa­to­log – Sti­ven, a dwa, że wy­gląd, jak i skry­tość Daana, nie zro­bił na męż­czyź­nie naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Na ko­niec le­karz uści­snął dłoń pi­sa­rza i za­py­tał z na­dzie­ją w gło­sie, czy może za­cząć już naj­bliż­szej nocy. Van Dijk po­ki­wał głową na znak, że jest gotów pod­jąć pracę. I tak jego kło­po­ty fi­nan­so­we miały się skoń­czyć. Jak rów­nież te do­ty­czą­ce nie­mo­cy twór­czej, o czym wów­czas jesz­cze nie wie­dział.

 

*

Szpi­tal św. Bar­ba­ry był kom­plek­sem dwu­dzie­stu bu­dyn­ków miesz­czą­cych się w cen­trum mia­sta. Ca­łość ota­czał mur z wjaz­dem dla ka­re­tek i dru­gim dla pa­cjen­tów. Po­wo­jen­ne bu­dyn­ki, w któ­rych mie­ści­ły się od­dzia­ły, zo­sta­ły za­adap­to­wa­ne po ko­pal­ni. Były to ce­gla­ne bu­dow­le, o mi­ster­nie rzeź­bio­nych gzym­sach i du­żych oknach, czę­sto ozdo­bio­nych wi­tra­ża­mi, na któ­rych wid­nie­li męż­czyź­ni wy­do­by­wa­ją­cy wę­giel, ki­lo­fy, wa­go­ni­ki i inne atry­bu­ty gór­ni­cze­go fachu. Na te­re­nie szpi­ta­la utrzy­my­wa­no traw­nik, ro­sną­cy mię­dzy bru­ko­wa­ny­mi alej­ka­mi, pro­wa­dzą­cy­mi do bu­dyn­ków. Tu i ów­dzie po­sa­dzo­no kasz­ta­now­ce. W od­naj­dy­wa­niu drogi do wła­ści­wych po­rad­ni po­ma­ga­ły roz­sta­wio­ne to tu, to tam plany kom­plek­su.

Daan, spraw­dza­jąc jeden z nich, od razu do­strzegł sa­mot­ny bu­dy­nek, numer sie­dem – opi­sa­ny jako pro­sek­to­rium. Była to in­for­ma­cja dla od­wie­dza­ją­cych. Pra­cow­ni­cy wie­dzie­li, że w obiek­cie siód­mym mie­ści­ły się rów­nież la­bo­ra­to­ria, na­rzą­dy do prze­szcze­pów i sale wy­kła­do­we dla stu­den­tów me­dy­cy­ny. Trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek po­sia­dał dwa po­zio­my pod­ziem­ne. Umiesz­czo­no go tuż przy murze, z nie­wiel­kim wej­ściem dla pra­cow­ni­ków po­bli­skie­go za­kła­du po­grze­bo­we­go. Bu­dy­nek numer sie­dem od szpi­tal­ne­go kom­plek­su od­dzie­lał za­gaj­nik, przez który wprost do wej­ścia pro­wa­dzi­ła jedna z ale­jek. Na fron­to­wej ścia­nie znaj­do­wa­ły się rzędy okien z nie­bie­sko-czar­no-czer­wo­ny­mi wi­tra­ża­mi, two­rzą­cy­mi w po­ło­wie bu­dyn­ku dwa skrzy­żo­wa­ne młoty. Po­zo­sta­łe okna za­sła­nia­ły czar­ne ro­le­ty, na­da­jąc bu­dow­li oso­bli­wej ta­jem­ni­czo­ści.

Daan pierw­szej nocy spo­tkał się ze Sti­vem. Pa­to­log był ni­skim ły­sie­ją­cym męż­czy­zną, nosił brodę oraz oku­la­ry na kar­to­flo­wa­tym nosie.

– Cie­szę się, że pan jest – przy­wi­tał Daana w ob­szer­nym holu o po­sadz­ce wy­ło­żo­nej sza­rym mar­mu­rem. – Opro­wa­dzę pana i za­po­znam z obo­wiąz­ka­mi.

Po­da­li sobie ręce, i Van Dijk ru­szył za le­ka­rzem.

– Tu znaj­du­je się re­cep­cja. Dy­żur­na pra­cu­je do osiem­na­stej. Spo­tka się pan z nią rano.

Prze­szli przez szkla­ne drzwi do po­miesz­cze­nia.

– Tu wisi plan bu­dyn­ku, a tu są klu­cze do po­miesz­czeń – tłu­ma­czył le­karz. – Pana in­te­re­su­ją czte­ry z nich. Ten jest od głów­ne­go wej­ścia, można też je za­mknąć na za­su­wę. Ten z czer­wo­nym kół­kiem jest uni­wer­sal­ny i otwie­ra więk­szość po­miesz­czeń na pię­trach. Ten z nie­bie­skim otwie­ra wszyst­kie po­miesz­cze­nia na niż­szych po­zio­mach. I ostat­ni, z ró­żo­wym, jest do pro­sek­to­rium.

Daan uważ­nie ob­ser­wo­wał na­rzę­dzia pracy i słu­chał pa­to­lo­ga z nie­kry­tym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Ra­czej się panu nie przy­da­dzą, jed­nak warto wie­dzieć, który jest który. Po dwu­dzie­stej, kiedy za­czy­na pan zmia­nę, więk­szość per­so­ne­lu opusz­cza bu­dy­nek. Mogą się zda­rzyć jacyś stu­den­ci, może wy­kła­dow­ca. Ale około go­dzi­ny dwu­dzie­stej dru­giej wszy­scy po­win­ni opu­ścić bu­dy­nek. No i oczy­wi­ście je­stem ja. Ale ra­czej sta­ram się koń­czyć pracę do go­dzi­ny dzie­więt­na­stej. Tak więc przez resz­tę nocy jest pan w bu­dyn­ku sam. Na każ­dym z trzech pię­ter znaj­du­ją się alar­my. Każdy z nich po­wi­nien zo­stać zre­star­to­wa­ny o pół­no­cy. Ina­czej ochro­na otrzy­ma po­wia­do­mie­nie, że coś jest nie tak. To jest pana za­da­nie, pil­no­wa­nie bu­dyn­ku i przed pół­no­cą, naj­le­piej pięt­na­ście minut wcze­śniej, zre­star­to­wa­nie alar­mów. A i był­bym za­po­mniał, na pod­ziem­nych po­zio­mach są dwa do­dat­ko­we alar­my, ja­kieś kre­tyn za­pro­jek­to­wał je tak, że trze­ba je re­star­to­wać go­dzi­nę póź­niej. Pro­szę o tym pa­mię­tać.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział Daan.

– O ósmej przy­cho­dzi re­cep­cjo­nist­ka. Wtedy też koń­czy się pana zmia­na. Czy wszyst­ko jest jasne?

 Daan po­ki­wał głową na znak, że ro­zu­mie.

– Zatem to wszyst­ko. Życzę panu spo­koj­nej nocy.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział Daan, wzro­kiem od­pro­wa­dza­jąc le­ka­rza do wyj­ścia.

 

*

Van Dijk lubił sa­mot­ność. Gdy wy­cho­dził z domu, robił to prze­waż­nie po zmro­ku i wy­bie­rał trasy spa­ce­ro­we w miej­scach, w któ­rych nie spo­ty­ka­ło się ludzi. Były to za­pusz­czo­ne parki w po­bli­żu nie­użyt­ków po hucie, czy opusz­czo­ne osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, gdzie za­pla­no­wa­no bu­do­wę trasy śred­ni­co­wej. Więc bu­dy­nek numer sie­dem nie tylko nie od­stra­szał Daana, ale wręcz prze­ciw­nie – fa­scy­no­wał.

Cisza pa­nu­ją­ca na ko­ry­ta­rzach. Świa­tło księ­ży­ca prze­ni­ka­ją­ce wi­traż, gdy wspi­nał się po scho­dach na pię­tro. Od­głos butów nio­są­cy się wzdłuż pu­stych sal. To wszyst­ko po­do­ba­ło się Da­ano­wi. Był sam ze swo­imi my­śla­mi. I by­ło­by na­praw­dę do­brze, gdyby nie pust­ka w gło­wie. Lap­top spo­czy­wał w re­cep­cji, a w pliku tek­sto­wym próż­no było szu­kać choć­by jed­ne­go słowa. Pi­sarz, dla za­bi­cia czasu i by uci­szyć drę­czą­ce go myśli, ca­ły­mi no­ca­mi wę­dro­wał po obiek­cie. Za­glą­dał do sal wy­kła­do­wych z rzut­ni­ka­mi. Oglą­dał sche­ma­ty ana­to­micz­ne, za­ku­rzo­ne szkie­le­ty oraz wy­myśl­ne na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne z cza­sów, gdy me­dy­cy­na jesz­cze racz­ko­wa­ła. Gdy już znu­dził się pierw­szym, dru­gim i trze­cim pię­trem, a nawet stry­chem, na który nie omiesz­kał zaj­rzeć, czwar­tej nocy po­sta­no­wił zwie­dzić do­kład­niej pod­zie­mia.

Jak zwy­kle nie sko­rzy­stał z windy i zszedł scho­da­mi. Już pierw­sze po­miesz­cze­nie zro­bi­ło na Da­anie spore wra­że­nie. Za­in­sta­lo­wa­no tu nie­bie­skie lampy, które oświe­tla­ły słoje z for­ma­li­ną, a w nich naj­róż­niej­sze or­ga­ny ludz­kie­go ciała. W in­nych po­miesz­cze­niach od­na­lazł spre­pa­ro­wa­ne koń­czy­ny, salę chi­rur­gicz­ną i bi­blio­te­kę za­peł­nio­ną książ­ka­mi z dzie­dzi­ny ludz­kiej ana­to­mii. Na po­zio­mie minus dwa znaj­do­wał się długi ko­ry­tarz i za­le­d­wie troje drzwi. Pierw­sze pro­wa­dzi­ły do pro­sek­to­rium, za dru­gi­mi znaj­do­wa­ło się biuro pa­to­lo­ga, a za trze­ci­mi chłod­nia. Tu Daan po raz pierw­szy się za­wa­hał. Nie prze­ra­żał go widok ludz­kich zwłok. Ra­czej cho­dzi­ło o in­tym­ność. Za­glą­da­nie do chłod­ni wy­da­ło mu się nie­ele­ganc­kie, jak wej­ście do dam­skiej to­a­le­ty. Mimo to otwo­rzył drzwi i za­pa­lił świa­tło. Chłod­nia oka­za­ła się spo­rych roz­mia­rów po­miesz­cze­niem, po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek mebli, nie li­cząc szpi­tal­nych sto­łów, usta­wio­nych pod prze­ciw­le­gły­mi ścia­na­mi. Na sto­łach le­ża­ły zwło­ki przy­kry­te bia­ły­mi prze­ście­ra­dła­mi, spod któ­rych wy­sta­wa­ły stopy z pla­kiet­ka­mi za­wie­szo­ny­mi na du­żych pal­cach.

Daan wahał się chwi­lę, zer­ka­jąc przez ramię, jak dziec­ko otwie­ra­ją­ce szaf­kę ze sło­dy­cza­mi pod nie­obec­ność ro­dzi­ców. W końcu wszedł do środ­ka i za­mknął za sobą drzwi. Z na wpół otwar­tych ust za­czął wy­do­by­wać się biały ob­ło­czek pary. Daan prze­spa­ce­ro­wał się mię­dzy rzę­da­mi sto­łów, spo­glą­da­jąc na pla­kiet­ki. „Kurt Kirst, lat 69”, „Mag­da­le­na No­wic­ki, lat 89”, „Ted Sprin­ger, lat 74” i tak dalej. Gdy do­szedł do ścia­ny, jego uwagę przy­ku­ła nie tyle pla­kiet­ka, co sama stopa. Zgrab­na, o dłu­gich pal­cach i po­ma­lo­wa­nych na czer­wo­no pa­znok­ciach. Pod­szedł i spoj­rzał na pla­kiet­kę – „So­phie Smith, lat 23”. Zwil­żył wargi i po­now­nie spoj­rzał w stro­nę drzwi. Były za­mknię­te. Wcze­śniej ob­szedł cały bu­dy­nek. Był sam. Coś w gło­wie Daana wy­szep­ta­ło: „No co się może stać? Nie ro­bisz nic złego. Je­steś tylko cie­ka­wy. Ona na pewno nie bę­dzie miała nic prze­ciw­ko”.

Daan znał ko­bie­ce ciało głów­nie z fil­mów por­no­gra­ficz­nych. Ale to było zu­peł­nie coś in­ne­go. Od­su­nął de­li­kat­nie są­sied­ni sto­lik, by zro­bić sobie nieco wię­cej miej­sca. Pod­szedł. Pod prze­ście­ra­dłem wy­raź­nie ry­so­wał się kształt głowy – usta, nos, dalej pier­si, brzuch i nogi So­phie. Ścią­gnął ostroż­nie prze­ście­ra­dło z twa­rzy. Le­ża­ła na roz­pusz­czo­nych ru­dych wło­sach. Miała wą­skie usta i lekko za­dar­ty nos, wy­raź­nie za­ry­so­wa­ne kości po­licz­ko­we. Była ładna. Daan prze­łknął ślinę. Chwy­cił za prze­ście­ra­dło i zsu­nął je z trupa.

 

*

Daan już nie wę­dro­wał no­ca­mi po bu­dyn­ku numer sie­dem. Gdy tylko upew­niał się, że jest sam, kie­ro­wał się do chłod­ni. Do So­phie o ma­łych pier­siach i ster­czą­cych sut­kach, sze­ro­kich bio­drach i umię­śnio­nych udach. W domu od­na­lazł jej pro­fil na Fa­ce­bo­oku; była lek­ko­atlet­ką. Od­wie­dzał ją przez czte­ry noce z rzędu, zanim ją za­bra­li. Ale to wy­star­czy­ło, by znów mógł pisać. Stu­dio­wa­nie ciała So­phie roz­bu­dzi­ło wy­obraź­nię pi­sa­rza, i po­my­sły za­czę­ły spły­wać nie­prze­rwa­nym po­to­kiem. Już po pierw­szej nocy w jej to­wa­rzy­stwie, ru­szył do domu i pisał do póź­ne­go po­po­łu­dnia. A gdy skoń­czył, nie umiał za­snąć, my­śla­mi wciąż wra­ca­jąc do ru­do­wło­sej dziew­czy­ny. Gdy znik­nę­ła, po­czuł ukłu­cie za­wo­du. Ni­czym opusz­czo­ny ko­cha­nek.

Po­sta­no­wił po­szu­kać in­ne­go obiek­tu za­in­te­re­so­wań. Szyb­kie oglę­dzi­ny chłod­ni do­pro­wa­dzi­ły go do Anny. Była nieco przy kości, dość niska, sze­ro­ka w bio­drach, z nie­wiel­ki­mi fałd­ka­mi w talii, miała długi, lekko spi­cza­sty nos, pełne usta i krót­kie czar­ne włosy oraz duże, krą­głe pier­si. Zmar­ła w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat. Nie był to do końca typ Daana, ale po­sta­no­wił spró­bo­wać. I tak, jak w przy­pad­ku So­phie, po­ło­żył się obok Anny. Gła­dził ciało, do­ty­kiem stu­diu­jąc każdą część. Po­zna­wał ją, ob­ser­wo­wał rysy twa­rzy. I wtedy zro­zu­miał, że cze­goś mu bra­ku­je w tej re­la­cji. Tego sa­me­go, co drę­czy­ło go już przy So­phie. Prze­su­nął dło­nią po brzu­chu, po­mię­dzy pier­sia­mi, do szyi. Kciu­kiem do­tknął warg. Za­wa­hał się, ale tylko na chwi­lę, i otwo­rzył po­wie­ki Anny. Prze­krzy­wił jej głowę tak, by pa­trzy­ła wprost na niego. Po chwi­li na­my­słu roz­sze­rzył de­li­kat­nie usta. To nada­wa­ło Annie nieco życia. Obej­mo­wał jej ciało, pa­trząc w czar­ne, jak dwa wę­giel­ki, źre­ni­ce. Po­czuł się speł­nio­ny. Cały lęk, który tak sku­tecz­nie od­py­chał go od re­la­cji z ko­bie­ta­mi, znik­nął. Był tylko jeden wa­ru­nek: wszyst­ko mu­sia­ło roz­gry­wać się na wa­run­kach Daana.

 

*

Re­dak­cja była za­chwy­co­na, a po prze­sła­niu po­my­słu na ko­lej­ne opo­wia­da­nie za­pro­po­no­wa­no Da­ano­wi na­pi­sa­nie po­wie­ści. “Zwa­rio­wa­łeś, Van Dijk? To jest ma­te­riał na po­wieść, i to nie byle jaką. To bę­dzie hit. Mu­sisz tylko roz­bu­do­wać fa­bu­łę, ale wie­rzę, że stać cię na to”. Daan od­czy­tał wia­do­mość w swo­jej skrzyn­ce ma­ilo­wej. Tak, czuł, że stać go na to. W szcze­gól­no­ści od czasu, kiedy była z nim Suzan. Blon­dyn­ka o zie­lo­nych oczach. Siód­ma muza. Była ide­al­na. Dłu­gie nogi, pier­si lekko ster­czą­ce, nie za duże, szczu­pła o ide­al­nie za­okrą­glo­nych bio­drach. Jej de­li­kat­ne rysy twa­rzy były nie­mal po­etyc­kie. Usta wą­skie, nie za duże. Gdy tylko po­ja­wi­ła się w chłod­ni, Daan za­ko­chał się od pierw­szej chwi­li. Oczy­wi­ście, jego re­la­cje z Suzan były czy­sto pla­to­nicz­ne, tak jak z po­zo­sta­ły­mi mu­za­mi. Ogra­ni­cza­ły się do do­ty­ku i ob­ser­wa­cji. Ale tym razem z tru­dem był w sta­nie się opa­no­wać. Ostat­niej nocy był bli­ski po­ca­ło­wa­nia bla­dych, lekko ró­żo­wych warg.

Van Dijk wstał nagle od biur­ka i ru­szył do ka­len­da­rza, kie­ro­wa­ny okrop­ną myślą. “So­bo­ta, przy­wieź­li ją w so­bo­tę. To sa­mo­bój­czy­ni, więc sek­cja bę­dzie w po­nie­dzia­łek. Więc, naj­da­lej w czwar­tek…” – Urwał, gdyż ostat­nia myśl prze­ra­zi­ła go.

Za­uro­czo­ny pięk­nem Suzan zu­peł­nie za­po­mniał, że jego muzy przy­cho­dzą i od­cho­dzą, czy tego chciał, czy nie. A tym razem był pe­wien, że nic nie za­stą­pi mu Suzan.

 

*

Noc ze środy na czwar­tek miała być ostat­nią spę­dzo­ną z Suzan. Pi­sarz przy­szedł do pracy ubra­ny w gar­ni­tur, który czę­ścio­wo za­krył kurt­ką. Za­cze­kał, aż pa­to­log opu­ści bu­dy­nek numer sie­dem i z torbą pod pachą ru­szył na po­ziom minus dwa. Upew­niw­szy się, że wszyst­kie po­miesz­cze­nia są puste, wszedł do chłod­ni. Nie za­pa­lał świa­tła. Znał drogę do uko­cha­nej na pa­mięć. A ta noc miała być wy­jąt­ko­wa. Daan ścią­gnął są­sied­nie zwło­ki. Usta­wił na stole świe­ce i wino. Wy­cią­gnął pla­sti­ko­we kubki. Się­gnął po czer­wo­ną suk­nię i białe szpil­ki po matce. Znał roz­mia­ry Suzan. Był pe­wien, że wszyst­ko bę­dzie pa­so­wać ide­al­nie. Na ko­niec wło­żył sztucz­ną różę mię­dzy palce Suzan.

 

*

– Cho­le­ra, Tom! Je­steś pe­wien?! – Jeff opluł słu­chaw­kę z pod­nie­ce­nia.

– To stało się do­słow­nie przed chwi­lą, mam ją przed ocza­mi. Cho­dzi po stole! – ode­zwał się w słu­chaw­ce głos Toma, nieco mniej roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny.

– Je­steś w bu­dyn­ku numer sie­dem?! – Jeff wciąż krzy­czał do słu­chaw­ki, szczę­śli­wy jak dziec­ko.

– Tak – po­twier­dził Tom, ści­sza­jąc głos, wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny. – Chyba już wszy­scy wy­szli, oprócz stró­ża.

– Pie­przyć go, będę za pięt­na­ście minut! – Jeff opa­no­wał się i za­py­tał już spo­koj­niej­szym tonem. – Co po­mo­gło? Ad­re­na­li­na. Po­my­li­li­śmy się w pro­por­cjach?

– Tak – po­twier­dził Tom, uśmie­cha­jąc się do słu­chaw­ki.

– Wie­dzia­łem! – wy­buch­nął śmie­chem Jeff. – Cho­le­ra, wie­dzia­łem!

– Mia­łeś rację.

– Ile masz dawek?!

– Dwie. Star­czą na co naj­mniej trzy tu­zi­ny myszy.

– Nie waż się uży­wać spe­cy­fi­ku na ko­lej­nym obiek­cie! Sły­szysz! Rób no­tat­ki, ob­ser­wuj, a ja wła­śnie wkła­dam buty!

Jeff za­par­ko­wał forda pod za­gaj­ni­kiem i ru­szył alej­ką mię­dzy drze­wa­mi. Był krępy, ale nie­zwy­kle żwawy. Ubra­ny w brą­zo­we sztruk­sy i zie­lo­ną ma­ry­nar­kę, wło­żo­ną na ko­szu­lę fla­ne­lo­wą, nie­mal wbiegł do bu­dyn­ku numer sie­dem. Nie cze­ka­jąc na windę, ru­szył scho­da­mi na dru­gie pię­tro. Do­padł drzwi la­bo­ra­to­rium i wszedł do środ­ka. Tom w bia­łym kitlu ob­ró­cił się i zła­pał za serce.

– Ale mnie wy­stra­szy­łeś – po­wie­dział.

Jeff pod­biegł do przy­ja­cie­la, objął go w pasie. I choć Tom był wyż­szy o głowę, Jeff uniósł go wy­krzy­ku­jąc:

– Udało się! Udało!

– Ci­szej! – wark­nął Tom, uwal­nia­jąc się z uści­sku i po­pra­wia­jąc wy­gnie­cio­ną ko­szu­lę. – Nie je­ste­śmy sami!

– Spo­koj­nie – po­wie­dział Jeff, po­pra­wia­jąc oku­la­ry. – Ochro­nia­rza nie ma w re­cep­cji, a w całym bu­dyn­ku tylko tu pali się świa­tło. A zresz­tą, wej­dzie tu, i co nam zrobi? Co naj­wy­żej upo­mni, że po­win­ni­śmy opu­ścić bu­dy­nek.

– Masz rację. Je­stem prze­wraż­li­wio­ny – przy­znał Tom, marsz­cząc ciem­ne brwi. Uśmiech­nął się pod czar­nym wąsem. – Chcesz zo­ba­czyć?

– Jasne, że chcę – po­wie­dział Jeff już spo­koj­niej, by nie de­ner­wo­wać przy­ja­cie­la.

Tom objął go za ramię i po­pro­wa­dził do stołu la­bo­ra­to­ryj­ne­go. Wśród na­czyń i pro­bó­wek, tuż obok mi­kro­sko­pu, stało akwa­rium, a w nim biała mysz bie­ga­ła w ko­ło­wrot­ku.

– Kiedy po­da­łeś lek?

– Nie wiem, czy lek to dobre okre­śle­nie? – za­uwa­żył Tom.

– A jak byś to na­zwał? – zdzi­wił się Jeff.

– Pół go­dzi­ny temu – po­wie­dział Tom, igno­ru­jąc py­ta­nie Jeffa. – Wy­glą­da, że jest w do­brej for­mie. Nie za­uwa­ży­łem żad­nych skut­ków ubocz­nych, poza chwi­lo­wym oszo­ło­mie­niem, tuż po za­apli­ko­wa­niu… – Tom się za wą­chał.

– Leku – do­koń­czył za niego Jeff.

– No, nie wiem.

Jeff zła­pał Toma za ra­mio­na i za­dzie­ra­jąc głowę, spoj­rzał przy­ja­cie­lo­wi w oczy.

– Ta mysz była mar­twa jesz­cze trzy­dzie­ści minut temu. Teraz biega, jak gdyby nigdy nic. Jak ina­czej byś to na­zwał, jeśli nie le­cze­niem?

– Leczy się, aby za­po­biec śmier­ci – za­uwa­żył Tom.

– A my po­szli­śmy o krok dalej, wy­le­czy­li­śmy śmierć.

 

*

Daan pił wino z pla­sti­ko­we­go kubka i wpa­try­wał się w zie­lo­ne oczy Suzan. Wy­glą­da­ła pięk­nie w sukni przy bla­sku świec. Szpil­ki ide­al­nie kom­po­no­wa­ły się z białą różą w jej dło­niach.

– Co ja bez cie­bie zro­bię? – wy­szep­tał. – Naj­chęt­niej za­brał­bym cię z tej chłod­ni. Ura­to­wał­bym przed po­grze­ba­niem. Ale co to da? Zy­ska­li­by­śmy dzień, może dwa.

Dopił wino, od­su­nął stół i pod­szedł do uko­cha­nej. De­li­kat­nie ją prze­su­nął i po­ło­żył się obok. Czub­ki ich nosów sty­ka­ły się, czuł przy­jem­ny chłód jej ciała.

– To nasza ostat­nia noc, naj­droż­sza – po­wie­dział, głasz­cząc jasne włosy.

Zbli­żył ostroż­nie usta do jej ust. Były lo­do­wa­te. Nigdy nie był tak szczę­śli­wy i zroz­pa­czo­ny za­ra­zem.

– Ko­cham cię – wy­szep­tał, ocie­ra­jąc łzy.

Wtedy usły­szał dźwięk z windy. Daan ze­rwał się na równe nogi. W ko­ry­ta­rzu za­pa­li­ło się świa­tło. Pi­sarz pod­niósł prze­ście­ra­dło i za­krył Suzan. Zgar­nął kubki i wino do torby, zdmuch­nął świecz­ki. Po­biegł do prze­ciw­le­głej ścia­ny, ukry­wa­jąc się za sto­ła­mi.

 

*

Ja­rze­niów­ki za­mi­go­ta­ły w chłod­ni, za­le­wa­jąc po­miesz­cze­nie bla­dym świa­tłem. Drzwi otwar­ły się, a Jeff wma­sze­ro­wał raź­nym kro­kiem do po­miesz­cze­nia. Tom szedł za nim, mó­wiąc pod­nie­sio­nym gło­sem:

– Za­bra­niam ci! Sły­szysz!? Przez cie­bie wy­le­ci­my z uczel­ni! Jeff, po­myśl roz­sąd­nie! Mu­si­my zro­bić ba­da­nia, nie mo­że­my tak po pro­stu…

– Oczy­wi­ście że mo­że­my! – Jeff ob­ró­cił się na pię­cie, a oczy lśni­ły mu z pod­nie­ce­nia na pu­cu­ło­wa­tej twa­rzy. – Jeśli to wy­pa­li, nie bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li żad­nych badań. Tylko bi­le­tów do Sztok­hol­mu, bo do­sta­nie­my pie­przo­ne­go Nobla. A jeśli nic się nie sta­nie, to wró­ci­my do myszy.

– Ale ja się wła­śnie boję, że coś się sta­nie! – wrza­snął Tom pro­sto w twarz Jeffa, zio­nąc pa­pie­ro­sa­mi i kawą.

Jeff tylko wzru­szył ra­mio­na­mi i za­czął spraw­dzać za­wiesz­ki na zwło­kach.

– Jak chcesz, to wra­caj do la­bo­ra­to­rium albo do domu – po­wie­dział. – Ja nie za­mie­rzam się teraz za­trzy­my­wać.

– Po­słu­chaj – Tom pod­biegł, wy­cią­ga­jąc pa­pie­ro­sa i za­pa­la­jąc go roz­trzę­sio­ny­mi dłoń­mi. – To nie jest mysz la­bo­ra­to­ryj­na. Jeśli któ­raś z tych osób ożyje, nie wsa­dzisz jej do akwa­rium, żebyś mógł przy­glą­dać się, jak re­agu­je.

– Co się może stać? Co? – Jeff nawet na mo­ment się nie za­trzy­mał, co rusz pod­no­sząc nową pla­kiet­kę. – Cho­le­ra, żad­nych mło­dych zwłok.

– Nie wiem, i to mnie prze­ra­ża naj­bar­dziej.

Obaj le­ka­rze po­de­szli do pu­ste­go sto­li­ka. Daan ku­ca­jąc za “Ju­sti­nem Fro­stem lat 78” ob­ser­wo­wał ich z ża­biej per­spek­ty­wy.

– Pusty, dziw­ne – po­wie­dział Jeff i od­krył stopy Suzan.

– Pro­szę cię, za­sta­nów się – na­le­gał Tom. – Zrób­my wię­cej badań, ludz­kich obiek­tów nie za­brak­nie. Mo­że­my w każ­dej chwi­li tu wró­cić.

– Jest ubra­na – za­uwa­żył Jeff i ścią­gnął prze­ście­ra­dło.

– Cza­sem zo­sta­wia­ją ich w ubra­niu do po­ja­wie­nia się pa­to­lo­ga – wy­ja­śnił Tom.

– Ide­al­nie, to zna­czy, że do­pie­ro co ją przy­wieź­li. Jak my­ślisz? Ile może ważyć?

– Nie wiem… – Tom po­tarł oczy. – Może pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów.

Jeff wy­cią­gnął dwie strzy­kaw­ki z prze­zro­czy­stym “le­kiem”. Jedna była pełna, druga do po­ło­wy pusta.

– Na myszy wy­star­cza jeden mi­li­metr sze­ścien­ny – po­wie­dział Jeff i przyj­rzał się tej do po­ło­wy peł­nej. – Tyle po­win­no wy­star­czyć.

– Nie chcę na to pa­trzeć – po­wie­dział Tom i pod­szedł do pu­ste­go sto­li­ka.

Jeff był tak pod­nie­co­ny, że nawet nie zwró­cił uwagi na różę mię­dzy pal­ca­mi Suzan.

Daan ob­ser­wo­wał, jak le­karz pod­cho­dzi do uko­cha­nej i bez­ce­re­mo­nial­nie prze­wra­ca ją na bok, ni­czym worek mięsa. Po­czuł, jak wzbie­ra w nim gniew.

Jeff wy­ma­cał kręgi szyj­ne, tuż przy pod­sta­wie czasz­ki, i spraw­nym ru­chem wbił długą igłę.

– Go­to­wy, Tom? Na Nobla? – za­py­tał.

– Znasz moje zda­nie – po­wie­dział Tom, opie­ra­jąc się o stół.

Po­czuł coś dziw­ne­go na dło­niach. Do skóry przy­le­pił się wosk. Spoj­rzał na blat i dwie świe­ce. W tym cza­sie Jeff wci­snął tłok strzy­kaw­ki. Tom za­uwa­żył przy­kry­te zwło­ki na pod­ło­dze pod są­sied­nim sto­li­kiem.

– Go­to­we – po­wie­dział Jeff, wy­cią­ga­jąc igłę z kręgu szyj­ne­go.

– Jeff… – za­czął Tom, ale wznio­słość chwi­li udzie­li­ła mu się, wbił wzrok w ko­bie­tę w czer­wo­nej sukni.

– No dalej – wark­nął Jeff.

Suzan jed­nak le­ża­ła bez ruchu.

– Może za mała dawka – za­uwa­żył Tom i dodał zde­ner­wo­wa­ny. – Mó­wi­łem ci, że to nie za­ba­wa! Na­le­ży do­kład­nie zwa­żyć i zmie­rzyć obiekt! Do­ko­nu­je­my hi­sto­rycz­ne­go od­kry­cia, a ty po­da­jesz spe­cy­fik na oko, jak dzie­ciak pod­nie­co­ny nową za­baw­ką…

Zo­rien­to­wał się, że ko­bie­ta ma otwar­te oczy.

– Co się tu wy­pra­wia… – Tom urwał bo po­wie­ki ko­bie­ty za­trze­po­ta­ły.

– Wła­śnie two­rzy­my hi­sto­rię – od­po­wie­dział mu Jeff.

Suzan wstrzą­snę­ły drgaw­ki. Po chwi­li cia­łem za­czę­ły mio­tać kon­wul­sje. Stół pod “pa­cjent­ką” za­czął trzesz­czeć i zgrzy­tać.

– To nor­mal­ne? – za­py­tał Jeff, wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny.

– Nie wiem…

– Jak, nie wiesz?! A jak za­cho­wy­wa­ły się myszy?!

– Nie wiem! – Tom też krzy­czał. – Ina­czej!

I wtedy wszyst­ko za­głu­szył ryk ko­bie­ty w czer­wo­nej sukni. Do­no­śny i prze­cią­gły. Tak przej­mu­ją­cy i dziki, że le­ka­rze cof­nę­li się od­ru­cho­wo, a Daan oszo­ło­mio­ny pod­niósł się. Prze­ra­żo­ny przy­warł do ścia­ny. Ryk prze­szedł w wycie, które za­czę­ło po­ma­łu cich­nąć. Ko­bie­ta wzię­ła głę­bo­ki wdech i oszo­ło­mio­na, za­czę­ła wo­dzić wzro­kiem po chłod­ni.

Jeff pod­szedł ostroż­nie i wy­cią­gnął rękę w jej stro­nę. Ko­bie­ta zda­wa­ła się go nie wi­dzieć.

– Już do­brze – po­wie­dział le­karz.

Wtedy jej wzrok za­trzy­mał się na nim.

– Nie!!! – wrza­snę­ła i pchnę­ła Jeffa z taką siłą, że ten zwa­lił się na pod­ło­gę.

Suzan ze­sko­czy­ła ze stołu i bie­giem ru­szy­ła do drzwi chłod­ni.

– Łap ją! – krzyk­nął Jeff.

Ale Tom pa­trzył na Daana, sto­ją­ce­go pod ścia­ną w gar­ni­tu­rze i z bu­tel­ką wina w ręce.

Było już za późno, ko­bie­ta obu­rącz pchnę­ła drzwi chłod­ni i wy­bie­gła na ko­ry­tarz.

 

*

Suzan bie­gła po scho­dach, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi. Czuła się jak wy­rwa­na z głę­bo­kie­go snu lub nar­ko­zy. Nie wie­dzia­ła, gdzie jest i co się z nią dzie­je. Czuła strasz­ną pust­kę. To było ni­czym zjazd po he­ro­inie, który za­czy­nał łapać za serce, jesz­cze przed na­dej­ściem głodu. Było to stan tak strasz­ny, że Suzan po­sta­no­wi­ła już nigdy go nie do­świad­czać. W jej gło­wie roz­bły­sła myśl. “Prze­cież wstrzyk­nę­łam sobie taką dawkę, że nic nie mogło mnie ura­to­wać”. Złoty strzał miał ją uwol­nić od wszel­kie­go cier­pie­nia. A jed­nak żyła. Stu­kot ob­ca­sów roz­legł się w holu. Suzan mi­nę­ła re­cep­cję, bie­gła scho­da­mi na pię­tro. Coś było nie w po­rząd­ku. Nie mogła prze­żyć ostat­niej dawki. Świa­tło księ­ży­ca wpa­da­ją­ce przez wi­traż rzu­ca­ło ko­lo­ro­wą po­świa­tę na scho­dy. Suzan za­trzy­ma­ła się nagle. Wy­cią­gnę­ła ręce, ob­ser­wu­jąc czar­wo­no-nie­bie­ską mo­zai­kę na bia­łej skó­rze. Spoj­rza­ła na dwa skrzy­żo­wa­ne czar­ne młoty po­środ­ku wi­tra­ża. “Ko­cham cię”, “Je­steś mi­ło­ścią mo­je­go życia”, “Nie mogę bez cie­bie żyć”. Te słowa. Pa­mię­ta­ła je. Czuły de­li­kat­ny głos. Szep­tał. A ona czuła spo­kój. Szczę­ście w ota­cza­ją­cej jej ni­co­ści. Nagle za­pra­gnę­ła znów usły­szeć ten głos. I dotyk. 

– Co się ze mną dzie­je? – wy­szep­ta­ła w stro­nę wi­tra­ża.

 

*

– No pięk­nie! – po­wie­dział Jeff, dźwi­ga­jąc się z pod­ło­gi. – Dałeś jej uciec.

– To ochro­niarz. – Tom wska­zał Daana. – W gar­ni­tu­rze.

– Tak, widzę, że to ochro­niarz! – Jeff zwró­cił się do Daana. – A ty co? Lu­bisz sztyw­ne dziew­czy­ny, aman­cie?

Daan wo­dził wzro­kiem od jed­ne­go le­ka­rza do dru­gie­go, nie mogąc uciec od jed­nej myśli – że Suzan żyła.

– Do cie­bie mówię, zbo­czeń­cu! – wrza­snął Jeff. – Ro­zu­miesz, co do cie­bie mówię?! Ko­cha­siu! Pój­dziesz sie­dzieć!

Z ust Jeffa wy­la­ty­wa­ły białe bał­wa­ny śliny. Daan pa­trzył na nie, a słowa le­ka­rza tra­fia­ły do niego jak przez za­cią­gnię­tą ko­ta­rę.

– Uspo­kój się, Jeff. On jest w szoku, po­dob­nie jak my – po­wie­dział nie­na­tu­ral­nie spo­koj­nie Tom.

– Uspo­ko­ić się?! Tom, ona ucie­kła!

– Dla­te­go trze­ba naj­pierw zro­bić ba­da­nia, na­stęp­nie testy – wy­ja­śnił me­cha­nicz­nie Tom. – Teraz zro­bi­my to po mo­je­mu.

Jeff otwo­rzył usta, ale nic nie po­wie­dział. Wie­dział, że to wszyst­ko była jego wina. Spu­ścił głowę i wy­mam­ro­tał:

– Do­brze, Tom, zro­bi­my to po two­je­mu. – Prze­niósł wzrok na Daana i za­py­tał. – A co z nim?

– Po­mo­że nam – wy­ja­śnił Tom.

– Co!? – Jeff znów prych­nął śliną, a jego pu­cu­ło­wa­te po­licz­ki lśni­ły czer­wie­nią w ostrym świe­tle ja­rze­nió­wek. – Ten zbo­cze­niec… Wiesz, co on tu robił…?

– Nie. I nie ob­cho­dzi mnie to – po­wie­dział chłod­no Tom, jego skóra zda­wa­ła się być bla­do­żół­ta. – Ale on wie, co zro­bi­li­śmy. Praw­da? Daan zo­rien­to­wał się, że le­karz mówi do niego.

– Tak – wy­du­kał. – Wiem, co zro­bi­li­ście.

– Ty bez­czel­ny su­kin­sy­nu – wark­nął Jeff i ru­szył na Daana z pię­ścia­mi. Tom zła­pał przy­ja­cie­la za ramię.

– My za­po­mni­my o tym, że cię tu wi­dzie­li­śmy, a ty za­po­mnisz o nas – za­pro­po­no­wał.

– Zgoda – wy­mam­ro­tał Daan.

– Ale by tak się mogło stać, naj­pierw mu­si­my zna­leźć dziew­czy­nę, a ty nam w tym po­mo­żesz.

Daan, pa­trząc w ciem­ne oczy Toma, wy­czy­tał, że to nie jest proś­ba. Więc kiw­nął tylko głową na znak, że się zga­dza. Jeff pod­szedł do niego i wy­rwał mu bu­tel­kę z ręki. Wypił długi łyk, wpa­tru­jąc się w pi­sa­rza zie­lo­ny­mi ocza­mi. Daan wi­dział w nich obrzy­dze­nie mie­sza­ją­ce się z ledwo po­wstrzy­my­wa­ną furią. Gruby le­karz cmok­nął i po­kle­pał Daana po po­licz­ku.

– Chodź­my zatem po­szu­kać two­jej cizi – wy­ce­dził.

 

*

Myśli kłę­bi­ły się w gło­wie Suzan. Wy­ryw­ko­we wspo­mnie­nia na prze­mian z szep­ta­mi nie­zna­ne­go ko­chan­ka po­ja­wia­ły się ni­czym mi­gaw­ki. We­szła do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia i za­trza­snę­ła drzwi. Usia­dła pod ścia­ną obok me­ta­lo­we­go biur­ka. Coś było nie w po­rząd­ku. Pod­świa­do­mie wie­dzia­ła co, ale wy­pie­ra­ła tę myśl. Jej dłoń się­gnę­ła do tęt­ni­cy na prze­gu­bie ra­mie­nia. Nic. Suzan wzię­ła głę­bo­ki wdech.

– Prze­cież żyję do cho­le­ry, od­dy­cham – po­wie­dzia­ła i się­gnę­ła do tęt­ni­cy szyj­nej.

Chwi­lę ma­ca­ła, by upew­nić się, że do­brze przy­sta­wia palce. Nie wy­czu­ła tętna. Roz­pacz­li­wy wrzask prze­szył bu­dy­nek numer sie­dem.

 

*

Wje­cha­li windą do holu.

– Daan, zo­bacz, czy nie wy­szła na ze­wnątrz – po­pro­sił Tom.

Pi­sarz po­słusz­nie ru­szył do drzwi. Otwo­rzył je. Twarz owia­ło mu chłod­ne, nocne po­wie­trze, a serce ło­mo­ta­ło w pier­si jak nigdy dotąd. Suzan żyła. Wtedy do­padł go nie­po­kój. Co jeśli nie bę­dzie po­tra­fił z nią roz­ma­wiać? Co jeśli bę­dzie się jąkać, de­ner­wo­wać, jak przy in­nych ko­bie­tach?

– Może le­piej żebyś była mar­twa? – wy­szep­tał.

Od­rzu­cił tę myśl. To było już coś in­ne­go. Znał ją, nie wsty­dził się jej. I wie­dział, że ona też go zna. Że wie o nim wszyst­ko. Że zna uczu­cie, jakim Daan ją ob­da­rzył. Musi je znać.

Daan za­mknął drzwi i za­su­nął ry­giel. Pod­szedł do dys­ku­tu­ją­cych le­ka­rzy. Gdy Daan się zbli­żył, Jeff i Tom nagle urwa­li roz­mo­wę.

– I co? – za­py­tał Jeff.

– Nic nie wi­dzia­łem, ale drzwi były otwar­te.

– To jesz­cze nic nie zna­czy, były otwar­te, jak tu przy­sze­dłem – za­uwa­żył Jeff.

– Bu­dy­nek jest duży, jak ją znaj­dzie­my? – za­py­tał Tom.

W tej samej chwi­li usły­sze­li roz­pacz­li­wy krzyk Suzan.

– No pro­szę – uśmiech­nął się Jeff. – Więc jest w bu­dyn­ku…

Prze­rwał mu ryk sy­re­ny alar­mo­wej.

– Co się dzie­je? – wrza­snął Tom.

– Przed pół­no­cą po­wi­nie­nem zre­star­to­wać alarm! – wy­ja­śnił Daan, prze­krzy­ku­jąc wycie. – Są na każ­dym pię­trze, a za go­dzi­nę trze­ba wy­łą­czyć te na po­zio­mach pod­ziem­nych!

– Jedź­cie z Jef­fem na trze­cie i dru­gie pię­tro. I zaj­mij­cie się tym cho­lern­stwem. Ja scho­da­mi pójdę do alar­mu na pierw­szym pię­trze – za­pro­po­no­wał Tom.

 

*

Ostre, wdzie­ra­ją­ce się pod czasz­kę wycie sy­re­ny za­bi­ja­ło wszyst­kie myśli, poza jedną. “Ko­cham cię”. Ten szept, roz­brzmie­wał w gło­wie Suzan. Wciąż czuła dotyk, czy­jeś dło­nie de­li­kat­nie mu­ska­ją­ce jej skórę. Było to dziw­ne uczu­cie. Strasz­ne i miłe za­ra­zem. Do­tknę­ła warg, które ktoś ca­ło­wał. Tak, jak nikt inny przed­tem. 

– Gdzie je­steś? – wy­szep­ta­ła.

 

*

Daan wy­łą­czył alarm na trze­cim pię­trze, a Jeff zbiegł po scho­dach zro­bić to samo na dru­gim.

– Prze­szu­kaj po­miesz­cze­nia. – Usły­szał po­le­ce­nie le­ka­rza, gdy sy­re­na uci­chła.

Daan pod­szedł do scho­dów i od­po­wie­dział:

– Do­brze, a co, jak ją znaj­dę?

– Prze­leć ją! – od­po­wie­dział Jeff. Daana za­mu­ro­wa­ło do chwi­li, gdy le­karz dodał: – Za­wo­łaj nas, idio­to!

Daan wró­cił do ko­ry­ta­rza i za­czął spraw­dzać drzwi.

 

*

Pi­sarz wpadł na Toma, gdy wy­cho­dził z bi­blio­te­ki.

– Zna­la­złeś ją? – za­py­tał le­karz.

– Nie. Na trze­cim pię­trze wszyst­kie po­miesz­cze­nia są za­mknię­te.

– Na pierw­szym była otwar­ta tylko pra­cow­nia bio­lo­gicz­na, ale nie zna­la­złem jej tam.

Obaj po­de­szli do uchy­lo­nych drzwi la­bo­ra­to­rium na dru­gim pię­trze. We­szli do środ­ka. Jeff wła­śnie na­cią­gał strzy­kaw­kę.

– Jeff…? – za­py­tał Tom.

– Spraw­dzi­łem wszyst­kie drzwi na prawo od la­bo­ra­to­rium, ale są za­mknię­te, i przy­sze­dłem tu po… – urwał i spoj­rzał na Daana.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział Tom. – Zo­sta­ły czte­ry po­miesz­cze­nia, musi być w któ­rymś z nich.

Z holu do­szło ich wa­le­nie do drzwi wej­ścio­wych.

– Kto to może być? – za­py­tał Jeff.

– Ochro­na, ma obo­wią­zek zja­wić się, gdy włą­czy się alarm – wy­ja­śnił Daan.

– Cho­le­ra jasna! – wark­nął Jeff.

– Spo­koj­nie, ja z nimi po­ga­dam – za­pro­po­no­wał Tom. – A wy znaj­dzie­cie tę ko­bie­tę.

 

*

Jeff scho­wał am­puł­kę do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, wy­szedł ze strzy­kaw­ką w dłoni. Daan ru­szył za nim, nie spusz­cza­jąc oczu z igły, na któ­rej wciąż trzy­ma­ła się prze­źro­czy­sta kro­pla. Le­karz otwo­rzył pierw­sze drzwi po lewej stro­nie la­bo­ra­to­rium i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Daan cze­kał na ko­ry­ta­rzu, słu­cha­jąc, jak Tom otwie­ra drzwi wej­ścio­we, a na­stęp­nie jak roz­ma­wia z ochro­nia­rzem. Jeff wy­szedł i otwo­rzył drzwi na­prze­ciw­ko. Daan miał okrop­ne prze­czu­cie, które za każ­dym razem kie­ro­wa­ło spoj­rze­nie pi­sa­rza na strzy­kaw­kę, od któ­rej nie mógł ode­rwać wzro­ku. Le­karz wy­szedł z po­miesz­cze­nia i otwo­rzył ko­lej­ne drzwi.

– Co w tym jest? – za­py­tał Daan, ła­piąc Jeffa za ramię.

Le­karz spoj­rzał z obrzy­dze­niem na dłoń ochro­nia­rza i strzep­nął ją z od­ra­zą.

– Ci­szej – syk­nął Jeff.

Daan jed­nak nie za­mie­rzał ustą­pić i wszedł za Jef­fem do pra­cow­ni.

– Co w tym jest? – po­wtó­rzył.

– Coś, co znów uspo­koi twoją cizię – od­po­wie­dział Jeff, uśmie­cha­jąc się nie­przy­jem­nie.

– Cizię? – wy­szep­ta­ła Suzan.

Usły­sze­li jej głos przy ścia­nie obok me­ta­lo­we­go biur­ka. Jeff pod­szedł ostroż­nie i przy­kuc­nął. Daan sta­nął za nim i spoj­rzał na Suzan. Jej jasne włosy opa­da­ły na od­sło­nię­te ra­mio­na, oczy miała prze­ra­żo­ne, szu­ka­ją­ce po­mo­cy.

– Już do­brze – wy­szep­tał Jeff gło­sem śli­skim, ni­czym skóra ro­pu­chy. – Zaraz się uspo­ko­isz. Obróć się tylko i od­słoń kark. Pro­szę.

Suzan spoj­rza­ła na Danna. Jej zie­lo­ne oczy zda­wa­ły się bła­gać o pomoc.

Jeff sta­now­czo od­chy­lił głowę Suzan. Od­sło­nił kark, prze­su­wa­jąc włosy na lewe ramię.

– Zaraz bę­dzie po wszyst­kim – po­wie­dział, przy­sta­wia­jąc igłę do bia­łej skóry.

Daan zła­pał ma­szy­nę do pi­sa­nia sto­ją­cą na biur­ku i wy­rżnął nią w skroń Jeffa. Le­karz po­le­ciał na ścia­nę, pa­trzył na Daana z nie­do­wie­rza­niem. Pi­sarz uniósł ma­szy­nę nad głowę i z im­pe­tem ci­snął w cie­mię Jeffa. Chrup­nę­ło. Krew try­snę­ła, obry­zgu­jąc ścia­nę i Suzan. Dziew­czy­na wrza­snę­ła. Daan usiadł obok niej.

– To ja – wy­szep­tał.

Suzan pa­trzy­ła na niego sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. To był TEN głos.

– To ja, ko­cha­nie – po­wtó­rzył. 

– To ty – po­wie­dzia­ła.

Objął ją i przy­tu­lił. To był ten dotyk. Zna­la­zła usta Daana. I te same usta. 

 

*

Roz­mo­wa z ochro­nia­rzem, ewi­dent­nie zmę­czo­nym nocną zmia­ną, szła nie naj­go­rzej.

– Pro­szę wy­ba­czyć, zo­sta­li­śmy z ko­le­gą dłu­żej w bu­dyn­ku. Ochro­niarz przy­szedł nas po­uczyć, że do dwu­dzie­stej dru­giej wszy­scy po­win­ni opu­ścić pro­sek­to­rium. Wda­li­śmy się w nie­po­trzeb­ną dys­ku­sję, a po­czci­wy Daan za­po­mniał o re­star­cie sys­te­mu alar­mo­we­go – tłu­ma­czył Tom.

Roz­mo­wa zmie­rza­ła w do­brym kie­run­ku do chwi­li, gdy w holu dało się sły­szeć wy­raź­ny krzyk ko­bie­ty. Ochro­niarz spo­waż­niał i bez­ce­re­mo­nial­nie od­su­nął Toma. Wszedł do holu i wy­cią­gnął la­tar­kę, oświe­tla­jąc scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro.

– Chwi­lecz­kę, to nie to, co pan myśli. – Le­karz zła­pał ochro­nia­rza za ramię.

Ostry stru­mień la­tar­ki ośle­pił Toma.

– Pro­szę mnie pu­ścić. – W gło­sie ochro­nia­rza za­brzmia­ła ostrze­gaw­cza nuta.

Tom za­sło­nił dłoń­mi twarz. Gdy stru­mień świa­tła znów padł na scho­dy, le­karz spo­strzegł Daana.

– Wy­bacz, John­ny – za­czął pi­sarz scho­dząc do holu – dwóch stu­den­tów zro­bi­ło sobie po­pi­ja­wę, a na do­da­tek spro­wa­dzi­li pa­nien­kę do la­bo­ra­to­rium.

Ochro­niarz znów oświe­tlił twarz Toma.

– Ka­za­łem im, grzecz­nie, by się za­bie­ra­li, ale ten na górze za­czął dys­ku­to­wać. Nim się uspo­ko­ili, dry­blas już zszedł do cie­bie.

– No pięk­nie – skwi­to­wał John­ny. – I co mamy z nimi teraz zro­bić?

– Już po­wie­dzia­łem, że zgło­szę cały in­cy­dent pa­to­lo­go­wi – po­wie­dział Daan, ści­ska­jąc dłoń ochro­nia­rza. – Spójrz na tego dok­tor­ka, jest tak ze­stre­so­wa­ny, że zaraz zrobi w por­t­ki.

– Fak­tycz­nie – po­twier­dził ochro­niarz, nawet się uśmiech­nął.

– To są stu­den­ci pią­te­go roku, boją się, że ich wy­rzu­cą. Myślę, że do­tar­ło do nich, w jakie gówno wdep­nę­li – cią­gnął dalej Daan.

– Dasz sobie z nimi radę? – upew­nił się ochro­niarz.

– Jasne, ci na górze już się zbie­ra­ją.

Jak na za­wo­ła­nie z pię­tra do­szedł ich od­głos krzą­ta­ni­ny.

– Dobra, nie za­po­mnij o alar­mach na po­zio­mach pod­ziem­nych, chciał­bym zła­pać tro­chę snu przed po­ran­ną zmia­ną – po­wie­dział Johny.

– Pra­cu­jesz dwie doby z rzędu? – Daan po­ki­wał głową z nie­do­wie­rza­niem, od­pro­wa­dza­jąc ochro­nia­rza do drzwi. – Nie mo­żesz się tak prze­pra­co­wy­wać.

– A co mam zro­bić? Płacą psie pie­nią­dze, to muszę brać do­dat­ko­we zmia­ny – po­skar­żył się John­ny.

Daan po­że­gnał go w drzwiach.

– Do­brze ro­ze­gra­ne – po­chwa­lił go Tom.

Daan za­ry­glo­wał drzwi.

– Gdzie Jeff?

– Na górze z ko­bie­tą – po­wie­dział Daan.

 

*

Ru­szy­li scho­da­mi na pię­tro. Tom wszedł pierw­szy do pra­cow­ni. Ko­bie­ta stała przy biur­ku.

– Gdzie Jeff? – do­py­ty­wał Tom.

Nim jesz­cze spo­strzegł krew na pod­ło­dze i twa­rzy Suzan, po­czuł ukłu­cie na szyi. Daan wci­snął tłok strzy­kaw­ki. Tom jedną ręką zła­pał się za gar­dło, a drugą się­gnął do kie­sze­ni far­tu­cha. W jego dłoni bły­snę­ło ostrze skal­pe­la. Za­mach­nął się, stra­cił rów­no­wa­gę i runął na pod­ło­gę. Mie­szan­ka Jeffa szyb­ko roz­cho­dzi­ła się w krwio­bie­gu Toma. Oczy le­ka­rza za­szły mgłą, za­rzę­ził jesz­cze nim znie­ru­cho­miał.

Suzan zdła­wi­ła krzyk dłoń­mi, wi­dząc, jak Daan chwie­je się na no­gach. Lewą dłoń przy­sta­wił do gar­dła. Spo­mię­dzy pal­ców wpły­wa­ła jasna krew, za­le­wa­jąc białą ko­szu­lę i kra­wat. Daan oparł się o fra­mu­gę i osu­nął na bok.

 

*

Sti­ven był pa­to­lo­giem w szpi­ta­lu św. Bar­ba­ry od pięt­na­stu lat i wi­dział nie­jed­no. Ale to, co wy­da­rzy­ło się w nocy z piąt­ku na so­bo­tę nie­speł­na trzy dni temu, było naj­dziw­niej­szą hi­sto­rią, z jaką kie­dy­kol­wiek się spo­tkał. Sie­dział w biu­rze, spo­rzą­dza­jąc no­tat­ki z sek­cji Jeffa i Toma. Tego wie­czo­ra miał zba­dać jesz­cze Daana i po­now­nie Suzan, by wy­ka­zać, czy nie do­szło do zbez­czesz­cze­nia zwłok, na co wska­zy­wa­ła suk­nia, w którą ktoś ubrał de­nat­kę. Pa­to­log długo my­ślał o spra­wie, pró­bu­jąc dojść do ja­kie­goś lo­gicz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia tego dziw­ne­go zaj­ścia. Ale wciąż bra­ko­wa­ło mu ja­kie­goś ele­men­tu do roz­wią­za­nia ła­mi­głów­ki. Od­giął się na krze­śle, prze­cią­gnął i szyb­ko ob­ró­cił. Usły­szał dźwięk otwie­ra­nych drzwi windy. Sti­ven spoj­rzał na ze­ga­rek. Była dwu­dzie­sta druga trzy­dzie­ści. O tej go­dzi­nie ni­ko­go już nie po­win­no być w bu­dyn­ku, a nie za­trud­nił jesz­cze no­we­go stró­ża. Wstał, pod­szedł do drzwi i wyj­rzał na ko­ry­tarz. Winda wa­śnie ru­szy­ła do holu. Sti­ven po­biegł do scho­dów. Jego tusza i kiep­ska kon­dy­cja dały się od­czuć. Stał zdy­sza­ny, spo­glą­da­jąc na ostat­nie stop­nie, które zo­sta­ły mu do po­ko­na­nia. Gdy uspo­ko­ił od­dech, wszedł do holu. Był pusty. Sti­ven za­uwa­żył, że głów­ne drzwi do bu­dyn­ku są uchy­lo­ne. Pod­szedł i wyj­rzał na ze­wnątrz. Przez krót­ką chwi­lę zda­wa­ło mu się, że widzi parę ubra­ną ni­czym na bal, która wcho­dzi alej­ką mię­dzy drze­wa w za­gaj­ni­ku. Pa­to­log pa­mię­tał, że oso­bi­ście ry­glo­wał drzwi, po od­pro­wa­dze­niu do wyj­ścia ostat­nie­go stu­den­ta. Tym razem dwu­krot­nie się upew­nił, że me­ta­lo­wy sko­bel jest na wła­ści­wym miej­scu, i pod­szedł do windy.

Gdy zje­chał na po­zio­mie minus drugi, od razu spo­strzegł, że chłod­nia jest otwar­ta. Nie­po­kój wró­cił. Sti­ven szyb­ko pod­szedł do ga­bi­ne­tu i ścią­gnął ze ścia­ny po­skra­miacz. Był to stary kij bejs­bo­lo­wy, który stał się pew­ne­go ro­dza­ju tra­dy­cją wśród ko­lej­no urzę­du­ją­cych le­ka­rzy pa­to­lo­gów. Nowy le­karz dzie­dzi­czył go po od­cho­dzą­cym na eme­ry­tu­rę pa­to­lo­gu, ze sło­wa­mi – “Po­skra­miacz wisi tu na wszel­ki wy­pa­dek, obyś nigdy nie mu­siał go użyć”. Tym razem Sti­ven był wdzięcz­ny, że nie wy­wa­lił sta­re­go kija, choć nie wy­obra­żał sobie, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie mu­siał go ścią­gać ze ścia­ny. Sti­ven wy­szedł z ga­bi­ne­tu. Z unie­sio­ną pałką ru­szył do chłod­ni. Gdy do­tarł do drzwi, serce wa­li­ło mu jak osza­la­łe. Po­my­ślał, że jeśli do­sta­nie za­wa­łu, to już po nim. Do rana nikt go tu nie znaj­dzie. Wziął dwa głę­bo­kie wde­chy i wszedł. Za­pa­lił świa­tło. Ja­rze­niów­ki mru­ga­ły, z sy­kiem i trzesz­cze­niem za­pa­la­ły się jedna po dru­giej. Sti­ven opu­ścił kij. Wszyst­ko zda­wa­ło się być na swoim miej­scu. Już miał wyjść, gdy coś zwró­ci­ło uwagę pa­to­lo­ga. Pod­szedł do sto­li­ków, gdzie spo­czy­wa­li obok sie­bie Daan i Suzan. Prze­ście­ra­dła le­ża­ły na miej­scu, jed­nak obu ciał bra­ko­wa­ło.

koniec

Kliknij aby rozwinąć

Stacja głębinowa Akwarium

Sta­cja Pe­ry­skop

 

Edward O’Con­nor ze­rwał się z le­ża­ka na dźwięk sy­re­ny alar­mo­wej. Prze­biegł po plat­for­mie, zo­sta­wia­jąc za sobą widok fa­lu­ją­ce­go morza ogrze­wa­ne­go lip­co­wym słoń­cem. Do­padł do scho­dów i trzy­ma­jąc się po­rę­czy, po­ko­nał je w trzech sko­kach. Otwo­rzył drzwi po­miesz­cze­nia ba­daw­cze­go. 

– Co się dzie­je? – za­py­tał. 

– Nie wiemy do­kład­nie – po­wie­dział Ko­bay­ashi znad ekra­nu kom­pu­te­ra. – Otrzy­ma­li­śmy z Akwa­rium krót­ki, nie­po­ko­ją­cy ko­mu­ni­kat.

 Edward na­chy­lił się nad mo­ni­to­rem i od­czy­tał wia­do­mość. 

„Prze­ciek w la­bo­ra­to­rium, praw­do­po­dob­nie spo­wo­do­wa­ny uszko­dze­niem ba­se­nu. Agre­syw­ny czło­nek za­ło­gi”. 

– Za­wia­do­mi­łem już firmę, ekipa po­ja­wi się w prze­cią­gu dwu­na­stu go­dzin. – Ko­bay­ashi spoj­rzał na O’Con­no­ra. 

– Cho­le­ra, chyba będę mu­siał tam zje­chać. – Edward prze­cze­sał rudą czu­pry­nę. 

– Też tak uwa­żam. I za­bie­rzesz ze sobą Ar­nosz­ta. – Ja­poń­czyk zo­ba­czył, jak brwi Ir­land­czy­ka uno­szą się. 

– Czu­łem, że to po­wiesz.

– Wiem, że nie prze­pa­da­cie za sobą, ale to nasz je­dy­ny le­karz, a psy­chia­tra w tej sy­tu­acji może być wy­jąt­ko­wo przy­dat­ny. I jesz­cze jedno, jak tylko bę­dzie­cie w sta­nie, prze­każ­cie mi in­for­ma­cje, co się tam wła­ści­wie dzie­je. Nie mogę zi­gno­ro­wać tej la­ko­nicz­nej wia­do­mo­ści, ale też nie poślę ekipy na­praw­czej na sie­dem ty­się­cy me­trów pod wodę, nie mając peł­ne­go ob­ra­zu sy­tu­acji.

 

Dok­tor Ar­noszt Pri­byl za­piął suwak ska­fan­dra pian­ko­we­go, przy­glą­da­jąc się, jak O’Con­nor przy­pi­na pas z pi­sto­le­tem pneu­ma­tycz­nym.

– To na­praw­dę bę­dzie ko­niecz­ne? – za­py­tał dok­tor.

Ko­bay­ashi, dy­rek­tor sta­cji Pe­ry­skop, spoj­rzał na ochro­nia­rza, ale Ir­land­czyk, zigno­ro­wał py­ta­nie Cze­cha i zajął się przy­pi­na­niem har­pu­nów.

– Edward zaj­mu­je się spra­wa­mi bez­pie­czeń­stwa na sta­cji. Jeśli uważa, że środ­ki przy­mu­su bez­po­śred­nie­go mogą być ko­niecz­ne, nie mam prawa kwe­stio­no­wać jego de­cy­zji – po­wie­dział Ko­bay­ashi.

– Ro­zu­miem, ale ja od­po­wia­dam za zdro­wie na­ukow­ców i wy­da­je mi się, że uzbro­jo­ny czło­wiek w skraj­nie nie­przy­ja­znym oto­cze­niu może sta­no­wić za­gro­że­nie, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, jaką re­ak­cję może wy­wo­łać u osoby roz­chwia­nej emo­cjo­nal­nie lub skraj­nie za­ła­ma­nej.

– Zdia­gno­zo­wa­łeś już stan na­sze­go agre­so­ra, nie­zły je­steś. Nawet nie wiemy, kto to jest i co zro­bił – po­wie­dział Ir­land­czyk, cho­wa­jąc nóż do po­chwy przy­pię­tej do uda.

– Agre­syw­ne za­cho­wa­nia mogą być spo­wo­do­wa­ne lę­ka­mi wy­wo­ła­ny­mi zbyt dłu­gim prze­by­wa­niem pod wodą. U czło­wie­ka w takim sta­nie widok uzbro­jo­nej osoby może do­pro­wa­dzić do skraj­nych re­ak­cji. Przy­po­mi­nam, że ty, O’Con­nor, też bę­dziesz wy­sta­wio­ny na duży stres…

– O mnie się nie martw, firma płaci mi za bez­pie­czeń­stwo ekipy ba­daw­czej, nie mam za­mia­ru do nich strze­lać, ale wolę być przy­go­to­wa­ny na wszel­kie ewen­tu­al­no­ści.

Ar­noszt Pri­byl wzru­szył ra­mio­na­mi i po­wie­dział: 

– Do­brze. Pro­sił­bym jed­nak o za­pro­to­ko­ło­wa­nie mojej opi­nii w tej spra­wie.

– Tak zro­bię – zgo­dził się Ko­bay­ashi.

– Czy Akwa­rium kon­tak­to­wa­ło się jesz­cze? – za­py­tał ochro­niarz.

– Nie. Nie od­po­wia­da­ją też na moje wia­do­mo­ści. – Ko­bay­ashi usta­wił ko­or­dy­na­ty na pa­ne­lu windy.

Dok­tor spa­ko­wał ap­tecz­kę i za­ło­żył ple­cak. Wraz z Edwar­dem prze­szli do ka­bi­ny windy głę­bi­no­wej.

– Je­ste­ście go­to­wi? – za­py­tał Ko­bay­ashi.

Ochro­niarz i dok­tor po­twier­dzi­li zza szkla­nej tuby. Ja­poń­czyk pod­szedł do kom­pu­te­ra i wpro­wa­dził kod do­stę­pu. Prze­zro­czy­ste drzwi ka­bi­ny za­su­nę­ły się bez­gło­śnie i winda ru­szy­ła. Ko­bay­ashi po­ma­chał im na po­że­gna­nie. Szyb­ko stra­ci­li z oczu dy­rek­to­ra sta­cji Pe­ry­skop, winda prze­mknę­ła przez dwa pię­tra plat­for­my, by wy­je­chać pod nią. Szkla­na tuba po­pro­wa­dzo­na była mię­dzy sta­lo­wy­mi fi­la­ra­mi, utrzy­mu­ją­cy­mi sta­cję nad po­wierzch­nią morza. Ar­noszt Pri­byl ob­ser­wo­wał O’Con­no­ra. W chwi­li gdy prze­kra­cza­li po­wierzch­nię wody, Ir­land­czyk za­mknął oczy.

– Eks­pre­so­wa winda do pie­kła – po­wie­dział.

– Nie taka znowu eks­pre­so­wa, bę­dzie­my zjeż­dżać ja­kieś pół­to­rej go­dzi­ny, by przy­sto­so­wać stop­nio­wo ciała do pa­nu­ją­ce­go w głę­bi­nach ci­śnie­nia. Nie naj­le­piej to zno­sisz, co? – za­py­tał dok­tor.

– Nie lubię mo­men­tu za­nu­rze­nia – po­wie­dział Edward, spo­glą­da­jąc na ota­cza­ją­cy ich błę­kit.

– Pięk­ny widok, jak z innej pla­ne­ty.

– Tak samo prze­ra­ża­ją­cy. – Ir­land­czyk usiadł po tu­rec­ku.

– Nie jest tak źle – po­wie­dział dok­tor, pod­cho­dząc bli­żej szkla­nej ba­rie­ry i ob­ser­wu­jąc ciem­ny kształt prze­miesz­cza­ją­cy się w od­da­li. – Nim wje­dzie­my w ot­chłań, po­sta­raj się prze­sta­wić na my­śle­nie za­da­nio­we. Uru­cha­mia­nie wy­obraź­ni w ta­kich miej­scach nie tylko nie po­ma­ga, ale i może być nie­bez­piecz­ne dla psy­chi­ki.

Po­czu­li na­ra­sta­ją­cy ucisk w uszach, woda z metra na metr ciem­nia­ła coraz bar­dziej.

– To nor­mal­ne, choć nie­przy­jem­ne uczu­cie – po­wie­dział Ar­noszt, ma­su­jąc skro­nie. – Wiesz, że windę skon­stru­owa­li z prze­źro­czy­sty­mi ścia­na­mi, by czło­wiek po­przez ob­ser­wa­cję ota­cza­ją­ce­go go śro­do­wi­ska stop­nio­wo przy­zwy­cza­ił się do no­we­go oto­cze­nia? Za­my­ka­jąc oczy, wy­pie­rasz sy­tu­ację, w któ­rej się zna­la­złeś, a twoja pod­świa­do­mość za­cznie kre­ować wła­sne wizje tego, co cię ota­cza. W ten spo­sób tylko utrud­niasz sobie ad­ap­ta­cję do no­wych wa­run­ków.

– Ar­noszt, zrób coś dla mnie.

– Słu­cham.

– Za­mknij się.

 

Gdy zje­cha­li w cał­ko­wi­tą ciem­ność, pod­ło­ga roz­ja­śni­ła się nie­bie­skim świa­tłem lamp LE­D-o­wych. 

– Jest ich trzech: Ar­nold, Ian i Brad? – za­py­tał Edward, sta­ra­jąc się zająć czymś myśli. 

Ar­noszt stał przy ścia­nie windy i wpa­try­wał się w ciem­ną pust­kę. Ci­śnie­nie sta­wa­ło się nie­zno­śne, a cisza była nie­mal na­ma­cal­na. 

– Ar­noszt – wark­nął Edward. 

Dok­tor ob­ró­cił się po­wo­li i spoj­rzał na sie­dzą­ce­go Ir­land­czy­ka. 

– Mówię do cie­bie. 

– A ja cię słu­cham, Edwar­dzie, bar­dzo uważ­nie – od­po­wie­dział Czech, za­kła­da­jąc ręce za plecy. 

Z kasz­ta­no­wymi wło­sami za­cze­sa­nymi na bok i oku­la­rach o okrą­głych szkłach na nosie wy­glą­dał jakby wła­śnie szy­ko­wał się do sesji. 

– Czym oni się zaj­mu­ją? – za­py­tał Edward. 

– Ar­nold bada mor­ską ro­ślin­ność, Brad gło­wo­no­gi, a Ian jest tech­ni­kiem. 

– Pa­mię­tasz, który z nich jest tym kul­tu­ry­stą? 

– Ian. 

– Oby to nie on oka­zał się stuk­nię­ty, bo z jego ga­ba­ry­ta­mi mo­że­my mieć pro­ble­my. 

– Oba­wiasz się, że nie dasz mu rady, Edwar­dzie? 

– Nie. Boję się, że będę mu­siał zro­bić mu krzyw­dę. 

Ar­noszt przy­glą­dał się ochro­nia­rzo­wi przez dłuż­szą chwi­lę. Pod­świe­tlo­ny nie­bie­skim świa­tłem w pół­mro­ku wy­glą­dał dość upior­nie, ni­czym sza­lo­ny na­uko­wiec z tan­det­ne­go hor­ro­ru. Do tego stał nie­ru­cho­mo, nawet nie mru­gał, więc gdy nagle się­gnął do sa­szet­ki u pasa, Edward drgnął od­ru­cho­wo. Nie uszło to uwa­dze dok­to­ra. 

– Nerwy – po­wie­dział, od­pi­na­jąc sa­szet­kę. – To twój pro­blem, Edwar­dzie, dla­te­go uwa­żam, że po­wi­nie­neś zro­bić sobie prze­rwę. 

– Dla­te­go na­ma­wia­łeś Ko­bay­ashie­go, by mnie zwol­nił? 

– Wy­słał na urlop. 

– Nie pieprz, nie lu­bisz mnie, i to wszyst­ko. Cała ta dok­tor­ska gadka miała być tylko pre­tek­stem do po­zby­cia się mnie. 

Ar­noszt wy­cią­gnął szkla­ną fiol­kę i po­ka­zał Edwar­do­wi. 

– Tłu­macz to sobie jak chcesz – po­wie­dział. – To jest hy­drok­sy­zy­na. Za­apli­ko­wa­nie tej am­puł­ki uspo­ko­iło­by sło­nia. Na na­sze­go fu­riata też po­dzia­ła, nawet jeśli jest Mr. Olym­pia. Odro­bi­na mo­gła­by też do­brze po­dzia­łać na cie­bie, nie ogra­ni­cza­jąc przy tym spraw­no­ści ru­cho­wej. 

– Prę­dzej wy­sią­dę z tej windy, niż dam ci się na­szpry­co­wać.

Pod­świe­tle­nie zmie­ni­ło kolor na czer­wo­ny. Obaj spoj­rze­li naj­pierw na pod­ło­gę, na­stęp­nie na sie­bie. 

– Za chwi­lę bę­dzie­my na miej­scu – pierw­szy ode­zwał się Edward. – Po­słu­chaj mnie uważ­nie. Tam jest po­waż­nie wku­rzo­ny facet i nie chcę, żebyś mi prze­szka­dzał swo­imi prze­mą­drza­ły­mi uwa­ga­mi. Więc do chwi­li, gdy ten fu­riat nie bę­dzie leżał na gle­bie, pro­szę cię, nie wchodź mi w drogę, Ar­noszt. 

O’Con­nor wstał ener­gicz­nie, a dok­tor od­ru­cho­wo cof­nął się i po­wie­dział: 

– Oczy­wi­ście, Edwar­dzie. Nigdy nie mia­łem za­strze­żeń do two­jej pracy. Gdy wy­ko­nu­jesz swoje obo­wiąz­ki, za­uwa­ży­łem, że je­steś opa­no­wa­ny. Dzia­łasz nie­mal me­cha­nicz­nie. Mar­twisz mnie, gdy nie masz za­ję­cia. Ro­bisz się spię­ty i ner­wo­wy, za­uwa­ży­łem też kilka tików. Nie zro­zum mnie źle, ob­ser­wa­cja za­cho­wań bliź­nich to moja praca. A twoje za­cho­wa­nie pod­po­wia­da mi, że po­wi­nie­neś od­po­cząć.

 Winda za­czę­ła zwal­niać przed przy­ję­ciem do sta­cji ba­daw­czej Akwa­rium. Edward chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale za­bra­kło mu słów. Ar­noszt uśmiech­nął się do niego, jak oj­ciec do nie­sfor­ne­go dziec­ka. Wtedy winda sta­nę­ła.

 

Sta­cja ba­daw­cza Akwa­rium.

 

LED-y za­miast zga­snąć, zmie­ni­ły kolor na zie­lo­ny, pod­świe­tla­jąc ciem­ne po­miesz­cze­nie. Się­gnę­li po la­tar­ki i nie wy­cho­dząc z windy, wo­dząc za stru­mie­nia­mi świa­tła, za­czę­li się roz­glą­dać. Wszyst­ko wy­glą­da­ło po­dob­nie jak w sta­cji Pe­ry­skop. Kom­pu­ter, panel kon­tro­l­ny windy, ska­fan­dry do nur­ko­wa­nia. Edward skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na drzwi pro­wa­dzą­ce do ko­ry­ta­rza. Były za­mknię­te, a spod nich wy­pły­wa­ła woda, po­więk­sza­jąc już cał­kiem spo­rych roz­mia­rów ka­łu­żę. 

– Wi­dzisz to, Ar­noszt? Skoro woda do­sta­ła się aż tutaj, to musi być na­praw­dę duży prze­ciek. Czy w takim wy­pad­ku nie po­win­ni­śmy wra­cać na po­wierzch­nię? 

– Nie­zwłocz­nie, Edwar­dzie. Jed­nak oba­wiam się, że windę można uru­cho­mić po­przez panel. – Dok­tor pod­świe­tlił go stru­mie­niem świa­tła. – A ten wy­glą­da na po­zba­wio­ny za­si­la­nia. 

– A Ko­bay­ashi nie może uru­cho­mić jej z Pe­ry­sko­pu? 

– Myślę, że tak, ale naj­pierw musi wie­dzieć, że ma nas ścią­gnąć na górę. 

– Do cho­le­ry, nie je­ste­śmy ekipą ra­tun­ko­wą – wark­nął Edward. – Jeśli siadł ge­ne­ra­tor, to mamy tak samo prze­sra­ne jak resz­ta człon­ków Akwa­rium. 

– Spo­koj­nie, O’Con­nor. W la­bo­ra­to­rium po­win­na znaj­do­wać się ra­dio­sta­cja. Spró­bu­je­my skon­tak­to­wać się z Ko­bay­ashim. 

– Chwi­la, czy przy­pad­kiem dy­rek­tor nie pró­bo­wał wy­wo­ły­wać Akwa­rium przez ra­dio­sta­cję? 

– Z tego co wiem, tak. Bez­sku­tecz­nie. 

– To co nam po ra­dio­sta­cji, która może nie dzia­ła?! – wrza­snął Edward.

Ar­noszt minął Ir­land­czy­ka i wy­szedł z windy, roz­glą­da­jąc się. O’Con­nor nie spusz­czał go z oka, pod­świe­tla­jąc szczu­płą syl­wet­kę dok­to­ra.

– Spójrz, Edwar­dzie – po­wie­dział Czech, pod­cho­dząc do włazu we wschod­niej czę­ści po­miesz­cze­nia. – Za nim jest ba­ty­skaf, można by z niego sko­rzy­stać. 

– A po­tra­fisz go ob­słu­gi­wać, dok­tor­ku?

– Przy­pusz­czam, że Brad lub Ar­nold będą wie­dzie­li, jak go użyć – po­wie­dział Ar­noszt, igno­ru­jąc zło­śli­wy ton Ir­land­czy­ka.

– To czemu z niego nie sko­rzy­sta­li? Czemu nie ko­mu­ni­ko­wa­li się za po­mo­cą ra­dio­sta­cji? I gdzie są twoi na­ukow­cy?

Nim Ar­noszt zdą­żył od­po­wie­dzieć, usły­sze­li ener­gicz­ne pu­ka­nie do drzwi. Po­pa­trzy­li po sobie, tym­cza­sem stu­kot roz­brzmie­wał nie­prze­rwa­nie. Skie­ro­wa­li la­tar­ki na za­la­ne wodą wej­ście.

– Czy to jakiś utwór? – za­py­tał Edward.

Ar­noszt przy­sta­wił palec wska­zu­ją­cy do ust, wsłu­chu­jąc się w wy­stu­ki­wa­ną me­lo­dię.

– Peer Gynt – po­wie­dział dok­tor, wcho­dząc w ka­łu­żę i przy­kła­da­jąc ucho do drzwi. – “W ja­ski­ni króla gór”.

Ar­noszt cof­nął się o krok, zła­pał klam­kę, prze­krę­cił i po­cią­gnął drzwi. W progu, w zu­peł­nych ciem­no­ściach, stała po­stać. Edward oświe­tlił ją i zo­ba­czy­li wy­so­kie­go blon­dy­na o rzad­kiej bro­dzie, zu­peł­nie na­gie­go. Męż­czy­zna zda­wał się nie zwra­cać uwagi na ośle­pia­ją­cy stru­mień świa­tła, skie­ro­wa­ny na twarz. Sze­ro­ko otwar­te oczy, na­da­wały twa­rzy wy­ra­zu nie­zmier­ne­go zdzi­wie­nia.

– To Ar­nold? – za­py­tał O’Con­nor, nie spusz­cza­jąc na­ukow­ca z oka.

Ar­nold wszedł do po­miesz­cze­nia i za­czął się po nim prze­cha­dzać, pa­trząc zdu­mio­ny na wszyst­ko poza Edwar­dem i Ar­nosz­tem, zu­peł­nie jakby ich nie było.

– Tak – po­twier­dził dok­tor, pod­cho­dząc do na­ukow­ca. Sta­nął przed nim i po­ma­chał mu ręką przed twa­rzą. Ar­nold zda­wał się pa­trzeć przez dok­to­ra.

– Co się z nim dzie­je? – Edward pod­szedł do obu męż­czyzn.

– Nie wiem, O’Con­nor. Zdaje się, że jest w szoku, ewi­dent­nie wy­pie­ra część ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści. Edward, nie do­ty­kaj go…! – krzyk­nął Ar­noszt, ale już było za późno.

O’Con­nor zła­pał za ramię na­ukow­ca, który wzdry­gnął się, a na­stęp­nie od­sko­czył z wrza­skiem, wpa­da­jąc na wie­szak ze ska­fan­dra­mi. Krzy­cząc prze­raź­li­wie, szar­pał rę­ka­wy, a gdy runął na pod­ło­gę, ścią­ga­jąc kilka ze ska­fan­drów, za­czął wal­czyć z opla­ta­ją­cy­mi go no­gaw­ka­mi.

– Nie pod­chodź do niego, O’Con­nor – ostrzegł Ar­noszt.

Ir­land­czyk za­trzy­mał się, nie ścią­ga­jąc ręki z ka­bu­ry pi­sto­le­tu.

– To pew­nie nasz fu­riat – syk­nął Edward. – A skoro bez­tro­sko spa­ce­ru­je sobie po sta­cji, po­zo­sta­li mogą po­trze­bo­wać po­mo­cy. Przy­go­tuj się, Ar­noszt.

Dok­tor ścią­gnął ple­cak i za­czął przy­go­to­wy­wać za­strzyk. Edward nie cze­kał. Gdy Ar­nold ob­ró­cił się na prawy bok, do­sko­czył i przy­ci­snął na­ukow­ca twa­rzą do ziemi, wy­krę­ca­jąc prawą rękę.

– Ar­noszt! – krzyk­nął, przy­gnia­ta­jąc ko­la­nem plecy mio­ta­ją­ce­go się Ar­nol­da.

– Je­stem go­to­wy – po­twier­dził dok­tor.

Pod­szedł i jed­nym pew­nym ru­chem wbił w po­śla­dek igłę, na­stęp­nie wci­snął tłok.

Pa­trzy­li, jak Ar­nold z mi­nu­ty na mi­nu­tę słab­nie, a jego krzyk prze­cho­dzi w beł­kot. W końcu na­uko­wiec za­śli­nił się, a oczy za­szły mgłą.

– Dobra ro­bo­ta, O’Con­nor. – Dok­tor po­kle­pał Ir­land­czy­ka po ra­mie­niu. – Mo­żesz go pu­ścić.

Edward pa­trzył chwi­lę ze wstrę­tem na dłoń Cze­cha le­żą­cą na ra­mie­niu. W końcu wstał, wy­cią­ga­jąc opa­ski sa­mo­za­ci­sko­we i za­ło­żył je na­ukow­co­wi na ręce i nogi. Ar­noszt w mię­dzy­cza­sie pod­szedł do uchy­lo­nych drzwi.

– Cała sta­cja jest za­la­na – po­wie­dział, oświe­tla­jąc ko­ry­tarz.

Edward za­klął, wi­dząc ciem­ną taflę wody ko­ły­szą­cą się de­li­kat­nie mię­dzy ścia­na­mi.

– Akwa­rium i Pe­ry­skop są za­pro­jek­to­wa­ne iden­tycz­nie, z takim samym roz­miesz­cze­niem po­miesz­czeń – za­czął Ar­noszt. – Za­mknie­my tu Ar­nol­da, po ta­kiej dawce hy­drok­sy­zy­num bę­dzie spał jak dziec­ko, my po­szu­ka­my resz­ty.

– Może po­win­ni­śmy się roz­dzie­lić – za­pro­po­no­wał Edward.

– Dobry po­mysł, na końcu ko­ry­ta­rza jest roz­wi­dle­nie, ja pójdę w lewo do pokoi per­so­ne­lu i mesy. A ty sprawdź la­bo­ra­to­rium i ma­ga­zyn.

– Zrobi się, jak tylko znaj­dę ra­dio­sta­cję, spró­bu­ję skon­tak­to­wać się z Ko­bay­ashim.

Ar­noszt przy­tak­nął i ru­szy­li po scho­dach, wcho­dząc ostroż­nie w wodę.

Morze wdar­ło się do Akwa­rium, za­le­wa­jąc ko­ry­tarz na metr. W ciem­no­ści szli ostroż­nie, co chwi­lę wpa­da­jąc na przed­mio­ty spo­czy­wa­ją­ce pod po­wierzch­nią. Na roz­wi­dle­niu roz­sta­li się bez słowa.

 

*

 Edward, gdy tylko zo­sta­wił za ple­ca­mi Cze­cha, od­piął ka­bu­rę i po­ło­żył dłoń na broni. Czuł się nie­swo­jo za­nu­rzo­ny po pas, w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, a bli­skość pi­sto­le­tu do­da­wa­ła mu pew­no­ści sie­bie. Gdy do­szedł do za­krę­tu, spoj­rzał za dok­to­rem, ale już nie do­strzegł świa­tła z la­tar­ki Cze­cha. Skrę­cił, omi­ja­jąc wózek z prób­ni­ka­mi. Część fio­lek uno­si­ła się wraz ze zlew­ka­mi, try­skaw­ka­mi, sło­ja­mi i in­ny­mi na­czy­nia­mi na wo­dzie.

Przed sobą do­strzegł szkla­ne drzwi od la­bo­ra­to­rium, nieco bli­żej, po pra­wej, ko­lej­ne pro­wa­dzą­ce do ma­ga­zy­nu. Wy­brał te dru­gie, pod­szedł i się­gnął do klam­ki, ale za­trzy­mał rękę tuż nad nią. Skie­ro­wał la­tar­kę na zamek. Był prze­krę­co­ny.

– Dobra, O’Con­nor – po­wie­dział. – Jeśli miał­byś nad głową tony wody i sie­dział­byś uwię­zio­ny w kon­ser­wie, na którą na­pie­ra­ło­by nie­wy­obra­żal­ne ci­śnie­nie, z fu­ria­tem, któ­re­mu od­bi­ło do resz­ty, to za­mknął­byś go… No wła­śnie, gdzie? 

Po­dra­pał się po bro­dzie i wes­tchnął. 

– W po­ko­ju, albo w ma­ga­zy­nie. – Po­krę­cił głową, kar­cąc się na głos. – Nie, w ka­ju­cie mogą być przed­mio­ty, do któ­rych osza­la­ły czło­nek za­ło­gi nie po­wi­nien mieć do­stę­pu. A więc w ma­ga­zy­nie, wśród kon­serw i in­nych pysz­no­ści. 

Spoj­rzał po­now­nie na prze­krę­co­ny zamek. 

– Ar­nold, jeśli wy­do­sta­łeś się z ma­ga­zy­nu, dla­cze­go prze­krę­ci­łeś za sobą zamek? Czyż­byś kogoś pod­szedł, dał mu w łeb, a na­stęp­nie za­mknął w tej ciem­ni? No cóż, jest tylko jeden spo­sób, by się prze­ko­nać. 

Edward za­pu­kał la­tar­ką w drzwi. Dźwięk odbił się echem po za­la­nym ko­ry­ta­rzu. O’Con­ner od­cze­kał chwi­lę i prze­krę­cił zamek, na­stęp­nie otwo­rzył drzwi, wal­cząc z opo­rem wody. 

– Jest tu ktoś? – za­py­tał, oświe­tla­jąc re­ga­ły za­sta­wio­ne pro­wian­tem.

Część za­opa­trze­nia uno­si­ła się na wo­dzie. Gdzieś mię­dzy pusz­ką z ciast­ka­mi – a dwie­ma dry­fu­ją­cy­mi bu­tel­ka­mi, do­strzegł coś, co zwró­ci­ło jego uwagę. W pierw­szej chwi­li wy­parł z umy­słu obraz wy­sta­ją­cych nad wodę oczu i buj­nej czu­pry­ny, skie­ro­wał świa­tło ku pacz­ce chrup­ek ku­ku­ry­dzia­nych. Ale coś ka­za­ło mu spoj­rzeć po­now­nie. Wtedy duże okrą­głe oczy za­mru­ga­ły i spod wody za­czę­ła wy­ła­niać się głowa o sze­ro­kiej, kwa­dra­to­wej szczę­ce, a za nią bar­czy­sty tors tech­ni­ka Iana. Edward stał oszo­ło­mio­ny wi­do­kiem ko­lo­sa, jakby ten był try­to­nem lub inną mi­tycz­ną po­sta­cią z głę­bin. Nim tech­nik wy­pro­sto­wał pra­wie dwu­me­tro­we ciało, o bi­cep­sach wiel­ko­ści kul do krę­gli, O’Con­nor otrzą­snął się i pod­szedł py­ta­jąc: 

– To Ar­nold cię tu za­mknął? Ian, co się tu stało? 

Tech­nik wy­da­wał się spo­glą­dać nad głową Ir­land­czy­ka, a jego wyraz twa­rzy przy­po­mi­nał osobę do­pie­ro co wy­bu­dzo­ną z głę­bo­kie­go snu. 

– Ian, sły­szysz mnie? – do­py­ty­wał Edward. – Wiesz, gdzie jest Brad? 

Gdy sta­nął przed tech­ni­kiem, spró­bo­wał jesz­cze raz: 

– Ian, co się tu dzie­je?

Wtedy tech­nik po­ma­łu skie­ro­wał spoj­rze­nie na O’Con­no­ra. A w jego sze­ro­ko roz­war­tych oczach Ir­land­czyk do­strzegł strach, mie­sza­ją­cy się z ha­mo­wa­ną agre­sją. Tech­nik roz­ło­żył sze­ro­ko ręce i bar­dzo po­ma­łu objął ra­mio­na Edwar­da. Ir­land­czyk ostroż­nie od­wza­jem­nił uścisk, ota­cza­jąc dłoń­mi talię Iana. Stali tak po­łą­cze­ni w ciem­no­ściach, a woda fa­lo­wa­ła de­li­kat­nie, pod­świe­tla­na stru­mie­niem la­tar­ki za ple­ca­mi kul­tu­ry­sty. Edward po­czuł, że Ian przy­ci­ska go do pier­si nie­mal czule, jak dziec­ko wy­ma­ga­ją­ce po­cie­sze­nia.

– Ian? Co się tu stało? – wy­szep­tał Edward.

– Nie sły­szysz? – za­czął w od­po­wie­dzi tech­nik. – Nie sły­szysz jego głosu?

– Czy­je­go głosu? Je­ste­śmy tu sami.

– O nie. Pan oce­anów jest tu. Wie o wszyst­kim, co się dzie­je w jego kró­le­stwie. Sły­szy, widzi i mówi. Nie sły­szysz jego głosu?

Edward po­czuł, jak ra­mio­na Iana coraz moc­niej się za­ci­ska­ją.

– Mówi: Co jest w wo­dzie, na­le­ży do oce­anu. Jeśli wkra­cza­cie do mego kró­le­stwa, po­win­ni­ście współ­ist­nieć w nim na ta­kich sa­mych za­sa­dach, jak resz­ta istot. Czyż za­pra­sza­jąc gości do swo­je­go domu, nie ocze­ku­je­cie od nich, by prze­strze­ga­li zasad w nim pa­nu­ją­cych?

Edward spró­bo­wał ro­ze­rwać uścisk, lecz bez­sku­tecz­nie. Ra­mio­na Iana za­ci­ska­ły się ni­czym sta­lo­wy pręty.

– A wy tym­cza­sem pa­no­szy­cie się w sta­lo­wych sko­ru­pach, od­dy­cha­jąc po­wie­trzem przy­nie­sio­nym z po­wierzch­ni.

Edward wy­ma­cał butem pod wodą stopę tech­ni­ka i na­dep­nął ją ob­ca­sem z ca­łych sił, jed­nak Ian zda­wał się nawet tego nie za­uwa­żyć.

– Mu­si­my wpu­ścić pana oce­anów, ro­zu­miesz? By wziął nas w ra­mio­na, otu­lił. Byśmy mogli za­miesz­kać z nim w pa­ła­cu wśród ko­ra­low­ców.

Ir­land­czyk po­czuł, że za­czy­na mu bra­ko­wać tchu. Od­chy­lił głowę i na­parł czo­łem na mo­stek na­past­ni­ka, ude­rza­jąc raz za razem.

– Edwar­dzie, chodź ze mną w ob­ję­cia wład­cy mórz, po­pro­wa­dzę cię przez rafę wprost do jego domu.

Mię­dzy ko­lej­ny­mi cio­sa­mi Edward osłabł i za­wisł bez­wład­nie w że­la­znym uści­sku. Czuł, jak świa­do­mość po­ma­łu go opusz­cza. Wtedy w jego gło­wie po­ja­wi­ła się nie­przy­jem­na myśl: “Ależ ty je­steś głupi, O’Con­nor”.

 

*

 Ar­noszt do­szedł do za­krę­tu, po­ko­nał go, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Oświe­tlił drzwi ka­ju­t. Pierw­sze były otwar­te, pod­szedł ostroż­nie i spoj­rzał do środ­ka. Na po­wierzch­ni wody uno­si­ło się tro­chę pry­wat­nych przed­mio­tów. Poza tym nie do­strzegł nic in­te­re­su­ją­ce­go. Ko­lej­ne po­miesz­cze­nie było za­mknię­te. Przed ostat­ni­mi dry­fo­wa­ły za­pi­sa­ne kart­ki wy­rwa­ne z no­tat­ni­ka. Otwo­rzył drzwi, cała ka­ju­ta była za­peł­nio­na pa­pie­ra­mi. Uno­si­ły się na wo­dzie, wy­peł­nia­jąc po­miesz­cze­nie. Kilka ktoś przy­kle­ił do lu­stra i ścian. Ar­noszt pod­świe­tlił naj­bliż­szą skie­ro­wa­ną tek­stem do góry.

 

“Gło­wo­nóg jest prze­bie­gły, sły­szę, jak prze­miesz­cza się ko­ry­ta­rza­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi, jak przy­ssaw­ki cmo­ka­ją, od­ry­wa­ne od bla­chy. Peł­znie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, prze­ci­ska­jąc się przez naj­drob­niej­sze szcze­li­ny. W końcu mnie znaj­dzie, ople­cie ra­mio­na­mi i zaj­rzy do mo­je­go umy­słu, jak do umy­słów po­zo­sta­łych. Muszę kupić Ann pre­zent, obie­ca­łem jej musz­le. Brad, pa­mię­taj, by kupić musz­le, pa­mię­taj, pa­mię­taj, pa­mię­taj o musz­lach dla Ann…”

Ar­noszt po­szedł tro­pem kar­tek, które ni­czym dro­go­wskaz pro­wa­dzi­ły do wa­ha­dło­wych drzwi ja­dal­ni na końcu ko­ry­ta­rza. Pchnął ostroż­nie jedno ze skrzy­deł i wszedł do środ­ka. Od razu za­uwa­żył Brada w bia­łym far­tu­chu, sie­dzą­ce­go po tu­rec­ku na jed­nym ze sto­li­ków, w pierw­szej jed­nak ko­lej­no­ści spraw­dził resz­tę po­miesz­cze­nia, nim do niego pod­szedł.

Na­uko­wiec no­to­wał za­wzię­cie, na­stęp­nie wy­ry­wał za­pi­sa­ną stro­nę i wrzu­cał do wody. Na stole obok Brada le­ża­ło pięć do­dat­ko­wych no­te­sów i dwa fla­ma­stry.

Nie zwra­cał naj­mniej­szej uwagi na Cze­cha, nawet gdy Ar­noszt pod­świe­tlił mu twarz. Oczy na­ukow­ca, po­dob­nie jak Ar­nol­da, były sze­ro­ko otwar­te, na­da­jąc twa­rzy wyraz nie­zmier­ne­go zdzi­wie­nia.

Dok­tor ob­szedł stół, bro­dząc mię­dzy kart­ka­mi i zaj­rzał do pro­wa­dzo­nych no­ta­tek. W ciem­no­ści pismo było ko­śla­we i nie­mal nie­czy­tel­ne, jed­nak to nie prze­szka­dza­ło Bra­do­wi, by kon­ty­nu­ować za­pi­ski. Wtedy o nogę Ar­nosz­ta ude­rzył ze­szyt. Dok­tor wy­ło­wił go i ostroż­nie otwo­rzył. No­tat­ki do­ty­czy­ły obiek­tu badań Brada – gło­wo­no­ga. Stro­ny zo­sta­ły ozna­czo­ne da­ta­mi, więc Ar­noszt prze­szedł do tej sprzed zgło­sze­nia pro­ble­mów w Akwa­rium. Jego uwagę zwró­ciły za­pi­ski na mar­gi­ne­sie.

“Od kilku dni źle sy­piam, budzą mnie kosz­ma­ry, mam też przy­wi­dze­nia. A wczo­raj wy­da­wa­ło mi się, że mój gło­wo­nóg mówi do mnie. To musi być prze­mę­cze­nie lub stany lę­ko­we spo­wo­do­wa­ne zbyt dłu­gim po­by­tem w sta­cji. Po­pro­szę jutro Ko­bay­ashie­go o po­zwo­le­nie, by udać się na Pe­ry­skop w celu zba­da­nia mnie przez Pri­by­la”.

– Nie po­wi­nie­neś – głos Brada ode­rwał Ar­nosz­ta od lek­tu­ry. 

– Czego nie po­wi­nie­nem? – za­py­tał ła­god­nie dok­tor. 

– Nie po­wi­nie­neś cho­dzić w wo­dzie, one tam są, pod po­wierzch­nią. On je wy­słał, by kon­tro­lo­wać nasze umy­sły. 

– On? 

– Ian twier­dzi, że to pan oce­anów, nie­szczę­sny sza­le­niec, cał­kiem mu się po­mie­sza­ło w gło­wie. To oczy­wi­ste, że to gło­wo­nóg. – Brad spoj­rzał na dok­to­ra. – On tam jest, czai się, gdzieś tam… – Brad wy­cią­gnął palec i wska­zał na ko­ry­tarz. – Uwa­żaj na niego, to cwana isto­ta. Bę­dzie chciał cię po­szczuć ro­śli­na­mi. Nie po­zwól mu, do­brze? 

– Nie po­zwo­lę, Brad – po­wie­dział Ar­noszt i ru­szył do za­mknię­tej ka­ju­ty. 

Przed drzwia­mi zro­bił nie­wiel­ki roz­bieg i na­parł na nie bar­kiem. Te trza­snę­ły, ko­lej­ne ude­rze­nie wy­ła­ma­ło zamek.

 

*

 Edward, reszt­ką świa­do­mo­ści, wy­ła­pał jakiś dźwięk, trzask do­cho­dzą­cy gdzieś z od­da­li. Wtedy Ian roz­luź­nił uścisk i Ir­land­czyk runął w zimną wodę, chłód otrzeź­wił go i Edward wy­nu­rzył się z tru­dem ła­piąc od­dech. 

– To on, sły­szysz? – za­py­tał tech­nik. 

Ko­lej­ny trzask do­szedł do nich gdzieś z dru­gie­go końca sta­cji. 

– To pan oce­anów puka do na­szych drzwi. Nie mo­że­my dać mu cze­kać.

– Wpusz­czę go – wy­sa­pał z tru­dem Edward. 

– Do­brze, idź i wpro­wadź stwór­cę, wpro­wadź wład­cę wszel­kie­go mor­skie­go życia. Ja tym­cza­sem za­cze­kam na was. 

Edward wy­ło­wił la­tar­kę i oświe­tlił tech­ni­ka, który za­czął się po­ma­łu za­nu­rzać, do chwi­li, gdy z wody za­czę­ły wy­sta­wać je­dy­nie oczy i czoło Iana. Nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od tech­ni­ka, Edward po­ma­łu wy­co­fał się, a na­stęp­nie za­trza­snął drzwi ma­ga­zy­nu. Roz­wa­żał chwi­lę, by wró­cić po dok­to­ra, gdy spo­strzegł, że za­rów­no la­tar­ka, jak i dło­nie są po­kry­te glo­na­mi. Kątem oka do­strzegł taki sam nalot na prze­szklo­nych drzwiach la­bo­ra­to­rium. Ro­śli­na ob­le­pia­ła je du­ży­mi plac­ka­mi w kilku miej­scach. Edward pod­szedł, by przyj­rzeć się jej bli­żej. Prze­je­chał pal­cem po szy­bie, jed­nak na­rośl była po we­wnętrz­nej stro­nie. Otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka. Zbli­żył się do sku­pi­ska. Ro­śli­na pul­so­wa­ła i rosła w oczach. Edward za­mru­gał, gdy zie­lo­ny mech za­fa­lo­wał i prze­su­nął się o kilka cali po szy­bie. “On nad­cho­dzi, dzie­ci oce­anów, po­kłoń­cie się przed panem wszel­kie­go mor­skie­go życia”. Edward usły­szał w gło­wie głos Iana. A za chwi­lę, do­cho­dzą­ce z ko­ry­ta­rza, wa­le­nie po­tęż­nych dłoni o drzwi ma­ga­zy­nu. Mię­dzy ude­rze­nia­mi coś jesz­cze zwró­ci­ło uwagę Ir­land­czy­ka, jakby bul­go­ta­nie za ple­ca­mi. Edward od­wró­cił się i po­świe­cił na czar­ną taflę. W miej­scu, gdzie po­wi­nien być basen, do­strzegł bańki po­wie­trza. Za­la­ne po­miesz­cze­nie za­drża­ło. A na wo­dzie wy­ro­sła nie­wiel­ka fala, Edward wy­cią­gnął broń i za­marł, wi­dząc wy­nu­rza­ją­cy się czer­wo­ny łeb o chro­po­wa­tej po­wierzch­ni. Gło­wo­nóg rósł w oczach, wy­peł­nia­jąc cia­łem po­miesz­cze­nie metr po me­trze. W toni za­ko­tło­wa­ły się macki grube ni­czym pnie drzew. O’Con­nor upu­ścił pi­sto­let i wy­padł przez drzwi la­bo­ra­to­rium. Biegł, na oślep, gdy tuż obok niego roz­legł się trzask. I usły­szał głos Iana:

 – Mó­wi­łem, że przyj­dzie. I jak ci się po­do­ba, ty lą­do­wa kre­atu­ro? Jak ci się po­do­ba? Bie­gnij, bie­gnij, na spo­tka­nie z oce­anem.

 

*

 Ar­noszt usły­szał trzask gdzieś w ko­ry­ta­rzu, a na­stęp­nie wrza­ski. Spa­ko­wał po­śpiesz­nie ze­szyt i wy­szedł z ka­ju­ty Ar­nol­da. Gdy do­szedł do za­krę­tu, wyj­rzał ostroż­nie zza rogu i zo­ba­czył bie­gną­ce­go O’Con­no­ra.

 

*

 Ir­land­czyk biegł ile miał sił, ale chlu­pot za jego ple­ca­mi zbli­żał się nie­ubła­ga­nie. Gdy Edward usły­szał go tuż za sobą, ob­ró­cił się wy­cią­ga­jąc nóż. Za­marł. Przed nim stała isto­ta o ośmiu ra­mio­nach wy­ra­sta­ją­cych z mu­sku­lar­ne­go torsu. Twarz Iana ni­czym głowa ośmior­ni­cy zmie­nia­ła struk­tu­rę i kształt, nie­ustan­nie po­ru­sza­jąc się i pul­su­jąc. 

– Ob­da­ro­wał mnie, je­stem bło­go­sła­wio­ny! – wrzesz­czał stwór. – Nie mu­sisz się już bać, nie mu­sisz ucie­kać. Chodź­my razem do niego. Chodź­my do… 

Stwór urwał, gdy Edward z roz­ma­chem wbił ostrze w obrzy­dli­wy łeb, ra­mio­na za­czę­ły wić się i skrę­cać pró­bu­jąc do­się­gnąć na­past­ni­ka. O’Con­nor od­sko­czył, a ciało Iana padło do wody. Macki jed­nak nadal żyły, peł­zły, ob­le­pia­jąc ścia­ny ko­ry­ta­rza. Edward stał z sze­ro­ko roz­war­ty­mi oczy­ma. Mimo to nie za­uwa­żył Ar­nosz­ta, po­czuł do­pie­ro ukłu­cie w szyję. Nim zdo­łał za­re­ago­wać, hy­drok­sy­zy­na już krą­ży­ła w krwio­obie­gu. Zdą­żył się jesz­cze ob­ró­cić i spoj­rzeć w oczy Pri­by­la, nim stra­cił przy­tom­ność.

 

*

 Ar­noszt wie­dział, że nie ma chwi­li do stra­ce­nia. Wbiegł do la­bo­ra­to­rium, oświe­tlił po­miesz­cze­nie i od­na­lazł szafę, gdzie po­win­na być ra­dio­sta­cja. Ru­szył ku niej, w za­la­nym po­miesz­cze­niu nie do­strzegł ba­se­nu i wpadł do niego. Woda za­mknę­ła się nad nim, przez chwi­lę ob­ser­wo­wał, jak upusz­czo­na la­tar­ka spada na dno i ośmior­ni­cę, która za­in­te­re­so­wa­ła się świa­tłem. Wy­pły­nął na po­wierzch­nię, na­stęp­nie wziął głę­bo­ki wdech i za­nur­ko­wał. Od­go­nił gło­wo­no­ga i pod­niósł la­tar­kę. Wy­nu­rzył się i prze­pły­nął basen, wy­cho­dząc w głębi la­bo­ra­to­rium, tuż przy sza­fie. Nim ją otwo­rzył, spo­strzegł sta­no­wi­sko Ar­nol­da i akwa­rium za­ro­śnię­te zie­lo­ną ro­śli­ną, która zdo­ła­ła się wy­do­stać na ze­wnątrz i po­ra­sta­ła rów­nież blat oraz część ścia­ny.

Ar­noszt otwo­rzył szafę, uru­cho­mił ra­dio­sta­cję i za­czął wy­wo­ły­wać Pe­ry­skop, kątem oka spo­glą­da­jąc na od­kry­cie Ar­nol­da. “Tu Ko­bay­ashi, od­biór,” za­trzesz­cza­ła ra­dio­sta­cja.

– Tu Pri­byl, uru­chom windę za… – Ar­noszt spoj­rzał na ze­ga­rek. – Do­kład­nie pięt­na­ście minut. Akwa­rium jest po­zba­wio­ne za­si­la­nia, po­wta­rzam, Akwa­rium jest bez za­si­la­nia.

Dok­tor znów usły­szał Ko­bay­ashie­go z gło­śni­ka -“Zro­zu­mia­łem, za pięt­na­ście minut winda ruszy na po­wierzch­nię. Bez od­bio­ru”.

Ar­noszt pu­ścił się bie­giem w stro­nę po­miesz­cze­nia z windą. Prze­mie­rza­jąc ko­ry­tarze sta­cji Akwa­rium, minął dry­fu­ją­ce na wo­dzie zwło­ki Iana, na­stęp­nie skrę­cił i ru­szył ku win­dzie. Wbiegł po scho­dach i naj­pierw pod­szedł do na­ukow­ca. Był wciąż nie­przy­tom­ny, Edward leżał obok niego, beł­ko­tał. Czech naj­pierw wcią­gnął do windy Ar­nol­da, na­stęp­nie O’Con­no­ra.

– Wy­bacz, Brad, ale muszę cię zo­sta­wić z two­imi gło­wo­no­ga­mi – po­wie­dział, świa­do­my, że i tak na razie nie zdoła pomóc na­ukow­co­wi w ja­dal­ni. 

Za­mknął drzwi windy, wy­cią­gnął szkla­ny po­jem­nik z le­kiem, zła­mał głów­kę, na­stęp­nie na­cią­gnął strzy­kaw­kę. Wtedy LED-y w pod­ło­dze za­pa­li­ły się na kolor czer­wo­ny, a winda ru­szy­ła. Gdy wy­je­cha­ła ze sta­cji ba­daw­czej Akwa­rium, a LE­D-o­we świa­tło zmie­ni­ło barwę na nie­bie­ską, dok­tor kuc­nął z na­cią­gnię­tym w strzy­kaw­ce le­kiem i oparł się o prze­szklo­ną ścia­nę . Pa­trzył w ciem­ność ota­cza­ją­ce­go go morza, gdy nagle cia­łem Ar­nol­da wstrzą­snę­ły drgaw­ki. Spoj­rzał na niego w chwi­li, gdy czasz­ka na­ukow­ca pękła ni­czym przej­rza­ły owoc, a z wnę­trza wy­ro­sły ko­ra­low­ce. Wtedy ręce i nogi Edwar­da drgnę­ły i za­czę­ły żyć nie­za­leż­nie od sie­bie, brnąc po pod­ło­dze, w końcu prawa dłoń zma­ca­ła szybę windy i Ir­landczyk wpełzł po niej ni­czym mucha. Z jego ciała wy­ra­sta­ły cien­kie nitki łodyg, prze­bi­ja­jąc się przez ska­fan­der, a na ich czub­kach roz­kwi­tły czer­wo­ne pąki. Gdy ochro­niarz do­tarł do su­fi­tu, jego głowa prze­krę­ci­ła się pod nie­na­tu­ral­nym kątem, otwo­rzył usta, a z gar­dła wy­le­cia­ły po­ma­rań­czo­we za­rod­ni­ki. Wtedy Ar­noszt Pry­bil wbił sobie igłę w szyję i wci­snął tłok.

 

Sta­cja Pe­ry­skop

 

Ko­bay­ashi sie­dział za me­ta­lo­wym sto­łem i pa­trzył na dzien­nik Ar­nol­da, le­żą­cy przed nim. Drzwi uchy­li­ły się i do po­miesz­cze­nia we­szła agent­ka śled­cza, po­stu­ku­jąc ob­ca­sa­mi. Dy­rek­tor sta­cji, nie pod­no­sząc wzro­ku, za­py­tał:

– Wró­ci­li?

– Tak. Nur­ko­wie zdo­ła­li do­stać się do Akwa­rium, nie­ste­ty było cał­ko­wi­cie za­la­ne. Od­na­leź­li dwa ciała i ośmior­ni­cę Brada.

– A ro­śli­na?

– Nie­ste­ty. Wy­cho­dzi na to, że je­dy­na in­for­ma­cja o tym tok­sycz­nym or­ga­ni­zmie znaj­du­je się w ze­szy­cie Ar­nol­da.

– A co z po­zo­sta­ły­mi?

– O’Con­nor jest w sta­nie ka­ta­to­nicz­nym, Ar­nold bre­dzi i jest nie­zwy­kle agre­syw­ny. Obaj zo­sta­li od­izo­lo­wa­ni.

– A Pri­byl? 

 

*

 

Ar­noszt otwo­rzył oczy i pa­trzył chwi­lę na sufit. W końcu uniósł się na łok­ciach i ro­zej­rzał. Po­miesz­cze­nie było puste, nie li­cząc zie­lo­nej plamy na jed­nej ze ścian. Za­mknął oczy i otwo­rzył je po­now­nie, ale na­rośl po pra­wej od niego nie znik­nę­ła. Miał też wra­że­nie, że po­więk­szy­ła się nie­znacz­nie. Ar­noszt wstał, na­stęp­nie roz­ło­żył prze­ście­ra­dło i za­czął je zwi­jać. Gdy skoń­czył, kątem oka spo­strzegł, że plama zmie­ni­ła kolor na zie­lo­no-­po­ma­rań­czo­wy i za­ję­ła po­ło­wę po­wierzch­ni ścia­ny. Za­wią­zał jeden ko­niec prze­ście­ra­dła na klam­ce od drzwi. Na dru­gim końcu zro­bił pętlę. Jesz­cze prze­lot­nie zer­k­nął w stro­nę na­ro­śli, by się upew­nić, lecz gdy zo­ba­czył, że ta za­czę­ła fa­lo­wać, a gdzieś z jej wnę­trza wy­ra­sta­ją nit­ko­wa­te ło­dy­gi, już był pe­wien, co musi zro­bić.

 koniec

Kliknij aby rozwinąć

Nieproszony gość

Od dawna nie wychodziłem. O tym, czy był dzień, dowiadywałem się z promieni słonecznych, które wpadały do sypialni przez szparę między taśmami. W całym mieszkaniu tylko to jedno okno nie zostało szczelnie zaklejone.

Nie spotykałem też innych ludzi. No, za wyjątkiem kuriera. Dostarczał mi jedzenie i różne drobiazgi. Jak choćby czerwone żarówki. Jasne światło strasznie męczy oczy. Pamiętam, że gdy się obudziłem, środek sypialni przecinał jasny strumień światła. Panował straszny upał. Zrzuciłem kołdrę na podłogę i zszedłem z materaca.

Skrobanie było nie do zniesienia. Dźwięk, który ranił głowę niczym paznokcie drapiące skórę aż do czaszki. Z trudem wstałem. Podniosłem zeszyt i zanotowałem:

„Nasila się. Ból ponad moje możliwości. Chrobotanie – jednostajne, nieprzerwane, głośniejsze niż kiedykolwiek. Dłużej tego nie zniosę”.

Chciałem odłożyć notatki do szuflady, z przyzwyczajenia, ale zapomniałem, że Marta zabrała meble. Zostało tylko zdjęcie i kilka rysunków dzieci.

Skrobanie. Jakby ktoś przejeżdżał łyżką po kawałku drewna.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Jednej nocy doliczyłem się dwudziestu jeden tysięcy sześciuset przeciągłych skrobnięć po drewnianej powierzchni, nim straciłem przytomność. Czasem są ciche, prawie niesłyszalne, jak klimatyzacja – wtedy funkcjonuję. Z zaciśniętymi zębami lub watą wetkniętą w uszy. Tamtego poranka nic nie mogło zagłuszyć dźwięku, który rozdzierał myśli, rozorał mi serce, gdy odebrał mi rodzinę.

Chwyciłem zdjęcie żony – stała w parku z dziećmi.

– Czemu odeszłaś?! – wrzeszczałem przy akompaniamencie drapania. – Czemu?! Ty suko!

Ramka pękła, szkło posypało się na podłogę, gdy rzuciłem fotografią o ścianę.

Wstałem i nagi pobiegłem do salonu. W czerwonym świetle człapałem bosymi stopami, pokonując metry mieszkania długimi susami.

– Skąd?! Skąd ten jazgot?! Gdzie jesteś?! – krzykiem domagałem się odpowiedzi, dłońmi zatykałem uszy. – No! Gdzie?!

I wtedy poczułem. Pod lewą stopą. Jak drga struna, tak drżała deska podłogi.

W kuchni wywaliłem na podłogę zawartość szuflad. Znalazłem tasak i dopadłem do miejsca, gdzie chrobotanie wprawiało deskę w drganie. Uniosłem ostrze.

I wszystko ucichło. Po ponad trzech latach mieszkanie i głowa były wolne od dźwięku. Niepokojące uczucie. Ulga trwała krótko. Miejsce bólu wypełniła pustka tak dotkliwa, że zaczęła swędzieć. Czy można uśmierzyć nieznośne uczucie drapaniem, gdy swędzenie dotyka serca?

Stuk. 

Jeszcze jeden.

Położyłem się i przytknąłem ucho do deski. Ktoś pukał. Nie jak do drzwi, raczej palcem w szybę. Delikatnie, z cichym pytaniem.

Stuk – halo?

Stuk – czy ktoś tam jest?

Cisza, a po niej przeciągły chrobot. Zawyłem jak ranne zwierzę. Chwyciłem tasak i zacząłem rąbać. Ostrze blokowało się w drewnie, więc szarpałem rękojeść. Drzazgi leciały po salonie, a ja waliłem w podłogę.

Gdy pot zalał mi tors i z trudem próbowałem utrzymać tasak w mokrych dłoniach, spostrzegłem dziurę. Na kolanach obszedłem otwór. Próbowałem dostrzec… właściwie co? Nim zadałem to pytanie, coś drgnęło w ciemności. Gniew utonął w ciszy, a strach przejął po nim miejsce.

Uciekłem do sypialni. Schowany pod kołdrą drżałem, mokry od potu i łez. Ból zastąpił gniew, gniew przyniósł ulgę, a tę zdławił lęk – przed tym, co ryło w deskach podłogi. Gdy obudził mnie dzwonek, byłem wycieńczony. Spragniony tak, że popękane usta kleiły się do dziąseł.

– Kurier – wychrypiałem. – Oby nie odszedł od drzwi.

Wypełzłem spod kołdry. Resztą sił wstałem i ruszyłem do przedpokoju. Chwyciłem klamkę, gdy zorientowałem się, że jestem nagi. Uchyliłem drzwi i zza nich wycharczałem:

– Proszę wsunąć torbę do środka.

– A płatność? – odpowiedział.

– Chwila.

W kuchni znalazłem portfel. Wyciągnąłem kartę. Cisza przypomniała mi o otworze w podłodze. Spojrzałem, a następnie jęknąłem.

– Wszystko dobrze? – dopytywał kurier.

Przystawiłem kartę i dłoń do ust, dławiąc wycie.

– Wezwać pomoc?

– Nie! – zapiszczałem. – Nie, proszę poczekać!

– Jak sobie chcesz – odpowiedział kurier, gdy ja patrzyłem na palec wystający z dziury.

Opuszka była skierowana wprost na mnie. Zza niej wystawał długi, połamany paznokieć ubrudzony od spodu czymś rdzawym.

Ruszyłem do drzwi. Palec od razu wyłapał ruch i obrócił się – opuszka niczym maleńka główka śledziła każdy mój krok.

Zagryzłem kartę, dłonie przyłożyłem do skroni, tak by ograniczyć pole widzenia jedynie do wąskiego korytarza prowadzącego do wyjścia.

– Pieprzyć to, idę! – oświadczył kurier.

W tej samej chwili dopadłem do uchyłu i wystawiłem rękę z kartą na sień.

– Ale wiesz, gościu, że jesteś zdrowo pierdolnięty?

Dźwięk rozsuwanego zamka. Chciałem już tylko, by wsadził torbę z zakupami do mieszkania i sobie poszedł.

– Poprzedni kurier zrezygnował z obsługi tego adresu, wiesz?

Pik, pik – to klawisze terminala. Zagryzłem wargę.

– Nie trzęś ręką – poprosił dostawca. 

Terminal zapiszczał, a po chwili usłyszałem dźwięk drukowanego potwierdzenia – odetchnąłem.

– Przepraszam, ja…

No właśnie, co? Co mogę powiedzieć, żeby się usprawiedliwić? Parsknąłem na myśl, że wpuszczam kuriera, by pokazać mu intruza wyłażącego z podłogi.

– Potrzebujesz pomocy – powiedział dostawca i wsunął torbę z zakupami. – I to szybko…

Zatrzasnąłem drzwi. Usiadłem i długo piłem wodę gazowaną, wpatrzony w palec, a palec chyba patrzył na mnie.

Czerwone światło nie raziło. Za to zniekształcało mieszkanie. Tworzyło w rogach sypialni cienie, niemal czarne plamy. Dlatego zacząłem chodzić środkiem pomieszczenia, by omijać ciemne zakamarki. Siadałem przy drzwiach sypialni. Uchylałem je i patrzyłem.

Była tam.

Sterczała.

Nieruchoma, ale tylko pozornie.

W nocy pojawił się jeden, kolejnego dnia drugi – oba kościste palce co chwilę wskazywały inny element mieszkania. Czasem drzwi, kiedy indziej okno lub kuchnię. 

Kilka dni później skierowane były ku sufitowi. Wszystkie pięć. Długie paznokcie miały rdzawą barwę od gliny. Między keratynową powierzchnią a naskórkiem zalegała czarna ziemia. Obrąbki naskórkowe – eponychria, jak wyczytałem w internecie – był czerwono-zielone przy każdym palcu, kostki sine, prawie bordowe. Nadgarstek wychodził spod podłogi, a szara i napuchnięta skóra odchodziła coraz bardziej za każdym razem, gdy dłoń się obracała. Dwa dni zajęło jej przebicie się do mieszkania.

Chyba wiedziała, że siedzę w sypialni. Dzień wcześniej obserwowałem poczerniałe kłykcie, gdy palec wskazujący zgiął się i wyprostował – jakby wiedział, że patrzę. Przywarł do środkowego, następnie serdeczny, a do niego mały. Gdy już wszystkie stały w rzędzie, wyprostowane niczym gwardziści, kciuk opadł na podłogę, a wtedy dłoń zaczęła powoli się obracać.

Stałem oniemiały. Nie mogłem oderwać oczu od gościa, który przybył nieproszony z… no skąd? Z dołu? A dłoń patrzyła. Nie oczami, ale brudnymi paluchami o długich, połamanych paznokciach. Każdy z pięciu przybyszy, wyrastających z jednego ciała, widział, jak czaję się w ciemności między drzwiami a framugą sypialni.

Dzwonek.

Tym razem byłem przygotowany – psychicznie i fizycznie – ubrany w szorty plażowe i koszulkę z diabłem tasmańskim wyszedłem z ukrycia, jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem przy ścianie. Zerkałem, dławiony ciekawością, a dłoń obracała się pomału.

Odebrałem paczkę. Kurier był zdziwiony moją obecnością w drzwiach i pełen dezaprobaty dla mieszkania tonącego w czerwonym świetle. Drżałem z podniecenia, niosąc pakunek do kuchni, ale trzymałem fason do chwili, gdy nóż rozciął taśmę. Wtedy palce zabębniły o podłogę. Niecierpliwiły się.

Wyciągnąłem czarną, aksamitną rękawiczkę i wsunąłem w nią dłoń. Byłem gotowy uścisnąć gościowi rękę. Podszedłem ostrożnie. A dłoń przechyliła się nieco – palce razem z kciukiem sterczały w górę. Wiedziała, po co przyszedłem. Czekała na tę chwilę. 

Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem dłoń. Palce zgięły się pomału, obejmując grzbiet i kłykcie. Kciuk opadł i objął mój, delikatnie, ale pewnie. Wtedy dłoń zacisnęła się gwałtownie. Poczułem, jak ból promieniuje do ramienia. Zawyłem krótko, gdy walnąłem czołem o podłogę. Całe ramię zniknęło w dziurze pod podłogą. Szarpnąłem i na chwilę uwolniłem biceps. Coś z nieludzką siłą pociągnęło i znów leżałem. Deski zatrzeszczały do wtóru wyłamywanym stawom. Zaparty drugą ręką, ryknąłem i wtedy podłoga rozleciała się w drzazgi.

Wciągnięto mnie pod mieszkanie. Tak sądzę. Wokół jest ciemność. Widzę tylko dziurę w podłodze i sufit. Niewiele się dzieje. Wykonuję jakieś ruchy, ale to na nic – nie przynoszą żadnego skutku, jakbym był zawieszony w pustce.

Dlatego dużo myślę. A są to myśli przykre i bolesne. Czasem złe i perfidne. Uciekam więc od nich, gdy tylko ktoś odwiedza dom. Są to głównie robotnicy i facet w niebieskim garniturze. Przygotowują mieszkanie na sprzedaż, a myśl, że dziura w podłodze musi zostać naprawiona, napawa mnie lękiem i złością. Krzyki i protesty na nic się nie przydają – oni mnie nie słyszą.

Stało się. Jestem w zupełnej ciemności. A nienawiść i smutek zżerają mnie jak czerw – od środka. Na górze ktoś jest. Mężczyzna, kobieta i trójka dzieci. Żyją tak, jak kiedyś ja – szczęśliwi. Nienawidzę ich za to i siebie za czarne myśli. Czasem mam ochotę utonąć w ciemności. Uwolnić się od czerwia, który zjada mnie kawałek po kawałku. Ale śmiech, rozmowy, kłótnie i jęki z sypialni nie dają mi zasnąć. Uporczywie trzymają świadomość w gotowości. Drażnią niczym chrobotanie…

Ta myśl, raz powołana do życia, nie chce odejść. Swędzi coraz bardziej, jak ukąszenie komara. Może by tak podrapać opuchnięte miejsce?

Pierwszy ruch przyszedł mi z trudem, ale gdy paznokieć stuknął już o spód deski, zacząłem drapać. Pomału, delikatnie, z ulgą słuchając, jak mężczyzna na górze wspomina o dźwiękach, których nikt inny nie słyszy. Potem głośniej i głośniej. A im ciężej pracuję, tym częściej słyszę o terapeutach, psychiatrach, płaczu i lękach.

W końcu mężczyzna zostanie sam. Jestem tego pewien. A ja będę pracował do chwili, gdy dotrę do niego – a wtedy przekażę mu to, co otrzymałem od nieproszonego gościa.

koniec

Kliknij aby rozwinąć

Harfiarz

Har­fiarz, przez Ho­ro­lo­gio­na* zwany Tka­czem, za­legł w bez­ru­chu, wsłu­cha­ny w brzmie­nie strun. Tam, gdzie krzy­żo­wa­ła się ich nie­zli­czo­na ilość – na pę­pi­cy. Ra­mio­na roz­ło­żo­ne na pa­ję­czy­nie wy­czu­wa­ły naj­drob­niej­sze drże­nie cię­ciw, a wtedy dłu­gie palce chwy­ta­ły stru­nę. Przez wi­bra­cje Tkacz czuł, kiedy zo­sta­ła na­pię­ta, czy wy­ma­ga do­stro­je­nia i ile zo­sta­ło czasu do ze­rwa­nia włó­kien.

W Poza Cza­sie stru­ny nie wi­sia­ły bier­nie – uno­si­ły się w bez­kre­sie, fa­lo­wa­ły, zbli­ża­ły do sie­bie i zde­rza­ły. W chwi­li kon­tak­tu cza­sem w pust­kę strze­la­ła świe­tli­sta dro­bin­ka, wskrze­szo­na przez tar­cie cię­ciw. Iskier­ki dry­fo­wa­ły mię­dzy włók­na­mi pa­ję­czy­ny, roz­świe­tla­jąc pust­kę srebr­nym bla­skiem, przy­cią­ga­ne do wło­sów po­ra­sta­ją­cych od­włok Har­fia­rza. Gdy dro­bin­ki przy­le­ga­ły do szcze­ci­nek, wtedy Tkacz strzy­kał nićmi w Poza Czas – do­kład­nie ty­lo­ma, ile było po­trzeb­nych do skrę­ce­nia strun dla każ­dej iskier­ki osia­dłej na od­wło­ku.

Ho­ro­lo­gion na czar­nych skrzy­dłach prze­mie­rzał krań­ce Poza Czasu, gdzie spraw­dzał mo­co­wa­nia, do­stra­jał lub prze­pi­nał stru­ny. Oczo­do­ły In­stru­men­ta­rzy­sty były puste, ale do­sko­na­le wy­czu­wał zmia­ny w plą­ta­ni­nie. Od­naj­dy­wał nici i spraw­dzał ich ja­kość, nim splótł włók­na w cię­ci­wę. Go­to­wą stru­nę, sta­rzec o dzie­cię­cej twa­rzy, przy­twier­dzał i na­stra­jał, by roz­brzmie­wa­ła wraz z in­ny­mi w pu­st­ce. Cza­sem od­naj­dy­wał dro­bin­ki, które za­gu­bio­ne mię­dzy nit­ka­mi pa­ję­czy­ny, nigdy nie do­tar­ły do Tka­cza. Zbie­rał je i umiesz­czał w słoju – wszyst­ko mu­sia­ło mieć wła­sne miej­sce we wła­ści­wym cza­sie.

Ra­mio­na Tka­cza nie­ustan­nie zmie­nia­ły po­zy­cję, wy­czu­wa­jąc nowe drga­nia. Z od­wło­ka strzy­ka­ły nici, ale tułów i trupi łeb Har­fia­rza były nie­po­ru­szo­ne ni­czym nie­za­leż­ne byty. Stę­ża­ła twarz przed­sta­wia­ła ob­li­cze po­grą­żo­ne w głę­bo­kim śnie.

Ho­ro­lo­gio­na to nie zwio­dło. Wie­dział, że Tkacz two­rzy, a więc wkrót­ce bę­dzie mu­siał przy­go­to­wać nową harfę.

 

*

 

Jezus bu­dził się i za­sy­piał wraz z dźwię­kiem sil­ni­ków, które wpra­wia­ły w ruch ol­brzy­mie ło­pa­ty wia­tra­ków fil­tru­ją­cych po­wie­trze. Śpi­wór zaj­mo­wał wolną prze­strzeń mię­dzy ru­ra­mi chłod­ni­czy­mi a kon­den­sa­to­ra­mi. Po­ran­ny bez­dech i fala kasz­lu roz­bu­dzi­ły tech­ni­ka. Przy­po­mi­na­ły o obo­wiąz­ku od­da­nia na­sie­nia.

Wy­grze­bał się ze śpi­wo­ra i wy­szedł z wnęki. Jak za­wsze na Je­zu­sa cze­ka­ła miska owsian­ki ze sporą dawką pro­te­ino­we­go prosz­ku, bu­tel­ka wody, kar­ton syn­te­tycz­ne­go mleka i chleb – dzien­ny przy­dział racji. Obok le­ża­ły świe­żo upra­ne: bie­li­zna i kom­bi­ne­zon.

Jezus nigdy nie od­krył, kto i kiedy do­star­cza żyw­ność oraz dba o czy­stość. Jesz­cze dzie­sięć lat temu takie myśli za­przą­ta­ły mu głowę, gdy po szes­na­sto­go­dzin­nej służ­bie leżał wpa­trzo­ny w izo­la­cję rur, wsłu­cha­ny w dźwię­ki roz­brzmie­wa­ją­ce w sek­to­rze 422 – zwa­nym płu­ca­mi. Tylko przez kogo? O tym też już nie my­ślał.

Cza­sem jesz­cze wspo­mi­nał ojca Jó­ze­fa. To on na­uczył Je­zu­sa wszyst­kie­go, co było ko­niecz­ne do ob­słu­gi fil­trów. Wspo­mi­nał dłu­gie go­dzi­ny roz­mów. Chwi­le, gdy wąt­pił, a Józef po­wta­rzał:

– Je­steś tech­ni­kiem na stat­ku pla­ne­tar­nym. To od cie­bie za­le­żą losy mi­lio­nów. Nie mo­żesz sobie po­zwo­lić na zwąt­pie­nie. Mu­sisz być nie­omyl­ny, pre­cy­zyj­ny i silny, gdy mnie za­brak­nie.

Jezus zna­lazł Jó­ze­fa przy ma­ga­zy­nie ener­gii – za­dła­wił się krwią. Mu­siał długo konać w mę­czar­niach, gdy or­ga­nizm pró­bo­wał oczy­ścić prze­żar­te wy­zie­wa­mi z fil­trów płuca. W huku wir­ni­ków, świsz­cze­niu łopat i war­cze­niu sil­ni­ków Jezus nie mógł usły­szeć ko­na­ją­ce­go ojca.

Spoj­rzał na puste miej­sce nad ru­ra­mi – buty i ska­fan­der uło­żo­ne na sta­ran­nie zło­żo­nym śpi­wo­rze. Za nie­dłu­go sam bę­dzie ojcem. I zaj­mie wnękę Jó­ze­fa.

Za­kasz­lał.

Na dłoni zo­sta­ły plamy krwi. Tylko czy star­czy mu czasu, by prze­ka­zać wszyst­ko to, czego sam się na­uczył?

 

*

 

Sta­tek pla­ne­tar­ny Bel­lo­na* zo­stał wpro­wa­dzo­ny na or­bi­tę Kalos*. W tym cza­sie Naj­wyż­sza Rada po­wo­li zaj­mo­wa­ła miej­sca.

Mi­ja­li ko­lum­ny usa­do­wio­ne na plin­tach. Słupy o głę­bo­kich żło­bie­niach pięły się ku skle­pie­niu. Echi­nu­sy ota­cza­ły sy­me­trycz­ne zwoje przy­po­mi­na­ją­ce za­krę­co­ne ba­ra­nie rogi. Aba­kus przy­le­gał do skle­pie­nia po­ma­lo­wa­ne­go na po­do­bień­stwo noc­ne­go nieba, po któ­rym fru­nę­ły rzeź­bio­ne chma­ry bia­łych nie­to­pe­rzy ota­cza­ją­cych pla­ne­ty ga­lak­ty­ki Aeter­ni­tas*.

Pię­ciu człon­ków rady w dłu­gich to­gach, o przy­pu­dro­wa­nych twa­rzach, usia­dło przy pół­okrą­głym stole o bla­cie z zie­lo­ne­go mar­mu­ru. Każde sta­no­wi­sko po­sia­da­ło ko­mu­ni­ka­tor, ołó­wek, kilka kar­tek pa­pie­ru i szklan­kę wody.

Człon­ko­wie zgro­ma­dze­nia spo­glą­da­li na sty­li­zo­wa­ne pe­ru­ki są­sia­dów, uło­żo­ne zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cą modą i z za­cho­wa­niem po­wa­gi pia­sto­wa­nych urzę­dów. Ktoś chrząk­nął, inny napił się wody lub spraw­dził ostrość gra­fi­tu. Cze­ka­li, aż Bel­lo­na osią­gnie pręd­kość or­bi­tal­ną i będą mogli uzy­skać po­łą­cze­nie z przed­sta­wi­cie­lem Kalos.

W sali po­ciem­nia­ło.

Człon­ków rady oświe­tla­ły tylko lamp­ki za­mon­to­wa­ne przy mi­kro­fo­nach. Po­ma­rań­czo­we świa­teł­ka roz­ja­śnia­ły białe twa­rze od dołu, na­da­jąc im wy­gląd to­piel­ców.

Czer­wo­ne ko­ta­ry roz­su­nę­ły się, od­sła­nia­jąc ogrom­ny ekran. Przed­sta­wi­ciel Kalos stał z za­dar­tą głową, wpa­trzo­ny w obiek­tyw. Ubra­ny w nie­bie­ski gar­ni­tur ozdo­bio­ny czer­wo­ny­mi fal­ban­ka­mi przy­po­mi­nał czło­wie­ka, któ­re­go wy­rwa­no z przy­ję­cia. Po­miesz­cze­nie, w któ­rym miał bro­nić ro­dzi­mej pla­ne­ty, było puste, ze ścia­na­mi i pod­ło­gą po­ma­lo­wa­ny­mi na biało – by pod­kre­ślić czy­ste in­ten­cje wa­sa­la.

Człon­ko­wie rady pa­trzy­li na Ka­loń­czy­ka jak dzie­ci przez denko sło­ika na zła­pa­ne­go w pu­łap­kę owada. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, kto jest sę­dzią, a kto oskar­żo­nym, choć spo­tka­nie szum­nie na­zwa­no ne­go­cja­cja­mi.

– Witam wiel­moż­ną Radę Bel­lo­ny – za­czął z tru­dem Ka­loń­czyk. – Na­zy­wam się Hek­tor i mam za­szczyt re­pre­zen­to­wać lud…

– Wiemy, jak się na­zy­wasz – prze­rwał czło­nek rady o po­cią­głej twa­rzy, zaj­mu­ją­cy miej­sce po lewej stro­nie.

– I jaką wy­zna­czo­no ci rolę – dodał ba­wią­cy się ołów­kiem są­siad o ko­cich oczach.

– Nasi agen­ci in­for­mu­ją nas na bie­żą­co o wszyst­kim, co dzie­je się na pla­ne­cie – ode­zwa­ła się ko­bie­ta po pra­wej, w pe­ru­ce ufor­mo­wa­nej na kształt pta­sich skrzy­deł.

– Więc pro­si­my o da­ro­wa­nie sobie kur­tu­azyj­nych wstę­pów! – wtrą­cił gru­bas sie­dzą­cy na pra­wym skra­ju.

– Zatem mo­że­my przejść do me­ri­tum – pod­su­mo­wał sta­rzec zaj­mu­ją­cy miej­sce po­środ­ku tur­ku­so­we­go blatu.

– Oczy­wi­ście. Otrzy­ma­li­śmy de­pe­szę zmie­nia­ją­cą wa­run­ki ko­eg­zy­sten­cji. – Ka­loń­czyk z od­chy­lo­ną głową mówił z tru­dem do wy­so­ko za­wie­szo­ne­go obiek­ty­wu. – Wpro­wa­dzi­li­śmy nie­zbęd­ne re­for­my ma­ją­ce na celu po­pra­wę go­spo­dar­ki rol­nej.

– To czemu nie widać efek­tów tej po­pra­wy? – Męż­czy­zna o po­cią­głej twa­rzy uśmie­chał się, choć oczy nie zdra­dza­ły roz­ba­wie­nia.

– Ba! Otrzy­ma­li­śmy trans­port żyw­no­ści mniej­szy o dzie­sięć pro­cent w sto­sun­ku do po­przed­nich! – Gru­bas otwar­tą dło­nią wal­nął w białą kart­kę pa­pie­ru.

– To nie do przy­ję­cia. – Kocie oczy zwę­zi­ły się.

Ko­bie­ta w pta­siej pe­ru­ce po­krę­ci­ła głową. Sta­rzec mil­czał, wpa­trzo­ny w Ka­loń­czy­ka.

– Re­for­ma spo­wo­do­wa­ła za­miesz­ki. Po­trze­bu­je­my czasu, by miesz­kań­cy…

– Nie mie­li­ście czasu, gdy nasza flota przy­by­ła do Aeter­ni­tas – prze­rwał szczu­pły.

– Gdy my wal­czy­li­śmy za waszą wol­ność, wy mie­li­ście tylko jedno za­da­nie – cią­gnę­ła ko­bie­ta.

– Przy­go­to­wać się na wy­peł­nie­nie wa­run­ków umowy – nie­mal wy­sy­czał ten o ko­cich oczach.

– Inne pla­ne­ty wy­peł­nia­ją zo­bo­wią­za­nia! – Gru­bas roz­ło­żył ręce, jakby nic nie mógł na to po­ra­dzić.

Sta­rzec zmarsz­czył upu­dro­wa­ne czoło.

– Pro­szę zro­zu­mieć. Je­ste­śmy ar­ty­sta­mi. Nasz lud nie przy­wykł do pracy na roli. – Grdy­ka Ka­loń­czy­ka wę­dro­wa­ła wzdłuż na­cią­gnię­tej szyi.

– Nie ocze­ki­wa­li­śmy od was su­row­ców.

– Wa­run­ki były jasno spre­cy­zo­wa­ne.

– Do­pa­so­wa­ne do wa­szych rze­ko­mych moż­li­wo­ści!

– Wy­mów­ki nas nie in­te­re­su­ją.

Sta­rzec za­bęb­nił pal­ca­mi o blat.

– Po­trze­bu­je­my dwóch lat. O nic wię­cej nie pro­szę. W tym cza­sie zdo­ła­my… – Ka­loń­czyk za­gryzł zęby, gdy mu znowu prze­rwa­no.

– Po ukła­dzie Aeter­ni­tas krążą trzy­dzie­ści dwa stat­ki pla­ne­tar­ne.

– Gdy od­po­wie­dzie­li­śmy na wasze we­zwa­nie, było ich trzy­dzie­ści pięć.

– Mi­lio­ny zgi­nę­ły za waszą wol­ność!

– W ciągu na­stęp­nych lat mają umrzeć ko­lej­ne, bo nie mo­że­cie wy­peł­nić wa­run­ków umowy?

Sta­rzec uniósł dłoń, wszy­scy umil­kli:

– Po­trze­bu­je­my pla­ne­ty. 

– Ży­znej. 

– Zdol­nej wy­kar­mić mi­lio­ny. 

– Mie­li­ście szan­sę do­star­czyć żyw­ność! 

– Teraz sami od­bie­rze­my na­leż­ną nam za­pła­tę.

– Co to ozna­cza dla nas? – wy­krztu­sił Ka­loń­czyk.

– Macie mie­siąc na ewa­ku­ację. – Uśmiech znik­nął ze szczu­płej twa­rzy.

– Po trzy­dzie­stu dniach roz­pocz­nie­my oczysz­cza­nie pla­ne­ty. – Kocie oczy bły­snę­ły w mroku.

– Bio­lo­gicz­ne ska­że­nie uni­ce­stwi tych, któ­rzy zo­sta­ną. – Pta­sie skrzy­dła rzu­ca­ły zło­wiesz­czy cień.

– Zaj­mie­my pla­ne­tę po wy­ga­śnię­ciu ostat­nie­go ogni­ska ska­że­nia! – Gru­bas krzyk­nął trium­fal­nie.

– Nie zdą­ży­my przy­go­to­wać tak skom­pli­ko­wa­nej ewa­ku­acji, nie w tak krót­kim cza­sie.

Sta­rzec po­chy­lił się nad bla­tem:

– Zatem pro­szę nie tra­cić czasu i prze­ka­zać oby­wa­te­lom po­sta­no­wie­nia rady. Ne­go­cja­cje uwa­żam za za­mknię­te.

 

*

 

Ho­ro­lo­gion szy­bo­wał mię­dzy stru­na­mi, wsłu­cha­ny w ich brzmie­nie. Szu­kał ano­ma­lii. Był pe­wien, że na­stą­pi, bo Tkacz two­rzył. Trze­ba było tylko zna­leźć od­po­wied­nie miej­sce.

Ho­ro­lo­gion za­wró­cił gwał­tow­nie. Prze­le­ciał mię­dzy cia­sno sku­pio­ny­mi cię­ci­wa­mi, igno­ru­jąc mniej­sze drże­nia. Usiadł na jed­nej z prze­ci­na­ją­cych się nici pa­ję­czy­ny fa­lu­ją­cej w Poza Cza­sie i za­wisł. Czuł brzmie­nie nie­sio­ne przez pust­kę. Zna­lazł sku­pi­sko – mi­liar­dy strun drżą­cych w jed­nym nie­prze­rwa­nym ryt­mie.

 

*

 

Jezus zwol­nił blo­ka­dy. Chwy­cił rącz­kę i po­cią­gnął po­jem­nik z rdze­niem. Tur­bi­na zwol­ni­ła ob­ro­ty. Miał kilka minut do za­trzy­ma­nia łopat wia­tra­ków. Ogni­wo było na wy­czer­pa­niu. Od­sta­wił po­jem­nik i pod­niósł nowy rdzeń. Z plat­for­my za­uwa­żył po­stać w bieli sto­ją­cą pod sil­ni­ka­mi.

W ciągu pięt­na­stu lat spę­dzo­nych w sa­mot­no­ści nie­raz mie­wał ha­lu­cy­na­cje, sły­szał głosy szep­czą­ce przez war­kot ma­szyn. Na sil­ni­ku 5B-VL za­pa­li­ła się czer­wo­na lamp­ka in­for­mu­ją­ca o spad­ku ob­ro­tów. Pod­niósł rdzeń i wsu­nął go do ka­na­łu. Za­bez­pie­czył właz i wziął głę­bo­ki wdech. Płuca za­re­ago­wa­ły na­tych­miast. Zdu­sił falę kasz­lu. Od­wró­cił się po­ma­łu – po­stać nie znik­nę­ła. Pod­niósł zu­ży­ty rdzeń i ru­szył po­mo­stem do dra­bin­ki. Zszedł ostroż­nie, by nie upu­ścić po­jem­ni­ka. Po­now­nie spoj­rzał.

Głowę i twarz ko­bie­ty za­sła­niał habit. Biały ak­sa­mit od­sła­niał ra­mio­na i lekko szpi­cza­ste pier­si o du­żych bro­daw­kach. Ma­te­riał w talii przy­trzy­my­wał cien­ki skó­rza­ny pasek, pod któ­rym habit zwi­sał mię­dzy bo­sy­mi sto­pa­mi. Wen­ty­la­to­ry pod za­kra­to­wa­ną pod­ło­gą wy­dmu­chi­wa­ły po­wie­trze – biały ma­te­riał fa­lo­wał, od­sła­niał bio­dra, brzuch, wzgó­rek i czar­ne włosy ło­no­we.

– Czy ty tu je­steś? – za­py­tał.

Ko­bie­ta po­de­szła. W lewej ręce trzy­ma­ła szkla­ny po­jem­nik.

– Jak się na­zy­wasz? – spró­bo­wał.

Zła­pa­ła dłoń Je­zu­sa i przy­sta­wi­ła ją do pier­si. Wes­tchnie­nie prze­rwa­ła fala kasz­lu.

Ko­bie­ta nie od­ry­wa­ła piw­nych oczu od twa­rzy tech­ni­ka.

– Ja… nigdy nie wi­dzia­łem ni­ko­go in­ne­go prócz mo­je­go ojca – wy­szep­tał.

Kie­ro­wa­ła jego dło­nią – palce do­ty­ka­ły sutka, ści­ska­ły pierś.

Silna erek­cja za­mro­czy­ła Je­zu­sa. Za­mknął oczy. Ko­bie­ta pu­ści­ła dłoń tech­ni­ka, zła­pa­ła suwak i roz­pię­ła ska­fan­der. Uklę­kła i wy­cią­gnę­ła pe­ni­sa. Ob­ję­ła go pal­ca­mi – de­li­kat­nie, ale pew­nie.

– Pro­szę – jęk­nął. – Czy mogę zo­ba­czyć twoją twarz.

Ener­gicz­ne ruchy zwol­ni­ły. Pa­trzy­ła na niego. Piwne oczy za­szkli­ły się.

– Czy od­sło­nisz twarz? – po­pro­sił.

Ruchy przy­spie­szy­ły. Jęki i wes­tchnie­nia prze­ry­wał rwący ka­szel.

– Pro­szę!

Po­czuł, jak przy­sta­wi­ła szkło do fal­lu­sa.

Eja­ku­lo­wał.

Or­gazm spra­wił silne za­wro­ty głowy. Od­sta­wił rdzeń, gdy ugię­ły się pod nim nogi.

Zro­bił kilka kro­ków w tył. Oprzy­tom­niał gdy wpadł na dra­bin­kę, spoj­rzał na po­miesz­cze­nie – ko­bie­ty już nie było.

– Nie od­chodź! – za­wo­łał.

 

*

 

Har­fiarz otwo­rzył oczy wy­peł­nio­ne czar­ny­mi źre­ni­ca­mi. Pod­niósł ma­syw­ne ciało i ru­szył po stru­nach. Ra­mio­na bez­błęd­nie od­naj­dy­wa­ły ko­lej­ne cię­ci­wy, po któ­rych prze­miesz­czał się w Poza Cza­sie.

Tam, gdzie stru­ny się roz­cho­dzi­ły, do­mi­no­wa­ła pust­ka. Tkacz, ba­lan­su­jąc na trzech nit­kach pa­ję­czy­ny, do­tarł do mo­sięż­nej klam­ki za­wie­szo­nej w ciem­nej prze­strze­ni. Jedno z ra­mion chwy­ci­ło ją i po­cią­gnę­ło. Z uchy­lo­ne­go frag­men­tu Poza Czasu try­snę­ło po­ma­rań­czo­we świa­tło. Har­fiarz wsu­nął do przej­ścia przed­nie od­nó­ża, na­stęp­nie łeb, gło­wo­tu­łów, a na końcu od­włok. Któ­reś z ra­mion za­trza­snę­ło za nim przej­ście.

 

*

 

Rada Bel­lo­ny ob­ser­wo­wa­ła na ekra­nie promy opusz­cza­ją­ce or­bi­tę Kalos.

– Czy ktoś wie, gdzie zmie­rza­ją? – za­py­tał ten o ko­cich oczach.

– A kogo to in­te­re­su­je! – żach­nął się gru­bas.

– Część przyj­mie Mi­se­ri­cor­diae* – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta w pe­ru­ce uło­żo­nej na po­do­bień­stwo pta­sich skrzy­deł.

– Ostat­ni ra­port mówi, że zdo­ła­li ewa­ku­ować dwa pro­cent po­pu­la­cji – męż­czy­zna o po­cią­głej twa­rzy oświad­czył z uśmie­chem.

Po­sła­niec wszedł bez­sze­lest­nie do sali i po­ło­żył przed prze­wod­ni­czą­cym de­pe­szę.

Czte­ry upu­dro­wa­ne twa­rze zwró­ci­ły się w stro­nę star­ca. Drżą­ce dło­nie pod­nio­sły ko­per­tę i po­ma­łu wy­cią­gnę­ły per­fu­mo­wa­ną kart­kę.

– To z Kalos.

– Bez­czel­ni do końca!

– Za to ele­ganc­cy.

– Zde­spe­ro­wa­ni i tra­gi­zu­ją­cy, jak na ar­ty­stów przy­sta­ło.

Sta­rzec od­chrząk­nął. Za­pa­dła cisza.

– Pro­szą o dwa ty­go­dnie. Nie zdą­ży­li przy­go­to­wać za­pa­sów do wszyst­kich pro­mów – po­wie­dział prze­wod­ni­czą­cy i odło­żył de­pe­szę. – Co są­dzi­cie?

– Skan­da­licz­ne.

– Łamią ko­lej­ną umowę.

– To nasze za­pa­sy!

– My też już nie mamy czasu.

– Zatem je­ste­śmy zgod­ni – pod­su­mo­wał sta­rzec.

Wci­snął przy­cisk na ko­mu­ni­ka­to­rze.

– Roz­po­czy­nać.

 

*

 

Jezus nie mógł za­po­mnieć piw­nych oczu.

Nie był prze­ko­na­ny, czy śnił, a może ha­lu­cy­no­wał. Tylko ja­sno­brą­zo­we tę­czów­ki wy­da­wa­ły się praw­dzi­we. Wi­dział w nich za­kło­po­ta­nie, współ­czu­cie, ale też de­ter­mi­na­cję. To były je­dy­ne oczy, w które pa­trzył poza ocza­mi Jó­ze­fa. Od­dał­by wszyst­ko, by móc jesz­cze raz je zo­ba­czyć. Po­czuć obec­ność dru­giej osoby.

Wy­szedł z wnęk – owsian­ka, woda, mleko, chleb le­ża­ły jak za­wsze w tym samym miej­scu. Z jedną róż­ni­cą. Na kom­bi­ne­zo­nie ktoś zo­sta­wił wia­do­mość. Kart­ka pa­pie­ru była tak nie­re­al­na jak ko­bie­ta w bia­łym ha­bi­cie. Bał się, że gdy spró­bu­je jej do­tknąć, to znik­nie.

Kuc­nął i prze­czy­tał:

– Płeć żeń­ska. Płód roz­wi­ja się pra­wi­dło­wo. Brak wad. Imię.

Pa­trzył na wy­krop­ko­wa­ną prze­strzeń pod tek­stem.

– Imię? – wy­szep­tał.

 

*

 

Har­fiarz zwi­nął się w kulkę. Ra­mio­na i od­włok zlały się z tu­ło­wiem. Ciało za­mie­nio­ne w jed­no­li­tą masę wy­strze­li­ło w górę. Smu­kła syl­wet­ka na­bra­ła kształ­tów – po­ja­wi­ły się ręce, nogi. Z ra­mion wy­ro­sła głowa o twa­rzy mło­de­go, przy­stoj­ne­go męż­czy­zny. Tkacz, wy­stro­jo­ny w czar­ny sur­dut, z czer­wo­ną różą w kla­pie i białą ko­szu­lą z fu­la­rem mię­dzy koł­nie­rzy­ka­mi, ru­szył tu­ne­lem oświe­tlo­nym świa­tłem po­chod­ni.

 

*

 

Bel­lo­na za­ję­ła po­zy­cję bo­jo­wą. Z błę­kit­no­zie­lo­nej pla­ne­ty Kalos do ostat­niej chwi­li wy­sy­ła­no ko­lej­ne promy.

 

*

 

Jezus nie po­tra­fił się sku­pić. Mylił ko­lej­ność wy­ko­ny­wa­nych zadań. Za­po­mi­nał o do­peł­nie­niu pro­ce­dur. Dłu­go­pis, który leżał przy kart­ce, teraz nie­zno­śnie cią­żył w kie­sze­ni ska­fan­dra.

– Imię, imię – po­wta­rzał. – Imię. Jakie bę­dzie miała imię?

 

*

 

Har­fiarz wy­szedł na piasz­czy­stą arenę.

Ko­lo­seum było wy­peł­nio­ne nie­mal w ca­ło­ści, oprócz jed­ne­go miej­sca. Tkacz sta­nął na środ­ku, ukło­nił się i trwał tak w ciszy do chwi­li, gdy usły­szał łopot skrzy­deł. Ho­ro­lo­gion sfru­nął na arenę. W rę­kach trzy­mał harfę.

Tkacz wy­pro­sto­wał się.

In­stru­men­ta­rzy­sta usta­wił cokół na pia­sku. Oparł in­stru­ment na nóż­kach i skie­ro­wał ku Har­fia­rzo­wi. Tkacz zajął po­zy­cję. Uło­żył pudło re­zo­nan­so­we na pra­wym ra­mie­niu, po­de­szwy butów oparł o pe­da­ły wbu­do­wa­ne w cokół. Ho­ro­lo­gion prze­je­chał dło­nią po pio­no­wej ko­lum­nie aż do fa­lo­wa­nej szyj­ki in­stru­men­tu. Chwy­cił za kołki do stro­je­nia. Har­fiarz prze­cią­gnął pal­ca­mi po stru­nach. In­stru­men­ta­rzy­sta spraw­nie wy­ła­py­wał brzmie­nie, od­naj­dy­wał od­po­wied­nie kołki i na­stra­jał ko­lej­no każdą z mi­liar­dów strun.

 

*

 

Bel­lo­na osią­gnę­ła stan peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej.

Gro­dzie za­mon­to­wa­ne w przed­niej czę­ści ka­dłu­ba roz­su­nę­ły się, otwie­ra­jąc luki tor­pe­do­we. W stro­nę Kalos wy­strze­li­ła pur­pu­ro­wa wiąz­ka na­pro­wa­dza­ją­ca. Na most­ku do­wo­dze­nia wska­zów­ki ze­ga­rów sta­nę­ły – za­koń­czo­no od­li­cza­nie. Tor­pe­dy z gło­wi­ca­mi bio­lo­gicz­ny­mi zo­sta­ły uzbro­jo­ne.

 

*

 

Stru­ny roz­brzmie­wa­ły pod pal­ca­mi Har­fia­rza. Me­lo­dia wy­peł­ni­ła ko­lo­seum i pły­nę­ła w Poza Czas. Ho­ro­lo­gion zajął ostat­nie wolne miej­sce wśród ty­się­cy zwłok po­dzi­wia­ją­cych grę Har­fia­rza.

Mu­zy­ka dusz – wiecz­na, nie­skoń­czo­na sym­fo­nia grozy, bólu i roz­pa­czy. Znana w każ­dym za­kąt­ku wszech­świa­ta, nu­co­na przez nie­zli­czo­ne isto­ty.

In­stru­men­ta­rzy­sta nie usły­szał żad­ne­go fał­szy­we­go dźwię­ku. Harfa była do­stro­jo­na ide­al­nie w cza­sie i prze­strze­ni, a każda ze strun pę­ka­ła w chwi­li, którą za­pla­no­wał.

Har­fiarz grał.

Cię­ci­wy zry­wa­ły się, a Kalos umie­ra­ła wśród tor­sji i krwa­wych wy­mio­cin. Utwór koń­czył dźwięk ostat­niej stru­ny, która jesz­cze była na­cią­gnię­ta mię­dzy szyj­ką harfy a pu­dłem re­zo­nan­so­wym.

 

*

 

Aku­szer­ka otwo­rzy­ła właz do sek­to­ra 422. Szła boso po za­kra­to­wa­nej pod­ło­dze. Wśród ryku sil­ni­ków i łopat wia­tra­ków nie usły­sza­ła tech­ni­ka. Zo­ba­czy­ła, jak leży przy zbior­ni­ku wy­rów­naw­czym.

Pod­bie­gła.

Jezus dła­wił się krwią, cia­łem wstrzą­sa­ły drgaw­ki. Pa­trzył jej w oczy.

– Imię – po­wie­dzia­ła. – Jakie wy­bra­łeś imię?

Nie sły­szał.

Od­sło­ni­ła twarz i przy­sta­wi­ła usta do uma­za­ne­go sma­rem ucha.

– Jak chcesz, byśmy ją na­zwa­li? – po­wtó­rzy­ła.

Pod­trzy­my­wa­ła głowę Je­zu­sa, kciu­kiem gła­dzi­ła skroń.

Uśmie­chał się, od­sła­nia­jąc ciem­ne od krwi zęby.

– Pro­szę, podaj jej imię – spró­bo­wa­ła raz jesz­cze.

Wy­cią­gnął rękę i pod­wi­nął rękaw.

Na we­wnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia atra­ment zmie­szał się z krwią, gdy Jezus rył dłu­go­pi­sem w skó­rze imię:

Fi­de­sa*.

 

 

 

*Ho­ro­lo­gion – cza­so­sło­wa księ­ga li­tur­gicz­na lub czas (Horo) i zbie­ra­nie/li­cze­nie (Lo­gion) z grec­kie­go. 

*Bel­lo­na – bo­gi­ni wojny lub wojna z ła­ci­ny.

*Kalos – pięk­no z grec­kie­go.

*Aeter­ni­tas – wiecz­ność, nie­skoń­czo­ność z ła­ci­ny. 

*Mi­se­ri­cor­dia – mi­ło­sier­dzie z ła­ci­ny.

*Fides – wiara, wier­ność z ła­ci­ny.

 koniec

Kliknij aby rozwinąć

Widmo z Lewantu

Kliknij aby rozwinąć

Hu­bert – wto­rek. 

 

Weber wszedł do miesz­ka­nia punk­tu­al­nie o czter­na­stej, jak za­wsze nie­na­gan­nie ubra­ny. Dzię­ki swo­iste­mu ho­no­ro­wi i ele­gan­cji zy­skał przy­do­mek “An­glik”. Ścią­gnął kasz­kiet i po­ło­żył go sta­ran­nie na stole, wy­bie­ra­jąc naj­czyst­szy frag­ment blatu. Gdy usiadł, za­py­tał: 

– I jak po pierw­szym mie­sią­cu na wol­no­ści?

– Tro­chę trud­no mi się przy­zwy­cza­ić, ale po­ma­łu się wdra­żam – po­wie­dzia­łem, szcze­rze za­do­wo­lo­ny z od­wie­dzin przy­ja­cie­la. – Dzię­ku­ję za prze­trzy­ma­nie dla mnie forsy i ogól­nie za całe wspar­cie, gdy sie­dzia­łem.

– Mam u cie­bie dług, któ­re­go pa­pie­ra­mi nie spła­cę. 

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, bo i co można po­wie­dzieć. Już taki je­stem, że nie wsy­pu­ję kum­pli.

Weber sie­dział skwa­szo­ny, może cho­dzi­ło o baj­zel w miesz­ka­niu, a może my­ślał, jak mnie po­pro­sić o przy­słu­gę. Bo miał do mnie jakiś in­te­res – obaj wie­dzie­li­śmy, że lu­dzie mi nie ufają, a mimo to przy­szedł.

– Mar­ty­na po­pro­si­ła mnie o pomoc. Wła­ści­wie nas, ale do cie­bie bała się ode­zwać – po­wie­dział w końcu. 

– No tak, nie od­wie­dzi­ła mnie, nie wy­sy­ła­ła nawet pacz­ki. Za to wy­sła­ła list, że od­cho­dzi. Więc już nic mnie nie łączy z tą ko­bie­tą. – Zro­bi­łem obo­jęt­ną minę, ale wspo­mnie­nie byłej wciąż bo­la­ło.

– Nie cho­dzi o nią, a o jej syna.

– Mi­cha­ła? – Cho­le­ra, uwiel­bia­łem tego chło­pa­ka.

– Tak, w so­bo­tę spo­tkał się z kum­pla­mi, Ro­ber­tem i Ste­fa­nem. O dwu­dzie­stej dru­giej miał być w domu, ale nie wró­cił.

– Psy wie­dzą? 

– Tak. Dzi­siaj Mar­ty­na była na ko­men­dzie. Wy­py­ty­wa­li ją o bel­fra ze szko­ły Mi­cha­ła, Klim­cza­ka. Mi­chał i jego kum­ple cho­dzi­li do niego na do­dat­ko­we za­ję­cia z hi­sto­rii. Szko­ła zgło­si­ła za­gi­nię­cie na­uczy­cie­la.

An­glik podał mi dzi­siej­szy numer “Faktu” z Ma­ry­lą Ro­do­wicz. “W Cho­rzo­wie za­gi­nął na­uczy­ciel hi­sto­rii wraz z uczniem” – gło­sił jed­nym z na­głów­ków.

– Po­dob­no cała czwór­ka była dość zżyta ze sobą. 

– Dobra, po­ga­dam z tymi ko­le­ga­mi Mi­cha­ła – po­wie­dzia­łem.

An­glik po­ma­cał da­szek kasz­kie­tu, a pal­ca­mi lewej dłoni za­bęb­nił o blat biur­ka.

– Nie chcę cię w to wcią­gać – po­wie­dział ostroż­nie. – Ale ro­zu­miesz, że moi lu­dzie zro­bi­li­by za duży dym. 

– Ro­zu­miem. Wiesz, dla Mar­ty­ny nie ru­szył­bym dupy, ale Mi­chał to po­rząd­ny chło­pak. 

Pod­sze­dłem do barku, wy­cią­gną­łem so­pli­cę, dwa kie­lisz­ki i re­wol­wer. Sia­da­jąc, po­ło­ży­łem klam­kę na stole i na­la­łem do szkieł.

– Po co ci to? – za­py­tał An­glik, się­ga­jąc po kie­li­szek.

– Stare przy­zwy­cza­je­nie – wy­ja­śni­łem. – Zresz­tą, jest w mie­ście jesz­cze kilku gości, któ­rzy mogą mieć do mnie spra­wy, z daw­nych lat. 

An­glik po­tak­nął, wy­pi­li­śmy, a ja do­la­łem wódki.

– W tę so­bo­tę, wia­do­mo, gdzie się spo­tka­li? – za­py­ta­łem.

– U Ro­ber­ta – po­wie­dział An­glik. – Mam jego adres, jak coś.

– Wy­ślij mi go SMS-em. Po­roz­ma­wiam z tymi kum­pla­mi Mi­cha­ła.

– Dobra – zgo­dził się An­glik – ja muszę sko­czyć w kilka miejsc. Pa­mię­taj, że jeśli bę­dziesz po­trze­bo­wał po­mo­cy, to dzwoń.

– Jasne. Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem. 

– Będę w kon­tak­cie i do­brze cię znów wi­dzieć – po­wie­dział, wypił wódkę i ru­szył do wyj­ścia. 

 

Od­pa­li­łem pa­pie­ro­sa i zaj­rza­łem do por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych. Zna­la­złem przy­ja­ciół Mi­cha­ła bez trudu. Byli ozna­cze­ni na wspól­nym zdję­ciu. Przy­glą­da­łem im się przez chwi­lę.

Ro­bert był naj­wyż­szy – miał dłu­gie, czar­ne włosy i ciem­ne oczy. Na zdję­ciu po­zo­wał w ko­szul­ce ze­spo­łu me­ta­lo­we­go, któ­re­go nazwa była do roz­szy­fro­wa­nia tylko przez naj­za­twar­dzial­szych fanów tego ga­tun­ku mu­zy­ki. Z wy­sta­wio­nym ję­zy­kiem i wy­cią­gnię­tym środ­ko­wym pal­cem oświad­czał, jakie ma prze­sła­nie dla świa­ta. Zde­cy­do­wa­nie wy­róż­niał się na tle przy­ja­ciół. 

Wy­gląd Mi­cha­ła mnie za­sko­czył, zmie­nił się – włosy gład­ko za­cze­sa­ne do tyłu, ubra­ny cały na czar­no, z za­cię­tą miną, ale spoj­rze­nie miał roz­ba­wio­ne, drwią­ce. Biła od niego siła cha­rak­te­ru, a był naj­mniej­szy z całej trój­ki. 

Strój Ste­fa­na ni­czym szcze­gól­nym się nie wy­róż­niał, dżin­sy, ko­szul­ka. Spo­glą­dał w obiek­tyw z za­że­no­wa­niem. Kasz­ta­no­we włosy miał sta­ran­nie przy­cię­te i uło­żo­ne – jako je­dy­ny trzy­mał pusz­kę piwa, choć spra­wiał wra­że­nie naj­po­rząd­niej­sze­go. Wy­glą­da­li na do­brych zna­jo­mych. 

 An­glik dał mi adres Ro­ber­ta, nie­da­le­ko li­ceum. Było jesz­cze dość wcze­śnie, więc po­je­cha­łem pod szko­łę. Wy­sia­dłem z tram­wa­ju na­prze­ciw­ko pla­ców­ki.

Do­cho­dzi­ła pięt­na­sta, gdy roz­brzmiał dzwo­nek. Li­ce­ali­ści ha­ła­so­wa­li tak, jak tylko oni po­tra­fią z gło­wa­mi wy­peł­nio­ny­mi plą­ta­ni­ną emo­cji i spraw, kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łych i nie­istot­nych dla wszyst­kich tych, któ­rzy już dawno po­że­gna­li wiek na­sto­let­ni. Ucznio­wie wy­pa­dli na ze­wnątrz. Ko­le­gów Mi­cha­ła nie wi­dzia­łem, ale gdy ten roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny tłum mnie minął, nagle po­ja­wił się Ste­fan. Pod­sze­dłem do niego i za­py­ta­łem: 

– Nie­cie­ka­wie, co? 

 Spoj­rzał na mnie zdez­o­rien­to­wa­ny, tym bar­dziej mnie za­kłu­ło, gdy wy­pa­lił:

– Na łeb panu padło. Wszyst­ko do­brze pod ko­pu­łą? 

– W naj­lep­szym. A co sły­chać u Mi­cha­ła?

Po­bladł nieco. 

– A tobie co do tego?

– Je­stem ko­le­gą jego matki. Po­pro­si­ła mnie, przez wzgląd na to, że kie­dyś ją pie­przy­łem, bym do­wie­dział się, co się stało z Mi­cha­łem, więc to mi do tego, że bar­dzo lu­bi­łem pie­przyć matkę two­je­go kum­pla i teraz czuję się zo­bo­wią­za­ny, by jej pomóc. 

Wy­cią­gną­łem pa­pie­ro­sy. Ste­fan stał ze spusz­czo­nym wzro­kiem. 

– Pa­lisz? – za­py­ta­łem, pod­su­wa­jąc mu pacz­kę. 

– Tak, dzię­ki. – Wy­cią­gnął jed­ne­go. 

– Tak, dzię­ki, pro­szę pana – po­pra­wi­łem go. 

– Pro­szę pana – po­wtó­rzył. 

– Świet­nie, a teraz po­wiesz mi, gdzie jest Mi­chał – stwier­dzi­łem, po­da­jąc mu ognia. 

– Nie wiem, ostat­ni raz wi­dzia­łem go u Ro­ber­ta w so­bo­tę… 

– O któ­rej? – Dmuch­ną­łem w niego dymem. 

– O szes­na­stej, potem się ro­ze­szli­śmy. 

– O któ­rej się roz­sta­li­ście? – za­py­ta­łem z na­ci­skiem.

– Około dwu­dzie­stej dru­giej.

– Co ro­bi­li­ście? 

– Gra­li­śmy w grę – skła­mał bez mru­gnię­cia okiem. 

– Gówno praw­da. 

– Przy­się­gam, gra­li­śmy, potem chwi­lę roz­ma­wia­li­śmy, o dwu­dzie­stej dru­giej wy­szli­śmy od Ro­ber­ta. 

– Dobra, po­wiedz­my, że to ku­pu­ję, ale czemu nie wró­cił do domu? 

– Nie wiem, na­praw­dę…

Pod­nio­słem palec, więc dodał szyb­ko:

– Pro­szę pana.

Nie mówił całej praw­dy, ale chyba był szcze­rze zmar­twio­ny.

Po­sta­no­wi­łem na razie dać mu spo­kój, po­kle­pa­łem go w po­li­czek.

– Dobra, spo­koj­nie, Ste­fan, kiedy masz roz­ma­wiać z po­li­cją? – za­py­ta­łem.

– Dzi­siaj o sie­dem­na­stej. 

– Ro­bert do­stał we­zwa­nie na wcze­śniej­szą go­dzi­nę? – za­py­ta­łem, a Ste­fan przy­tak­nął. 

– To zmy­kaj, oni nie lubią, jak ktoś się spóź­nia. Robią się od tego ner­wo­wi.

Chło­pak pstryk­nął pal­ca­mi, wy­strze­li­wu­jąc nie­do­pa­łek i ru­szył w stro­nę przy­stan­ku.

A ja po­je­cha­łem do Ro­ber­ta. Wo­la­łem roz­ma­wiać z dzie­cia­kiem bez ro­dzi­ców. Li­czy­łem po cichu, że jesz­cze nie wró­cił z ko­men­dy i może uda mi się go zła­pać przed miesz­ka­niem. 

Wy­sia­dłem na ty­po­wym blo­ko­wi­sku. Od­na­la­złem jego numer i na do­mo­fo­nie wy­bra­łem miesz­ka­nie szes­na­ste, ale nikt nie ode­brał. 

Po­sta­no­wi­łem za­cze­kać.

Ro­bert po­ja­wił się z ojcem chwi­lę póź­niej. Wy­szli ze srebr­nej to­yo­ty. Pod­sze­dłem do nich. Chło­pak był blady, miał za­czer­wie­nio­ne oczy. Mu­sie­li go nie­źle przy­ci­snąć na ko­men­dzie. 

Przed­sta­wi­łem się i za­py­ta­łem, czy mogę po­roz­ma­wiać z Ro­ber­tem na stro­nie.

Oj­ciec zgo­dził się bez ro­bie­nia pro­ble­mów. 

– Pójdę do skle­pu – po­wie­dział do Ro­ber­ta. – Chcesz coś?

Chło­pak po­krę­cił prze­czą­co głową, po chwi­li zo­sta­li­śmy sami.

– Wiem, że mia­łeś cięż­ki dzień – po­wie­dzia­łem.

Spoj­rzał na mnie z wdzięcz­no­ścią. 

– Ale mam to w dupie. Mi­chał za­gi­nął, jego matka od­cho­dzi od zmy­słów, więc za­py­tam tylko raz, gdzie on jest? 

– Nie wiem, mó­wi­łem na prze­słu­cha­niu, że wy­szedł ode mnie o dwu­dzie­stej dru­giej, wię­cej go nie wi­dzia­łem. – Dzie­ciak le­d­wie się trzy­mał, a łzy znów na­pły­nę­ły mu do oczu. 

– Wie­rzę, ale nie o to pytam. Gdzie on jest? 

– Nie wiem, przy­się­gam… – za­kwi­lił. 

– Wi­dzisz, Ste­fan mówił coś in­ne­go. 

 Ro­bert otwo­rzył i za­mknął usta, ale nie zdo­łał wy­krztu­sić słowa. 

– A za chwi­lę to samo powie gli­nia­rzom. Gdy po­rów­na­ją sobie ze­zna­nia Ste­fa­na z two­imi, dojdą do wnio­sku, że coś ukry­wasz i wezmą ci się do dupy. 

Kątem oka za­uwa­ży­łem, że oj­ciec ob­ser­wu­je nas przez skle­po­wą wi­try­nę, więc sta­ną­łem przed chło­pa­kiem, by za­osz­czę­dzić sobie pro­ble­mów.

– Gówno wiesz, koleś – wark­nął nie­spo­dzie­wa­nie Ro­bert, mimo że łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach. 

Wtedy spoj­rzał ponad moim ra­mie­niem. Na twa­rzy chło­pa­ka po­ja­wi­ło się prze­ra­że­nie. Ob­ró­ci­łem się, po­ma­łu po­dą­ża­jąc za wzro­kiem chło­pa­ka. Po­mię­dzy dwoma blo­ka­mi był par­king, za nim pas zie­le­ni, dalej trasa szyb­kie­go ruchu i przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. 

Wtedy go zo­ba­czy­łem. Stał obok roz­kła­du. Męż­czy­zna w oko­li­cy czter­dziest­ki w sza­rym płasz­czu, bez za­ro­stu, krót­ko ścię­ty, ni­czym się nie­wy­róż­nia­ją­cy, gdyby nie to, że pa­trzył wprost na Ro­ber­ta. Był da­le­ko, jed­nak czu­łem, że pa­trzy do­kład­nie na chło­pa­ka. A gdy prze­su­nął nie­znacz­nie głowę i spoj­rzał na mnie, spu­ści­łem wzrok. 

Drzwi skle­pu otwar­ły się i Ro­bert po­biegł do ojca, który objął go, jakby miał sie­dem, a nie sie­dem­na­ście lat. Po chwi­li we­szli do klat­ki. Byłem kom­plet­nie oszo­ło­mio­ny. Spoj­rza­łem po­now­nie na przy­sta­nek, ale stał tam już au­to­bus. Lu­dzie wy­cho­dzi­li z niego, po­dą­ża­jąc za wła­sny­mi spra­wa­mi, a po fa­ce­cie w płasz­czu nie było śladu.

 

Hen­ryk

 

Hen­ryk krą­żył po po­ko­ju ho­te­lo­wym, wciąż nie mogąc się przy­zwy­cza­ić do ścię­tych wło­sów oraz ogo­lo­nej twa­rzy, czy­stych ubrań i moż­li­wo­ści za­spo­ko­je­nia po­trzeb w każ­dej chwi­li. Usiadł przy stole. Ze stosu ze­szy­tów ścią­gnął ten pod­pi­sa­ny “Śląsk”. Umó­wio­ny był na czter­na­stą, a do­pie­ro świ­ta­ło. Wal­czył chwi­lę ze sobą, znów czu­jąc prze­moż­ną chęć znisz­cze­nia dzien­ni­ków, ale gdy tylko po­my­ślał, ile lat im po­świę­cił, o wy­ni­kach badań, zwy­czaj­nie nie po­tra­fił tego zro­bić. Za­miast tego prze­kart­ko­wał ze­szyt. Na pierw­szej pu­stej stro­nie za­no­to­wał datę i uświa­do­mił sobie, że za sześć dni miał skoń­czyć sie­dem­dzie­siąt dwa lata. 

 

Pew­ne­go paź­dzier­ni­ko­we­go ranka Hen­ryk wy­siadł z po­cią­gu na dwor­cu w Ka­to­wi­cach. Świa­do­mość, że to wła­śnie tu pro­wa­dził ostat­ni trop, do­da­wa­ła mu sił, ale też na­pa­wa­ła nie­po­ko­jem. Co, jeśli bę­dzie fał­szy­wy. Ostat­nie dwa lata spę­dził na po­szu­ki­wa­niach. Po­świę­cił dom, pracę na uczel­ni i god­ność, wy­bie­ra­jąc życie osoby bez­dom­nej, by od­zy­skać skra­dzio­ne mu książ­ki. Ale przede wszyst­kim chciał jesz­cze raz spoj­rzeć w oczy oso­bie, która go zdra­dzi­ła. 

W czar­nej sa­szet­ce nosił całe dawne życie. Do­ku­men­ty, kartę do ban­ko­ma­tu, klu­cze do miesz­ka­nia. Nie ko­rzy­stał z nich, żeby nie po­zo­sta­wić śla­dów. Wło­żył rękę do kie­sze­ni pu­cho­wej kurt­ki i prze­je­chał pal­cem po zim­nej stali P-64. Dotyk broni za­wsze do­da­wał mu sił. Przy­po­mi­nał, że musi wy­trwać. 

Hen­ryk wie­dział, że Klim­czak uczy hi­sto­rii w li­ce­ach. Po­zo­sta­wa­ło tylko usta­lić, w któ­rym mie­ście.

W pierw­szych dniach wy­brał kilku z miej­sco­wych bez­dom­nych, upew­niw­szy się, że nie są nie­bez­piecz­ni. Gdy usie­dli przy ogni­sku, roz­pa­lo­nym pod wia­duk­tem, Hen­ryk wy­cią­gnął wódkę, by uzy­skać w za­mian in­for­ma­cje o oko­li­cy. Szyb­ko do­wie­dział się, gdzie może li­czyć na go­ści­nę, a gdzie le­piej nie za­glą­dać, gdzie zdo­być po­ży­wie­nie, a gdzie de­sty­lat. 

No­co­wał w Ka­to­wi­cach. Było tu sporo po­dob­nych mu ludzi, tych wy­rzu­co­nych poza mar­gi­nes spo­łe­czeń­stwa. Cza­sem po­szu­ki­wa­nia zmu­sza­ły go, by zo­stał dłuż­szy czas w są­sied­nich mia­stach. Osta­tecz­nie jed­nak za­wsze wra­cał do Ka­to­wic, gdzie skru­pu­lat­nie wy­kre­ślał z listy ko­lej­ne szko­ły i pla­no­wał ko­lej­ne wy­pa­dy.

Po dwóch mie­sią­cach Hen­ryk znał już każdy kąt w aglo­me­ra­cji. Wtedy do­pa­dło go znu­że­nie tu­łacz­ką i bra­kiem efek­tów. Prze­by­wał w Cho­rzo­wie, ostat­nim mie­ście, któ­re­go jesz­cze nie spraw­dził. W ru­inach sta­rej huty, przy nie­wiel­kim ogni­sku, wy­kre­ślał ko­lej­ną szko­łę z listy. Za­pa­dła noc, a Hen­ryk prze­glą­dał wszyst­kie za­pi­ski, jesz­cze z lat pro­fe­sor­skich i do­szedł do wnio­sku, że już nigdy nie od­zy­ska ksią­żek, a co za tym idzie, nigdy już nie wróci do badań. Zmę­czo­ny po­szu­ki­wa­nia­mi, po­sta­no­wił udać się w ostat­nią po­dróż, by od­kryć naj­więk­szą z nie­wia­do­mych.

 

Hu­bert – środa 

 

Byłem strasz­nie za­wie­dzio­ny tym, jak nie­efek­tyw­ne są spo­łecz­nie ak­cep­to­wa­ne środ­ki przy­mu­su. Po­sta­no­wi­łem więc prze­my­śleć całą sy­tu­ację, de­gu­stu­jąc za­war­tość barku. Obu­dzi­łem się na­stęp­ne­go dnia, od­czu­wa­jąc skut­ki tej de­gu­sta­cji. Otwo­rzy­łem oczy i z przy­kro­ścią stwier­dzi­łem, że za­sną­łem w fo­te­lu, nawet nie pa­mię­ta­jąc o ścią­gnię­ciu kurt­ki. Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa i zaj­rza­łem do in­ter­ne­tu.

Na stro­nie in­ter­ne­to­wej wid­niał na­głó­wek: “Trwa­ją po­szu­ki­wa­nia na­uczy­cie­la i ucznia”. Po­my­śla­łem, że dla psiar­ni oj­czym i były ska­za­niec byłby aż nadto ku­szą­cym po­dej­rza­nym w tej spra­wie. Mimo to po­sta­no­wi­łem dzia­łać i tym razem przy­ci­snąć chło­pa­ków. 

Za­czą­łem od Ro­ber­ta. Na miej­scu do­mo­fon ode­bra­ła matka chło­pa­ka. Za­py­ta­łem o ko­le­gę Mi­cha­ła. W od­po­wie­dzi usły­sza­łem, że jest chory. Po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, jak bar­dzo. 

Zna­la­złem nie­wiel­ką knajp­kę na­prze­ciw­ko. Za­ją­łem miej­sce z do­brym wi­do­kiem na wej­ście do bloku.

Je­dząc obiad, zaj­rza­łem do in­ter­ne­tu w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji o Klim­cza­ku. Na­uczy­ciel nie lubił się uze­wnętrz­niać. Nie zna­la­złem żad­nej wzmian­ki o nim na naj­po­pu­lar­niej­szych por­ta­lach do spo­łecz­nie ak­cep­to­wal­ne­go eks­hi­bi­cjo­ni­zmu. 

Odło­ży­łem te­le­fon na sto­lik. Wtedy do­strze­głem Ro­ber­ta wy­cho­dzą­ce­go z klat­ki. 

Po­cze­ka­łem chwi­lę, nie­pew­ny, co robić dalej. Zde­cy­do­wa­łem, że pójdę za chło­pa­kiem. Skrę­cił mię­dzy blo­ka­mi w stro­nę parku, dalej tu­ne­lem pod trasą szyb­kie­go ruchu, do sta­dio­nu. Tam Ro­bert ru­szył na as­fal­to­wą drogę, pro­wa­dzą­cą nad staw oto­czo­ny knajp­ka­mi i bud­ka­mi z je­dze­niem. Było tu znacz­nie ja­śniej, a ko­lo­ro­we świa­tła barów tro­chę oży­wia­ły po­nu­ry, je­sien­ny kra­jo­braz. 

Pod jedną z budek za­uwa­ży­łem Ste­fa­na. Gdy mnie spo­strzegł, za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Wy­cią­gną­łem pacz­kę i pod­sze­dłem do chło­pa­ków. Do­pie­ro wtedy Ro­bert zdał sobie spra­wę z mojej obec­no­ści.

– Czego chcesz? – wark­nął. 

– Po­roz­ma­wiać, z tobą i Ste­fa­nem.

– Czemu niby mie­li­by­śmy chcieć z tobą roz­ma­wiać? 

 Ola­łem bez­czel­ną od­zyw­kę i po­wie­dzia­łem do Ste­fa­na: 

– Witaj. – Wy­cią­gną­łem mu pa­pie­ro­sa z ust, żeby od­pa­lić wła­sne­go. – Pięk­ny wie­czór na prze­chadz­kę.

– Mu­siał śle­dzić mnie od domu – po­wie­dział Ro­bert, gdy Ste­fan spoj­rzał na niego py­ta­ją­co.

– Zga­dza się – po­twier­dzi­łem, od­da­jąc pa­pie­ro­sa Ste­fa­no­wi.

– Co my teraz zro­bi­my, Ste­fan? – roz­hi­ste­ry­zo­wał się nagle Ro­bert. 

– Naj­le­piej bę­dzie, jak po­wie­cie mi, gdzie jest Mi­chał – po­wie­dzia­łem, ob­ser­wu­jąc, jak wy­mie­nia­ją szyb­kie spoj­rze­nia. – Dobra, ko­niec tej za­ba­wy, mów­cie, co jest grane, to może będę mógł wam pomóc. 

– Mó­wi­łem ci, że nie masz po­ję­cia, co się dzie­je i nasze wy­ja­śnie­nia tego nie zmie­nią – po­wie­dział Ro­bert.

Mia­łem już dość tego płacz­li­we­go gnoj­ka, chcia­łem go przy­ci­snąć, ale Ste­fan mnie uprze­dził. 

– Nie­ko­niecz­nie – po­wie­dział, wi­dząc, że tracę cier­pli­wość. – Mo­że­my spraw­dzić ma­ga­zyn. 

– Nie, nie pójdę tam, nie dam rady – za­kwi­lił Ro­bert, ła­piąc się za głowę. 

– Spójrz, co mi wy­słał.

Ste­fan wy­cią­gnął te­le­fon z kie­sze­ni i przy­sta­wił do twa­rzy ko­le­gi, spoj­rza­łem przez ramię Ro­ber­ta. To był SMS od Mi­cha­ła, o tre­ści “86”. Ro­bert pa­trzył tępo na cyfry, w końcu po­trzą­snął głową. 

– Nie dam rady – za­łkał. 

– On z nami bę­dzie. – Ste­fan wska­zał na mnie i upew­nił się. – Pój­dzie pan z nami? 

– Pójdę – po­wie­dzia­łem bez chwi­li wa­ha­nia. 

– A jeśli on tam bę­dzie? – Nie dawał się prze­ko­nać Ro­bert. 

– Klim­czak? – za­py­ta­łem.

Na dźwięk na­zwi­ska Ro­bert wbił wzrok w zie­mię. Ste­fan po­ki­wał tylko twier­dzą­co głową. Roz­pią­łem kurt­kę i po­ka­za­łem im broń.

– No już, dzie­cia­ku, weź się w garść.

Po­kle­pa­łem chło­pa­ka po ple­cach. Wziął głę­bo­ki wdech i chyba się nieco uspo­ko­ił. 

– Ro­bert, ty mia­łeś klu­cze do ma­ga­zy­nu – stwier­dził Ste­fan.

Ro­bert przy­tak­nął.

 

Po­pro­wa­dzi­li mnie przez za­ro­śnię­tą część parku z gęsto po­sa­dzo­ny­mi drze­wa­mi. 

Wy­szli­śmy na bru­ko­wa­ną alej­kę, do­cho­dzą­cą do trasy szyb­kie­go ruchu. 

Za­py­ta­łem, czy długo bę­dzie­my tak cho­dzić po nocy, a Ste­fan wska­zał mi kom­pleks hal, ma­ga­zy­nów i biur po dru­giej stro­nie ulicy. Były to po­zo­sta­ło­ści po hucie, któ­rej szkie­let stra­szył w od­da­li. 

Teren był ogro­dzo­ny, a w małej budce wa­ro­wał stróż. Śmier­dział kawą i tanim ty­to­niem. Po­pro­sił Ro­ber­ta o wpis do ze­szy­tu i wpu­ścił nas na teren. Szli­śmy, mi­ja­jąc ko­lej­ne bu­dyn­ki. Gdzie­nie­gdzie stały stare wózki wi­dło­we, pod­kła­dy ko­le­jo­we, oraz kon­te­ne­ry po­kry­te rdzą. 

– To tutaj – po­wie­dział Ste­fan.

Za­trzy­ma­li­śmy się przed po­dłuż­nym, pię­tro­wym bu­dyn­kiem. Ro­bert pod­szedł do drzwi po roz­sy­pu­ją­cych się ka­mien­nych scho­dach. Wy­cią­gnął klucz i umie­ścił w zamku, który do­pie­ro po chwi­li pu­ścił. 

W środ­ku było ciem­no, Ste­fan wy­ma­cał skrzyn­kę z bez­piecz­ni­ka­mi i do­krę­cił jeden z nich. Ro­bert ob­ro­to­wym, czar­nym prze­łącz­ni­kiem, włą­czył świa­tło. Stare ja­rze­niów­ki za­trzesz­cza­ły, za­mi­go­ta­ły i część z nich się roz­świe­tli­ła, po­zo­sta­łe mi­ga­ły nie­zde­cy­do­wa­nie. Ko­ry­tarz za­la­ło białe nie­przy­jem­ne świa­tło, ko­ja­rzą­ce się ze szpi­ta­lem. Nieco dalej przed nami były me­ta­lo­we scho­dy, pro­wa­dzą­ce na pię­tro. Ko­ry­tarz koń­czył się nie­wiel­kim oknem. Nic poza tym, tylko ścia­ny po­kry­te ple­śnią i od­pa­da­ją­cym tyn­kiem. Wsze­dłem po scho­dach. W po­ło­wie drogi obej­rza­łem się na chło­pa­ków, sto­ją­cych jak za­mu­ro­wa­ni.

Usia­dłem na stop­niu i po­wie­dzia­łem:

– Nie wiem, co Klim­czak wam zro­bił, ale ze mną je­ste­ście bez­piecz­ni, obro­nię was. 

Pa­trzy­li wy­stra­sze­ni, a na dźwięk imie­nia na­uczy­cie­la Ro­bert drgnął.

 – Pa­mię­taj­cie, że trze­ba pomóc Mi­cha­ło­wi. Znaj­dę go tam na górze? – Mil­cze­li. – A znaj­dę coś, co po­mo­że mi go od­na­leźć? 

– Tak, tam po­win­no coś być. – Ste­fan zła­pał Ro­ber­ta za rękę i po­cią­gnął w górę scho­dów. 

Wsta­łem i we­szli­śmy na pię­tro. Był tam krót­ki ko­ry­tarz z me­ta­lo­wy­mi drzwia­mi. Pod­sze­dłem i zła­pa­łem klam­kę. Drzwi ustą­pi­ły z ci­chym trza­skiem. Po­czu­łem za­pach to­pio­ne­go wosku. W środ­ku pa­no­wał pół­mrok. Świa­tło la­tar­ni pa­da­ło tylko przez nie­wiel­kie okno na drew­nia­ny stół.

– Włącz­nik jest po lewej – po­wie­dział Ste­fan. 

Za­pa­li­łem świa­tło, ja­rze­niów­ki za­sy­cza­ły, za­mi­go­ta­ły, w końcu się za­pa­li­ły. W po­miesz­cze­niu usta­wio­no pod ścia­na­mi re­ga­ły. Jeden za­wa­lo­ny był książ­ka­mi, a drugi ozdo­ba­mi i gli­nia­ny­mi na­czy­nia­mi. 

Na pod­ło­dze roz­ło­żo­no po­dusz­ki do­oko­ła dużej ta­bli­cy. Wsze­dłem do środ­ka. Ste­fan od razu pod­szedł do re­ga­łu z książ­ka­mi. Ro­bert stał przy drzwiach, spo­glą­da­jąc na po­miesz­cze­nie roz­bie­ga­nym wzro­kiem. Ta­bli­ca była czę­ścio­wo star­ta, ale ry­su­nek na niej przy­po­mi­nał jakąś fi­gu­rę geo­me­trycz­ną, był też frag­ment tek­stu, zdaje się po arab­sku. Pod­sze­dłem do re­ga­łu z ozdo­ba­mi. Były tam gli­nia­ne miski i flasz­ki. W nie­któ­rych znaj­do­wał się ko­lo­ro­wy pia­sek. Pod­nio­słem tę z gwiaz­dą wy­ma­lo­wa­ną na ety­kie­cie. Po­trzą­sną­łem nią, a w środ­ku jakiś płyn za­chlu­po­tał. W kilku na­czy­niach le­ża­ły za­su­szo­ne ro­śli­ny o dziw­nym za­pa­chu. Fi­gur­ki przed­sta­wia­ły prze­waż­nie nie­kom­plet­ne po­sta­ci, na­gich ko­biet lub męż­czyzn, nie­któ­rym bra­ko­wa­ło głów, innym koń­czyn. 

– Co wy tu ro­bi­li­ście? – za­py­ta­łem. 

– Nie ma jej – po­wie­dział Ste­fan.

– Wtedy Klim­czak nie brał jej ze sobą – wy­ją­kał Ro­bert. 

– Wiem! Więc kto ją za­brał?! – Ste­fan spoj­rzał na Ro­ber­ta. – Mi­chał? 

– Bez ibin-kusch? Na nic by mu się nie przy­da­ła – od­po­wie­dział Ro­bert.

Ste­fan przej­rzał le­żą­ce na stole pa­pie­ry, a na­stęp­nie sta­nął obok mnie i zaj­rzał do na­czyń. Spraw­dzał każde po kolei, w końcu pod­niósł jedno i pod­szedł z nim do Ro­ber­ta. 

– Zo­bacz. – Po­ka­zał mu za­war­tość. 

– Zro­bił to – wy­szep­tał ledwo sły­szal­nie Ro­bert. 

– Podaj mi jakąś kart­kę – po­wie­dział Ste­fan. 

– Nie wejdę tam. – Ro­bert chwy­cił się fra­mu­gi, jakby oba­wiał się, że przy­ja­ciel wcią­gnie go do środ­ka. 

– Daj mi tę cho­ler­ną kartę! – wrza­snął na niego Ste­fan, tak nie­spo­dzie­wa­nie, że aż się wzdry­gną­łem. 

– Nie. 

– Cze­kaj – po­wie­dzia­łem i ścią­gną­łem jakiś pa­pier ze stołu.

Pod­sze­dłem do Ste­fa­na. 

– Niech pan ze­gnie – po­pro­sił. Ste­fan prze­sy­pał nie­bie­ski pro­szek i ostroż­nie za­wi­nął go w pa­pier. 

– To jakiś nar­ko­tyk? – za­py­ta­łem, gdy chło­pak po­ło­żył mi na dłoni za­wi­niąt­ko. 

– Nie – po­wie­dział Ste­fan. – Pro­szę to do­brze scho­wać. 

– Po co? 

– Może być po­trzeb­ne – po­wie­dział po­waż­nie. 

– To po to mnie tu ścią­gnę­li­ście?

– Nie po to, po coś in­ne­go, ale Mi­chał mu­siał to za­brać. 

– Dobra, ko­niec tego pie­prze­nia – po­wie­dzia­łem, ła­piąc Ste­fa­na za koł­nierz kurt­ki i po­trzą­sną­łem nim kilka razy. – Gdzie on jest? Gdzie jest mój pa­sierb? 

Ste­fan spoj­rzał znów na Ro­ber­ta. 

– Nie patrz na niego, tylko na mnie, i mów, gdzie on jest? – wark­ną­łem. 

– Ro­bert? – Ste­fan zwró­cił się do przy­ja­cie­la, pa­trząc mi w oczy. – Mi­chał znał wzór, wie­dział jak go od­two­rzyć? 

– Nie, na pewno nie – od­po­wie­dział Ro­bert. 

– To w takim razie Mi­chał może być tylko w jed­nym miej­scu. 

– Nie mów mu – jęk­nął Ro­bert. 

– A mamy inne wyj­ście? – za­py­tał Ste­fan, wciąż pa­trząc mi w oczy.

– Nie. Nie wiem… – po­wie­dział Ro­bert i urwał, jakby się za­dła­wił. 

– Wie pan, gdzie jest stara hur­tow­nia her­ba­ty? – za­py­tał mnie Ste­fan.

– Wiem, to nie­da­le­ko stąd, koło dwor­ca – po­wie­dzia­łem. 

Wtedy Ro­bert wrza­snął:

– Nie! 

– Na trze­cim pię­trze, na ścia­nie od stro­ny scho­dów – mówił dalej Ste­fan. – Ktoś na­ma­lo­wał swa­sty­kę czer­wo­ną farbą. W ścia­nie bra­ku­je dwóch ce­gieł, w ich miej­scu po­win­na być usta­wio­na ka­me­ra. 

– Nieee! – wrza­snął Ro­bert i rzu­cił się do scho­dów.

Do­pie­ro wtedy zro­zu­mia­łem, że on nie krzy­czał do nas. 

Ob­ró­ci­łem się do okna. W pra­wym gór­nym rogu za­uwa­ży­łem twarz o sinym ko­lo­rze, jak u wi­siel­ca. O by­strych oczach z prze­krwio­ny­mi biał­ka­mi. Nie miały tę­czó­wek, tylko wiel­kie czar­ne źre­ni­ce. Po­ru­sza­ły się szyb­ko, wo­dząc wzro­kiem po wnę­trzu po­miesz­cze­nia. Spo­glą­da­jąc to na mnie, to na Ste­fa­na. Te oczy, ich ruch – nie miały w sobie nic ludz­kie­go, przy­po­mi­nał ra­czej spoj­rze­nie owada. Pu­ści­łem dzie­cia­ka i cof­ną­łem się, wpa­da­jąc na fra­mu­gę. Ste­fan rzu­cił się w stro­nę scho­dów. Wtedy głowa znik­nę­ła za ścia­ną.

Sta­łem osłu­pia­ły, nie mogąc dojść do sie­bie, oprzy­tom­nia­łem, do­pie­ro gdy drzwi wej­ścio­we trza­snę­ły z hu­kiem. Zbie­głem po scho­dach i wy­pa­dłem na ze­wnątrz. Doj­rza­łem obu li­ce­ali­stów, jak bie­gli w stro­nę stró­żów­ki. Wy­cią­gną­łem broń i za­czą­łem po­ma­łu ob­cho­dzić bu­dy­nek, idąc wzdłuż ścia­ny. Do­tar­łem do rogu szyb­ciej, niż bym sobie tego ży­czył. Sta­łem chwi­lę, wstrzy­mu­jąc od­dech. A gdy ze­bra­łem się na od­wa­gę, wy­sko­czy­łem na tył bu­dyn­ku, nie­pew­ny, czy ce­lo­wać przed sie­bie, czy w górę. Ni­ko­go jed­nak nie było. Spoj­rza­łem w stro­nę pierw­sze­go pię­tra. Okno znaj­do­wa­ło się ja­kieś trzy do czte­rech me­trów nade mną, a ścia­na była cał­kiem gład­ka. Nie było nawet pa­ra­pe­tów, po któ­rych można by się wspiąć. Wy­sze­dłem zza bu­dyn­ku i ru­szy­łem w stro­nę stró­żów­ki. W gło­wie ko­tło­wa­ły mi się myśli. Jedno było pewne. Wie­dzia­łem, gdzie szu­kać Mi­cha­ła i jeśli mia­łem go od­na­leźć, to po­wi­nie­nem zro­bić to jesz­cze tego wie­czo­ru.

 

Mając park i ulicę po lewej, ru­szy­łem chod­ni­kiem wzdłuż siat­ki od­gra­dza­ją­cej po­zo­sta­ło­ści po hucie. Idąc, od­czu­wa­łem na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój. La­tar­nie mi­go­ta­ły lub gasły nagle, gdy pod nimi prze­cho­dzi­łem, by za­pa­lić się znów za moim ple­ca­mi. Oprócz szumu wia­tru i mżaw­ki to­wa­rzy­szy­ło mi je­dy­nie brzę­cze­nie sta­rej in­sta­la­cji, ja­kimś cudem nadal do­pro­wa­dza­ją­cej prąd do zde­ze­lo­wa­nych la­tar­ni, za­le­wa­ją­cych chod­nik po­ma­rań­czo­wym świa­tłem. Wy­da­wa­ło mi się, że zo­sta­łem ostat­nim czło­wie­kiem w tym in­du­strial­nym ru­mo­wi­sku. Zer­ka­jąc z ukosa przez siat­kę, w ciem­no­ści, każdy cień przy­pra­wiał mnie o szyb­sze bicie serca.

Do­tar­łem do skrzy­żo­wa­nia. Na drugą stro­nę pro­wa­dzi­ło przej­ście pod­ziem­ne. Zsze­dłem po śli­skich, wy­tar­tych scho­dach i czym prę­dzej prze­do­sta­łem się przez śmier­dzą­cy mo­czem tunel. Skrę­ci­łem w lewo i chod­ni­kiem po­sze­dłem w stro­nę wia­duk­tu bie­gną­ce­go nad sta­rym dwor­cem. 

 Za­dzwo­ni­łem do An­gli­ka.

– Wiem, gdzie jest Mi­chał – po­wie­dzia­łem na­tych­miast, gdy ode­brał. 

– Za­mie­niam się w słuch. 

 – Wiesz, gdzie jest stara hur­tow­nia her­ba­ty, obok dwor­ca? – za­py­ta­łem. 

– Wiem, już tam jadę – po­wie­dział i się roz­łą­czył. 

 

Zbli­ża­łem się po­ma­łu do hur­tow­ni. Na prawo od niej był kom­pleks roz­pa­da­ją­cych się ce­gla­nych bu­dyn­ków. Sta­rej ma­sar­ni i przy­le­głej do niej mle­czar­ni. Za tym wszyst­kim lśni­ły świa­tła biu­row­ców z od­le­głe­go cen­trum. Bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­na część Cho­rzo­wa, nawet tu, gdzie lu­dzie żyli wspo­mnie­nia­mi o hu­tach i ko­pal­niach, da­wa­ła znać o sobie. Przy­po­mi­na­jąc, że roz­ra­sta­ją­ce się cen­trum, ni­czym no­wo­twór, wkrót­ce zaj­mie i te re­jo­ny.

Sta­ną­łem przy wia­duk­cie, pa­trząc na to­ro­wi­sko, wa­go­ny i ster­ty pod­kła­dów ko­le­jo­wych. Po chwi­li przy­je­chał An­glik, gdy wy­siadł z wozu, za­py­tał: 

– To tu? – Po­pa­trzył zdzi­wio­ny na bu­dy­nek. 

– Tak.

– Nie masz serca, że ka­żesz mi łazić po ta­kiej ru­inie. 

– Mam serce, ale od­po­wia­da tylko i wy­łącz­nie za pom­po­wa­nie krwi. 

An­glik przyj­rzał się kry­tycz­nie wej­ściu, które za­bi­to de­ska­mi.

 – Ale tędy nie wej­dzie­my, może uda się przez rzeź­nię – za­pro­po­no­wał. 

Po­szli­śmy w stro­nę ce­gla­ne­go muru. Szyb­ko na­tra­fi­li­śmy na wyrwę i prze­do­sta­li­śmy się na teren rzeź­ni, skąd we­szli­śmy do hur­tow­ni. 

Okna były po­wy­bi­ja­ne, wszę­dzie le­ża­ły ster­ty złomu, ce­gieł, gruzu i in­nych śmie­ci. Za­pa­li­li­śmy la­tar­ki w te­le­fo­nach.

Śmier­dzą­cy stę­chli­zną ko­ry­tarz pro­wa­dził do licz­nych po­miesz­czeń i jed­nej z dwóch kla­tek scho­do­wych, miesz­czą­cych się po obu stro­nach bu­dyn­ku. An­glik za­uwa­żył, że prze­szu­ka­nie ca­ło­ści zaj­mie nam przy­naj­mniej go­dzi­nę, więc się roz­dzie­li­li­śmy.

Weber po­szedł spraw­dzić par­ter, a ja ru­szy­łem od razu na trze­cie pię­tro. Fak­tycz­nie swa­sty­ka była nie do prze­ga­pie­nia, ktoś wło­żył w jej na­ma­lo­wa­nie dużo serca i jesz­cze wię­cej sprayu. Od­na­la­złem rów­nież ka­me­rę w miej­scu bra­ku­ją­cych ce­gieł. Scho­wa­łem ją do kie­sze­ni kurt­ki i wsze­dłem do po­miesz­cze­nia, w któ­re­go kie­run­ku był zwró­co­ny obiek­tyw. Było puste, nie li­cząc wa­la­ją­cych się pu­szek, po­tłu­czo­ne­go szkła i kar­to­nów, nic wię­cej. Po­miesz­cze­nie miało dwa przej­ścia do ko­lej­nych wnętrz i ko­ry­ta­rza. Z okien po­zba­wio­nych szyb roz­ta­czał się cał­kiem ładny widok na oświe­tlo­ne cen­trum. 

Wo­dząc świa­tłem la­tar­ki po pod­ło­dze, pró­bo­wa­łem od­na­leźć jakiś trop. Nic nie zwró­ci­ło mojej uwagi, zre­zy­gno­wa­ny się­gną­łem po ka­me­rę i spraw­dzi­łem pliki. Były dwa, zde­cy­do­wa­łem się na ten krót­szy na­gra­ny w so­bo­tę. 

Na po­cząt­ku ekran wy­peł­ni­ła twarz Mi­cha­ła. Dzie­ciak od­szedł od obiek­ty­wu, wi­dzia­łem je­dy­nie jego kształt, krę­cą­cy się chwi­lę na środ­ku po­miesz­cze­nia. Po­świe­ci­łem la­tar­ką w to samo miej­sce, le­ża­ły tam kar­to­ny. 

Na fil­mie Mi­chał sta­nął przy oknie, mniej wię­cej w tym samym miej­scu, w któ­rym i ja sta­łem. Świa­tło wpa­da­ją­ce z ze­wnątrz nieco oświe­tla­ło jego niską po­stać. Sta­ran­nie przy­cię­te, ucze­sa­ne włosy i po­waż­ną twarz, o za­cię­tym wy­ra­zie. Trzy­mał książ­kę. Otwo­rzył ją i chwi­lę wer­to­wał stro­ny, na­stęp­nie za­czął czy­tać. Pod­gło­śni­łem na­gra­nie. We wnę­trzu jego głos wy­raź­nie się roz­no­sił, od­bi­ja­jąc echem po pu­sto­sta­nie. Mówił w obcym ję­zy­ku. Chyba po arab­sku.

Przez ko­lej­ne pięt­na­ście minut na­gra­nia nic się nie dzia­ło. Mi­chał wciąż po­wta­rzał ten sam tekst, z wy­ra­zem naj­więk­sze­go sku­pie­nia na twa­rzy, a słowa wy­po­wia­dał płyn­nie, jakby znał język lub na­uczył się tek­stu na pa­mięć. W pew­nym mo­men­cie Mi­chał wy­raź­nie spoj­rzał w stro­nę klat­ki scho­do­wej. Dzie­ciak za­czął po­śpiesz­nie wer­to­wać stro­ny. Za­trzy­mał się i za­czął czy­tać. Pew­ność w jego gło­sie znik­nę­ła. 

Za­uwa­ży­łem, że spo­glą­dał na kogoś sto­ją­ce­go w wej­ściu do po­miesz­cze­nia, tuż za obiek­ty­wem ka­me­ry. Ciem­ny kształt mi­gnął w ka­drze. Ale byłem pe­wien, że to męż­czy­zny w płasz­czu. Sta­nął w dru­gim końcu po­miesz­cze­nia na­prze­ciw­ko chło­pa­ka. Mi­chał nie spusz­czał go z oczu. W jego gło­sie było sły­chać na­ra­sta­ją­ce prze­ję­cie. Po­stać cho­dzi­ła nie­spo­koj­nie, prze­miesz­cza­jąc się wzdłuż prze­ciw­le­głej ścia­ny. Mi­chał pa­trzył za nią, jakby ce­lo­wał w in­tru­za wy­po­wia­da­ny­mi sło­wa­mi. Po­stać sta­nę­ła nagle. Od­nio­słem wra­że­nie, że coś się stało, coś, czego nie wy­chwy­ci­łem na na­gra­niu. Za­jąk­nął się, raz, potem drugi i w końcu ucichł. Coś jed­nak było sły­chać. Przy­sta­wi­łem gło­śnik ka­me­ry do ucha. Mi­chał łkał. Wi­dzia­łem, jak pró­bu­je za­czerp­nąć tchu, gdy prze­ra­że­nie chwy­ci­ło go za gar­dło. 

Po­stać stała nie­ru­cho­mo. Nie­mal zle­wa­jąc się z ciem­no­ścią. Mi­chał uniósł prawą rękę. Do­strze­głem, że trzy­ma coś w za­ci­śnię­tej pię­ści, jakby chciał po­gro­zić in­tru­zo­wi. Po­stać ru­szy­ła w jego kie­run­ku. Mi­chał roz­warł pięść, coś upa­dło na pod­ło­gę. Chło­pak rzu­cił się w stro­nę są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia. Męż­czy­zna pa­trzył za bie­gną­cym Mi­cha­łem. W pierw­szej chwi­li wy­glą­dał, jakby w ogóle nie miał za­mia­ru go gonić. Wtedy syl­wet­ka zwró­ci­ła się w stro­nę ka­me­ry. Twarz była skry­ta w cie­niu, a mimo to byłem prze­ko­na­ny, że pa­trzy w obiek­tyw. Ręce za­czę­ły mi drżeć, gdy uświa­do­mi­łem sobie, jak bar­dzo się my­li­łem. On nie pa­trzył na ka­me­rę, lecz przez nią, wprost na mnie. 

W jed­nej chwi­li wy­łą­czy­łem urzą­dze­nie. Zo­rien­to­wa­łem się, że pa­trzę do­kład­nie w miej­sce, w któ­rym stał męż­czy­zna w płasz­czu. Wciąż czu­łem na sobie spoj­rze­nie, nie­mal na­ma­cal­ne, jakby mnie do­ty­kał, wzdłuż ca­łe­go ciała, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, pe­ne­tru­jąc każdą część. Prze­ni­kał po­ma­łu, głę­biej do środ­ka. Upu­ści­łem ka­me­rę. Ude­rzy­ła o pod­ło­gę z ci­chym trza­skiem. Trzę­są­cy­mi dłoń­mi się­gną­łem do kie­sze­ni kurt­ki i wy­cią­gną­łem pacz­kę pa­pie­ro­sów. Za­pa­li­łem, całą uwagę sku­pia­jąc na wy­pusz­cza­nym dymie. Gdy byłem w po­ło­wie pa­pie­ro­sa, wra­że­nie mi­nę­ło. Nie­do­pa­łek wy­rzu­ci­łem przez strza­ska­ne okno. Ode­tchną­łem i pod­nio­słem ka­me­rę. Wtedy do­strze­głem na pod­ło­dze nie­bie­ski pro­szek pod urzą­dze­niem. Wy­da­wał się taki sam, jak ten, który wci­snął mi do kie­sze­ni kurt­ki Ste­fan. Po­świe­ci­łem la­tar­ką, w stro­nę, w którą po­biegł Mi­chał. 

Po­sze­dłem do przej­ścia, wo­dząc świa­tłem po ziemi i po chwi­li do­strze­głem ślad prze­cią­gnię­ty wraz z ku­rzem i gru­zem po pod­ło­dze. Nieco dalej le­ża­ła książ­ka Mi­cha­ła, a obok niej wy­raź­nie od­ci­śnię­te ślady bo­sych stóp. Po­świe­ci­łem wokół, ale nie zna­la­złem ni­cze­go, co by wska­zy­wa­ło na to, że ten, kto je zo­sta­wił, po­szedł gdzieś dalej. Jakby już nie ru­szył z miej­sca. Nagle po­czu­łem su­chość w gar­dle i od­ru­cho­wo skie­ro­wa­łem stru­mień la­tar­ki na sufit. Pa­trzy­łem chwi­lę, pró­bu­jąc od­go­nić myśl o peł­za­ją­cym po nim męż­czyź­nie.

Pod­nio­słem książ­kę, była cięż­ka, choć nie­wiel­kich roz­mia­rów, opra­wio­na w grubą skórę, za­bar­wio­ną na ciem­ny brąz. Zaj­rza­łem do środ­ka. Stro­ny za­pi­sa­no od­ręcz­nie nie­bie­skim atra­men­tem, w al­fa­be­cie ła­ciń­skim, jed­nak nic nie ro­zu­mia­łem z ję­zy­ka, w któ­rym były pro­wa­dzo­ne no­tat­ki. Scho­wa­łem książ­kę do we­wnętrz­nej kie­sze­ni kurt­ki, wtedy za­dzwo­nił te­le­fon. To był An­glik.

– Zna­la­złem go – po­wie­dział.

Zsze­dłem na pierw­sze pię­tro, krą­ży­łem chwi­lę po po­miesz­cze­niach, do chwi­li, gdy zna­la­złem An­gli­ka, sto­ją­ce­go obok szybu windy. Pod­sze­dłem do niego i spoj­rza­łem w dół. Mi­chał leżał na ple­cach i wy­glą­dał­by, jakby od­po­czy­wał, gdyby nie nie­na­tu­ral­nie skrę­co­na głowa i przy­pra­wia­ją­cy o mdło­ści guz na szyi, w miej­scu, gdzie kręgi nie­omal prze­bi­ły skórę. 

– Spójrz na to – po­wie­dział An­glik i po­pro­wa­dził mnie nieco dalej, oświe­tla­jąc dziu­rę w su­fi­cie.

Na­stęp­nie skie­ro­wał stru­mień la­tar­ki na ślady krwi, cią­gną­ce się wraz z wy­tar­tym ku­rzem do szybu.

– Wy­glą­da na to, że chło­pak spadł tutaj z któ­re­goś z wyż­szych pię­ter – po­wie­dział An­glik.

– A potem do­czoł­gał się do szybu i znów spadł? – za­py­ta­łem przez za­ci­śnię­te zęby.

– Mało praw­do­po­dob­ne. – Weber zła­pał mnie za ramię i dodał. – Po­słu­chaj, za­dzwo­nię do tego kum­pla z do­cho­dze­nio­we­go, bę­dzie mi wdzięcz­ny za taki cynk, ale le­piej, by cię tu nie było, jak przy­ja­dą.

Wró­ci­łem do domu tram­wa­jem, wy­cią­gną­łem z barku wódkę i za­la­łem się w trupa.

 

Hu­bert – czwar­tek

 

Obu­dził mnie te­le­fon. Kac był nie­zno­śny, a re­wol­wer le­żą­cy obok flasz­ki bu­dził nie­po­kój – nie pa­mię­ta­łem, bym go wy­cią­gał.

Na sto­li­ku le­ża­ło za­wi­niąt­ko od Ste­fa­na, ka­me­ra i książ­ka. Wy­cią­gną­łem dłoń w stro­nę okład­ki i za­wa­ha­łem się, po­tar­łem nie­spo­koj­nie palce. Spraw­dzi­łem te­le­fon. Dwa­dzie­ścia jeden nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, w tym od An­gli­ka, matki Mi­cha­ła, ja­kie­goś nu­me­ru sta­cjo­nar­ne­go i ku­ra­to­ra. Do ni­ko­go z nich nie mia­łem ocho­ty od­dzwa­niać. Usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi. Otwar­łem je go­to­wy na każ­de­go, ale nie na Ste­fa­na.

– Zna­lazł pan? – za­py­tał od progu.

– Ka­me­rę i książ­kę – od­po­wie­dzia­łem.

– A…? – urwał.

– Tak. – Nie mu­sia­łem mówić nic wię­cej, zro­zu­miał.

– Po­mo­że mi pan?

– Tak, ale tylko, jeśli za­czniesz być ze mną szcze­ry.

Wszedł do miesz­ka­nia roz­trzę­sio­ny, więc na­la­łem mu kie­li­cha. Gdy usiadł w fo­te­lu, pod­nio­słem ka­me­rę i książ­kę.

– Zanim przej­dzie­my do tego – po­wie­dzia­łem. – Po­wiedz mi, gdzie jest Ro­bert?

– Jak zo­ba­czy­łem Klim­cza­ka, to spa­ni­ko­wa­łem. Do­pie­ro w parku za­czą­łem trzeź­wo my­śleć. Ro­ber­ta ni­g­dzie nie było. Po­my­śla­łem, że po­biegł do domu, więc po­sze­dłem na osie­dle… Nie­da­le­ko od przej­ścia pod­ziem­ne­go zo­ba­czy­łem ich.

Ste­fan urwał, a ja na­la­łem mu jesz­cze jed­ne­go, wypił i mówił dalej trzę­są­cym się gło­sem.

– To zna­czy Ro­ber­ta i Klim­cza­ka. Stali na chod­ni­ku. Ro­bert był… Nie wiem… Stał z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Klim­czak chwy­cił go za ramię. Po­pro­wa­dził jak bez­bron­ne dziec­ko. We­szli mię­dzy za­ro­śla. Było ciem­no i zu­peł­nie cicho. Cze­ka­łem… Po chwi­li zza krza­ków wy­szedł tylko Kilm­czak. Wtedy ucie­kłem. Nie wie­dzia­łem, co robić. Bałem się być sam, wsia­dłem do au­to­bu­su i przez resz­tę nocy jeź­dzi­łem, aż kie­row­ca zje­chał do za­jezd­ni. Stam­tąd przy­sze­dłem do pana.

– Skąd mia­łeś mój adres? – za­py­ta­łem.

– Byłem tu raz z Mi­cha­łem, po kilka dro­bia­zgów, jak pan sie­dział.

– Do­brze zro­bi­łeś, że przy­sze­dłeś. – Na­la­łem mu jesz­cze wódki. – Opo­wiedz mi teraz o Klim­cza­ku.

– Niech pan zro­zu­mie, to nie jest jego wina, przy­naj­mniej nie cał­kiem – za­czął Ste­fan. 

– Spo­koj­nie, po­ma­łu, od po­cząt­ku.

– W trze­ciej kla­sie za­czął uczyć nas hi­sto­rii. To nie był zwy­kły bel­fer, tylko na­praw­dę po­rząd­ny facet. Kazał mówić sobie po imie­niu i in­te­re­so­wał się tym, czym my. Kie­dyś po lek­cji za­pro­si­li­śmy go na grę fa­bu­lar­ną. 

Spoj­rzał na mnie, a ja przy­tak­ną­łem na znak, że ko­ja­rzę temat. 

– A on się zgo­dził – cią­gnął Ste­fan. – Po któ­rejś sesji za­gad­nął nas, czy chcie­li­by­śmy się cze­goś wię­cej do­wie­dzieć o hi­sto­rii magii. By­li­śmy za­chwy­ce­ni. Po­wie­dział, że nie mo­że­my o tym mówić na lek­cjach, ale za­pro­po­no­wał, że zor­ga­ni­zu­je do­dat­ko­we za­ję­cia, gdzie bę­dzie­my mogli grać i uczyć się o cie­kaw­szych frag­men­tach hi­sto­rii. Tak to na­zwał. Za­ła­twił nam miej­sce i dał klu­cze Ro­ber­to­wi i Mi­cha­ło­wi. Byli strasz­nie dumni, że to ich wy­brał. 

Wy­cią­gnął w moją stro­nę kie­li­szek. Na­la­łem mu. Wypił i po­wie­dział:

– Niech pan zo­ba­czy na­gra­nie, pro­szę. Ina­czej mi pan nie uwie­rzy.

Wzdry­gną­łem się na wspo­mnie­nie filmu z Mi­cha­łem. Dru­gie na­gra­nie było znacz­nie dłuż­sze. Pod­sze­dłem do te­le­wi­zo­ra i pod­łą­czy­łem ka­me­rę. 

– Pro­szę… za­cze­kać. – Ste­fan wstał i za­chwiał się. – Ja… ja nie mogę. 

– Jasne. – Po­da­łem mu bu­tel­kę. – Obok jest sy­pial­nia, prze­śpij się, obu­dzę cię póź­niej.

Do­pil­no­wa­łem, by tra­fił do łóżka, za­ło­ży­łem słu­chaw­ki i pu­ści­łem na­gra­nie. 

 

Hen­ryk 

 

Ruiny sta­rej rzeź­ni wy­da­ły się Hen­ry­ko­wi od­po­wied­nie na sa­mo­bój­stwo. Zjadł po­rząd­ny po­si­łek. Napił się nieco wódki i przy­go­to­wał pętlę ze zna­le­zio­ne­go prze­wo­du. Był gotów, gdy usły­szał roz­mo­wę. Dziw­nie zna­jo­my głos jed­ne­go z roz­mów­ców kazał mu scho­wać się za ścia­ną po­bli­skiej hur­tow­ni her­ba­ty i spraw­dzić czwór­kę prze­chod­niów. Szli żywo, pro­wa­dząc dys­ku­sję, wy­raź­nie pod­nie­ce­ni. Hen­ryk nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom. Było to jak urze­czy­wist­nie­nie naj­skryt­szych ma­rzeń. W to­wa­rzy­stwie trzech mło­dych chło­pa­ków szedł Klim­czak. Widmo prze­szło­ści Hen­ry­ka i przy­czy­na bez­dom­no­ści pro­fe­so­ra. Gdy cała czwór­ka we­szła na teren hur­tow­ni przez zruj­no­wa­ną rzeź­nię, Hen­ryk po­szedł za grupą. Za­trzy­ma­li się na trze­cim pię­trze. Hen­ryk ob­szedł po­miesz­cze­nie, ko­rzy­sta­jąc z klat­ki scho­do­wej po dru­giej stro­nie bu­dyn­ku i ukry­ty w mroku są­sied­nie­go wnę­trza ob­ser­wo­wał ich.

Dłu­go­wło­sy chło­pak usta­wiał ka­me­rę w miej­scu bra­ku­ją­cych ce­gieł w jed­nej z we­wnętrz­nych ścian. Dwóch po­zo­sta­łych za­mia­ta­ło pod­ło­gę. Klim­czak, w sza­rym płasz­czu, wer­to­wał stro­ny książ­ki opra­wio­nej w skórę. Hen­ryk nie spusz­czał jej z oczu. Po chwi­li był już pe­wien, ze nie jest to żaden z skra­dzio­nych mu eg­zem­pla­rzy. Kiedy pod­ło­ga zo­sta­ła uprząt­nię­ta, Klim­czak roz­dał resz­cie kart­ki. Chłop­cy czy­ta­li, wy­mie­nia­jąc się spo­strze­że­nia­mi co do wy­mo­wy po­szcze­gól­nych słów. Na­uczy­ciel wyjął czer­wo­ną kredę i za­czął kre­ślić na pod­ło­dze wzór, który od­ry­so­wy­wał z książ­ki.

Hen­ryk nad­sta­wił uszu. Po chwi­li był już pewny, że chłop­cy czy­ta­ją po arab­sku. Za­sta­no­wił się chwi­lę, tłu­ma­cząc w my­ślach nie­któ­re słowa i po­bladł. Były nie­po­ko­ją­ce, od­no­si­ły się do isto­ty na­zy­wa­nej ma­ri­dem, o któ­rej Hen­ryk nie­gdyś czy­tał. Klim­czak dał znać, że wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne. Roz­sta­wi­li świe­ce, za­pa­li­li je i zga­si­li la­tar­ki. Na­uczy­ciel ścią­gnął buty i skar­pet­ki, wy­po­wie­dział ja­kieś nie­zro­zu­mia­łe słowa, na­stęp­nie wszedł do wy­ry­so­wa­ne­go kręgu. Resz­ta sta­nę­ła wokół. Na znak Klim­cza­ka chłop­cy za­czę­li czy­tać z kar­tek.

Zro­bi­ło się bar­dzo cicho. Hen­ryk po­czuł się jak owad za­mknię­ty we­wnątrz szczel­nie za­krę­co­ne­go sło­ika. Słowa roz­brzmie­wa­ły w po­miesz­cze­niu i nagle ci­chły, jakby wpa­da­ły w ni­cość. Klim­czak czy­tał z książ­ki, a każde zda­nie wy­po­wia­dał z pasją godną wir­tu­ozów lub ma­la­rzy w trak­cie two­rze­nia, tak jak nie­gdyś, biła od niego pasja. Się­gnął lewą ręką do kie­sze­ni płasz­cza i wy­cią­gnął garść czer­wo­ne­go prosz­ku. Za­czął nim sypać, kre­śląc za­ci­śnię­tą pię­ścią w po­wie­trzu jakiś sym­bol. 

Zro­bi­ło się cie­pło i dusz­no, jakby pod słój, w któ­rym za­mknię­to Hen­ry­ka, ktoś pod­su­nął pło­mień świe­cy. Po­wie­trze we­wnątrz kręgu za­czę­ło gęst­nieć, a po­stać Klim­cza­ka się roz­my­ła. Hen­ryk do­strzegł wy­peł­nia­ją­cy wnę­trze kręgu cień. Nagle chło­pak o dłu­gich wło­sach umilkł, a za nim po­zo­sta­li. 

Hen­ryk do­brze za­pa­mię­tał tę chwi­lę. Mło­dzie­niec o ja­snych, za­cze­sa­nych wło­sach wrza­snął na tego, który umilkł, a w gło­sie miał strach zmie­sza­ny ze zło­ścią.

Klim­czak za­stygł, zdez­o­rien­to­wa­ny. Nie­spo­dzie­wa­nie zawył, tak prze­raź­li­wie, że dłu­go­wło­sy chło­pak za­drżał i rzu­cił się do wyj­ścia. Za nim za­czę­li ucie­kać po­zo­sta­li, po­zo­sta­wia­jąc na­uczy­cie­la w kręgu sa­me­go z cie­niem. Tem­pe­ra­tu­ra tak, jak się pod­nio­sła, tak samo nagle opa­dła. Hen­ryk ode­tchnął z ulgą, ła­piąc po­wie­trze. Nagle spo­strzegł to­czą­cą się flasz­kę. Nie za­uwa­żył, kiedy mu wy­pa­dła. Pod­szedł, by ją pod­nieść, a kiedy się wy­pro­sto­wał, zo­ba­czył Klim­cza­ka sto­ją­ce­go przed nim. Hen­ryk spo­glą­dał w oczy o roz­la­nych źre­ni­cach, czar­nych ni­czym bez­kre­sna ni­cość. Cof­nął się tak gwał­tow­nie, że stra­cił rów­no­wa­gę i upadł. Stwór pod­szedł nie­śpiesz­nie, jakby miał całe wieki, by go do­paść. Słowa same wy­pły­nę­ły z ust Hen­ry­ka. Wy­po­wie­dział je in­stynk­tow­nie, nawet nie­świa­dom, że nadal pa­mię­ta frag­ment nie­gdyś czy­ta­ne­go Ko­ra­nu: 

– “Czyż nie wi­dzi­cie, jak niebo i zie­mia łączą się, aby gło­sić chwa­łę Przed­wiecz­ne­go. Ptaki po la­sach chwa­lą Go na swój spo­sób. Wszyst­kie isto­ty stwo­rzo­ne znają hołd, jaki Mu są winne, a Jemu wia­do­me jest, co one czy­nią”.

Stwór wrza­snął wście­kle, aż tynk po­sy­pał się ze ścian. W na­stęp­nej chwi­li Klim­czak dłu­gim sko­kiem po­ko­nał po­miesz­cze­nie i wy­sko­czył przez okno. Hen­ryk zdał sobie spra­wę, że frag­ment arab­skiej świę­tej księ­gi, któ­re­go nie­gdyś uży­wał, głów­nie by bry­lo­wać w to­wa­rzy­stwie, oca­lił mu życie. Wstał i pod­szedł ostroż­nie do okna, by spraw­dzić, co się stało z Klim­cza­kiem, ale nie do­strzegł nawet śladu po nim. Wró­cił do po­miesz­cze­nia z krę­giem, w chwi­li, gdy jeden z chło­pa­ków o ja­snych wło­sach pod­no­sił z pod­ło­gi grubo opra­wio­ną książ­kę. Mło­dzie­niec, oczy­ma prze­ra­żo­ny­mi ni­czym u zwie­rzę­cia, po­pa­trzył na bez­dom­ne­go sto­ją­ce­go w cie­niu. Do­pie­ro gdy Hen­ryk pod­szedł, wcho­dząc we wpa­da­ją­ce z ze­wnątrz świa­tło la­tar­ni, dzie­ciak ode­tchnął. Bez słowa pod­niósł książ­kę i wy­biegł. 

Hen­ryk za­krył kar­to­na­mi znaki na pod­ło­dze. A gdy do­strzegł czer­wo­ną diodę ka­me­ry, pod­szedł i wy­łą­czył urzą­dze­nie.

 

Hu­bert – czwar­tek

 

Ścią­gną­łem słu­chaw­ki i opa­dłem na opar­cie fo­te­la. Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa, pró­bu­jąc po­skła­dać wszyst­ko do kupy. Mo­głem pójść na ko­men­dę z tym, co mia­łem. Spoj­rza­łem na ka­me­rę z po­wąt­pie­wa­niem. Bo na­gra­nie, choć dziw­ne, nie wska­zy­wa­ło, że Klim­czak po­peł­nił ja­ką­kol­wiek zbrod­nię. Mia­łem też świad­ka, w po­sta­ci Ste­fa­na. Ten jed­nak był pewny, tylko jeśli za­czął­by mówić do rze­czy, czyli po­mi­ja­jąc wszyst­kie kwe­stie du­chów i cza­rów. Ze­zna­nia chło­pa­ka mo­gły­by wy­star­czyć do za­mknię­cia Klim­cza­ka. Dru­gie wyj­ście to spró­bo­wać do­rwać za­bój­cę Mi­cha­ła. Drzwi sy­pial­ni otwar­ły się i Ste­fan wszedł do po­ko­ju. 

– Zo­ba­czył pan? – za­py­tał.

– Tak. 

– I co teraz?

– Wiesz, gdzie może być Klim­czak? 

– Tak. 

– W hur­tow­ni? – za­py­ta­łem, choć zna­łem od­po­wiedź. – Po­wiedz mi, Ste­fan, ty w to wie­rzysz, że coś się tam wy­da­rzy­ło? Coś ma­gicz­ne­go? Że wasze ga­da­nie spo­wo­do­wa­ło, że coś się po­ja­wi­ło i wła­ści­wie co? Zmu­si­ło Klim­cza­ka do za­bi­cia two­ich przy­ja­ciół? 

– Krąg ogra­ni­cza przy­zy­wa­ną isto­tę – za­czął Ste­fan. – Gdy Ro­bert prze­rwał za­klę­cie ochron­ne, marid za­wład­nął cia­łem Klim­cza­ka, ale można od­pę­dzić ma­ri­da. Mi­chał wy­słał mi numer stro­ny, na któ­rej jest od­po­wied­nia in­kan­ta­cja. Mamy też ibin-kusch. – Wska­zał za­wi­niąt­ko z prosz­kiem. – Trze­ba tylko pójść do hur­tow­ni, wy­po­wie­dzieć for­mu­łę i ob­sy­pać ma­ri­da skład­ni­kiem, wtedy Klim­czak po­wi­nien być wolny. 

– A ja miał­bym ci pomóc? 

– Nie będę miał dość od­wa­gi, żeby zro­bić to sa­me­mu, ale Mi­chał miał… Zo­sta­wił nam skład­ni­ki i wy­słał numer stro­ny, na wy­pa­dek…

– Dobra, mały, po­mo­gę ci – skła­ma­łem, bo mia­łem już dość tego pie­prze­nia. – Co miał­bym robić? 

– Wła­ści­wie, tylko być przy mnie – po­wie­dział oży­wio­nym gło­sem Ste­fan. – Nie na­uczy się pan tek­stu, ani wy­mo­wy, ja to wszyst­ko umiem, po­trze­bu­je tylko książ­ki i prosz­ku. 

– Jasne, młody. – Po­ło­ży­łem za­wi­niąt­ko na okład­ce i mu po­da­łem. 

– Na­praw­dę pan mi po­mo­że? – upew­nił się. 

– Jasne – po­wie­dzia­łem już zde­cy­do­wa­ny, że naj­le­piej bę­dzie, jak do­pad­nę na­uczy­cie­la. 

 

 O dzie­więt­na­stej po­szli­śmy do hur­tow­ni. A ja kon­se­kwent­nie uni­ka­łem od­bie­ra­nia ja­kich­kol­wiek te­le­fo­nów. Nie­da­le­ko dwor­ca we­szli­śmy po scho­dach na wia­dukt, idąc wzdłuż ulicy. Hur­tow­nia z każ­dym kro­kiem była coraz bli­żej, a ja, nie wiem czemu, za­czą­łem się de­ner­wo­wać. Może to przez chło­pa­ka, który tak mocno ści­skał okład­kę książ­ki, że aż mu palce zbie­la­ły. A może dla­te­go, że choć mia­łem broń, to za­czy­na­łem się czuć coraz mniej pew­nie.

We­szli­śmy od stro­ny rzeź­ni, mi­ja­jąc po­li­cyj­ne taśmy. Na scho­dach Ste­fan za­trzy­mał się i wy­cią­gnął książ­kę. Wło­żył za­wi­niąt­ko z prosz­kiem mię­dzy kart­ki i ostroż­nie pod­szedł do miej­sca z wy­bi­ty­mi ce­gła­mi. Zaj­rzał do środ­ka i gwał­tow­nie przy­warł do ścia­ny. 

– Jest? – za­py­ta­łem. 

– Tak – od­po­wie­dział. 

– Dobra, je­steś go­to­wy? – za­py­ta­łem Ste­fa­na, i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wsze­dłem do środ­ka. 

Dzie­ciak wśli­zgnął się za mną. Klim­czak leżał sku­lo­ny na kar­to­nach ni­czym kot. Wy­glą­dał jak ty­po­wy bez­dom­ny z bo­sy­mi ubło­co­ny­mi sto­pa­mi, brud­ny­mi od kurzu i tynku. Iście po zwie­rzę­ce­mu prze­krę­cił się na bok, tak, by nas wi­dzieć. Nie wsta­jąc, pod­niósł jedną po­wie­kę, jakby od nie­chce­nia. 

Ste­fan otwo­rzył już książ­kę, a ja po­czu­łem, jak ogar­nia mnie wście­kłość. Wy­szarp­ną­łem re­wol­wer z ka­bu­ry i wrza­sną­łem: 

– Ko­niec tego, pier­do­lo­ny dzie­cio­bój­co, wsta­waj!

– Co pan robi?! Mie­li­śmy go ode­gnać! – zawył Ste­fan. 

– Za­mknij się, gnoju! Dość już tych bzdur – wark­ną­łem. 

Klim­czak wstał po­ma­łu i spoj­rzał na mnie oczy­ma o roz­war­tych do gra­nic moż­li­wo­ści źre­ni­cach.

– A teraz zdy­chaj, skur­wie­lu.

Wy­pa­li­łem, huk roz­niósł się po pu­sto­sta­nie, od­bi­ja­jąc echem od ścian. Kula tra­fi­ła Klim­cza­ka w udo. Na­uczy­ciel nie wydał naj­mniej­sze­go nawet jęku. Ru­szył w moim kie­run­ku. Ste­fan coś krzyk­nął. Huk ko­lej­ne­go wy­strza­łu go za­głu­szył. Drugi po­cisk tra­fił go w ko­la­no. Chło­pak upu­ścił książ­kę, za­kry­wa­jąc uszy rę­ko­ma. Klim­czak szedł dalej, jakby dziu­ra w ko­la­nie w ni­czym mu nie prze­szka­dza­ła. Po­my­śla­łem, że to szok albo nar­ko­ty­ki pcha­ją go na­przód. Wy­ce­lo­wa­łem w tułów i wy­strze­li­łem dwa razy. Siła ude­rze­nia prze­wró­ci­ła na­uczy­cie­la na pod­ło­gę. 

– Ty skur­wie­lu, za­bi­łeś go! – wrza­snął Ste­fan i wy­biegł.

Scho­wa­łem broń i wy­cią­gną­łem te­le­fon. Klim­czak się po­ru­szył. To było nie­moż­li­we, tra­fi­łem dwa razy w mo­stek. Wtedy na­uczy­ciel pod­niósł głowę. Prze­ra­żo­ny rzu­ci­łem się w tył. Wpa­dłem na ścia­nę. Te­le­fon wy­padł mi z rąk. Wy­cią­gną­łem broń, zma­ca­łem spust, pierw­szy po­cisk tra­fił go w gar­dło, a drugi w po­li­czek. Głowa od­sko­czy­ła, ude­rza­jąc po­ty­li­cą o po­sadz­kę. Na­ci­ska­łem spust, choć nie na­stą­pił już żaden wy­strzał, je­dy­nie bę­be­nek re­wol­we­ru prze­ska­ki­wał z ci­chym kli­kiem. 

Zdją­łem palec ze spu­stu. Zro­bi­ło się bar­dzo cicho. Sły­sza­łem tylko szum aut z po­bli­skiej ulicy. Po­czu­łem ucisk w brzu­chu, krew za­szu­mia­ła w skro­niach, a nogi ugię­ły się pode mną. Upa­dłem na pod­ło­gę, gdy Klim­czak wstał. Nie krwa­wił. Pró­bo­wa­łem uciec, szo­ru­jąc po­de­szwa­mi o pod­ło­gę, ale za ple­ca­mi mia­łem ścia­nę. I wtedy uświa­do­mi­łem sobie, jaki strasz­li­wy błąd po­peł­ni­łem.

Klim­czak ro­zej­rzał się, w szyi ziała dziu­ra, z po­kie­re­szo­wa­ne­go po­licz­ka od­cho­dził płat skóry, od­sła­nia­jąc strza­ska­ną kość. Doj­rzał mnie, na jego sinej, zde­for­mo­wa­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech, od­sła­nia­ją­cy czar­ne zęby. 

Wtedy dło­nią na­tra­fi­łem na książ­kę. Scho­wa­łem broń i pod­nio­słem ją, trzę­są­cy­mi się dłoń­mi. Mię­dzy nogi wy­pa­dło mi za­wi­niąt­ko z prosz­kiem. Chwy­ci­łem je i za­czą­łem wer­to­wać stro­ny, ale nic z tego nie ro­zu­mia­łem. Jęk­ną­łem roz­pacz­li­wie. Nie mia­łem od­wa­gi pa­trzeć na Klim­cza­ka, ale sły­sza­łem, że się rusza, czła­piąc bo­sy­mi sto­pa­mi po pod­ło­dze. 

Która to była stro­na? Która… Ste­fan do­stał od Mi­cha­ła SMS–a z nu­me­rem… Osiem­dzie­siąt… i? Cyfry mi­ga­ły mi przed oczy­ma. Stro­ny cze­pia­ły się pal­ców. Osiem­dzie­siąt pięć, a może osiem­dzie­siąt sześć. Kroki się zbli­ża­ły. Osiem­dzie­sią­ta piąta była za­pi­sa­na po arab­sku, osiem­dzie­sią­ta szó­sta w al­fa­be­cie ła­ciń­skim, osiem­dzie­sią­ta siód­ma rów­nież, osiem­dzie­sią­ta ósma po arab­sku. Więc to mu­sia­ła być osiem­dzie­siąt szó­sta lub siód­ma. Znad książ­ki zo­ba­czy­łem nagie ubło­co­ne stopy, po­kry­te ku­rzem, o pa­znok­ciach czar­nych od brudu lub ode­rwa­nych od ciała. Za­czą­łem czy­tać.

Klim­czak przy­kuc­nął. Sine palce za­ci­snął mi na nad­garst­ku. Z tru­dem utrzy­my­wa­łem książ­kę. Po­cią­gnął moją rękę. Książ­ka upa­dła. Zo­ba­czy­łem twarz i oczy. Nie było w nich nic, prócz prze­ra­ża­ją­cej, bez­kre­snej ni­co­ści. Pal­ca­mi pra­wej dłoni roz­dar­łem za­wi­niąt­ko od Ste­fa­na. Jed­nym de­spe­rac­kim ru­chem wtar­łem za­war­tość w twarz na­uczy­cie­la.

Od­sko­czył jak opa­rzo­ny. Wsta­łem. Nogi trzę­sły mi się pod cię­ża­rem ciała. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­łem na­pły­wa­ją­ce mdło­ści. Klim­czak zgię­ty wpół za­sła­niał twarz. Po­stą­pi­łem krok w stro­nę klat­ki scho­do­wej. 

Wtedy na­uczy­ciel ob­ró­cił głowę w moją stro­nę, od­sło­nił twarz, a ja zro­zu­mia­łem, że on się śmiał, szcze­rząc czar­ne zęby. Wy­bie­głem, pę­dząc jak osza­la­ły. Na scho­dach nie tra­fi­łem w sto­pień. Ru­ną­łem w dół na pół­pię­tro. Ból nieco mnie oprzy­tom­nił. Wsta­łem, czu­jąc, jak rwie mnie w skrę­co­nej ko­st­ce. Ku­le­jąc, po­ko­na­łem resz­tę scho­dów. Prze­sze­dłem przez ru­mo­wi­sko mię­dzy hur­tow­nią a rzeź­nią, zry­wa­jąc po­li­cyj­ne taśmy.

Pa­mię­tam, że sze­dłem wia­duk­tem, pa­trząc w stro­nę cen­trum. Wspar­ty o ba­rier­kę, pra­gną­łem uciec od hur­tow­ni, a potem była już tylko ciem­ność. 

 

Hen­ryk

 

Hen­ryk wró­cił do rzeź­ni i długo roz­my­ślał o wy­da­rze­niach, któ­rych był świad­kiem. Trząsł się z prze­ra­że­nia, ale też nie umiał po­wstrzy­mać uśmie­chu. Sam wie­lo­krot­nie sobie wy­obra­żał, co zrobi Klim­cza­ko­wi, jeśli jesz­cze kie­dyś na niego wpad­nie. Ale to prze­kra­cza­ło naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia. Hen­ryk krą­żył do­oko­ła śpi­wo­ra i roz­sy­pa­nych kon­serw. Czemu Klim­czak wy­szedł z kręgu tak od­mie­nio­ny oraz dla­cze­go od­stra­szy­ła go mu­zuł­mań­ska mo­dli­twa. Książ­ki, zdo­by­te przez Hen­ry­ka z takim tru­dem, mu­sia­ły gdzieś być tu na Ślą­sku. Czuł pod­nie­ce­nie tak silne, że le­d­wie nad sobą pa­no­wał. Wtedy do­strzegł pętlę z kabla za­wie­szo­ną na stro­pie i pod­jął de­cy­zję. 

Ran­kiem Hen­ryk zjadł kilka kon­serw i ru­szył do hur­tow­ni. Wypad przy­pra­wiał go o skur­cze brzu­cha. Dzień był sło­necz­ny, gdy Hen­ryk wcho­dził na trze­cie pię­tro. Prze­szedł ko­ry­ta­rzem do po­miesz­cze­nia, w któ­rym cy­to­wał Koran. Przez nie zaj­rzał do wnę­trza z krę­giem. Było puste. Przy­jął to z ulgą, jed­nak nie od­wa­żył się wejść do środ­ka. Wy­cią­gnął czy­sty ze­szyt, ołó­wek i za­czął no­to­wać. Gdy sie­dział, roz­my­śla­jąc o prze­szło­ści, do­padł go nie­po­kój – co, jeśli Klim­czak już nie wróci do hur­tow­ni?

Te roz­wa­ża­nia prze­rwał od­głos kro­ków na scho­dach. Hen­ryk ostroż­nie zaj­rzał do po­miesz­cze­nia z ka­me­rą. Klim­czak wła­śnie wszedł. Zda­wał się zu­peł­nie wy­czer­pa­ny. Twarz miał po­si­nia­łą, a bose stopy brud­ne i po­ka­le­czo­ne. Pod­szedł i po­ło­żył się na kar­to­nach za­sła­nia­ją­cych krąg. Hen­ryk ob­ser­wo­wał go do wie­czo­ra. Pra­gnął ze­msty na daw­nym stu­den­cie, ale teraz Klim­czak bu­dził po­li­to­wa­nie, gdy leżał owład­nię­ty tym, co wy­szło z kręgu. Hen­ryk przy­po­mniał sobie dzień, gdy po­znał mło­de­go stu­den­ta hi­sto­rii. Ich dłu­gie roz­mo­wy. Pierw­sze spo­tka­nie poza uczel­nią. A na­stęp­nie list, ten prze­klę­ty skra­wek pa­pie­ru, który znisz­czył dwa lata życia Hen­ry­ka. W któ­rym Klim­czak bez­tro­sko po­in­for­mo­wał uko­cha­ne­go pro­fe­so­ra o swo­jej zdra­dzie.

Z roz­my­ślań wy­rwał go Klim­czak. Wstał, był pełen wi­go­ru i szyb­ko ru­szył w stro­nę klat­ki scho­do­wej. Hen­ryk za­mknął ze­szyt, po­cze­kał, aż od­głos kro­ków ucich­nie i po­sta­no­wił zba­dać leże stwo­ra. Za­czął od kręgu. Prze­su­nął kar­to­ny i od­ry­so­wał do­kład­nie wzór na pod­ło­dze wraz z sym­bo­la­mi. Na­stęp­nie spraw­dził na­gra­nie na ka­me­rze. Po­sta­no­wił, że na razie zo­sta­wi ją na miej­scu. Był nie­zwy­kle cie­kaw, czy ktoś po nią wróci i jak stwór za­re­agu­je na takie od­wie­dzi­ny. Udało mu się też zna­leźć jedną z kar­tek, które mieli mło­dzi po­moc­ni­cy Klim­cza­ka. Hen­ryk uło­żył kar­to­ny z po­wro­tem na miej­scu. Na­stęp­nie wró­cił ze zna­le­zi­skiem do rzeź­ni, by prze­stu­dio­wać tekst. Oka­zał się być po arab­sku, choć był za­pi­sa­ny w al­fa­be­cie ła­ciń­skim. Na mar­gi­ne­sach za­no­to­wa­no uwagi do­ty­czą­ce po­praw­nej wy­mo­wy. Zro­zu­mie­nie ca­ło­ści tek­stu oka­za­ło się dla Hen­ry­ka zbyt trud­ne. Na pod­sta­wie po­szcze­gól­nych słów wnio­sko­wał, że mógł do­ty­czyć mo­dli­twy bądź za­klę­cia, które od­no­si­ło się do isto­ty na­zy­wa­nej ma­ri­dem. Ża­ło­wał teraz, że nie ma książ­ki, z któ­rej ko­rzy­stał Klim­czak, choć za­do­wo­lił­by się nawet słow­ni­kiem.

Przez ko­lej­ne dwa dni Hen­ryk kon­ty­nu­ował ob­ser­wa­cję. Upew­nił się co do zwy­cza­jów ma­ri­da i był już pe­wien, że za dnia nie sta­no­wił za­gro­że­nia, na­to­miast nocą Hen­ryk po­sta­no­wił za­cho­wać ostroż­ność i nie ry­zy­ko­wać spo­tka­nia z nim. Przy­pusz­czał też, że Klim­czak już nie żyje. Jest je­dy­nie po­wło­ką, wy­ko­rzy­sty­wa­ną przez ma­ri­da. Za­ob­ser­wo­wał też, że nowy wła­ści­ciel ciała nie­zbyt o nie dba. Skóra Klim­cza­ka była coraz bar­dziej sina, a twarz i stopy no­si­ły wi­docz­ne ślady ob­ra­żeń. Hen­ry­ka za­sta­na­wia­ło, do czego też marid wy­ko­rzy­stu­je ciało nie­szczę­sne­go Klim­cza­ka. Pod ko­niec dru­gie­go dnia długo przy­glą­dał się nie­ru­cho­mej po­sta­ci na pod­ło­dze, w końcu za­no­to­wał w ze­szy­cie – “Przy­pusz­cze­nie: Marid pra­gnie uwol­nić się z ciała M. Wnio­sek: Szuka spo­so­bu, by tego do­ko­nać”. 

Wie­czo­rem, gdy marid pod­niósł się z leża i opu­ścił hur­tow­nię, Hen­ryk no­to­wał jesz­cze przez chwi­lę w dzien­ni­ku. Nim skoń­czył, usły­szał kroki na scho­dach. Nie był to od­głos bo­sych stóp Klim­cza­ka. Hen­ryk spoj­rzał przez po­miesz­cze­nie i zo­ba­czył mło­dzień­ca, tego sa­me­go, który, jako je­dy­ny z czwór­ki chło­pa­ków, był na tyle przy­tom­ny, by za­brać książ­kę. Był sam. Hen­ryk ob­ser­wo­wał go uważ­nie. Gdy wy­do­był z kie­sze­ni kurt­ki książ­kę i za­czął czy­tać, a Hen­ryk zro­zu­miał, że ja­sno­wło­sy chło­pak przy­zy­wa ma­ri­da, po­spiesz­nie ru­szył do wyj­ścia. Prze­biegł ko­ry­ta­rzem do klat­ki scho­do­wej po prze­ciw­le­głej stro­nie bu­dyn­ku. Już miał wejść na scho­dy, gdy usły­szał od­głos bo­sych stóp. Wszedł do pierw­sze­go po­miesz­cze­nia i wstrzy­mał od­dech. Marid wszedł na pię­tro, prze­szedł ko­ry­ta­rzem nie­spiesz­nie, po­dą­ża­jąc w miej­sce we­zwa­nia. Hen­ryk zbiegł po scho­dach. Wie­dział, że tej nocy nie może czuć się bez­piecz­ny w ru­inach rzeź­ni. Za­brał ze sobą tylko czar­ną sa­szet­kę z do­ku­men­ta­mi i ze­szyt. Gdy wy­szedł na ulicę, z hur­tow­ni do­szedł go gwał­tow­nie prze­rwa­ny krzyk.

Hen­ryk za­trzy­mał się na wia­duk­cie i za­no­to­wał – “Przy­pusz­cze­nie: Czy ma­ri­dem można ste­ro­wać?”.

 

Hen­ryk po­sia­dał pie­nią­dze na kon­cie ban­ko­wym, a wy­cią­gnię­cie ich było za­le­d­wie for­mal­no­ścią, ale w obec­nym sta­nie żaden bank by go nie ob­słu­żył. Nie mógł też li­czyć na hotel, choć go­tów­ki na noc­leg mu nie bra­ko­wa­ło. Sko­rzy­stał z przy­tuł­ku. W miej­skim schro­ni­sku naj­pierw spraw­dzo­no, czy jest trzeź­wy, a na­stęp­nie zo­stał do­kład­nie umyty, ostrzy­żo­ny, ogo­lo­ny i od­wsza­wio­ny. Do­stał czy­ste ubra­nie i łóżko.

Na­stęp­ne­go ranka wy­szedł na ulicę mia­sta, znów jako spo­łecz­nie ak­cep­to­wa­ny oby­wa­tel. Z po­cząt­ku nie mógł się przy­zwy­cza­ić do braku styg­ma­ty­zu­ją­cych spoj­rzeń i od­ru­cho­wo scho­dził lu­dziom z drogi. Po­szedł do banku, na­stęp­nie do skle­pu po od­po­wied­ni strój, a na końcu do bi­blio­te­ki miej­skiej, gdzie od­zy­skał rów­no­wa­gę i znów po­czuł się daw­nym sobą. Bra­ko­wa­ło mu oto­cze­nia ksią­żek i wie­dzy na wy­cią­gnię­cie ręki. 

Naj­istot­niej­sze tre­ści na temat ma­ri­da uzy­skał w po­sta­ci kopii za nie­wy­gó­ro­wa­ną opła­tą. To, czego nie mógł po­wie­lić i było je­dy­nie do wglą­du, prze­pi­sał ręcz­nie. Po obie­dzie w re­stau­ra­cji nabył słow­nik ję­zy­ka arab­skie­go i wy­na­jął pokój w ho­te­lu, by po­rząd­nie wy­po­cząć oraz w spo­ko­ju stu­dio­wać ma­te­ria­ły. 

Drugi dzień ko­rzy­sta­nia z wygód przy­niósł Hen­ry­ko­wi dość za­ska­ku­ją­ce in­for­ma­cje w po­sta­ci ar­ty­ku­łu w ja­kimś szma­tław­cu. Na zdję­ciach wid­nia­ły dwie twa­rze chło­pa­ków z hur­tow­ni oraz Klim­cza­ka w płasz­czu. Tekst był na­pi­sa­ny kiep­sko, ale dość jasno ob­ja­śnił Hen­ry­ko­wi, co się dzie­je wokół ma­ri­da. Miał mało czasu, gdyż wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że może wkrót­ce go stra­cić. Hen­ryk jesz­cze tego sa­me­go dnia wró­cił do rzeź­ni. 

 

Na miej­scu za­stał ga­piów i po­li­cję. Pełen obaw, po­sta­no­wił wró­cić po zmro­ku. 

Kiedy oko­li­ca opu­sto­sza­ła, Hen­ryk po­spiesz­nie zba­dał le­go­wi­sko ma­ri­da. Było puste. Na próż­no szu­kał książ­ki, za­bra­no też ka­me­rę. Zo­rien­to­wał się, że po­peł­nił błąd, zo­sta­wia­jąc ją na miej­scu. Naj­bar­dziej jed­nak mar­twił się o ma­ri­da. Za­nie­po­ko­jo­ny po­sta­no­wił po­cze­kać w są­sied­nim po­miesz­cze­niu do rana, był pe­wien, że jeśli obiekt nie zo­stał schwy­ta­ny, to wróci w końcu do kręgu. 

Więk­szość nocy spę­dził nad no­tat­ka­mi i kse­ro­ko­pia­mi z bi­blio­te­ki. Wspo­mnie­nia jed­nak ata­ko­wa­ły go ni­czym na­tręt­ne muchy. Był cie­kaw, jak śro­do­wi­sko pro­fe­sor­skie za­re­ago­wa­ło­by na ma­ri­da. Chęt­nie zo­ba­czył­by, jak kpią­ce uśmiesz­ki zni­ka­ją z za­ro­zu­mia­łych mord. Po­czuł ukłu­cie wście­kło­ści na wspo­mnie­nie uczel­nia­ne­go śro­do­wi­ska, kiedy do­wie­dzia­ło się o jego okul­ty­stycz­nych za­in­te­re­so­wa­niach. Nada­no mu prze­zwi­sko “du­szek”. Z cza­sem stu­den­ci za­czę­li tak go na­zy­wać. Uśmiech­nął się nad kart­ka­mi ze­szy­tu, na wspo­mnie­nie wspól­nych badań z Klim­cza­kiem. Tak do­brze było dzie­lić z kimś pasję, dzie­lić za­chwyt, kiedy Hen­ry­ko­wi udało się kupić dwie arab­skie księ­gi od ko­lek­cjo­ne­ra z Hisz­pa­nii. Hen­ryk wydał na nie nie­mal wszyst­kie oszczęd­no­ści. Palce Hen­ry­ka zgnio­tły kart­kę z ze­szy­tu, gdy za­ci­snął pięść.

Nad ranem usły­szał zna­jo­my od­głos bo­sych stóp. Hen­ryk zaj­rzał ostroż­nie do po­miesz­cze­nia, a gdy zo­ba­czył Klim­cza­ka le­żą­ce­go na pod­ło­dze, nie­mal krzyk­nął z ra­do­ści. Tego dnia po­sta­no­wił od­po­cząć w rzeź­ni, by móc wró­cić do ma­ri­da. 

Obu­dził się wie­czo­rem. Spa­ko­wał dzien­ni­ki i ru­szył do hur­tow­ni. Miał na­dzie­ję, że marid swoim zwy­cza­jem nie opu­ścił jesz­cze le­go­wi­ska. Idąc ko­ry­ta­rzem, usły­szał huk i za­marł. Ko­lej­ny wy­strzał odbił się echem po po­miesz­cze­niach hur­tow­ni. Cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Po­biegł do są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia. Zo­ba­czył męż­czy­znę z bro­nią, sto­ją­ce­go nad ma­ri­dem w to­wa­rzy­stwie ostat­nie­go z uczest­ni­ków fe­ler­ne­go ry­tu­ału. Była też książ­ka, która już raz prze­śli­zgnę­ła się Hen­ry­ko­wi przez palce. Le­ża­ła u stóp chło­pa­ka. Hen­ryk sta­nął za ścia­ną, gdy padły dwa ko­lej­ne strza­ły. Huk był tak do­no­śny, że Hen­ry­ka za­mro­czy­ło. Po­przez dzwo­nie­nie w uszach usły­szał tekst czy­ta­ny z książ­ki. Po­śpiesz­nie za­no­to­wał to, co był w sta­nie zro­zu­mieć. Nagle wszyst­kie od­gło­sy uci­chły. Zaj­rzał do po­miesz­cze­nia. Było puste. Hen­ry­ka naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ła książ­ka, która le­ża­ła wciąż na pod­ło­dze. Od­cze­kał sto­sow­ną chwi­lę, na­stęp­nie wszedł i po­rwał z ziemi zdo­bycz. Wtedy zo­ba­czył też kart­kę pa­pie­ru z nie­bie­skim prosz­kiem oraz port­fel.

 

Hu­bert – pią­tek 

 

Ze­rwa­łem się, zlany potem, serce wa­li­ło mi jak osza­la­łe. Się­gną­łem po pacz­kę pa­pie­ro­sów. Za­pa­li­łem i za­czą­łem się po­ma­łu uspo­ka­jać. Pa­ni­ka ustą­pi­ła, a jej miej­sce za­ję­ło pełne nie­po­ko­ju uczu­cie wy­ob­co­wa­nia. Byłem w mojej me­li­nie, z daw­nych lat, w któ­rej nie­gdyś czu­łem się le­piej niż w domu, ale teraz ka­wa­ler­ka wy­da­wa­ła się obca – nie­przy­ja­zna.

Wsta­łem i pod­sze­dłem do drzwi ła­zien­ki. Nie­po­kój mnie nie opusz­czał. Z okna wy­cho­dzą­ce­go na ulicę, wpa­da­ło świa­tło la­tar­ni, do­da­ją­ce nieco otu­chy. Szum życia, do­cie­ra­ją­cy gdzieś z dołu, dawał na­dzie­ję nor­mal­no­ści. Stwier­dzi­łem, że nie chcę się zna­leźć w po­miesz­cze­niu po­zba­wio­nym tej iskry życia. Skrę­co­na kost­ka za­bo­la­ła nagle, ku­le­jąc, pod­sze­dłem do ścia­ny i na­ci­sną­łem włącz­ni­ki. I nic. No, tak, nie za­pła­ci­łem ra­chun­ku. Usia­dłem na sofie, czu­jąc na­ra­sta­ją­cy ból w skro­niach. Zna­la­złem te­le­fon. Był wy­łą­czo­ny, więc pa­trzy­łem na czar­ny ekran. Pa­trzy­łem na czar­ny ekran i wtedy za­czął do mnie wra­cać, po­ma­łu, ni­czym peł­zną­cy noga za noga pająk, kosz­mar ze­szłe­go wie­czo­ru.

 

Hen­ryk

 

Hen­ryk więk­szość ma­te­ria­łów zdo­by­wał w bi­blio­te­ce, a wie­czo­ra­mi pra­co­wał w ho­te­lo­wym po­ko­ju nad książ­ką Klim­cza­ka. Usta­lił z przy­kro­ścią, że była zlep­kiem prze­pi­sa­nych frag­men­tów. Mu­sia­ły po­cho­dzić ze skra­dzio­nych mu eg­zem­pla­rzy. Zna­lazł w niej opisy ry­tu­ałów od­no­szą­cych się do du­chów i de­mo­nów Le­wan­tu. Skład­ni­ków do wy­two­rze­nia pyłów, na­pa­rów czy me­da­lio­nów. A także wszyst­kie frag­men­ty, które usły­szał w hur­tow­ni. Po tylu la­tach w końcu mógł się za­po­znać choć z na­miast­ką wie­dzy skry­wa­nej w księ­gach, które nie­gdyś zdo­był z takim tru­dem. Hen­ry­ka szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wał frag­ment o mi­ne­ra­łach i me­ta­lach re­agu­ją­cych na obec­ność ma­ri­da. We­dług za­pi­sków, po­łą­cze­nie sre­bra, złota i kwar­cu da­wa­ło naj­lep­szy efekt. Jesz­cze tego sa­me­go dnia od­wie­dził ju­bi­le­ra, wrę­cza­jąc mu oszli­fo­wa­ny duży ka­wa­łek kwar­cu i po­pro­sił o wpra­wie­nie go w sre­bro oraz złoto.

 

Hu­bert – pią­tek 

 

 Wciąż dy­go­ta­łem i trzą­słem się, roz­wa­ża­jąc wszyst­ko to, co było nie­praw­do­po­dob­ne. Czy to, co zo­sta­ło z Klim­cza­ka, chce zabić wszyst­kich bio­rą­cych udział w tym… sam nie wie­dzia­łem, jak to na­zwać – czymś. Jeśli tak, to czemu miał­by się mną in­te­re­so­wać, nie było mnie tam, nie mia­łem z tym nic wspól­ne­go. 

“Czyż­by?”

 Głos za­skrze­czał w mojej gło­wie ni­czym wy­do­by­ty za po­mo­cą igły gra­mo­fo­nu, z wi­ny­lu. 

– Nie było mnie tam – po­wie­dzia­łem do pu­ste­go ciem­ne­go po­miesz­cze­nia. 

“Wy­po­wie­dzia­łeś słowa i teraz je­ste­śmy zwią­za­ni. Czuję cię i widzę, zo­sta­wiasz ślad ni­czym śli­mak”. 

– To pokaż się! – Wsta­łem, wy­cią­ga­jąc broń, jed­no­cze­śnie uświa­da­mia­jąc sobie, w jaki pa­ra­no­icz­ny stan się wpro­wa­dzi­łem. 

– Je­stem go­to­wy! No, chodź! – krzyk­ną­łem w ciem­no­ści. 

Za­pa­dła cisza. Po­czu­łem się głu­pio, sto­jąc tak z re­wol­we­rem w ręku. Już mia­łem usiąść, gdy igła gra­mo­fo­nu znów za­chro­bo­ta­ła. 

“Je­stem”. 

Ro­zej­rza­łem się uważ­nie. Byłem sam, tego byłem pe­wien. Wtedy mój wzrok padł na drzwi wej­ścio­we. Pod­sze­dłem ostroż­nie, spoj­rza­łem przez ju­da­sza. Na ze­wnątrz było zu­peł­nie ciem­no. Prze­krę­ci­łem zamek i na­ci­sną­łem klam­kę. Uchy­li­łem drzwi, wyj­rza­łem ostroż­nie… Ko­ry­tarz był pusty. Do­strze­głem świa­tło na niż­szym pię­trze. Spoj­rza­łem od­ru­cho­wo na lampę. Sie­dział w rogu pod su­fi­tem z dłoń­mi wspar­ty­mi o ścia­ny i sto­pa­mi o sufit. Z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi wy­glą­dał jak żaba, wpa­try­wał się we mnie sze­ro­ko roz­war­ty­mi ocza­mi bez tę­czó­wek. Otwo­ry po ku­lach zio­nę­ły pust­ką. Cof­ną­łem się za próg miesz­ka­nia, aż wpa­dłem na ścia­nę. Oprzy­tom­nia­łem i kop­nię­ciem za­mkną­łem drzwi. Do­sko­czy­łem i szyb­ko prze­krę­ci­łem zamek. Za­pa­no­wa­ła głu­cha cisza, jakby za­mknię­to mnie pod szkla­nym klo­szem. Pa­trzy­łem na drzwi osłu­pia­ły. Pod­nio­słem broń z prze­ra­że­niem, uświa­da­mia­jąc sobie, że rów­nie do­brze mo­gła­by to być łyżka. Nagle zo­ba­czy­łem, jak po­krę­tło zamka się prze­su­wa, ni­czym wska­zów­ka ze­ga­ra, nie­spiesz­nie i nie­ubła­ga­nie. Usły­sza­łem ko­lej­ne zgrzyt­nię­cie zamka. Drzwi były otwar­te. Uchy­li­ły się bez­gło­śnie. Naj­pierw na su­fi­cie zo­ba­czy­łem dłoń, potem głowę. Wpełzł na czwo­ra­kach. Wo­dzi­łem za nim wzro­kiem do chwi­li, gdy zna­lazł się tuż nade mną.

“Wiesz, co na­le­ży zro­bić?”. 

Za­zgrzy­ta­ło mi pod czasz­ką.

– Wiem – od­po­wie­dzia­łem za­sko­czo­ny wła­snym spo­ko­jem. – Czy wtedy odej­dziesz? 

“Tylko wtedy”. 

Odło­ży­łem broń i pa­dłem na sofę. Na ze­wnątrz wła­śnie za­czę­ło świ­tać. 

 

Hen­ryk 

 

Hen­ryk ścią­gnął oku­la­ry i prze­tarł oczy. Bi­blio­te­ka miej­ska była pusta. Roz­my­ślał, gdzie też Klim­czak mógł ukryć ory­gi­na­ły ksiąg i co zro­bił­by, będąc na miej­scu ma­ri­da. Wy­cią­gnął port­fel zna­le­zio­ny w hur­tow­ni. Przej­rzał do­ku­men­ty. Na do­wo­dzie oso­bi­stym wid­nia­ło na­zwi­sko Hu­bert Mazur. Hen­ryk zna­lazł po­twier­dze­nie, że Hu­bert nie­daw­no zo­stał zwol­nio­ny z wię­zie­nia, wi­zy­tów­kę ku­ra­to­ra, zdję­cie jed­ne­go z chło­pa­ków z hur­tow­ni i numer te­le­fo­nu do nie­ja­kie­go We­be­ra. Hen­ryk pod­niósł czer­wo­ny fla­ma­ster, otwo­rzył bie­żą­cą ga­ze­tę i skre­ślił w niej zdję­cia dwóch ofiar Klim­cza­ka. Spoj­rzał na kart­kę z kon­tak­tem do We­be­ra. Pod­szedł do bi­blio­te­kar­ki i za­py­tał, czy może sko­rzy­stać z te­le­fo­nu. Bi­blio­te­kar­ka po­pro­wa­dzi­ła go do apa­ra­tu. Hen­ryk wy­brał numer. Po trze­cim sy­gna­le usły­szał w słu­chaw­ce: 

– Weber, słu­cham. 

– Dzień dobry, na­zy­wam się Ra­do­sław Strzel­czyk, mam in­for­ma­cję na temat za­bój­cy Mi­cha­ła, mo­że­my po­roz­ma­wiać? – po­wie­dział Hen­ryk.

 

Po skoń­czo­nej roz­mo­wie resz­tę dnia spę­dził na po­szu­ki­wa­niu sa­le­try, bia­łej szał­wii i sprosz­ko­wa­ne­go złota. 

 

Hen­ryk – so­bo­ta

 

O go­dzi­nie czter­na­stej Hen­ryk, uzbro­jo­ny w fajkę na­bi­tą wa­ni­lio­wym ty­to­niem i z ga­ze­tą pod pachą, cze­kał na wia­duk­cie, ob­ser­wu­jąc skła­dy ko­le­jo­we. Miał stąd świet­ny widok za­rów­no na wieżę ra­tu­sza z ze­ga­rem, jak i na starą hur­tow­nię her­ba­ty. Weber miał jesz­cze pięć minut, by się zja­wić. Hen­ryk za­sta­na­wiał się, gdzie też po­dzie­wa się marid, nie było go w leżu. Mógł tro­pić ostat­nie­go z chłop­ców, ale mógł też być z Ma­zu­rem, który wy­po­wie­dział prze­cież for­mu­łę. Pew­nie nie miał po­ję­cia, co robi. W do­dat­ku po­słu­żył się wzmac­nia­ją­cym za­klę­cia prosz­kiem ibin-kusch… Marid zwią­za­ny przy­się­gą jest pew­nie wście­kły i szuka oka­zji, żeby się wy­rwać, za to Mazur nic nie wie, marid łatwo może go zma­ni­pu­lo­wać. A może marid po pro­stu za­cze­ka, aż czar osłab­nie. Wtedy bę­dzie mógł wró­cić do swo­ich spraw… Z roz­my­ślań wy­rwał go Weber, który pod­je­chał mer­ce­de­sem pod wieżę ra­tu­sza. Gdy wy­szedł z sa­mo­cho­du, Hen­ryk wsiadł do wy­na­ję­te­go opla. Zje­chał z wia­duk­tu i za­trzy­mał się przy fon­tan­nie. Ob­ser­wo­wał We­be­ra do chwi­li, gdy ten stra­cił cier­pli­wość i wró­cił do sa­mo­cho­du. Hen­ryk po­je­chał za mer­ce­de­sem.

 

Weber wró­cił do miesz­ka­nia, był to dom jed­no­ro­dzin­ny nie­da­le­ko parku. Hen­ryk cze­kał cier­pli­wie. O osiem­na­stej Weber znów się po­ja­wił. Naj­pierw po­je­chał do skle­pu, na­stęp­nie pod czte­ro­pię­tro­wą ka­mie­ni­cę. Gdy wszedł do środ­ka, Hen­ryk wy­cią­gnął ka­wa­łek kwar­cu opra­wio­ny w złoto, za­wie­szo­ny na srebr­nym łań­cusz­ku. Chwy­cił go w dłoń i pod­szedł do sieni. Nic się nie wy­da­rzy­ło. Wró­cił do auta. Nie był pe­wien, na ile me­da­lion jest sku­tecz­ny. Może re­ago­wał do­pie­ro przy bez­po­śred­nim kon­tak­cie z ma­ri­dem? 

Weber wy­szedł na ulicę. Hen­ryk wal­czył z my­śla­mi: czy spraw­dzić ka­mie­ni­cę, czy je­chać za We­be­rem. Mer­ce­des ru­szył. Hen­ryk włą­czył kie­run­kow­skaz i po­dą­żył za nim.

Weber wje­chał do ob­skur­nej dziel­ni­cy. Tu z ka­mie­nic sypał się tynk, a ze zde­wa­sto­wa­nych fasad spo­glą­da­ły na Hen­ry­ka łby lwów, gar­gul­ców i nie­to­pe­rzy. Mer­ce­des sta­nął obok po­mni­ka ja­kieś za­po­mnia­nej oso­bi­sto­ści. Po­pier­sie było znisz­czo­ne i po­ma­za­ne farbą, tak, że nie spo­sób było roz­po­znać, kto do­stą­pił tej wąt­pli­wej przy­jem­no­ści, że jego po­do­bi­zna ozdo­bi­ła skwer. Hen­ryk po­czuł na pier­si cie­pło. Za­par­ko­wał i wy­cią­gnął me­da­lion. Weber wszedł do sieni, nad którą wi­sia­ły lisie łby. Hen­ryk cze­kał, aż Weber wró­cił do mer­ce­de­sa. Gdy od­je­chał, Hen­ryk wy­szedł z sa­mo­cho­du i pod­szedł do bu­dyn­ku. Kwarc był coraz cie­plej­szy, a przy wej­ściu do sieni za­czął pa­rzyć dłoń Hen­ry­ka. 

 

Hen­ryk cze­kał cier­pli­wie, za­bi­ja­jąc czas lek­tu­rą i py­ka­niem z fajki. O pół­no­cy drzwi ka­mie­ni­cy otwar­ły się i sta­nął w nich Hu­bert. Hen­ryk ostroż­nie ru­szył za Ma­zu­rem. Za­cho­wa­nie Hu­ber­ta było co naj­mniej dziw­ne. Przy­sta­wał, spo­glą­da­jąc na ścia­ny i dachy ka­mie­nic, jak gdyby wy­brał się na nocny spa­cer w celu po­dzi­wia­nia ar­chi­tek­tu­ry.

Za­trzy­mał się na przy­stan­ku. I wsiadł do pierw­sze­go au­to­bu­su. Hen­ryk je­chał za nim, aż do Ka­to­wic, gdzie Hu­bert wy­siadł obok ronda i ru­szył w stro­nę rynku. Dalej droga była za­mknię­ta dla ruchu. Hen­ryk za­par­ko­wał. Wy­cią­gnął ze schow­ka pi­sto­let typu P-64, scho­wał go do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i po­szedł za Ma­zu­rem w stro­nę Ma­riac­kiej. Ulica była pełna pubów, klu­bów i jesz­cze po­mniej­szych barów i pi­jal­ni wódki. Tu tłum stu­den­tów i innej mło­dzie­ży bawił się w lo­ka­lach i na ulicy. Hen­ryk przy­śpie­szył, by nie stra­cić z oczu Hu­ber­ta. W po­ło­wie ulicy Mazur sta­nął przed barem o na­zwie “Ma­ra­but” z drew­nia­nym pta­szy­skiem usta­wio­nym na jed­nej nodze przed wej­ściem. Hen­ryk usta­wił się po dru­giej stro­nie ulicy, nie­da­le­ko wej­ścia do jed­ne­go z pubów. Hu­bert do­pa­lił pa­pie­ro­sa i ru­szył do środ­ka. Hen­ryk cze­kał. Nagle znów po­czuł, jak me­da­lion na pier­si za­czy­na go pa­rzyć. Wy­cią­gnął go szyb­ko i za­czął się roz­glą­dać. W jed­nym z za­uł­ków do­strzegł po­stać. Stała w blu­zie z kap­tu­rem i po­szar­pa­nym płasz­czu. Hen­ryk od razu roz­po­znał ma­ri­da, nim jesz­cze zwró­cił uwagę na bose stopy. Pi­ja­na mło­dzież mi­ja­ła go jak wielu bez­dom­nych, był dla nich tak nie­istot­ny, że pra­wie nie­wi­dzial­ny. Hen­ryk świet­nie to ro­zu­miał.

W prze­wa­la­ją­cym się ulicą tłu­mie Hen­ryk na chwi­lę stra­cił po­stać Klim­cza­ka z oczu, a gdy znów spoj­rzał w za­ułek, ma­ri­da już nie było.

 Kątem oka do­strzegł za to Hu­ber­ta w to­wa­rzy­stwie ostat­nie­go z chło­pa­ków. Mazur ści­skał go za przed­ra­mię. Szyb­ko we­szli w tłum. Hen­ryk prze­ci­snął się przez więk­szą grupę stu­den­tów, która za­gro­dzi­ła mu drogę. Ro­zej­rzał się po ulicy. Ni­g­dzie nie do­strzegł Hu­ber­ta. Przy­śpie­szył kroku, roz­py­cha­jąc sta­ją­cych mu na dro­dze prze­chod­niów. Hen­ryk sta­nął zdy­sza­ny przy ko­ście­le na końcu Ma­riac­kiej. Na prawo od­cho­dzi­ła ulica, z lewej bie­gła alej­ka mię­dzy drze­wa­mi. Na jej końcu Hen­ryk do­strzegł jakiś ruch.

Przez chwi­lę wahał się, w końcu po­biegł w tamtą stro­nę. W po­ło­wie alej­ki po­czuł na­ra­sta­ją­cy ucisk w klat­ce pier­sio­wej. Do­tarł do jezd­ni cięż­ko dy­sząc, w od­da­li zo­ba­czył idą­ce­go wzdłuż ulicy Hu­ber­ta. Usły­szał dźwięk tram­wa­ju, da­ją­cy sy­gnał do wsia­da­nia. Hen­ryk stał kilka me­trów od przy­stan­ku. Ze­rwał się w jed­nej chwi­li i rzu­cił w stro­nę wej­ścia. Wsko­czył do środ­ka, zanim drzwi się za­mknę­ły. Mo­tor­ni­czy po­to­czył tram­waj po szy­nach.

Ból w pier­si nie ustę­po­wał i Hen­ryk uświa­do­mił sobie, że to może być zawał. Zgiął się wpół trzy­ma­jąc za pierś. Nim tram­waj do­je­chał do ko­lej­ne­go przy­stan­ku, ucisk po­wo­li za­czął za­ni­kać. Wy­sia­da­ją­cy męż­czy­zna za­cze­pił go py­ta­niem, czy nie po­trze­bu­je po­mo­cy. Hen­ryk wy­pro­sto­wał się, słowa męż­czy­zny z tru­dem do niego do­cho­dzi­ły, gdy roz­bie­ga­nym wzro­kiem szu­kał wśród prze­chod­niów Hu­ber­ta. Tram­waj ru­szył.

Hen­ryk za­klął pod nosem. Nie mógł uwie­rzyć, że stra­cił oka­zję. Wtedy ich zo­ba­czył, jak skrę­ca­ją w stro­nę przej­ścia pod­ziem­ne­go. Hen­ryk ner­wo­wo za­czął na­ci­skać przy­cisk otwie­ra­nia drzwi, wy­pa­tru­jąc ko­lej­ne­go przy­stan­ku.

 

 Gdy tram­waj sta­nął, Hen­ryk wy­siadł po­śpiesz­nie i prze­biegł na drugą stro­nę ulicy, igno­ru­jąc trą­bią­cych kie­row­ców. 

Chod­nik przy jezd­ni był pełen ludzi, ale w oko­li­cy przej­ścia pod­ziem­ne­go nikt się nie krę­cił. Je­dy­na la­tar­nia, która mogła dać choć odro­bi­nę świa­tła temu ciem­ne­mu za­kąt­ko­wi, była stłu­czo­na.

 Hen­ryk pod­szedł do kra­wę­dzi scho­dów. Z tu­ne­lu do­cho­dził głos chło­pa­ka. Hen­ryk zszedł ostroż­nie po stop­niach w śmier­dzą­cy stę­chli­zną tunel.

Hu­bert stał na­prze­ciw­ko dzie­cia­ka w bia­łym świe­tle ja­rze­nió­wek. Nagle zła­pał go i jed­nym moc­nym szarp­nię­ciem rzu­cił na ścia­nę, trzy­ma­jąc za koł­nierz kurt­ki. W dru­giej ręce trzy­mał re­wol­wer, z któ­re­go mie­rzył w twarz chło­pa­ka. Hen­ryk się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i wy­cią­gnął P-64. Wy­mie­rzył i na­ci­snął spust, ten jed­nak nie re­ago­wał. Chło­pak, opar­ty o ścia­nę, spo­glą­dał w lufę re­wol­we­ru ze łzami w oczach. Hu­bert, jakby ogar­nię­ty współ­czu­ciem, pu­ścił go, a chło­pak zsu­nął się po ścia­nie. 

– Wy­bacz mi, Ste­fan – po­wie­dział Mazur. 

– Pro­szę, nie – łkał chło­pak, pod­kur­cza­jąc nogi i ła­piąc je obu­rącz, jakby pró­bo­wał zwi­nąć się w kulkę. 

– On tu jest, nie mam wyj­ścia. Nie bę­dzie bo­la­ło – pró­bo­wał go uspo­ko­ić Hu­bert. 

Żaden z nich nie spo­strzegł Hen­ry­ka, pró­bu­ją­ce­go od­na­leźć za­bez­pie­cze­nie broni. W końcu wy­ma­cał prze­łącz­nik. Zła­pał obu­rącz P-64 i wy­mie­rzył w chwi­li, gdy Hu­bert przy­sta­wił lufę re­wol­we­ru do czoła chło­pa­ka. Hen­ryk oparł palec na spu­ście i wy­pa­lił. Od­rzut rzu­cił nim na scho­dy. Hen­ryk oparł łok­cie na stop­niach, pró­bu­jąc się pod­nieść. Dzwo­ni­ło mu w uszach. Mazur ści­skał lewy bok, tuż nad bio­drem. Pa­trzył na Hen­ry­ka z nie­do­wie­rza­niem. Pod­niósł broń, lecz nogi od­mó­wi­ły mu po­słu­szeń­stwa i upadł, upusz­cza­jąc re­wol­wer. Hen­ryk wstał i zaraz oparł się o ścia­nę, dzwo­nie­nie w uszach nie prze­cho­dzi­ło i z tru­dem łapał rów­no­wa­gę. W tym nagle nie­mym świe­cie cała pew­ność sie­bie go opu­ści­ła. Spoj­rzał w górę scho­dów, gotów uciec, ale było już za późno. Nie usły­szał wołań Ste­fa­na, który wył z prze­ra­że­nia, ale do­strzegł ruch na skle­pie­niu. Hen­ryk pod­niósł wzrok i za­uwa­żył ma­ri­da, który prze­bie­ra­jąc rę­ko­ma i no­ga­mi ni­czym owad, pę­dził w jego stro­nę.

Gdy zna­lazł się u wy­lo­tu tu­ne­lu, wy­cią­gnął zsi­nia­łą dłoń i się­gnął w stro­nę gar­dła Hen­ry­ka.

– “Al­la­hu Akbar, Al­la­hu Akbar, Aszha­du anna la ilaha illa Allah – wy­krzyk­nął Hen­ryk, a marid w ostat­niej chwi­li cof­nął rękę. – Aszha­du anna la ilaha illa Allah, Aszha­du anna Mu­ham­ma­dan Ra­su­lu Allah”!

Hen­ryk krzy­czał z furią. Marid za­czął się wić, jak by słowa go ra­ni­ły. Hen­ryk, nie prze­ry­wa­jąc mo­dli­twy, się­gnął lewą ręka do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i wy­ma­cał sakwę.

– “Aszha­du anna Mu­ham­ma­dan Ra­su­lu Allah. Hajja ala As-Sa­la, Hajja ala As-Sa­la, Hajja ala Al-Fa­lah”. – Wy­cią­gnął garść pia­chu al – fa­ri­shi zmie­sza­ne­go ze sprosz­ko­wa­nym zło­tem i białą szał­wią. Marid pró­bo­wał się wy­co­fać i umknąć w głąb tu­ne­lu przed sło­wa­mi świę­tej księ­gi, ale Hen­ryk już pod­szedł.

 – “Hajja ala Al-Fa­lah. Al­la­hu Akbar, Al­la­hu Akbar La ilaha illa Allah!” – wy­krzyk­nął na ko­niec i ob­sy­pał dżina prosz­kiem. 

Ciało ma­ri­da za­czę­ło się skrę­cać na skle­pie­niu tu­ne­lu, koń­czy­ny wy­gi­na­ły się w sta­wach, gdy Hen­ryk za­czął re­cy­to­wał za­klę­cie z prze­klę­tej Księ­gi Czte­rech Wia­trów. Hen­ryk sły­szał wrzask cier­pią­ce­go ma­ri­da, prze­pla­ta­ny z prze­raź­li­wym trza­skiem wy­ła­my­wa­nych sta­wów i ła­mią­cych się kości, gdy ten plą­sał w ma­ka­brycz­nym tańcu. Hen­ryk za­koń­czył in­kan­ta­cję, wdzięcz­ny wła­snej prze­zor­no­ści, iż wy­uczył się tek­stu na pa­mięć. Wtedy marid od­padł z skle­pie­nia na bruk. Hen­ryk ob­sy­pał ciało Klim­cza­ka resz­tą prosz­ku al– fa­ri­shi. Do­pie­ro wtedy z prze­ra­że­niem uświa­do­mił sobie, że nie ma żad­ne­go na­czy­nia. Krzyk­nął do Ste­fa­na:

– Podaj mi to! – Wska­zał pla­sti­ko­wą bu­tel­kę, le­żą­cą pod ścia­ną na­prze­ciw chło­pa­ka. 

Ten sko­czył w stro­nę ścia­ny tu­ne­lu, chwy­cił bu­tel­kę i pu­ścił się pędem w stro­nę Hen­ry­ka.

– Od­kręć ją – po­le­cił Hen­ryk, który już zdą­żył wy­cią­gnąć książ­kę Klim­cza­ka i szu­kał od­po­wied­nie­go za­klę­cia. 

Chło­pak trzę­są­cy­mi się dłoń­mi wy­ko­nał po­le­ce­nie. Hen­ryk uklęk­nął przy ciele na­uczy­cie­la, lewą ręką roz­chy­lił usta, a na­stęp­nie uniósł głowę. 

– Wsadź mu bu­tel­kę w usta – po­le­cił Ste­fa­no­wi. 

Chło­pak, cały roz­dy­go­ta­ny, spoj­rzał w pło­ną­ce z pod­nie­ce­nia oczy Hen­ry­ka.

– No już! – wrza­snął Hen­ryk na dzie­cia­ka. 

Ste­fan ostroż­nie umie­ścił gwint mię­dzy czar­ny­mi zę­ba­mi, z tru­dem utrzy­mu­jąc bu­tel­kę w roz­dy­go­ta­nych dło­niach. Wtedy Hen­ryk za­czął od­czy­ty­wać for­mu­łę eg­zor­cy­zmu, czy­tał z coraz to więk­szym prze­ję­ciem, aż jego głos grzmiał w tu­ne­lu. Nagle szczę­ki Klim­cza­ka za­ci­snę­ły się na szyj­ce bu­tel­ki ze strasz­ną siłą, a Hen­ryk po­my­ślał, ileż ma szczę­ścia, że jest pla­sti­ko­wa, a nie szkla­na. Na­stęp­nie spoj­rzał za­sko­czo­ny na Ste­fa­na, który za­czął po­wta­rzać czy­ta­ny tekst – znał słowa eg­zor­cy­zmu i teraz wtó­ro­wał Hen­ry­ko­wi z en­tu­zja­zmem. Zwło­ki za­czę­ły drgać, a gdy drgaw­ki prze­szły w kon­wul­sje, po­wie­trze w bu­tel­ce za­czę­ło gęst­nieć, stało się mlecz­ne jak dym o ole­istej kon­sy­sten­cji. Zgnie­cio­na pla­sti­ko­wa bu­tel­ka za­czę­ła pęcz­nieć, gdy marid wy­peł­nił jej wnę­trze. Ciało Klim­cza­ka ze­sztyw­nia­ło. Hen­ryk pa­trzył wraz z Ste­fa­nem, jak biały obłok wi­ru­je w bu­tel­ce, mie­niąc się i po­bły­sku­jąc. Hen­ryk zła­pał na­czy­nie i ostroż­nie wy­cią­gnął z ust nie­bosz­czy­ka. Na­stęp­nie wrę­czył Ste­fa­no­wi. 

– Po­trzy­maj, chłop­cze – po­pro­sił, a sam wy­cią­gnął sakwę ze zło­tym prosz­kiem i prze­sy­pał go do bu­tel­ki, za­peł­nia­jąc ją w trzech czwar­tych, na­stęp­nie pod­niósł czer­wo­ną za­kręt­kę i na­krę­cił na gwint.

– Duch pu­sty­ni jest uwię­zio­ny i osła­bio­ny pyłem al – fa­ri­shi. W ta­kiej po­sta­ci mamy nad nim cał­ko­wi­tą kon­tro­lę – po­wie­dział Hen­ryk.

– Czy to już ko­niec? – za­py­tał chło­pak, pa­trząc, jak ole­isty dym w bu­tel­ce unosi dro­bi­ny prosz­ku, wi­ru­jąc we wnę­trzu pla­sti­ko­we­go na­czy­nia.

– Jesz­cze nie cał­kiem – po­wie­dział Hen­ryk.

Wstał i pod­szedł do Hu­ber­ta. Mazur trzy­mał obu­rącz miej­sce po­strza­łu, a krew prze­cie­ka­ła mię­dzy pal­ca­mi. Był blady, a usta zsi­nia­ły. Hen­ryk ro­zej­rzał się po tu­ne­lu, ja­kimś cudem w przej­ściu oprócz ich trzech nadal ni­ko­go nie było. Pod­niósł broń Ma­zu­ra, który ob­ser­wo­wał każdy ruch za­cho­dzą­cy­mi mgłą ocza­mi. Uśmie­cha­jąc się lekko, w końcu po­wie­dział:

– Ja cię znam. 

– To nie­moż­li­we – od­parł Hen­ryk.

– Wi­dzia­łem cię na na­gra­niu, to ty wy­łą­czy­łeś ka­me­rę.

To były jego ostat­nie słowa. 

Ste­fan pod­szedł, uklęk­nął nad Hu­ber­tem i za­mknął mu po­wie­ki. Hen­ryk nie­spiesz­nie pod­niósł re­wol­wer Ma­zu­ra.

– Czy…? – za­czął, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle na widok lufy re­wol­we­ru.

Hen­ryk na­ci­snął spust. Kula roz­trza­ska­ła skroń Ste­fa­na. Hen­ryk nieco od­cią­gnął ciało od Ma­zu­ra. Pod­szedł do Hu­ber­ta i wło­żył mu w dłoń re­wol­wer. Hen­ryk spraw­dził kie­sze­nie by­łe­go ska­zań­ca. Za­brał klu­cze, na ich miej­sce wło­żył port­fel. Szyb­kim kro­kiem ru­szył do wyj­ścia z dru­giej stro­ny tu­ne­lu. Kilka ulic dalej wrzu­cił P-64 do stu­dzien­ki ka­na­li­za­cyj­nej. 

 

Hen­ryk jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru udał się do miesz­ka­nia Ma­zu­ra. Był pe­wien, że jeśli Hu­bert go roz­po­znał, to po­li­cja też może. Użył zna­le­zio­nych klu­czy, by wejść do środ­ka i za­brał ka­me­rę. Po­zo­sta­ło jesz­cze usta­lić, gdzie miesz­kał Klim­czak.

 

Hen­ryk skoń­czył no­to­wać w ze­szy­cie. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła czter­na­sta. Za­mknął ze­szyt i za­czął się ubie­rać do wyj­ścia. 

 

Młoda ko­bie­ta opro­wa­dzi­ła go po po­ko­jach, a on bacz­nie zwra­cał uwagę na drga­nia pla­sti­ko­wej bu­tel­ki w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. W sa­lo­nie z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na ulicę za­py­tał wła­ści­ciel­kę, czy mógł­by zo­stać sam, gdyż musi skon­sul­to­wać wy­na­jem przez te­le­fon i po­trze­bu­je odro­bi­ny pry­wat­no­ści. Gdy wy­szła, za­mknął za nią drzwi. Wy­cią­gnął bu­tel­kę, piach wi­ro­wał, mie­niąc się zło­tym pyłem. Hen­ryk jesz­cze raz ob­szedł pokój i sta­nął, gdy w bu­tel­ce po­wsta­ło coś na po­do­bień­stwo trąby po­wietrz­nej, a piach za­czął z sy­kiem ude­rzać o pla­sti­ko­we ścian­ki na­czy­nia. Tup­nął parę razy ob­ca­sem w par­kiet i usły­szał głu­chy od­głos. Od­sta­wił bu­tel­kę i scy­zo­ry­kiem pod­wa­żył jedną z desek par­kie­tu, potem ko­lej­ną. We­wnątrz skryt­ki znaj­do­wał się pa­ku­nek owi­nię­ty w ręcz­nik. Roz­wi­nął go ostroż­nie, były w nim dwie książ­ki, więk­szą no­si­ła tytuł “Arbae Riah”.

– Księ­ga Czte­rech Wia­trów – prze­tłu­ma­czył na głos.

Mniej­sza była bez ty­tu­łu. Za­wie­ra­ła in­for­ma­cję o zio­łach i mi­ne­ra­łach przy­dat­nych do two­rze­nia in­gre­dien­cji oraz me­da­lio­nów. Marid we­wnątrz pla­sti­ko­we­go wię­zie­nia sza­lał, wi­ru­jąc w bez­sil­nej zło­ści. Hen­ryk odło­żył deski na miej­sce i scho­wał książ­ki pod ma­ry­nar­kę. Drzwi uchy­li­ły się i do po­ko­ju we­szła wła­ści­ciel­ka. Hen­ryk szyb­ko pod­niósł bu­tel­kę i wło­żył do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. 

– Oba­wiam się, że muszę się jesz­cze za­sta­no­wić co do wy­naj­mu – oświad­czył i mi­nąw­szy ko­bie­tę w drzwiach, ru­szył do wyj­ścia.  

Za­czął scho­dzić po scho­dach z po­czu­ciem do­brze wy­ko­na­nej pracy. Na pół­pię­trze za­marł.  

– Jak…? – wy­ją­kał na widok We­be­ra.

– Dzwo­ni­łeś z bi­blio­te­ki. Ta star­sza pani jest bar­dzo uczyn­na – po­wie­dział An­glik.

Hen­ryk ru­szył do ko­lej­nych scho­dów. Weber sta­nął mu na dro­dze. Był po­tęż­nie zbu­do­wa­ny. Gó­ro­wał nad pro­fe­so­rem. Zła­pał Hen­ry­ka za ma­ry­nar­kę i jed­nym sil­nym pchnię­ciem po­słał na ścia­nę. Książ­ki trzy­ma­ne pod pachą upa­dły na po­sadz­kę.

– Po co dzwo­ni­łeś do mnie z bi­blio­te­ki? – wark­nął An­glik.

Hen­ryk otwo­rzył usta, ale nie zdą­żył nic po­wie­dzieć, do­stał w twarz otwar­tą ręką.

– Po co za mną je­cha­łeś? 

Ko­lej­ny cios strą­cił Hen­ry­ko­wi oku­la­ry. 

– Co ro­bi­łeś w miesz­ka­niu Klim­cza­ka? 

An­glik bił coraz moc­niej.

– Co cię z nim łą­czy­ło?

Ręką za­wi­sła nad twa­rzą pro­fe­so­ra. Uwagę We­be­ra zwró­ci­ła bu­tel­ka wy­sta­ją­ca z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Wy­cią­gnął ją i spoj­rzał na mie­nią­cy się piach.

– Pro­szę – za­czął Hen­ryk – nie wiesz, co ro­bisz. Jeśli otwo­rzysz…

Ko­lej­ny cios roz­bił nos pro­fe­so­ra. An­glik od­krę­cił bu­tel­kę i przed twa­rzą Hen­ry­ka wy­sy­pał za­war­tość.

– Co masz wspól­ne­go ze śmier­cią Hu­ber­ta i Mi­cha­ła? – wy­sy­czał An­glik i chwy­cił pro­fe­so­ra za gar­dło.

Hen­ryk nie od­po­wie­dział. Pa­trzył, jak piach, wi­ru­jąc, bły­ska­wicz­nie od­dzie­la się od złota i szał­wi. 

– Patrz na mnie, jak do cie­bie mówię – wark­nął Weber.

Piach wi­ro­wał wzdłuż ciała An­gli­ka, uno­sząc się coraz wyżej. Hen­ryk pa­trzył, jak do­cie­ra do twa­rzy We­be­ra. An­glik do­strzegł wi­ru­ją­ce dro­bi­ny, ale było już za późno. Piach bły­ska­wicz­nie za­czął się wdzie­rać przez usta, noz­drza i uszy. An­glik od­sko­czył i zła­pał się za twarz. Dro­bi­ny prze­nik­nę­ły mię­dzy pal­ca­mi.

Hen­ryk stał osłu­pia­ły, gdy An­glik od­sło­nił twarz. Zo­ba­czył dwie wpa­trzo­ne w niego źre­ni­ce. Marid uśmiech­nął się, od­sła­nia­jąc czar­ne zęby.

 

Dżin sta­nął w drzwiach sieni i spraw­dził kie­sze­nie kurt­ki An­gli­ka. Wy­cią­gnął ciem­ne oku­la­ry i za­ło­żył. Wy­szedł na chod­nik z dwie­ma książ­ka­mi pod pachą i szyb­ko wmie­szał się w tłum prze­chod­niów. 

 

koniec

Okrwawione dublony

Kliknij aby rozwinąć

“STARZY KAMRACI”

Jack siedział Pod Rozbitą Lunetą. W tawernie unosił się smród wypacanego alkoholu, zmieszany z zapachem topionego wosku świec. Przy oknie, tuż obok drzwi, stary Johnny majtał kikutami nóg, mielił coś bezzębnymi dziąsłami. Czekał, aż ktoś wejdzie i rzuci inwalidzie monetę. Mlaśnięcia okaleczonego marynarza doprowadzały Jacka do szaleństwa. Zagryzł więc dolną wargę, a w dłoniach ścisnął drewniany kubek z resztką cienkiego ejl. Zakołysał nim. Piwo spieniło się, niczym fale rozbijane o plażę – chlusnęło o ściany naczynia. Jack oblizał spierzchnięte wargi. Czuł, jak zimne krople potu wypływają spod czerwonej chusty na głowie i pomału spływają po skroniach ku nieogolonym policzkom.

Dziwka przy schodach jęknęła nazbyt teatralnie, gdy jednoręki Ralson przejechał kikutem w okolicy jej łona. W zdrowej dłoni trzymał dwie monety. Palce poruszały się, a szylingi tarły o siebie. Dziwka jednak nie chciała obniżyć mu ceny. Uśmiechała się tylko, od czasu do czasu, głaszcząc tłuste włosy Ralsona.

– Nie, nie, nie! – zahuczał z rogu izby O’Connor Lee, zwany Czarnym Szczurem.

Walnął pięścią w stół, aż Jackowi szybciej załomotało serce. Spojrzał wzrokiem przestraszonego ptaka. O’Connor siedział z dwoma marynarzami. Złapał za róg trikornu, pokręcił głową. Tamci szeptali do niego, nachyleni przez blat stołu.

Jack przełknął ślinę, gdy zorientował się, że za kontuarem butelki z rumem stoją niepilnowane. Wypił duszkiem resztkę piwa i wstał. Stary Johnny zmrużył oczy, jakby chciał powiedzieć: „Wiem, co ci chodzi po głowie, pijaku”. Jack ostentacyjnie poprawił spodnie. Usiadł, przytrzymując się blatu rozdygotanymi dłońmi.

Jim Kotwica wyłonił się zza starego koca, zasłaniającego zaplecze. Przesunął w ustach fajkę o główce z kolby kukurydzy i przygryzł ustnik. Zerknął świńskimi oczkami po zebranych, podrapał się po zwisającym brzuchu i wszedł na salę z talerzem zupy.

Oparł potężne przedramię o kontuar.

– Sal – warknął.

Dziwka chichotała, gdy Ralson szeptał jej coś do ucha.

– Sal, gruba suko! – wrzasnął Jim. – Będziesz się z nim pieprzyć?!

– Jeszcze nie wiem. Będę, Ralson? – zapytała, uśmiechając się do kalekiego Szweda.

– A jak ci to brzęczy, słodziutka?

– Za cicho – powiedziała i podeszła do szynkwasu. – Czego chcesz?

– Zanieś to Lili i zobacz, czy gorączka jej spadła – powiedział Jim Kotwica, podał jej kubek rumu i podsunął talerz z zupą.

Sal zabrała naczynia, minęła Szweda i weszła po schodach na antresolę.

Jim spojrzał na wyszczerzonego Ralsona. Ten szybko przestał się uśmiechać, schował monety do kieszeni i ruszył do wyjścia.

– Jack, pijesz coś? – rzucił przez salę Jim.

– Nie, czekam na kogoś – zachrypiał Jack i potarł palcami wysuszone gardło.

– Oby niedługo, skończył się dobry czas. Pijesz albo znikasz, rozumiesz? – Jim Kotwica nie czekał na potwierdzenie i wyszedł na zaplecze.

– Nie! – huknął znów O’Connor z rogu sali.

Dwóch marynarzy wstało. Czarny Szczur sięgnął ręką pod stół. Dźwięk odciągniętego zamka bandoletu przeszył wnętrze karczmy. Tamci ściągnęli dłonie z rękojeści kordów. Przeszli przez salę.

– Wrócimy do tego w niedługim czasie – wycedził jeden z marynarzy, nim zatrzasnął za sobą drzwi wyjściowe.

Stary Johnny zaśmiał się, klepnął dłonią o kikut i zamlaskał.

O’Connor wszedł za szynkwas i ściągnął z półki flaszkę. Zostawił na kontuarze monetę. Minął kilka stołów. Stanął i spojrzał na Jacka. Uśmiechnął się, odsłaniając srebrne i złote zęby, następnie pociągnął z butelki. Jack obserwował, jak podchodzi.

– Kiedyś to było, co nie, Jack? Napij się ze mną za stare czasy – powiedział Czarny Szczur i usiadł.

Jack popatrzył błędnym wzrokiem na towarzysza, a następnie, jak nalewa mu rumu do kubka. O’Connor mrugnął do niego i rozchylił szerzej usta w drwiącym uśmiechu. Jack z nabożnym szacunkiem uniósł kufel do ust. Przeszła go fala rozkoszy, a zaraz potem zakaszlał. Krztusił się chwilę, czerwieniąc się na twarzy.

– Dobrze ci to zrobi – wysyczał Czarny Szczur i dodał: – stary draniu, chyba mi tu nie wykorkujesz.

– Nie. Nalej jeszcze – poprosił Jack, który wiedział, że zaraz wszystko wróci do normy i znów będzie starym, dobrym Jackiem Szczęściarzem.

Wychylił tym razem połowę kubka, czując, że zaczyna oddychać pełną piersią.

– Mówiłem, że kiedyś to było, gdyśmy z dumą wracali Pod Rozbitą Lunetę, bluźniąc na życie i plując na prawo, co nie, Jack?

– Tak było – zgodził się Jack i zapytał, wskazując wyjście: – Co to byli za jedni?

– Parszywe gnoje, jeśli chcesz znać moje zdanie. A jak jeszcze raz mi się napatoczą, to sobie inaczej zaśpiewamy. – Spoważniał O’Connor.

Jack pokiwał głową i nagle przypomniał sobie o spotkaniu.

– Ach, do diabła z tym – powiedział i uderzył kubkiem o wzniesioną butelkę.

– Dobrze prawisz, Jack – zgodził się Czarny Szczur. – Powiedz mi, od kiedy są tu żołnierze?

– Od zeszłej niedzieli – odpowiedział Jack.

– Roi się ich tu, niczym mend na wzgórku Sal.

– Trzy galeony przypłynęły – pokiwał poważnie głową Jack.

– Słyszałem, że zajęli twierdzę. Będą prawo ustanawiać. – Czarny Szczur sposępniał.

– Zgadza się, Jerzy IV ogłosił amnestię, krótko po tym, jak przybył tu kapitan Norton. Kilku naszych nie doczekało odpuszczenia win.

– Wiem, widziałem, jak dyndają przed ratuszem. – O’Connor splunął.

– Amnestia amnestią, król wprowadził ją jedną ręką, gdy drugą wyprawił do piekła większość naszych. Podobno darowanie win miało resztę powstrzymać przed odwetem. – Jack napił się, odkaszlnął i ciągnął dalej. – Nie ma pod kim pływać, większość kapitanów zwisa z rei, gnije w lochach lub padło w walce. Mówią, że dobry to czas, by nowi zajęli miejsce starych wilków, ale nikt się do tego nie pali. Większość tych tu na wyspie czuła już na szyi pętlę, a po amnestii są wolni niczym ptaszki. Niespieszno im do tego uczucia, w tym i mnie.

– I co nam po takiej wolności?

– Nie wiem. – Jack wzruszył ramionami. – Może zacznę uprawiać ziemię.

– Już cię widzę, jak orzesz ziemię albo sadzisz ananasy.

– Nie brakuje farmerów na wyspach.

– Ale ty nie jesteś farmerem, Jack. – O’Connor uśmiechnął się, patrząc Szczęściarzowi w oczy. – Nie przywykłeś do grzebania się w ziemi. Tacy jak my, Jacku, przywykli do…

Nie dokończył, bo drzwi tawerny otwarły się, a Johnny Dwa Kikuty porwał dzwonek z parapetu i, machając nim, zawołał:

– Witam spragnionego marynarza Pod Rozbitą Lunetą, usiądź i napij się!

Dzwonił, uśmiechając się bezzębnymi dziąsłami. Był to sygnał dla Jima, że wszedł nowy klient i ewentualne ostrzeżenie przed przedstawicielami władz.

– Rzuć, miłościwy panie, kalecę co nieco, co by mógł wypić za twoje zdrowie! – zawołał, wyciągając chudą, pomarszczoną rękę ku wchodzącemu.

Jack i Czarny Szczur spojrzeli w stronę drzwi.

Przybysz stał w progu, okryty peleryną z naciągniętym na głowę kapturem, ociekającym od monsunowych deszczy. Wspierał się na szczudle tkwiącym pod prawą pachą. Za nim w ciemności wicher kołysał drzewami. Nieznajomy zatrzasnął drzwi i wsadził rękę pod pelerynę, odsłonił kordelas. Pogmerał w kieszeni kamizelki. W dłoni zaświeciła złota moneta. Rzucił ją Johnny’emu. Kaleka upuścił dzwonek, chwycił monetę i spojrzał na gościa z wdzięcznością.

– Wiem, jak to jest stracić kulasa – odezwał się przybysz, kuśtykając w stronę stołu Jacka, postukując szczudłem. – Pełznij do Jima Kotwicy i każ mu przywlec tu jego tłustą dupę, by zadbał, żeby przy tym stole niczego nie zabrakło.

Odsuwając ławę, siadł ciężko, oparł szczudło o blat. Jack i O’Connor popatrzyli po sobie, gdy Johnny, z dublonem w ustach, przebierał rękoma po podłodze. Nieznajomy ściągnął kaptur, odsłaniając rudą czuprynę i nie mniej rudą brodę. Strzepnął mokre okrycie i rzucił je na sąsiedni stół.

– No, coście tak oniemieli? – powiedział, sięgając po flaszkę O’Connora i napił się porządnie.

– No proszę, sam diabeł zawitał do mojej tawerny! – zaryczał Jim Kotwica, wychodząc zza szynkwasu.

– A i owszem, i jest cholernie głodny. Powiedz, Jim, nalejesz staremu kamratowi tej swojej słynnej zupy z kalmarów?

– Dla ciebie, Billi, zawsze znajdzie się tu strawa i napitek. – Jim objął go tłustym ramieniem, a Bill poklepał druha po plecach.

– Toż to nie może być – odezwał się O’Connor – Billi Piszczel!

– Ten sam, we własnej osobie. – Rudzielec uśmiechnął się do niego.

– To ty wysłałeś mi wiadomość? – zapytał Jack.

– Tak, Jack. – Spoważniał i spojrzał spod płomiennych brwi na suchotnika. – Lecz prosiłem, żebyś był sam.

Płomienie świec odbijały się od złotego kolczyka lśniącego w uchu Billa.

– Bill, ja… ja… – zająknął się Jack.

Jim odsunął się nieco, mocniej przygryzając ustnik fajki. Czarny Szczur zmrużył oczy, sięgnął ręką pod stół. Bill ryknął głośno, a śmiech rozbrzmiał w tawernie z taką mocą, że kurwy powychodziły na antresolę, żeby zobaczyć, co się dzieje.

– Pobladłeś niczym ciura łajany przez bosmana, Jack, w dobrym towarzystwie cię widzę. O’Connor to porządny człowiek, a takich mi brakuje do kompanii.

Wszyscy odetchnęli z wyraźną ulgą, a na twarzach znów pojawiły się uśmiechy.

– Jim, co z tą zupą? – zapytał Bill, szczerząc się do karczmarza, następnie zaryczał: – panienki, schodźcie mi tu zaraz, a żeby każda czysta była!

Zauważył wahanie Jima Kotwicy, więc włożył mu w dłoń kilka monet. Karczmarz poweselał i poczłapał na zaplecze, po drodze poganiając dziwki.

Tego wieczoru Pod Rozbitą Lunetą kilku spragnionych marynarzy odbiło się od drzwi. Bluźniąc, odchodzili, niektórzy zaglądali przez brudne szyby. W środku dziewczyny obskakiwały trzech starych druhów. Johnny zaś przygrywał im na harmonijce. Wszyscy jedli i pili do późnej nocy.

 

“CO SIĘ STAŁO Z ZAŁOGĄ CZARNEGO DELFINA”

Jacka obudził duszący kaszel, wyplątał się spomiędzy objęć dwóch kobiet i wyszedł na antresolę. Zszedł po omacku, walcząc z kacem i suchotami. Dopadł butelkę u podnóża schodów, przechylił ją, ale była pusta. Zatoczył się w stronę stołu i odnalazł niedopitą. Opróżnił ją do dna. Gdy oderwał butelkę od ust, w sali rozbłysnął ogień. To Billi Piszczel odpalił zapałkę i przyłożył do główki fajki, bacznie przyglądając się Jackowi.

– Bill? – zapytał Jack.

– Zakładaj gacie i sprowadź Czarnego Szczura, czas pogadać – powiedział Bill, wypuścił kłęby dymu.

Usiedli przy tym samym stole co wcześniej, napili się, ale Bill nie pozwolił im na więcej niż jeden kubek.

– Coś czułem, że ta szczodrość nie jest z dobroci serca – zaczął O’Connor.

– Zawsze byłeś bystry, Lee – potwierdził Bill.

– Całą noc tylko się uśmiechałeś, nawet żadnej dziewczyny Jima sobie nie wziąłeś – zauważył Jack.

– Do czorta z tymi dziwkami, nie po to tu się przywlokłem aż z Wilmington, żeby sobie głowę zawracać tymi ścierwami.

– Tam stracono załogę Forsytha – powiedział Jack i razem z O’Connorem spojrzeli na Billa.

– Zgadza się. – Bill zmrużył oczy i pociągnął z fajki. – Jak widzicie, nie całą. Byłem na Czarnym Delfinie, gdy Forsyth łupił Francuzów. Słyszeliśmy o trzech galeonach ścigających korsarzy, ale szczęście nam dopisywało, do czasu, gdy podpłynęliśmy do Santa Marii. Wzięliśmy barkę abordażem, a w jednej z kajut trafiliśmy na kilka kobiet. – Kamraci Billa uśmiechnęli się na wspomnienie pięknych chwil na morzu. – Gdyśmy robili swoje, pojawił się Forsyth, spojrzał na czarnulkę stojącą w rogu i czekającą na swoją kolej. Kapitan zmienił się w jednej chwili. Oćwiczył kilku chłopaków, ruszył przez kajutę, porwał czarnuchę, a następnie pociągnął na pokład Delfina. Cztery dni go nie widzieliśmy. Rozkazy przekazywał przez Santiago. Załoga domagała się, by przeczekać w jakimś cichym porcie. Mieliśmy dość łupów i już każdy z nas myślał, na co dolę przeznaczy. Ale nie. Kurs wzięliśmy wkrótce na Haiti. Tam Forsyth wyszedł na ląd tylko z dziesięcioma ludźmi i czarną kobietą. A gdybyście ją widzieli, ubrana była jak mężczyzna, z pistoletami za pasem. Szła tuż przy kapitanie, jakby znali się nie cztery dni, a całe życie, jak równy z równym. Czekaliśmy. Kolejnej nocy wrócił kapitan i ona. Forsyth taszczył worek, nigdy nie dowiedzieliśmy się, co w nim było. O tamtych dziesięciu też już nie słyszeliśmy. Bill zrobił pauzę, by sprawdzić uwagę słuchaczy.

– I co było dalej? – zapytał Jack.

– Nadege – podjął dalej – tak kazała do siebie mówić i odtąd gdzie kapitan, tam była i ona. Tylko Santiago i ten czarnuch Baptiste wiedzieli coś więcej. Niech by tak diabeł porwał tę czwórkę. Płynęliśmy, zdaje się, bez celu, a w niektóre noce ci, którzy mieli wachtę, powtarzali nam potem o dziwnych dźwiękach dochodzących z kajuty kapitana, od których włos się na głowie jeżył. Ci, którzy w Panu naszym powierzyli wiarę, znak krzyża robili. W końcu doszło do tego, co było nieuniknione. Ludzie postanowili zakończyć to po naszemu. Znacie mnie. Wiecie, że nigdy nie bałem się ani Forsytha, ani Santiago. Wiedząc, co się szykuje, podszedłem do kapitana i zapytałem wprost, co zamierza. Mówiłem, że ludzie są u kresu wytrzymałości. Wiecie, co mi wtedy rzekł? – Jack i O’Connor pokręcili głowami. – „Czymże jest życie, Bill?”. W takich oto słowach się do mnie zwrócił. „Żółw morski żyje dwieście i więcej lat. Są w głębinach stwory pozbawione organów, nie starzejące się. Bill, długowieczne. Czymże my jesteśmy, istoty marne, jedynie przelotną chwilą w obliczu tak wspaniałych tworów?”. Wtedy już wiedziałem, że to koniec. Myśląc, że skurczybyk postradał zmysły, zakradłem się do ładowni. Jako bosman miałem klucze. Napełniłem sakwy, bo choć los kapitana był przesądzony, nie sposób było przewidzieć, jak sprawy dalej się potoczą. Ale Forsyth jakby wiedział, co będzie. Tego dnia, gdy ludzie szykowali się do buntu, Delfin natrafił na galeon jego królewskiej mości Jerzego IV. Nie sposób było uciec. Forsyth dowodził nami jak dawniej. Skurwysyny ostrzeliwali nas okrutnie, ale udało nam się podejść do galeonu i podczas abordażu walczyliśmy jak opętani. Na próżno, jak się okazało. Pamiętacie tę kulę, co mi piszczel strzaskała? Dostałem bodajże w to samo miejsce, padłem i wtedy mnie pojmali. Ocknąłem się w kajdanach, rana jątrzyła się, bo kula wciągnęła kawałek materiału. Byłem w gorączce, niewiele pamiętam z tego, co się wtedy działo, może to i lepiej. Galeon zacumował w Wilmington, tam trafiliśmy do cel. Jak już mówiłem, męczyła mnie gorączka, a nogę trawiła gangrena. Jak przez mgłę pamiętam, gdy przychodzili i zabierali moich towarzyszy, bym już nigdy ich nie zobaczył.

Obudziłem się któregoś dnia w pościeli. Czyściutkiej i pachnącej. Pomyślałem wtedy: „Billi, Billi, to już chyba jest Pańskie podwórko”. Ale myliłem się, był to szpital, w którym mi odjęli nogę. Nie przejąłem się zbytnio, bo to była ta, na którą kulałem, i rwała mnie po starej ranie w deszczowe dni tak, że sam nieraz miałem ochotę ją sobie urżnąć. Niepokoiło mnie co innego: czemu wciąż oddycham, zamiast dyndać tam w porcie obok pozostałych. – Bill ziewnął przeciągle i nalał sobie nieco rumu.

– Gadaj, łotrze jeden. – Nie wytrzymał O’Connor. – Czemu cię nie powiesili?

Bill uśmiechnął się zadowolony, że historia ciekawi towarzyszy, i znów się odezwał:

– To szybko miało się wyjaśnić. Łapiduch, który mnie doglądał, wyjaśnił, że kapitan okrętu, który nas pobił, chce, bym mógł zdrowy i w pełni świadomości stanąć przed sądem, a następnie na szafocie. Dowiedziałem się również, że reszta załogi Delfina, którą pojmali wraz ze mną, już zdążyła zawisnąć. Wierzcie mi, różne najczarniejsze myśli chodziły mi wtedy po głowie, gdy nie mogłem spać w nocy, czekając, aż nadejdzie mój czas. Stało się jednak inaczej, ponieważ tak długo mnie leczono, że Jerzy IV, łaskawie nam panujący król Anglii, miej go Boże w swojej opiece, ogłosił amnestię. Wyobrażacie sobie? Te sukinsyny tak długo trzymały mnie przy życiu, żeby powiesić, że doczekałem cudu. Dali mi na odchodne to szczudło i puścili wolno. – Bill pozwolił Jackowi i O’Connorowi na wypicie za jego zdrowie, sam też się napił, lecz szybko wrócił do opowieści:

– Pałętałem się po porcie przez jakiś czas, by zasięgnąć języka, co się stało z kapitanem Forsythem, jednak nikt nic nie wiedział. Nie powieszono go, to było pewne. Mówiono, że zginął podczas bitwy wraz z innymi. To znowu twierdzili niektórzy, że poszedł na dno wraz z Czarnym Delfinem, jednak wszystko to były jedynie pogłoski. W końcu zatęskniłem za domem, więc zabrałem się na okręt i ruszyłem do Port Royal, by zobaczyć, jak się mają sprawy. U wybrzeży Haiti, dla zabicia nudy, obserwowałem okolicę przez lunetę. W ten sposób dostrzegłem czarny żagiel, panowie moi. Tego okrętu nie pomyliłbym z żadnym innym, bo na nim dziesięć lat służyłem, i choćby noc była najczarniejsza, a mnie przyszłoby zerknąć jeno przez jedno bicie serca, to bym wiedział, i wtedy też wiedziałem – to był Czarny Delfin. W Port Royal dowiedziałem się, że jesteś w okolicy, Jack, więc napisałem do ciebie wiadomość, i oto jestem.

– Zaprawdę piękna to była historia, ale co nam po niej? – zdziwił się Jack.

– Zawsze miałeś więcej szczęścia niż rozumu – warknął na niego O’Connor. – Jeśli Forsyth przeżył i ma Czarnego Delfina, to wraz z nim są również dublony, które złupili w ostatniej wyprawie.

– Zgadza się. – Uśmiechnął się Bill Piszczel.

– Tylko jak to się stało, że Forsyth przeżył i do tego uratował statek? – Wciąż się dziwił Jack, tęsknie spoglądając w stronę butelki.

– Podejrzewam – zaczął Bill – że Forsyth wraz z Santiago, Baptiste’em i tą przeklętą Nadege oraz może kilkoma jeszcze kamratami przecięli sznury, które trzymały Delfina przy burcie galeonu, i zdołali umknąć. Ale wiesz co, Jack? Zamierzam zapytać o to samo Forsytha, gdy już odbiorę moją ciężko zarobioną dolę i nim go wybebeszę.

– Gdzie dokładnie zakotwiczył Delfin? – Czarny Szczur błysnął złotymi zębami.

– U brzegów Tortugi, przy wschodniej plaży.

– Będzie trzeba nas więcej – zauważył Jack.

– Liczę, że wiecie, kto aktualnie jest godzien zaufania? – Bill puścił kółko dymu.

– Jeszcze jedno, Bill – zainteresował się O’Connor. – Powiedz mi, skąd wziąłeś te dublony? Do licha, przecież musieli cię przetrzepać, nim trafiłeś w kajdany.

– O tak, przetrzepali, ale stary Bill dba o przyszłość, nawet w obliczu rychłego końca. – Uśmiechnął się, kładąc but o długiej cholewie na stole, sięgnął do obcasa, przekręcił, a z wyżłobienia w nim wytoczyło się pięć złotych monet. – A kilka połknąłem.

– Zawsze wiedziałem, Bill, że kiedyś będziesz srał złotem – powiedział Jack i wraz z O’Connorem roześmiał się.

– I wiesz, co ci powiem? Tak mi się to spodobało, drogi Jacku, że nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać – wyszeptał Bill pociągając z fajki…

 

“KU BRZEGOM TORTUGI”

Jack Szczęściarz znał się dobrze z Morganem, zwanym „Biskupem”, od czasu, gdy jeszcze razem pływali na Śmigłym. Biskup zainwestował pieniądze z wypraw w biznes, na który składał się dwumasztowy szkuner. Gdy już do Morgana dotarło, że uczciwy kawałek chleba wcale nie pachnie lepiej, a jedynie trudniej jest na niego zarobić, był dobrze po sześćdziesiątce. Próbował się jeszcze zaciągnąć, ale zawsze jego miejsce w drużynie zajmował ktoś młodszy i sprawniejszy. Rozgoryczony przepił wszystko, co miał, ale szkuner mu się ostał i to w dobrym stanie. Bill kojarzył Morgana i ufał mu, więc chętnie wciągnął go do spółki, oferując trzysta złotych dublonów za wkład w przedsięwzięcie. Biskupa nie trzeba było długo przekonywać – za takie pieniądze mógłby dożyć resztę dni w dostatku i zaoferował siebie oraz statek Elizabeth, rad, że los się do niego uśmiechnął. Inaczej było z młodym Angusem MacLeodem. Bill znał brata młodego marynarza, Amargeina, i nie lubił go. Kręcił więc nosem na tę propozycję i długo nie dawał się przekonać. Ale na nadmiar kandydatów nie mogli narzekać, więc ostatecznie Bill zgodził się, by młodzieniec o bystrym, bezczelnym spojrzeniu przystał do drużyny. Załadowali pięć muszkietów, kordelasy, dla każdego parę pistoletów, proch, kule, prowiant i rum, który Bill kazał umieścić w jednym z dwóch pustych kufrów, a klucz do niego zawiesił sobie na piersi.

Wypłynęli o świcie, trzeciego dnia od kiedy pili razem Pod Rozbitą Lunetą. Bill oczywiście mianował się kapitanem, klął i głośno wydawał rozkazy, jakby na małym szkunerze była szansa, że ktoś go nie usłyszy. Pierwszego dnia drwili z niego, ale drugiego Czarny Szczur podszedł do Biskupa stojącego za sterem, zaklął i powiedział:

– Przysięgam ci, Morgan, że jak ten kulawy, rudy sukinsyn nie przestanie, to przybiję go do masztu za kciuki.

Morgan, choć stary, nadal słusznej postury, podrapał się po już siwiejącej brodzie i wyszeptał:

– Spokojnie, O’Connor. Bill dobrze wie, że bez niego mielibyśmy małe szanse zgarnąć złoto z Delfina. Niech sobie zgrywa kapitana, jeśli ma taki kaprys, niech wrzeszczy i rzuca rozkazy. Inaczej sobie pogadamy w drodze powrotnej. – Poklepał Kropidło.

Była to tęga pała z gruszy. W grubszym miejscu wyżłobiona na kształt kuli, o licznych nacięciach. W ten sposób niegdyś Biskup zaznaczał powalonych w czasie abordażu przeciwników, by w razie potrzeby móc udowodnić, jaka należy mu się część łupu za włożony wkład w jego zdobycie.

– A na razie bierz przykład z Angusa – dodał, wskazując na młodego MacLeoda, który mimo tego, że Billi Piszczel klął na niego przy każdej okazji, obsługiwał żagle z taką sprawnością, jakiej nie wahałby się pochwalić nawet najsurowszy kapitan.

Z małpią zręcznością skakał po masztach i z drwiącym uśmiechem przyjmował docinki kuternogi.

Pogoda im sprzyjała, choć wypływali, gdy jeszcze czarne chmury kłębiły się na niebie. Silny wiatr pociągnął Elizabeth po falach, szybko przeganiając wiszące nad nimi obłoki. Prędko zaczęli pokonywać odległość dzielącą ich od Haiti. Wiatr w końcu zelżał, słońce wyłoniło się zza horyzontu niczym pierś niewiasty, wschodząc na błękitne niebo, zwiastując upał. Szkuner wlókł się niemiłosiernie. Wypatrywali, kiedy pojawi się charakterystyczna żółwia skorupa, na kształt której Stwórca uformował wyspę. Angus wisiał na maszcie, Bill wraz z Jackiem stali na dziobie, Morgan zaś za sterem, który przejął od O’Connora, odsypiającego nocną wachtę. Po południu żar lejący się z nieba z minuty na minutę był coraz trudniejszy do zniesienia. Zalegli na pokładzie, chroniąc się przed promieniami, jak mogli. Spoglądali na siebie spode łbów, markotni i cisi. Jedynie Bill uparcie wpatrywał się w lunetę, stojąc na stanowisku. Słońce minęło zenit i szło ku zachodowi, gdy Bill rozkazał zmienić kurs. Angus, wyrwany z otępienia, w jednej chwili znalazł się na maszcie. I niemal w tym samym momencie krzyknął:

– Ląd!

– Tak – przyznał Bill. – To plaże Haiti. Zboczyliśmy nieco z kursu przez wasze próżniactwo, teraz jednak koniec z tym. Opłyniemy wyspę. Morgan, skieruj mi tę krypę na bakburtę. I koniec z mitrężeniem.

Elizabeth zostawiła wybrzeże Haiti za sobą i wkrótce ląd znów zniknął im z oczu. Wraz z wieczornym ochłodzeniem wzmógł się nieco wiatr, a szkuner znacznie przyspieszył pod pełnymi żaglami. Nie minęło dużo czasu, gdy znów usłyszeli z masztu wołającego Angusa, który wskazywał na wyłaniające się zielone wzgórza żółwiej wyspy.

– No, panowie, czas by to uczcić – powiedział Bill, złożył lunetę, upewniwszy się wpierw, że płyną w dobrym kierunku. Zerwał z szyi klucz od kufra i rzucił O’Connorowi.

– Czas zrobić miejsce w tej skrzyni na cenniejszy ładunek! – krzyknął wyraźnie zadowolony. – Biskup, opłyniemy ją od sterburty. Czarny Szczurze, co się tak guzdresz przy tym zamku? Angus, złaź tu, łajdaku, nawet z tobą się napiję!

Zebrali się przy sterze, pociągając z flaszki. Wszyscy poza Jackiem, który wpatrywał się w wodę.

– Hej, Jack! – zawołał Angus, ale Szczęściarz go ignorował.

– Co z nim? – szepnął O’Connor do Morgana.

– To do niego niepodobne. – Pokręcił głową z niedowierzaniem Biskup.

Stali w czwórkę, przypatrując się poważnie, zaniepokojeni. Jack Szczęściarz ściskał oburącz burtę. Pokasływał czasem. Bill pokuśtykał do niego z butelką i zapytał:

– Jack, co się dzieje?

Szczęściarz złapał za szyjkę, zapił duszący kaszel.

– Spójrz tam – wskazał kierunek.

Bill wpatrywał się chwilę, a reszta poszła za ich przykładem. Wiedzieli, że Jack przewidywał niebezpieczeństwa bezbłędnie, wyczuwając je niczym świnia trufle.

– Nic tam nie ma – Morgan odezwał się pierwszy.

– Trochę ptactwa krąży nad wodą – dodał O’Connor.

– Krążą nad czymś. – Bill odsunął lunetę od oka, przyglądając się stężałej twarzy Jacka. – Jak myślisz, stado wielorybów?

– Zauważyłem je, gdyśmy zbliżyli się do Haiti – powiedział Jack. – Zrazu nie przykładałem większej wagi, myśląc właśnie o waleniach czy innych diabłach, jednak gdyśmy opływali wyspę, powinniśmy się zbliżyć do nich. Myślałem, że zdołam przyjrzeć się temu łajdactwu, ale stado się oddaliło. A teraz, gdy dałeś rozkaz na sterburtę, płynie za nami. Nie zauważyłem wzburzonej wody, żadnych wyrzucanych nad powierzchnię obłoków. Stado wielorybów robi więcej hałasu, a to tam jest cicho, niczym rekin podążający za ofiarą. Gdybym tego nie dostrzegł, nie wiedzielibyśmy w ogóle, że płynie za nami.

Bill przyłożył ponownie lunetę do oka. Mewy krążyły lub spoczywały na wodzie, a tam, gdzie latały, morze było czarne niczym noc, a powierzchnia niemal gładka oraz niezmącona.

– Angus, co tam widzisz z góry?! – Bill zawołał do młodzika, który już zdążył wdrapać się na maszt.

– Bo ja wiem, coś tam jest, jakby mielizna lub skała pod wodą, ale jest za duże jak na wieloryba czy nawet stado! – krzyknął Angus.

– Rusza się? – zapytał Bill.

– Nie – odparł marynarz z masztu.

– Dobra robota, Jack. – Kapitan poklepał go po ramieniu i wskazał palcem. – Widzisz ten cypel? Obserwuj to diabelstwo, póki nie miniemy go. Jeśli po wpłynięciu za cypel będzie nadal za nami podążał, daj mi znać.

Elizabeth okrążała porośnięte gęstym lasem wzgórza Tortugi. Jack stał na rufie, spoglądał na wciąż widoczny czarny ślad, jak mu się zdawało, sunący pod powierzchnią wody, jakby nie płynął, a szedł po morskim dnie. Gdy szkuner wpływał za cypel, Jack bacznie go obserwował. A gdy z wolna zaczął znikać za skałą, woda nieco zawirowała, coś na krótką chwilę pojawiło się na powierzchni, by zaraz zniknąć. Jack zlustrował dokładnie całą powierzchnię wody za rufą, ale nic poza błękitnoturkusową tonią nie zwróciło uwagi marynarza. Wysoko, gdzieś nad nimi, stado mew w milczeniu krążyło, jak mu się wydawało, bacznie wypatrując czegoś w morskiej głębinie.

– Żagiel! Przed nami żagiel! – krzyknął Angus.

To Czarny Delfin wyłaniał się pomału zza skał Tortugi. Bill szybko rzucił rozkaz. Schowali Elizabeth blisko klifu i zakotwiczyli. Bill zebrał drużynę na dziobie.

– Noc zapowiada się na bezchmurną – zaczął – pomyślicie, że to niedobrze dla nas, bo będą widzieć Elizabeth jak na dłoni. Jednak połapiecie się wkrótce, że przyda nam się blask księżyca. Podpłyniemy, gdy się całkiem ściemni, tak by ci, co piją, posnęli spokojnie. O’Connor, dalej masz oko do muszkietu?

– Nie wyszedłem z wprawy – odparł Czarny Szczur.

– Dobra, ja, Angus i Jack wejdziemy na Delfina. Nadal mam klucze do ładowni, jeśli tam nie ma złota, to będzie trzeba przeszukać okręt. Wtedy wrócimy po ciebie, O’Connor. Do tego czasu bacznie obserwuj pokład, a jak dojrzysz kogoś, bij go od razu z muszkietu. To będzie dla nas znak, że się zaczęło. A kto wie, może przy odrobinie szczęścia uda nam się poderżnąć tym sukinsynom gardła na spaniu. Im się wydaje, że umarli dla świata. Sprawimy, żeby tak się stało w istocie. – Uśmiechnął się Bill.

– Ilu ich może być? – zapytał Angus.

– Nie wiem, ilu mogło przeżyć razem z Forsythem, jednak wątpię, by było ich więcej niż tuzin, może dwa. Wątpię też, by Forsyth werbował nowych ludzi. Jest zbyt chciwy, aby dzielić się łupem. Pamiętajcie, że po naszej stronie jest zaskoczenie.

– Chyba że nas zauważą – powiedział cierpko Morgan.

– Wtedy, jak za starych dobrych lat, dobijamy burta w burtę i weźmiemy Delfina abordażem. W takim przypadku ty, O’Connor, będziesz ostrzeliwał ich z muszkietu, byśmy mieli czas dostać się na pokład. Uszy do góry, kamraci, nieco zardzewieliście na lądzie, ale w lot sobie wszystko przypomnicie, nim noc się skończy. Gwarantuję wam to.

 

 

“WRAK O CZARNYCH ŻAGLACH”.

Po naradzie Czarny Szczur przeniósł na dziób muszkiety i amunicję. Reszta uzbroiła się w pistolety i kordelasy, poza Biskupem, pozostającym przy wiernym Kropidle. Następnie usiedli, pijąc i jedząc. Czekali, aż niebo zaleje atrament nocy. Bill miał rację – noc była jasna, do tego księżyc stał w pełni, a srebrna poświata odbijała się od wody. Na znak kapitana podnieśli kotwicę. Morgan napracował się przy sterze, nim ominęli płycizny i skały czyhające pod powierzchnią wody. Wyprowadzili szkuner i spostrzegli, że okręt Forsytha, zakotwiczony nieopodal plaży, zniknął.

– Bill, musieli nas dostrzec i wypłynęli, gdyśmy rozprawiali! – Czarny Szczur krzyknął z dziobu.

– Cisza – odparł Bill. – Trzymaj kurs, Morgan.

– Ale Bill… – Nie dawał za wygraną O’Connor.

– Rzekłem – uciął dyskusję jednonożny marynarz.

Elizabeth sunęła pod gwiaździstym niebem, przemierzając zatoczkę niczym drapieżnik w poszukiwaniu żeru. Delfin nagle wyłonił się z ciemności, tuż przed nimi. Morgan, czujny jak stary lis, zareagował błyskawicznie. Angus zaś z taką wprawą pracował przy ożaglowaniu, że zdało się, iż nie jeden, a pięciu ludzi działa przy linach. Jack z O’Connorem złapali bosaki, wsparli je o czarne deski Delfina i, tężąc mięśnie, naparli na drzewce z całych sił, robiąc wszystko, by uchronić Elizabeth przed zderzeniem. Szkuner zdołał obrócić się na czas, a pracujący przy burcie marynarze, czerwoni z wysiłku, sapiąc przez zaciśnięte zęby, zdołali wyhamować łajbę na tyle, że gdy ta dobiła do czarnej burty, oba okręty zakołysały się zaledwie jakby pchnięte większą falą.

Jack, nie tracąc czasu, odłożył bosak i wspiął się po grzbiecie O’Connora, teraz wspartego obiema rękoma o burtę Delfina, a następnie sięgnął relingu. Znalazłszy się na pokładzie, złapał rzuconą mu przez Angusa sznurową drabinkę. Jack przywiązał ją do relingu. Na pokład ruszyli: najpierw Bill wprzód, podając w górę szczudło, następnie Angus. Pierwsze emocje opadły i zaczęli się dokładnie rozglądać. Nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek od dłuższego czasu stąpał po pokładzie Delfina. Liny zwisały lub luzem leżały na deskach. Wszędzie walały się mewie pióra i odchody. Dwa szczury przemierzały statek, nie zwracając najmniejszej uwagi na intruzów.

– Zdaje się, że Forsyth od dawna tu nie zaglądał – wyszeptał Angus, odciągając kurki bandoletów.

Bill, wspierając się o szczudło, splunął tylko i dał znak, by szli za nim.

– Przeklęta łajba – szepnął Jack do Angusa, niepewnie postąpił za Billem. – Widziałeś, jak wtopiła się w noc?

– Za dużo rumu pijesz, Jack – odpowiedział niewzruszony Angus. – Spójrz na czarne żagle i deski. Forsyth tak pomalował łajbę, by nocą niepostrzeżenie wymykać się pościgowi.

Bill pchnął drzwi prowadzące pod pokład, te zawisły na jednym zawiasie, nieomal odpadając. Minęli je ostrożnie, wpierw zapalając latarnie, i ruszyli schodami w śmierdzący od gnijącego drewna pokład działowy. Smród stęchlizny i rozkładających się skorupiaków zmusił ich do zasłonięcia twarzy.

– Na rany Chrystusa, jakby ktoś przeciągnął go po dnie morskim – jęknął Jack, lecz umilkł natychmiast pod srogim spojrzeniem Billa.

Kraby, ślimaki i inne tałatajstwo pełzało po wnętrzu. Ściany porastała pleśń, ramienionogi i liliowce oblepiły działa i kule armatnie. Ruszyli wpierw do kajut, mijając mesę i kambuz. A im dalej się zapuszczali, tym bardziej pomieszczenia były lepkie, duszne i zatęchłe. Pewni, że okręt jest opustoszały, zeszli do ładowni. Tu już wdarła się woda i zalała pokład na co najmniej dziesięć cali. W ciemnościach dolnego pokładu wnętrze zdało się kurczyć pod naporem wody naciskającej na kadłub. A spadające z sufitu krople, raz za razem z pluskiem wpadając w czarną toń, brzmiały niczym odliczanie do nieuchronnego końca Delfina. Klucz do ładowni był zbędny, gdyż drzwi stały otworem. Prócz unoszących się na powierzchni wody worków i połamanych desek nie znaleźli nic.

– I gdzie te skrzynie ze złotem? – wydukał Jack, walcząc z kaszlem, rękami brodząc w wodzie, przeczesywał dno.

– Przebieraj, a żwawo łapskami, to może i co na kolację nam złowisz, Jacku Szczęściarzu – zadrwił Angus, uśmiechając się bezczelnie.

– Zamknij się! – warknął Jack. – A ty, Bill, powiedz no, czy wiedziałeś, że może tego złota już tu nie być?

– O ile w ogóle jakieś złoto było – parsknął Angus.

Bill doskoczył do niego i złapał za kark, wsadzając mu szczudło między nogi. Angus szarpnął się, potknął i upadł. Bill wcisnął głowę nieszczęśnika pod wodę.

– Posłuchaj no, Jack. Mówiłem, że u wybrzeży Tortugi stoi na kotwicy Czarny Delfin i jak rzekłem, tak też jest. Ale czy na pokładzie będzie złoto, tego, mój drogi, nie wiedziałem. Lecz mówiłem, że było, gdy byłem na Delfinie ostatnim razem, czyż nie tak rzekłem?! – wrzasnął Bill, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozpaczliwie trzepoczącego rękoma Angusa.

– Mówiłeś – wybąkał Jack.

– A teraz, Jack, zechciej przyświecić bliżej i rozejrzeć się po pokładzie – powiedział Bill.

Jack zrobił, jak mu kazano, i szybko dostrzegł połyskujące w wodzie monety. Sięgnął pośpiesznie i wyciągnął najpierw jeden, potem drugi złoty dublon. Bill szarpnął w górę Angusa, z trudem łapiącego oddech. Chwycił go za policzki i nakierował twarz młodego marynarza na dublony w ręku Jacka. Powiedział, cedząc słowa:

– Posłuchaj no. Znałem twojego brata. Pierwszy był do wzniecania buntów, a ostatni do bitki. I tak mi się coś widzi, że podobni jesteście do siebie w tym względzie, jak te dwa dublony w ręku Jacka. Co, Angus? Wypatrzyłeś pod wodą jakieś monety? – Bill potrząsał głową Angusa. – Bo jeśli nadal wątpisz w istnienie złota, to może trzeba ci więcej czasu z łbem pod wodą, byś zrozumiał, że nie dam się obrażać byle gówniarzowi.

– Nie, starczy, Bill – powiedział Angus.

Bill pchnął go na burtę.

– Przepraszam – dodał pośpiesznie Angus, widząc, że dłoń Billa spoczęła na rękojeści kordelasa.

– Jestem kapitanem, niewdzięczne sukinsyny, nie zapominajcie o tym – powiedział już spokojny Bill.

Jack podszedł do Angusa, wciskając mu w rękę jeden z dublonów, po czym ruszył na poszukiwanie kolejnych.

– Co ty wyprawiasz, do wszystkich diabłów? – warknął Bill, a Jack spojrzał na niego zdziwiony.

– Bill, szukamy dublonów, w końcu po to tu przypłynęliśmy – zdziwił się Jack.

– Szukasz paru sztuk, gdy tymczasem tam, gdzieś na wyspie, są ich tysiące. Mówię wam, Forsyth przeżył, dobił do przylądka Tortugi, a złoto przeniósł najpewniej i ukrył gdzieś na lądzie. Dosyć tego łowienia, wracamy na Elizabeth.

Ledwie Bill wypowiedział te słowa, okręt zakołysał się potężnie, a następnie uniósł, by za chwilę opaść ciężko w morze.

– Co u diabła?! – wrzasnął Jack.

Wtedy Czarnym Delfinem znów zabujało, tym razem potężniej, a we wnętrzu ładowni rozległ się huk, gdy coś uderzyło o kil, wstrząsając okrętem. Patrzyli przerażeni pod nogi, gdy coś tarło o kadłub. Dźwięk ten przypominał odgłos podobny do tego, gdy okręt wpływa na mieliznę i zaryje o morskie dno. To, co wstrząsało okrętem, odpłynęło w końcu od kadłuba. Wtedy Jack i Angus rzucili się do ucieczki, zostawiając w tyle klnącego w ciemnościach Billa.

 

“CZYHAJĄCY POD POWIERZCHNIĄ”

O’Connor, schowany za burtą Elizabeth, poderwał się, wodząc lufą muszkietu, jednak to tylko mewa zrzuciła stary sznur z masztu. Biskup spostrzegł, że coraz więcej ptactwa zebrało się nad okrętem Forsytha. Mewy siadały to odlatywały, skrzecząc, by zataczać kolejne koła nad statkiem.

– Zdaje się, że prócz tych latających szczurów nikt się nie ostał na Delfinie – powiedział O’Connor.

– Takiś pewien? – zapytał Biskup.

– Jakby tam byli jacyś ludzie Forsytha, to byśmy już o tym wiedzieli – odparł O’Connor.

– Zdaje się, że możesz mieć rację. – Morgan wsparł przedramiona o ster, zerkając na ptaszyska obsiadające maszty Delfina, i ziewnął przeciągle, obserwując, jak kolejna mewa ląduje.

– Może Bill znajdzie jakieś wskazówki, gdzie mogli się udać – zastanawiał się O’Connor, zarzucił muszkiet na ramię. – Ale czy, gdybym był na miejscu Forsytha, zostawiłbym jakieś wskazówki? To nie był głupiec, zapewne dobrze zatarł wszelkie ślady, by nikt go nie wytropił.

– Może go przeceniasz, w końcu zostawił okręt w widocznym miejscu – zauważył Biskup.

– Niepokoi mnie, że stoi na widoku. Za dnia przecież widać go jak na dłoni.

– Za dużo główkujesz, O’Connor. Zostaw to Billowi. On dobrze znał Forsytha. Jeśli nie ma łupu na Delfinie, pewnie stary Bill już wie, co robić. – Morgan spostrzegł, że ptaków zebrała się cała chmara, obsiadły maszty.

Nadstawił ucha, ale prócz kroków Czarnego Szczura nic nie słyszał. Nawet morze umilkło. Ptaki siedziały, tępo się gapiąc i kręcąc łbami, a przecież Morgan nie znał bardziej hałaśliwego tałatajstwa od mew. Jednak te na Delfinie milczały jak zaklęte. Biskup przeżegnał się.

– Mam nadzieję, że Bill – podjął dalej O’Connor – będzie wiedział, co robić dalej. Nie po to się tu wlókłem, by wracać z niczym – umilkł, widząc, jak Biskup podchodzi na dziób, spogląda za burtę.

– Morgan? – zapytał.

Biskup nie odpowiedział. Elizabeth i Delfin podniosły się nagle i zakołysały na dużej fali, która wyrosła z ciemności. Morgan złapał za sznurową drabinkę. O’Connor klapnął ciężko na tyłek. Popatrzyli po sobie. W następnej chwili zerwali się do ucieczki. Morgan chwycił drabinkę oburącz, mimo tuszy i wieku pomknął błyskawicznie w górę. O’Connor wstał z muszkietem na ramieniu i pobiegł w ślad za Biskupem po chwiejnym pokładzie. Złapał sznurowe szczeble, gdy znów oba statki podniosły się i opadły niczym podczas sztormu. Tym razem jednak nie było żadnej fali. Coś z głębin naparło na kadłuby obu statków, wypychając je niemal nad powierzchnię. O’Connorem zachwiało, gdy obie burty na chwilę rozsunęły się, a następnie uderzyły o siebie. Morgan złapał mocno reling, stojąc twardo na szeroko rozstawionych nogach. Obserwował, jak rzuca towarzyszem. Gotów byłby przysiąc, że O’Connor zaraz runie między Delfina i Elizabeth, by zginąć rozgnieciony na miazgę. Czarny Szczur jednak nie zamierzał umierać, uczepiony drabinki mozolnie piął się w górę. Biskup sięgnął przez reling i zdołał chwycić połę płaszcza, następnie pociągnął Czarnego Szczura w górę, jakby ten nic nie ważył.

Obaj padli na pokład. Okręt, skrzypiąc i trzeszcząc, znów podskoczył i z pluskiem wpadł w wodę. Jack wypadł na śródokręcie w chwili, gdy stęga grotmasztu złamała się wpół i runęła, ciągnąc za sobą wanty. Mewy wzleciały w powietrze, kotłując się nad nimi niczym biała chmura. Za Jackiem wyskoczył na pokład Angus, a Delfin przechylił się na bakburtę. Jack poleciał na reling i złapał go oburącz. Morgan i O’Connor zsunęli się po przechylonym pokładzie. Czarny Szczur uderzył pierwszy o burtę, za nim Biskup – reling zatrzeszczał ostrzegawczo. Jack spojrzał w stronę Angusa, który wciąż był u wejścia do działowni. I wtedy Szczęściarz zawył przeciągle, widząc, jak burta zbliża się nieuchronnie ku czarnej, spienionej wodzie. Wtedy bryg nagle opadł. Kadłub chlapnął w morze. Jack wypuścił reling i poleciał wprost na grotmaszt, uderzając o niego czołem. O’Connor zdołał wstać na wciąż rozbujanym pokładzie, chwycił za ramię Morgana.

– Co się dzieje?! – wrzasnął do niego.

Biskup wskazał wodę, pod powierzchnią której coś wiło się i skręcało, opływając bryg. Istota była ogromna. Wypełniała całą linię okrętu, ciągnąc go za sobą i obracając Delfinem. Angus przemknął zwinnie po pokładzie. Morgan śledził go wzrokiem, gdy ten dobiegł do relingu i jednym pewnym skokiem przeleciał przez burtę.

– O’Connor! – wrzasnął Morgan, ciągnąc Szczura na sterburtę.

Gdy do niej dopadli, zobaczyli Angusa na pokładzie Elizabeth. Skręcił ster i zablokował, następnie ruszył do bras bukszprytu.

– Co robisz, psi synu?! – zaryczał Morgan.

Angus, mając sobie za nic wrzaski, rozwinął żagiel fokrei. Ten napełnił się wiatrem i Elizabeth ruszyła, prując falę. Obracający się Delfin zmierzał dziobem wprost na rufę szkunera. Angus dostrzegł to i doskoczył do steru.

– Rozbijesz Elizabeth, nie zmieścisz się, sukinsynu! – ryczał Morgan, przemieszczając się wzdłuż burty obracanego Delfina.

Młody marynarz obrał już kurs i nie zamierzał go zmieniać. Morgan zacisnął pięści na relingu, a O’Connor, nie mogąc patrzeć na nieuchronną katastrofę, usiadł, zasłaniając twarz trikornem. Dziób Delfina otarł się o pawęż rufy Elizabeth, niszcząc część rzeźbienia, na szczęście dla Angusa omijając płetwę steru.

Morgan spoglądał bezradnie, jak szkuner coraz szybciej oddalał się w noc, gdy nowy kapitan rozwinął dodatkowe żagle. Delfin znieruchomiał nagle, a czarny kształt pod statkiem zastygł. Woda się uspokoiła, pozostawiając na powierzchni pianę i kilka baniek powietrza. Biskup wytężał wzrok, próbując przeniknąć powierzchnię toni. Wypatrywał płetw lub łba poczwary czyhającej pod nim. Bryg znów stęknął i zaskrzypiał, gdy masywne cielsko wysunęło się spod kadłuba, sunąc bezszelestnie za Elizabeth.

– Nie ma fali, czy nawet najmniejszej fałdy na wodzie – odezwał się tuż koło Morgana Czarny Szczur.

– Spójrz. – Morgan wskazał ciemny kształt przypominający czarną łzę. – Byłby jak z siedemdziesiąt stóp długości – wyjęczał z przejęciem Biskup, gdy istota wciąż jeszcze wypływała spod Czarnego Delfina.

– Do szalupy, skurwysyny! – usłyszeli za sobą głos Billa. – Chyba że wolicie zaczekać, aż ten diabeł morski wróci i obróci ten wrak w perzynę.

– Oszalałeś. – Czarny Szczur wskazał na wodę. – A jeśli…

– A jeśli wolisz zostać, to pozdrów ode mnie Angusa, jak już się spotkacie w piekle – przerwał mu Bill.

Morgana nie trzeba było przekonywać. Doskoczył do łodzi, która wyglądała na taką, która nie pójdzie na dno przy pierwszym zanurzeniu, i spuścił ją na wodę.

– Dobrze, Morgan – pochwalił go Bill, nachylając się nad Jackiem, którego twarz zalała krew z rozciętego czoła.

– Co z nim? – zapytał Morgan.

– To nic – odparł Bill. – Bierz linę, spuścimy go do łodzi.

Delfin znów dał znać o sobie, przechylając się na bakburtę od strony rufy, gdy Morgan z Billem opuścili Jacka do szalupy.

– Wrócił! – wrzasnął O’Connor.

– Nie, spójrz. – Bill wskazał na oddalającą się chmarę mew. – Tam jest bydlak, ściga Angusa, zmiłuj się, Panie, nad jego zdradziecką duszą.

– Więc cóż to? – Czarny Szczur uczepił się relingu, jakby ten miał rozwiązać wszystkie jego problemy.

– Delfin idzie na dno – powiedział Bill, wrzucając szczudło do szalupy.

Przeszedł przez reling tuż obok O’Connora. Bill złapał go jedną ręką za chustę pod szyją i wrzasnął mu w twarz:

– Już wcześniej bryg był pełen wody, a ten diabeł morski nieźle mu pokiereszował kadłub! Już po Czarnym Delfinie, wkrótce nie pozostanie po nim nawet ślad! A ty idź na dno wraz z nim albo zamknij się i wsiadaj do tej pieprzonej szalupy, bo mam już dość twojego jęczenia!

Bill puścił O’Connora i zsunął się w ramiona Morgana, który pomógł mu usiąść w łodzi. Ostatni marynarz na Delfinie przeskoczył przez reling. Chwilę później Czarny Szczur wraz z Biskupem wiosłowali co sił w stronę brzegu. Bill nabrał nieco wody i ocucił Jacka, obmywając mu twarz. Przez chwilę cała czwórka obserwowała, jak Delfin zanurza się w morską czeluść. Od tamtej pory nikt już nie słyszał o nim, o Elizabeth ani o Angusie MacLeodzie, który przepadł bez śladu wraz ze szkunerem Morgana.

 

“DOLA BILLA”

Wyciągnęli łódź na brzeg. Bill zarządził przegląd ekwipunku. O’Connor miał nabity muszkiet i bandolet, ale zgubił gdzieś kordelas. U pasa Biskupa wciąż wisiało Kropidło, a Bill zachował pistolet i szablę. Tymczasem Jackowi pozostał tylko nóż, schowany w cholewie buta. Na szczęście w szalupie znalazło się pięć pochodni.

– Co się tak krzywicie? – zawołał Bill, widząc nietęgie miny kamratów. – Sami nie wiecie, jakie mamy szczęście.

– Szczęście? – parsknął O’Connor. – Nie mamy statku, a tam w wodzie pływa jakieś cholerstwo. Nie ma też złota, nie wiemy, gdzie iść.

– Zgodzę się ze wszystkim, poza tym, że nie wiemy, gdzie zmierzać. – Bill uśmiechnął się, kuśtykając w stronę zwalonej palmy.

– Chyba nie sądzisz, że pójdę w ten gąszcz. – Czarny Szczur dogonił go i złapał za ramię. Kordelas kapitana zgrzytnął, wydobyty z pochwy.

Bill przystawił ostrze pod nos O’Connora.

– No co, Szczurze? Chcesz teraz nam przewodzić? – warknął Bill.

– Może czas najwyższy – syknął Czarny Szczur, opierając lufę pistoletu o brzuch Billa. – Byśmy powierzyli dowodzenie komuś, kto nas wyciągnie z tego łajna.

– I to miałbyś być ty? – zapytał Bill.

– Może – odparł O’Connor.

Bill roześmiał się i schował broń. Jack i Morgan popatrzyli na niego.

– Co cię tak śmieszy, Bill? – wycedził O’Connor, wciąż z bandoletem gotowym do strzału.

– A to, że gdy wy robiliście pod siebie, ja rozejrzałem się nieco i dojrzałem czarnucha Batistę, przyglądającego się, któż to tak zawodzi na pokładzie Czarnego Delfina. To byłeś ty, O’Connor, ściągnąłeś go tu swoimi jękami, a teraz, zamiast iść za nim, bo zapewniam, jeśli ktoś wie, gdzie jest Forsyth i jego łup, to z pewnością jest to Batiste, ty tymczasem wolisz tu burdy wszczynać i biadolić, zamiast być wdzięcznym fortunie, żeś wciąż żyw i cały.

– Brednie, a niby skąd mam wiedzieć, że tu był? – odparł O’Connor, jednak już nieco mniej pewnie.

– Bo stoisz dokładnie w miejscu, gdzie i on stał – odparł spokojnie Bill.

Jack i Morgan podbiegli bliżej i spojrzeli w piasek. Na plaży widniały odciśnięte ślady bosych stóp.

– Ciągną się o tam, w stronę tej powalonej palmy. – Wskazał kierunek Bill. – Dobrze zatem, panowie. Decydujcie, czy mam wam dalej przewodzić i doprowadzić do bogactwa, a może wolicie zostać tutaj z tym biadolącym Szczurem, co nie dojrzałby fortuny, gdyby ta podbiegła i kopnęła go w dupę.

– Idziemy z tobą, Bill – powiedzieli niemal równocześnie Biskup i Jack.

Kapitan spojrzał na O’Connora i wysyczał przez zaciśnięte zęby:

– Posłuchaj, łajdaku. Następnym razem nie będzie głosowania. Jeśli jeszcze raz sprzeciwisz się mojej woli, to wypruję ci bebechy. Zrozumieliśmy się, Czarny Szczurze?

– Tak – odparł z pokorą O’Connor i opuścił bandolet.

– Dobrze zatem, jeśli jesteśmy zgodni, chodźmy po te przeklęte dublony – powiedział Bill i ruszył śmiało przed siebie.

Wkrótce zeszli z plaży w blasku pochodni. Szli przez gąszcz, a Bill co chwilę przystawał, nakazując ciszę i nasłuchując. Bujna roślinność zaczęła się przerzedzać i znów wyszli na jedną z plaż Tortugi. Bill sprawdził trop na piachu, przyświecił latarnią. Dojrzał wyraźnie odciśnięte ślady stóp prowadzące ku morzu. Wtedy go dojrzali – czarnego Batistę stojącego w wodzie, w blasku księżyca. Patrzył nieruchomy niczym hebanowy posąg. Wyciągnął rękę i wskazywał grotę wyżłobioną przez falę w pobliskim klifie. O’Connor dźwignął muszkiet, nie zdążył wypalić. Napłynęła wysoka fala i przykryła Batistę, następnie rozbiła się o brzeg, pozostawiła po sobie tylko pianę w miejscu, gdzie stał Murzyn. Drużyna Billa usłyszała śmiech Batisty niosący się wzdłuż plaży.

– Diabelskie sztuczki. – Głos Jacka zadrżał. – Nie powinniśmy…

– Powinniśmy, jak najbardziej – wtrącił się Bill. – Nie bałem się żadnego z ludzi Forsytha za ich życia, nie ulęknę się ich po śmierci.

– Ale sam widziałeś – zaczął niepewnie Morgan.

– To, co widziałem, przekonuje mnie jedynie, byśmy się mieli na baczności.

Przeszli przez plażę do częściowo zalanej groty. We wnętrzu huk fal rozbijających się o klif był ogłuszający. W pierwszej chwili nie zauważyli nic więcej poza morską wodą, rojącą się od krabów i jeżowców. Po chwili, w głębi, nad ich głowami, dostrzegli tunel. Wspięli się po skale jeden po drugim, a na końcu wciągnęli za ręce Billa. Korytarz był dość szeroki, by pomieścić dwie osoby, ruszyli więc w parach. Wilgotne ściany odbijały światło pochodni. Skałę oblepiały skorupiaki i porastały glony. Nie szli długo, korytarz wyprowadził ich do wielkiej komnaty. Wyglądała, jakby ktoś ją przygotował na wieczerzę – z dużym prostokątnym stołem pośrodku, ustawionym na ozdobnych dywanach. Wszędzie tkwiły na wpół wypalone świece – na blacie, oparciach krzeseł, półkach skalnych. Zaczęli je zapalać. Gdy komnata się rozświetliła, zauważyli, że stół był nakryty – na metalowych półmiskach gniły kalmary, ośmiornice i kraby. W tylnej części O’Connor odkrył szkielet leżący pod ścianą, na której wymalowano pogańskie symbole.

– Co to? – zapytał Czarny Szczur, gdy Bill zbliżył się do niego.

– Ten tu. – Wskazał Bill na szczątki. – To Santiago, widzisz te dwa złote zęby wstawione blisko siebie? Po nich go poznałem, to z pewnością on.

– A te znaki? – zapytał drżącym głosem O’Connor.

– To zaklęcie, bluźniercza modlitwa rodem z Haiti. Zapewne Nadege ją tu umieściła lub Batiste, bo to z jednego miotu czorty – wyjaśnił Bill.

– Bill! – zawołał Jack. – Są tu! Znalazłem dublony!

We wschodniej części komnaty, wśród stalagmitów, stał wielki fotel niczym tron, a pod nim skrzynie. Morgan i Jack otwierali kolejne wieka, a pod każdym z nich była sterta złota. Czarny Szczur przepuszczał dublony przez palce. Zaśmiał się, zapominając o duchach i klątwach. Morgan wkładał raz po raz dłoń w zawartość skrzyni, gdy Jack zaczął się obrzucać monetami. O’Connor błyskał złotymi zębami, Jack rechotał, gdy nie dławił go akurat kaszel, Biskup w szerokim uśmiechu rozciągnął usta, mrużąc oczy.

Czarny Szczur był z nich najszybszy. Błyskawicznie ściągnął z ramienia muszkiet i wypalił w stronę Jacka. Szczęściarz dał nura za skrzynię, kula zrobiła w niej sporą dziurę i utkwiła gdzieś między dublonami. Morgan chwycił Kropidło i, wywijając nim nad głową, ruszył na O’Connora. Szczur złapał muszkiet za lufę, odganiając się kolbą od Biskupa. Morgan zamierzał obejść O’Connora, jednak zapominając o Jacku, który wyskoczył zza skrzyni na jego plecy i uczepił się szyi, zaplótł nogi na brzuchu Biskupa, jednocześnie lewą ręką próbował wyciągnąć trzymany w zębach nóż. Morgan zawył niczym wściekłe zwierzę i rzucił się do tyłu, przygniatając Jacka całym ciężarem ciała do skały. Szczęściarz stęknął i upadł na kamienne podłoże. O’Connor zdążył wyjąć bandolet, wymierzył w wstającego z kolan Morgana. Wypalił, a kula strzaskała Biskupowi czoło. Padł bez życia. Jack zdołał wstać, ale zaraz padł, gdy kula raziła go w pierś. Z zastygłym wyrazem zdziwienia na twarzy wyzionął ducha. Czarny Szczur odwrócił się, spoglądając na dymiącą lufę pistoletu Billa.

– Cóż, Bill, dla nas dwóch chyba tego złota powinno wystarczyć – powiedział Czarny Szczur.

Bill odrzucił bandolet i dobył kordelasa. Czarny Szczur skoczył w stronę Kropidła Biskupa. Bill złapał w jedną rękę szczudło i cisnął nim niczym oszczepem, trafiając kamrata między łopatki. O’Connor padł na ziemię. Nie zdążył wstać. Bill już doskoczył do niego, przygniótł całym ciężarem ciała do podłoża. Bill złapał Czarnego Szczura za podbródek i odchylił głowę.

– Nieee!! – wrzasnął przeciągle O’Connor. – Bill!

Billi Piszczel, jak wiele razy w przeszłości, przystawił ostrze do gardła i przejechał klingą, otwierając szyję O’Connorowi od ucha do ucha. Nie spieszył się, poczekał, trzymając uniesioną głowę kamrata, aż Czarny Szczur przestanie drgać. Następnie odnalazł szczudło i, wspierając się na nim, podszedł do skrzyń. Usiadł między nimi, próbując nacieszyć oczy widokiem bogactwa. Niczym wytrawny znawca numizmatyki podnosił to tę, to tamtą monetę, obracał w palcach i oglądał z zachwytem. W komnacie zrobiło się przenikliwie cicho. Fale w jednej chwili przestały dudnić o skały, jakby morze na zewnątrz przestało istnieć. Bill poczuł, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się po wnętrzu. W cieniu przy przeciwległej ścianie dostrzegł ruch. To był człowiek w płaszczu sztormowym. W ręku trzymał trikorn. Ruszył niespiesznie, trzymając się z dala od blasku świec. Przystanął dopiero w miejscu, gdzie znaleźli szkielet Santiago.

Postać schyliła się i podniosła coś z ziemi. Wtedy Bill usłyszał cichy kobiecy śpiew. Od razu rozpoznał głos – to była Nadege. Postać wyszła z cienia. Bill dojrzał, że trzyma czaszkę nieszczęsnego pierwszego oficera Czarnego Delfina. Widmo uniosło czerep i umieściło między wysoko postawionym wyłogiem kołnierza sztormowego płaszcza. Marynarz pobladł. Widmo nałożyło na czerep trikorn. Wtedy stwór podszedł do Billa, który rozpoznał strój – był to czarny płaszcz Forsytha. Z rękawów wychodziły białe dłonie o zielonych przebarwieniach przy paznokciach. Pod płaszczem coś wiło się i skręcało, wprawiając w ruch ciało niczym niezgrabnie prowadzoną marionetkę. Czaszka kołysała się na boki, ale nie spadała. Bill widział w oczodołach ruch – jakiś obły kształt wypełnił czerep. Stwór stanął nad Billem. Szczęka poruszyła się, ale głos dobiegał z wnętrza torsu.

– Bill, stary druhu, przybyłeś po swoją dolę? – przemówił. – Zostałeś ostatni z załogi, lecz ja o tobie nie zapomniałem i dostaniesz to, co ci się należy.

Rude włosy Billa zbielały. Trupia dłoń podniosła jeden z zakrwawionych dublonów, druga chwyciła Billa za policzki. Potężny uścisk zmusił go do otwarcia ust. Stwór włożył w nie dublon. Zimna, oślizgła skóra dotknęła warg Billa, gdy dłoń zatkała mu usta. Potwór czekał do chwili, gdy kuternoga połknął złotą monetę. Głos Nadege wypełnił komnatę.

– Teraz jesteśmy kwita – powiedziała istota i podeszła do krzesła wśród stalagmitów.

Spoczęła na siedzisku jak na tronie. Bill ocknął się z otępiającego przerażenia. Pochwycił szczudło i najszybciej, jak umiał, ruszył w stronę wyjścia, co chwila upadając, gdy drewniana podpora ślizgała się na mokrym kamieniu. Tunel wypełniał śpiew Haitanki. Bill na wpół przytomny dotarł do miejsca, w którym grota była zalana spienioną wodą. Bill puścił szczudło, nie mogąc dłużej znieść pieśni Nadege, i oburącz zasłonił uszy. Stracił równowagę i runął w fale zalewające jaskinię.

 

“PRZYJACIEL, KTÓRY ZAWSZE POMOŻE W POTRZEBIE”

Bill ocknął się na plaży. Z piachem przyklejonym do twarzy i przemoczonego ubrania. Usiadł. Nieopodal dostrzegł łódź z Delfina wyciągniętą na piach, popchniętą przez poranne fale. Kątem oka widział grotę. Tknięty nieopisanym lękiem, na czworaka zaczął pełznąć w stronę szalupy. Dopadł burty i zaczął wypychać łódź w stronę morza. Korzystając z pomocy fal, pociągnął szalupę dalej w wodę. W końcu wgramolił się do środka. Odszukał wiosła i zaczął wiosłować, ile miał sił w ramionach. Nie zwracał uwagi na kierunek ani na ból w mięśniach. Trwało to do chwili, gdy zapadł zmrok, a on wycieńczony padł nieprzytomny. Kolejnego dnia obudził go deszcz. Spływał po spierzchniętych wargach. Bill przewrócił się na brzuch i, czerpiąc wodę z dna łodzi, pił zachłannie.

Gdy ugasił pragnienie, dostrzegł siedzącą na ławeczce mewę. Kolejne lądowały na łódce. Spojrzał w zachmurzone niebo i dostrzegł stado ptaków kłębiących się nad głową. Nie musiał i nie chciał patrzeć za burtę. Wiedział, że olbrzymi, ciemny kształt jest tuż pod szalupą i ciągnie go gdzieś w nieznane. Bill położył się. Przez dno łodzi słyszał, jak masywne mięśnie pracują pod wodą, a gdy przykładał ucho do desek – powolne bicie olbrzymiego serca. Stwór sunął w odmętach, poruszając wieloma odnóżami, lecz na powierzchni panowała grobowa cisza.

Mewy, początkowo ostrożne, z czasem oswoiły się z Billem. Kolejnego dnia całymi gromadami obsiadły szalupę, a nawet leżącego w niej marynarza. Wtedy też ciało przeszył ból. Czuł, jak flaki mu się przewalają, a brzuch wydyma. Coś przemknęło przez trzewia, raniąc boleśnie wnętrzności. Skulony wył, aż wydalił zakrwawiony, złoty dublon. Gdy męczarnie minęły, odetchnął z ulgą. Podniósł i obejrzał monetę. Mewy w milczeniu obserwowały Billa, kręcąc łbami do chwili, gdy wycieńczony usnął.

Następne dni, mimo głodu i pragnienia, przynosiły kolejne wzdęcia i bolesne wypróżnienia. Po każdym z nich pojawiała się okrwawiona moneta. Bill cierpiał. Błagał, by ból minął, ale po wszystkim uśmiechał się, podnosząc kolejny dublon i wrzucał go do sakwy. Był na skraju wyczerpania. Włożył niemały trud, by otworzyć oczy. Nie było już mew, a szalupa spoczywała na plaży. Dwóch młodzieńców spoglądało na Billa. Gdy tylko dowiedział się, że jest na Jamajce, wręczył im po dwie złote monety i poprosił o pomoc.

Jimi Kotwica czyścił kontuar Pod Rozbitą Lunetą. Było już późno i nie liczył, że ktoś jeszcze mógłby zajrzeć do tawerny. Nie usłyszał gościa, gdyż Johnny Dwa Kikuty zmarł przed trzema dniami, a dzwonek kurzył się na parapecie. Zaalarmował go odgłos drewnianego szczudła. Podniósł wzrok i nie od razu rozpoznał druha, którego niegdyś płomienne włosy teraz były zupełnie białe. Jim wyszedł zza kontuaru, uścisnął przyjaciela i czym prędzej zaryglował drzwi wejściowe. Następnie obaj zasiedli do stołu. Jimi Kotwica nalewał rumu, a Bill opowiadał. A im dłużej mówił, tym Jim wyraźniej dostrzegał obłęd w oczach starego kamrata. Około północy karczmarz, mimo zapewnień Billa, że w grocie czekają tysiące monet w skrzyniach, zaproponował, by ten odpoczął najpierw pod jego dachem, nim po nie wyruszą.

– Billi, nie twierdzę, że łżesz, tylko jeśli są tam, pilnowane przez morskie stwory i upiory, to nie ma mowy, by cokolwiek im się stało. Wrócimy do tego, a ty pozwól, bym mógł cię ugościć.

Kuternoga westchnął tylko i dał się odprowadzić do pokoju.

Nad ranem, zanim jeszcze zaczęło świtać, Jima obudziły jęki dochodzące z pokoju Billa. Zaniepokojony zakradł się i przez dziurkę od klucza zajrzał do sypialni. W blasku świec zauważył, że Bill miota się i kręci w pościeli, trzymając się oburącz za brzuch. Trwało to jakiś czas, aż w końcu jednonożny marynarz zszedł z łóżka, podstawił nocnik, a to, co wypadło z niego, metalicznym dźwiękiem rozbrzmiało w naczyniu. Bill sięgnął do nocnika. Podniósł go za ucho i położył naczynie na kolanie. Z wnętrza wyciągnął zakrwawiony dublon. Następnie z szuflady wyjął sakwę, otworzył ją i jak gdyby nigdy nic wrzucił monetę. Odstawił nocnik na miejsce i położył się spać.

Rano Bill zszedł do szynku, a Jim zapewnił go, że zajmie się wszystkim. Załatwi statek, ludzi i najdalej za dwa dni wyruszą w morze po skarb Forsytha. Tego dnia Bill miał wszystkie dobra tawerny wyłącznie dla siebie, gdyż Jim postanowił zamknąć interes na czas, gdy będzie w porcie. Dziewczyny i rum umilały kuternodze czas tak, że zapomniał na chwilę o grocie, żółwiej wyspie i duchach.

Gdy Bill zbudził się następnego dnia, Jima wciąż nie było. Gruba Sal wytłumaczyła mu, że właściciel pojawił się na krótką chwilę, ale o świcie ruszył do miasta, by załatwić pilne sprawy. Bill czekał na niego do późnej nocy, w końcu znużony udał się na spoczynek.

Nagłe szarpnięcie wyrwało Billa ze snu. Otworzył oczy. Spostrzegł, że ręce i jedyną nogę ma skrępowane. Lina zaś, którą go spętano, została przywiązana do ramy łóżka. Wrzasnął, gdy dostrzegł Jima Kotwicę pracującego przy węzłach. Karczmarz doskoczył do Billa i wepchnął mu w usta prześcieradło. Kuternoga patrzył, jak towarzysz z dawnych lat, bez zbędnej przemowy, rozkłada sprzęt, który Bill już widywał u pokładowych konowałów. Dostrzegł długie noże, piłę i tasak. W pokoju był ktoś jeszcze. Wyszedł z cienia i podszedł do Jima. Był to nikt inny jak Roland, stary medyk o pomarszczonej twarzy i długich patykowatych palcach, którymi właśnie odbierał od Jima pękaty mieszek. Nikt nie znęcał się nad Billem bardziej, niż to było konieczne. Jim z wprawą używał narzędzi, a Roland zadbał, by Bill nie zszedł z padołu. Po odjęciu mu jedynej nogi przyszedł czas na język. Bill już tego nie pamiętał – stracił przytomność. Zmagania trwały całą noc, a nad ranem Roland opuścił tawernę. Jim zaś udał się na zasłużony odpoczynek. Minęły tygodnie, w trakcie których łapiduch odwiedzał pacjenta po zabiegach i doglądał go do czasu, aż był pewny, że życiu Billa nie zagraża niebezpieczeństwo.

Z czasem stara, rozpadająca się tawerna Pod Rozbitą Lunetą zaczęła odzyskiwać dawny blask. Wymieniono dach, w następnych miesiącach okiennice, a wnętrze wyremontowano. Stare ladacznice właściciel zastąpił młodszymi. Jimi zaczął nosić się z klasą. Już nie gotował, do kuchni zatrudniał kucharza o dobrej renomie i barmana. Tawerna z czasem stała się miejscem dla majętnych klientów i zaczęła poważnie na siebie zarabiać.

Jim Kotwica nigdy nikomu nie powtórzył historii opowiedzianej przez Billa. Bo i kto by mu w nią uwierzył. Porzucił też z czasem rozmyślania o skarbie Forsytha. Był zbyt zabobonny, by ryzykować wyprawę ku wybrzeżom Tortugi, choćby te miały złote plaże. Jako przedsiębiorczy człowiek zadowolił się tym, co miał pod ręką, i nie zamierzał podejmować zbędnego ryzyka. Nieraz siadał przy stole w rogu tawerny i pykał z fajki. Wspominał dawne lata, spoglądając na starca z obłędem w oczach, majtającego kikutami przy wejściu. Kaleka szczerzył bezzębne dziąsła, mielił coś niezrozumiale resztą języka, która mu pozostała. Starzec ten machał dzwoneczkiem, obwieszczając, że wszedł następny gość. A Jimi Kotwica dbał o niego, karmił go i pielęgnował, by żył w zdrowiu jak najdłużej.

koniec

 

 

Kurier

Kliknij aby rozwinąć

W po­miesz­cze­niu pa­li­ło się sie­dem świec, usta­wio­nych na okrą­głym sto­li­ku, wokół któ­re­go sie­dzia­ły po­sta­ci w czar­nych, dłu­gich płasz­czach o sze­ro­kich kap­tu­rach skry­wa­ją­cych twa­rze ze­bra­nych.

– We­dług księ­gi jest to naj­lep­szy mo­ment – po­wie­dział Vicq, wska­zu­jąc pal­cem frag­ment tek­stu na po­żół­kłych stro­nach.

– Je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni, ale kto po­pro­wa­dzi… wy­da­rze­nie? – za­py­tał Fan­cheux, po­ru­sza­jąc nie­wy­god­ny temat.

– Vicq zna księ­gę na pa­mięć, jest też naj­le­piej za­zna­jo­mio­ny w ar­ka­nach. No­mi­nu­ję go na pro­wa­dzą­ce­go – za­pro­po­no­wa­ła Vail i unio­sła dłoń o pa­znok­ciach po­ma­lo­wa­nych na czer­wo­no, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie pod kap­tu­rem.

– Je­stem za – po­wie­dział Fan­cheux i rów­nież pod­niósł dłoń.

Wszy­scy spoj­rze­li na czwar­te­go przy stole – Re­mie­go.

– Jak bar­dzo jest to nie­bez­piecz­ne? – zapy­tał, jego dło­nie wciąż spo­czy­wa­ły na sto­li­ku.

– Kon­se­kwen­cje są nie do prze­wi­dze­nia – po­wie­dział Vicq, spo­glą­da­jąc nie­chęt­nie na unie­sio­ne ręce.

– Nie ma lep­sze­go kan­dy­da­ta – na­ci­ska­ła Vail.

– Tylko Vicq zna… – za­czął Fan­cheux.

– Tak, tylko ja – prze­rwał mu Vicq – ale nie je­stem idio­tą. Je­stem zde­cy­do­wa­ny, tak jak i wy, ale wo­lał­bym nie zo­sta­wać kró­li­kiem do­świad­czal­nym.

– Sprze­ci­wiasz się woli loży – za­py­ta­ła ostro Vail.

– Nie. I zro­bię, co loża usta­li – od­po­wie­dział ostroż­nie Vicq. – Jed­nak na razie nie widzę więk­szo­ści gło­sów.

Fan­cheux i Vail znów spoj­rze­li na Re­mie­go. Ten mil­czał chwi­lę. W końcu po­wie­dział:

– Chyba mam inne roz­wią­za­nie.

Trój­ka za­kap­tu­rzo­nych po­sta­ci na­chy­li­ła się nad świe­ca­mi, słu­cha­jąc uważ­nie, co Remi ma im do po­wie­dze­nia.

 

*

Kva­sir spoj­rzał na be­to­no­wą kon­struk­cję. Wy­róż­nia­ła się wśród biu­row­ców ze szkła i stali. Za­uwa­żył, że w bu­dyn­ku, przy­naj­mniej do szó­ste­go pię­tra, nie było okien. Na au­to­ma­tycz­nych drzwiach nie od­na­lazł żad­ne­go logo je­dy­nie uło­żo­ny z czar­nych liter napis – “Fos­fo­ros”.

Wszedł do re­cep­cji, gdzie przy­wi­tał go przy­stoj­ny ochro­niarz ubra­ny w gar­ni­tu­r. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wa­ł się Kva­si­ra. O nic nie za­py­tał, nie po­pro­sił o do­ku­menty, po pro­stu wska­zał windę. Wy­brał za ku­rie­ra pię­tro – je­de­na­ste. Kva­sir za­uwa­żył, że na pa­ne­lu windy, nu­me­ra­cja za­czy­na­ła się od piąt­ki. Po­zo­sta­łe przy­ci­ski ozna­czo­no licz­ba­mi dzie­więć, dzie­sięć, je­de­na­ście, dwa­na­ście oraz czter­na­ście.

Ode­rwał wzrok od kla­wia­tu­ry i spoj­rzał py­ta­ją­co na ochro­nia­rza. Ten uśmie­cha­ł się życz­li­wie, do chwi­li gdy, drzwi windy się za­mknę­ły. Kva­sir bywał już w dzi­wacz­nych miej­scach, a jego klien­ci za­zwy­czaj mieli ja­kieś ta­jem­ni­ce, ina­czej by go nie po­trze­bo­wa­li.

 

Gdy wy­siadł na je­de­na­stym pię­trze, cze­ka­ła już na niego młoda ko­bie­ta, która przed­sta­wi­ła się jako asy­stent­ka Re­mie­go Etie. Prze­szli do sali, gdzie prze­szklo­na ścia­na uka­zy­wa­ła pa­no­ra­mę me­tro­po­lii. Przy in­nych usta­wio­no ga­blo­ty za­peł­nio­ne książ­ka­mi. Na środ­ku znaj­do­wał się sto­lik i dwa skó­rza­ne fo­te­le. Kva­sir usiadł, po­dzię­ko­wał za kawę i z żalem od­pro­wa­dził asy­stent­kę spoj­rze­niem, po­dzi­wia­jąc zgrab­ne nogi i krą­głe bio­dra skry­te pod opię­tą spód­ni­cą. 

Zer­k­nął na ze­ga­rek – był fak­tycz­nie nieco wcze­śniej, ale nie spo­dzie­wał się, że bę­dzie mu­siał cze­kać na klien­ta. Wstał i pod­szedł do ga­blo­ty z książ­ka­mi. Nie miała drzwi­czek, za­wia­sów, ani ni­cze­go, co umoż­li­wi­ło­by wy­cią­gnię­cie sto­ją­cych w niej po­zy­cji. Kva­sir przyj­rzał się ty­tu­łom. Spo­dzie­wał się cze­goś w stylu: “Jak in­we­sto­wać, by nie stać się ban­kru­tem”, “Mar­ke­ting w biz­ne­sie” lub “Spraw­ne za­rzą­dza­nie klu­czem do suk­ce­su”. Tym­cza­sem za­miast cien­kich po­rad­ni­ków w mięk­kich okład­kach, tkwi­ły tam opa­słe tomy w skó­rza­nych opra­wach o ty­tu­łach w ob­cych ję­zy­kach.

Drzwi uchy­li­ły się i wszedł wy­so­ki, gład­ko ogo­lo­ny, star­szy męż­czy­zna pod kra­wa­tem, o sta­ra­nie za­cze­sa­nych si­wych wło­sach.

– Witam, je­stem Remi Etie – za­czął od wej­ścia. – Prze­pra­szam, że mu­siał pan cze­kać.

– Nic nie szko­dzi. – Kva­sir pod­szedł do fo­te­la, wi­dząc, że Remi usiadł i za­prasza go ge­stem. – A przy oka­zji, ty­tu­ły tych książ­ek, są w ja­kichś dziw­nych ję­zy­kach. To arab­ski?

– Tak – po­twier­dził Remi, przy­glą­da­jąc się go­ścio­wi. – Są po arab­sku, grec­ku, ła­ci­nie i w wielu in­nych ję­zy­kach.

– W kraju za­bra­kło do­brych pi­sa­rzy? – za­py­tał Kva­sir, pa­trząc, jak facet w gar­ni­tu­rze za­kłada nogę na nogę i styka ze sobą ko­niusz­ki pal­ców obu dłoni. 

Remi uśmiech­nął się i od­po­wie­dział py­ta­niem:

– In­te­re­su­je pana li­te­ra­tu­ra?

– Nie­szcze­gól­ne – od­po­wie­dział Kva­sir. – In­te­re­su­ją mnie pie­nią­dze. To, co na nich na­pi­sa­no, jest dla mnie wy­star­cza­ją­co in­te­re­su­ją­cą lek­tu­rą. 

– Zatem przejdź­my do rze­czy. Pro­szę po­wie­dzieć jak to dzia­ła?

– Pan prze­ka­zu­je dane, które mam do­star­czyć. Pod­łą­czam się i ska­nu­ję za­war­tość. Jeśli pliki są bez­piecz­ne, prze­rzu­cam je na dysk i po­bie­ram po­ło­wę wy­na­gro­dze­nia. Na­stęp­nie jadę do od­bior­cy, od­da­ję za­war­tość i po­bie­ram resz­tę za­pła­ty.

– A druga opcja z prze­ka­za­niem in­for­ma­cji ust­nie? – do­py­ty­wał Remi Etie. 

– Jak z po­przed­nią. Z tym, że na miej­scu od­pa­lam za­war­tość dysku. Dzię­ki czemu za­po­zna­ję się z za­pi­sa­ny­mi da­ny­mi i prze­ka­zu­ję in­for­ma­cje od­bior­cy. Na­stęp­nie dane są usu­wa­ne.

– Czy wia­do­mość w takim przy­pad­ku bę­dzie prze­ka­za­na bez­błęd­nie, nawet jeśli, dajmy na to, bę­dzie w ję­zy­ku, któ­re­go pan nie zna? – za­in­te­re­so­wał się Remi.

– Tak. Nawet jeśli nie ro­zu­miał­bym sensu wia­do­mo­ści, zo­sta­nie od­czy­ta­na bez­błęd­nie – po­twier­dził Kva­sir.

– Nie­sa­mo­wi­te! Po­zwo­li pan, panie Kva­sir, że za­py­tam? Skoro dysk umoż­li­wia bły­ska­wicz­nie naucze­nie się za­war­to­ści, to czemu pod­jął się pan za­wo­du ku­rie­ra? Urzą­dze­nie w pań­skiej gło­wie mo­gło­by zro­bić z pana… dajmy na to, po­li­glo­tę, co daje spore moż­li­wo­ści.

– Albo mi­strza sztuk walki. – Kva­sir uśmiech­nął się drwią­co. – Pro­blem leży w ludz­kim mózgu. Przyj­mij­my, że otwie­ram dane do nauki arab­skie­go, po­zna­ję język i wła­dam nim bie­gle, jed­nak mój umysł zo­sta­je prze­ła­do­wa­ny na­tło­kiem in­for­ma­cji, do­pro­wa­dza­jąc do nie­wy­dol­no­ści. W końcu za­czął­bym się gubić w tym, które in­for­ma­cje są tymi wy­uczo­ny­mi, a które zo­sta­ły sztucz­nie za­apli­ko­wa­ne. Przed koń­cem dnia mie­szał­bym język oj­czy­sty z arab­skim, za­po­mi­na­jąc w końcu, który z nich tak na­praw­dę jest mi znany. A na­stęp­ne­go ranka za­mie­nił­bym się w beł­ko­czą­ce­go po­my­leń­ca. Nie znam do­kład­nie za­wi­ło­ści pro­ble­mu, je­stem tylko ku­rie­rem i użyt­kow­ni­kiem, jed­nak z ja­kichś przy­czyn dyski nie we­szły do po­wszech­ne­go użyt­ku. I do­brze, bo dzię­ki temu od­na­la­złem swoją niszę.

– No tak, a co z mniej­szy­mi pli­ka­mi? – drą­żył Remi. – Czy takie rów­nież mo­gły­by spo­wo­do­wać uszko­dze­nia w mózgu?

– Nie tak spek­ta­ku­lar­ne, jak nie­ska­so­wa­ny plik więk­szych roz­mia­rów, jed­nak za­war­te w nim in­for­ma­cje tkwi­ły­by w mojej pod­świa­do­mo­ści, ro­biąc za­mie­sza­nie. Gdyby się na­war­stwi­ły, efekt byłby po­dob­ny.

– Ro­zu­miem. – Remi po­ki­wał głową. – In­te­re­su­je mnie druga opcja. Wy­bie­ram ją z pełną świa­do­mo­ścią utra­ty da­nych po ich prze­ka­za­niu.

– Do­brze. Był­bym za­po­mniał, pod­czas trans­fe­ru da­nych, użyt­kow­nik im­plan­tu do­zna­je szoku w chwi­li za­apli­ko­wa­nia ich do świa­do­mo­ści. Mogą wy­stą­pić krwa­wie­nia z nosa i omdle­nia, do­brze by było uprze­dzić o tym od­bior­cę. Ro­zu­mie pan? Lu­dzie po­tra­fią dziw­nie re­ago­wać na coś ta­kie­go.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dział Etie i wy­cią­gnął no­śnik da­nych. – Zatem mo­że­my za­czy­nać?

 

*

 

Kva­sir był szczę­śli­wy, mogąc znów zna­leźć się na ze­wnątrz. Asce­tycz­ny bu­dy­nek z wnę­trzem przy­wo­dzą­cym na myśl sen sza­lo­ne­go es­te­ty przy­pra­wiał go o dresz­cze. Łyk­nął kilka ta­ble­tek na ból głowy. Nigdy nie robił tego przy klien­cie, by nie na­ra­żać się na do­dat­ko­we py­ta­nia. Dusz­no­ści, za­wro­ty głowy, ko­ła­ta­nie serca, krwa­wie­nie z nosa – były co­dzien­no­ścią w pracy. Na szczę­ście miało to być ostat­nie zle­ce­nie, potem bę­dzie mógł po­zbyć się tego złomu z czasz­ki. Wy­tarł chu­s­tecz­ką krew z nosa i zo­rien­to­wał się, że ktoś do niego mówi: 

– Po­trze­bu­jesz do­pa­la­cza? 

Go­ść z dłu­gimi, ró­żo­wy­mi wło­sa­mi, pa­trzył na Kva­si­ra zza ciem­nych oku­la­rów. Pełno tego typu mętów krę­ci­ło się po Fray­bur­gu, a szcze­gól­nie w cen­trum. Szu­ka­li klien­tów wśród za­pra­co­wa­nych biz­nes­me­nów, go­nią­cych w cią­głym stre­sie, za suk­ce­sem. Mło­dych bogów, li­czą­cych, że dotrą na szczyt łań­cu­cha po­kar­mo­we­go przed resz­tą staw­ki. Kva­sir minął go bez słowa i ru­szył w stro­nę metra.

 

*

 

Prze­sył­ka miała do­trzeć przed osiem­na­stą, do siód­mej stre­fy na Wol­fs­sie­dlung. Karta po­dróż­na Kva­si­ra upo­waż­nia­ła do prze­miesz­cza­nia się tra­sa­mi aż do trzy­na­stej stre­fy roz­ra­sta­ją­cej się me­tro­po­lii. Ku­rier jed­nak nigdy nie prze­kro­czył pią­tej. Lu­dzie jego po­kro­ju nie mieli tam czego szu­kać. Fray­burg, nie­gdyś mia­sto prze­my­sło­we, wy­ro­sło na wy­do­by­wa­niu i prze­twa­rza­niu su­row­ców. Sku­piło w cen­trum wszyst­kie fa­bry­ki, ko­pal­nie i huty, z osie­dla­mi ro­bot­ni­czy­mi wokół. Czasy jed­nak się zmie­ni­ły, świat po­szedł w cy­fry­za­cję i elek­tro­ni­kę. W ciągu dwóch po­ko­leń do­tych­cza­so­wy po­rzą­dek zo­stał wy­wró­co­ny do góry no­ga­mi. Nie było już po­trze­by wy­twa­rza­nia, a je­dy­nie usłu­gi­wa­nia. Teraz ener­gię uzy­ski­wa­no z pa­ne­li sło­necz­nych, więc za­mknię­to ko­pal­nie, a ro­bo­ty w zme­cha­ni­zo­wa­nych za­kła­dach pracy za­stą­pi­ły ludzi. Byli tacy, któ­rzy się do­sto­so­wa­li i ru­szy­li z nur­tem. Była też część, która nie wy­trzy­my­wa­ła tempa zmian i pro­wa­dzi­ła eg­zy­stencję na fa­lach nad­pły­wających co ­mie­siąc za­sił­ków. W jed­nej z ta­kich ro­dzin uro­dził się Kva­sir.

Minął skrzy­żo­wa­nie. Po­grą­żo­ny w lek­kiej me­lan­cho­lii, spo­wo­do­wa­nej kur­sem, zi­gno­ro­wał ba­ne­ry za­chę­ca­ją­ce do two­rze­nia lep­sze­go jutra,. Ten miał być ostat­ni. Po jego wy­ko­na­niu bę­dzie miał wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy, by kupić ta­ry­fę i za­ko­twi­czyć się w związ­ku prze­woź­ni­czym. My­śla­mi wró­cił do pierw­sze­go dnia, gdy zde­cy­do­wał się na wsz­czep. Usły­szał wtedy, że usma­ży sobie mózg i skoń­czy na ulicy po­mię­dzy ćpu­na­mi. Ale Kva­sir był w sta­nie pod­jąć ry­zy­ko, wszyst­ko było lep­sze od we­ge­ta­cji w slum­sach. 

Naj­pierw wziął się do di­ler­ki. Po dwóch mie­sią­cach in­ten­syw­ne­go roz­pro­wa­dza­nia było go stać na sprzęt i ope­ra­cję. Pierw­sze zle­ce­nie do­stał od tech­nika, który wła­do­wał mu dysk pod czasz­kę. A z cza­sem za­czął dzia­łać z po­le­ce­nia. Klien­tów nie bra­ko­wa­ło. Brał głów­nie zle­ce­nia od kor­po­ra­cji, które wy­ra­sta­ły w mie­ście ni­czym grzyb na ścia­nie metra. Ka­rie­ro­wi­cze wy­kra­da­ją­cy po­uf­ne in­for­ma­cje, bazy da­nych kon­ku­ren­cji czy pro­jek­ty – chcie­li unik­nąć nie­po­trzeb­ne­go ry­zy­ka i wo­le­li nie­le­gal­ny towar prze­ka­zy­wać za po­śred­nic­twem osoby trze­ciej – ku­rie­ra.

Tra­fia­ły się też spra­wy mniej­szej wagi. Kva­sir, cze­ka­jąc na metro, z uśmie­chem na twa­rzy wspo­mi­nał jed­ne­go waż­nia­ka z wy­pcha­nym port­fe­lem, który za­ży­czył sobie prze­ka­za­nie ust­nie. Plik, który za­ła­do­wał, pra­wie nic nie ważył. Facet zmie­ścił­by go na dys­kiet­kę. Kva­sir jed­nak nie wni­kał w temat. Ru­szył z wia­do­mo­ścią pod adres, gdzie po­wi­ta­ła go blon­dyn­ka w ró­żo­wych szpil­kach. Po­in­for­mo­wał ją, w ja­kiej jest spra­wie, i od­pa­lił dysk. To były oświad­czy­ny. Cał­kiem ro­man­tycz­nie tylko, że pa­niu­sia ze­mdla­ła, gdy zo­ba­czy­ła czar­ne stru­gi krwi spły­wa­jące po bro­dzie ku­rie­ra. Ko­bie­ta wy­ło­ży­ła się na progu miesz­ka­nia, a Kva­si­ro­wi za­krę­ci­ło się w gło­wie i zwy­mio­to­wał, obry­zgu­jąc nogi nie­przy­tom­nej blon­dyn­ki. Do­brze, że wtedy wziął za­pła­tę z góry.

W cza­sie jazdy me­trem za­mknął oczy, li­cząc na kilka minut snu. No­ca­mi drę­czy­ły go kosz­ma­ry, innym razem nie mógł zmru­żyć oka przez pięć nocy z rzędu. Zda­rza­ło się, że beł­ko­tał do sie­bie, a bóle głowy wra­ca­ły nie­ustan­nie. Krwa­wie­nia z nosa zda­rza­ły się kilka razy dzien­nie. Ile jesz­cze zle­ceń, bę­dzie mógł zro­bić, w takim sta­nie? Osiem, może dzie­sięć, zanim prze­pa­li sobie wszyst­kie ob­wo­dy. Z żalem my­ślał o po­rzu­ce­niu lu­kra­tyw­ne­go za­ję­cia, jed­nak ciało da­wa­ło mu znaki, któ­rych nie mógł dłu­żej igno­ro­wać. Wy­pa­da z biz­ne­su, ostat­ni kurs i ko­niec.

 

Wy­siadł na pe­ro­nie stre­fy siód­mej. Opu­ścił sta­cję, wcho­dząc wprost do urze­czy­wist­nio­ne­go snu, który śniły ty­sią­ce miesz­kań­ców me­tro­po­lii. Re­zy­den­ci przed­mie­ścia od­se­pa­ro­wa­ni od cen­trum czy­sty­mi uli­ca­mi, zie­lo­ny­mi par­ka­mi, pięk­ny­mi do­ma­mi i oczy­wi­ście za­po­ro­wy­mi ce­na­mi, żyli w raju, na który Kva­sira nigdy nie bę­dzie stać. Drzwi do tego raju otwie­rał tylko jeden klucz – pie­nią­dze. Kva­sir za­po­znał się z mapą stre­fy, umiesz­czo­ną przed sta­cją metra i ru­szył szyb­kim kro­kiem w stro­nę Wol­fs­sie­dlung.

 

Na miej­scu wszedł mię­dzy wille oto­czo­ne wy­myśl­nie zdo­bionymi ogro­dze­nia­mi. Tę na­le­żą­cą do od­bior­cy od­na­lazł na końcu osie­dla. Kva­sir sta­nął przed bramą z ka­mien­nym por­ta­lem, ozdo­bio­nym po obu stro­nach anio­ła­mi, wy­cią­ga­ją­cy­mi mie­cze w stro­nę wcho­dzą­ce­go. Nie do­strzegł ni­cze­go, co umoż­li­wi­ło­by mu prze­do­sta­nie się na drugą stro­nę. Po chwi­li zwró­cił uwagę na ruch ka­me­ry, ła­pią­cej go w obiek­tyw. Nie mając lep­sze­go po­my­słu, po­ma­chał, czu­jąc się nieco głu­pio. Skrzy­dła bramy zgrzyt­nę­ły. Kva­sir wszedł na oświe­tlo­ną lam­pio­na­mi, bru­ko­wa­ną ścież­kę, pro­wa­dzą­cą do po­sia­dło­ści w stylu wik­to­riań­skim. A na­stęp­nie scho­dami na taras. Pod­szedł do drzwi i za­pu­kał. Po chwi­li, sta­nął w nich niski męż­czy­zna o buj­nym za­ro­ście i krót­ko przy­cię­tych czar­nych wło­sach, opró­szo­nych si­wi­zną. 

– Witaj, Kva­sir – przy­wi­tał go uśmie­cha­jąc się. Pre­zen­tował przy tym duże, brą­zo­wo-żół­te zęby, przy­wo­dzą­ce na myśl starą pro­te­zę.

– Mam wia­do­mość do prze­ka­za­nia pod tym ad­re­sem, mo­że­my za­czy­nać? – za­py­tał Kva­sir mając na­dzie­ję na szyb­kie za­ła­twie­nie zle­ce­nia.

– Oba­wiam się, że nie. To co masz do prze­ka­za­nia nie jest prze­zna­czo­ne wy­łącz­nie dla moich uszu. Za­pra­szam do środ­ka, przed­sta­wię po­zo­sta­łych ad­re­sa­tów wia­do­mo­ści. – Go­spo­darz uchy­lił drzwi i zro­bił ku­rie­ro­wi miej­sce, ki­wa­jąc za­chę­ca­ją­co głową.

 

Kva­sir wszedł do holu z an­tre­so­lą, na którą pro­wa­dzi­ły łu­kiem scho­dy po obu stro­nach po­miesz­cze­nia. Go­spo­darz po­kie­ro­wał ku­rie­ra do sa­lo­nu. Tam pod ze­wnętrz­ną ścia­ną, tuż obok drzwi pro­wa­dzą­cych do ogro­du, znaj­do­wa­ła się ob­szer­na, obita czer­wo­nym atła­sem sofa. Sie­dzia­ła na niej ko­bie­ta po pięć­dzie­siąt­ce w sukni z roz­cię­ciem się­ga­ją­cym uda. Pa­trzy­ła na Kva­si­ra spod gru­bej war­stwy tuszu na dłu­gich rzę­sach. Czer­wo­ne, zde­cy­do­wa­nie za sze­ro­kie usta roz­cią­ga­ła w drwią­cym uśmie­chu.

– To jest pani Vail Lec­la­ir – go­spo­darz przed­sta­wił ko­bie­tę i wska­zał ły­se­go męż­czy­znę o ob­fi­tych bo­ko­bro­dach, sie­dzą­ce­go w fo­te­lu mię­dzy ko­min­kiem a bi­blio­tecz­ką. – A to Vicq Cha­che­re.

Cha­che­re spoj­rzał na Kva­si­ra znad książ­ki, środ­ko­wym pal­cem po­pra­wił oku­la­ry i wró­cił do lek­tu­ry.

– Ja na­zy­wam się… – cią­gnął go­spo­darz. 

– Nie bar­dzo mnie in­te­re­su­je jak się na­zy­wasz – prze­rwał mu Kva­sir spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. – Czy mogę prze­ka­zać wia­do­mość?

– O-ho, ależ nie­cier­pli­wy mło­dzie­niec – oce­ni­ła Vail po­trzą­sa­jąc pan­to­fel­kiem zwi­sa­ją­cym na pal­cach stopy.

– Pani wy­ba­czy, nie płacą mi za go­dzi­ny, lecz od zle­ce­nia – wy­ja­śnił Kva­sir.

– Oba­wiam się, że w tych oko­licz­no­ściach pań­ska wia­do­mość bę­dzie nie­przy­dat­na – po­wie­dział z prze­sad­nie zmar­twio­ną miną go­spo­darz. – Więc może pan odejść nie fa­ty­gu­jąc się jej prze­ka­zy­wa­niem.

– Nie ma spra­wy, mnie to obo­jęt­ne. Po­zo­sta­je jed­nak jesz­cze kwe­stia za­pła­ty – za­uwa­żył Kva­sir. 

– Nie­ład­nie Fa­che­nux, chyba nie za­po­mnia­łeś o wy­na­gro­dze­niu dla na­sze­go po­słań­ca? – skar­ci­ła go­spo­da­rza Vail, przy­glą­da­jąc się dra­pież­nie Kva­si­ro­wi.

– Otóż nie za­po­mnia­łem. 

 Fa­che­nux pod­szedł do szkla­ne­go sto­li­ka sto­ją­ce­go przed ka­na­pą, wy­cią­gnął gruby plik zwi­nię­tych bank­no­tów. Uśmie­cha­jąc się, ob­li­zał palec wska­zu­ją­cy i od­li­czył sumę za zle­ce­nie. Po­ło­żył ją na prze­źro­czy­stym bla­cie, tuż obok równo roz­sy­pa­nych czte­rech ście­żek bia­łe­go prosz­ku i szkla­nych rurek. Ko­bie­ta po­chwy­ci­ła spoj­rze­nie Kva­si­ra.

– Ach, gdzie się po­dzia­ła nasza uprzej­mość Fa­che­nux, ale gafa. Pro­szę się czę­sto­wać – Wy­po­wia­dając ostat­nie słowo, Vail za­trzy­mała język dłu­żej na gór­nej war­dze.

– Nie, dzię­ku­ję, je­stem na die­cie. – Kva­sir zro­bił krok w stro­nę sto­li­ka, by zgar­nąć za­pła­tę, lecz go­spo­darz za­trzy­mał go ge­stem, pod­no­sząc ob­li­za­ny palec.

– To jest już twoje. – Wska­zał na bank­no­ty. – A to może być twoje. 

Fa­che­nux rzu­cił gruby plik pie­nię­dzy obok tych przy­go­to­wa­nych dla Kva­si­ra. Na pierw­szy rzut oka, było widać, że to przy­naj­mniej dru­gie tyle, ile kosz­to­wał cały kurs.

– No no, kupa szma­lu. – Ko­bie­ta na­chy­li­ła się nad sto­łem, pre­zen­tu­jąc w głę­bo­kim de­kol­cie ładne pier­si. 

– A co miał­bym zro­bić, żeby były moje? – za­py­tał Kva­sir.

– Prze­ka­zać nam wia­do­mość, gdy bę­dzie­my go­to­wi – po­wie­dział Fa­che­nux.

– To wszyst­ko – po­twier­dzi­ła Vail opa­da­jąc na opar­cie ka­na­py.

– A ty nic nie po­wiesz? – Kva­sir spoj­rzał na ły­se­go z nosem w książ­ce.

– Pe­cu­niae im­pe­ra­re non se­rvi­re opor­tet* – od­po­wie­dział nie­spo­dzie­wa­nie łysy uno­sząc głowę znad książ­ki. 

Kva­sir spoj­rzał py­ta­ją­co na po­zo­sta­łych. Tamci uśmie­cha­li się spo­glą­da­jąc na niego, zbyt nie­na­tu­ral­nie roz­sze­rzo­ny­mi źre­ni­ca­mi.

– Dobra, ile to jesz­cze po­trwa? – za­py­tał Kva­sir, pod­cho­dząc do sto­li­ka i za­bie­ra­jąc pie­nią­dze.

– Pe­cu­nia ne­rvus rerum* – za­wo­łał ucie­szo­ny Fa­che­nux i kla­snął w dło­nie.

– Już nie­dłu­go – po­wie­dział Vicq Cha­che­re za­my­ka­jąc książ­kę. – Myślę, że mo­że­my za­czy­nać, skoro wszyst­ko mamy usta­lo­ne.

 

*

Prze­szli na pię­tro, wcho­dząc scho­da­mi na an­tre­so­lę. Na­stęp­nie ko­ry­ta­rzem do czer­wo­nych drzwi. 

– Co jest w środ­ku? – za­py­tał Kva­sir. 

 Vail ścią­gnę­ła fular z szyi Vicqa i po­wie­dzia­ła: 

– Coś fan­ta­stycz­ne­go. A teraz ko­cha­ny, oba­wiam się, że bę­dzie­my mu­sie­li za­sło­nić ci oczy.

– Chwi­lecz­kę – za­opo­no­wał Kva­sir. – Ko­lej­ne dzi­wac­twa? Chyba nie są­dzi­cie, że wejdę z wami do tego po­miesz­cze­nia z za­wią­za­ny­mi oczy­ma?

– Nie­ste­ty to, co jest w środ­ku, nie jest prze­zna­czo­ne dla osób po­stron­nych – po­wie­dział Fan­cheux. – Za­pew­niam cię, że tak bę­dzie dla cie­bie le­piej. Oczy­wi­ście jeśli ci to nie od­po­wia­da, mo­żesz jesz­cze zre­zy­gno­wać. 

Kva­sir wsa­dził rękę do kie­sze­ni spodni. Do­tknął bank­no­tów.

– Dobra, ale jeśli coś bę­dzie nie tak, ska­su­ję dane, jasne?

– Cał­ko­wi­cie – po­wie­dział Vicq.

– Pe­tu­nia ne­rvus rerum* – pod­su­mo­wa­ła Vail, uśmie­cha­jąc się dra­pież­nie. 

 

Fular nie był mocno za­ci­śnię­ty, ale Vail za­dba­ła o to, by Kva­sir nic nie wi­dział. Drzwi otwar­ły się, i ku­rier mo­men­tal­nie po­czuł za­pach pa­lo­ne­go ka­dzi­dła. Vail wzię­ła go za dłoń i wpro­wa­dzi­ła do środ­ka, szep­cząc:

– Po­cze­kaj chwi­lę ko­cha­niut­ki, zaraz bę­dzie­my go­to­wi.

 

W środ­ku pa­no­wał za­duch. Kva­sir wy­raź­nie czuł cie­pło świec i za­pach sto­pio­ne­go wo­sku. Przez chwi­lę sły­szał, jak resz­ta krzą­ta­ się po po­miesz­cze­niu. Od­niósł dziw­ne wra­że­nie, że w po­ko­ju już ktoś był, zanim we­szli. W końcu za­pa­dła cisza, w któ­rej można było wy­czuć na­ra­sta­ją­ce pod­nie­ce­nie. Kva­sir usły­szał przy­spie­szo­ne od­de­chy i cichy głos Vail. Re­cy­to­wała coś, czego Kva­sir nie ro­zu­miał. Po chwi­li do­łą­czył do niej Fan­cheu­xa i trze­ci męski głos, który wy­da­wał się Kva­si­ro­wi zna­jo­my. 

– Teraz – wy­szep­tał do ucha Kva­si­ra Vicq. 

Kva­sir od­pa­lił dysk, na­stęp­nie za­apli­ko­wał dane. Po­czuł ostry ból, gdy te prze­pły­nę­ły do jego umy­słu. To był tekst, któ­re­go nie ro­zu­miał.

– Teraz! – po­wtó­rzył ostro Vicq.

Kva­sir otwo­rzył usta i słowa wy­pa­da­ły z niego, jakby cze­ka­ły od dawna, aż będą mogły zo­stać wy­po­wie­dzia­ne. Opa­no­wał go nagły lęk. Kva­si­ro­wi prze­szło przez myśl: “Prze­stań!”. Jed­nak nie mógł już za­trzy­mać wy­le­wa­ją­ce­go się po­to­ku słów. Zro­bi­ło się go­rą­co. Przez fular za­czę­ło prze­bi­jać ja­skra­we, nie­mal ośle­pia­ją­ce świa­tło. Po­czuł bi­ją­cy żar. Za­czął się pocić. Nagły ból prze­szył jego ciało. Coś wdzie­ra­ło się w Kva­si­ra prze­mo­cą, wni­ka­jąc przez skórę, ciało coraz głę­biej. W końcu wy­krzy­czał ostat­nie zda­nie i po­czuł krew, nie tylko pły­ną­cą z nosa na usta, ale rów­nież z uszu, ście­ka­jącą po szyi. Ze­bra­ni w po­miesz­cze­niu wciąż szep­ta­li. Kva­sir po­czuł su­chość w ustach i mro­wie­nie w pal­cach obu dłoni. Ogar­nę­ło go prze­moż­ne zmę­cze­nie. Nogi z tru­dem utrzy­my­wa­ły cię­żar ciała. Wzbie­ra­ła w nim roz­pacz, gdyż wie­dział, że coś gwał­tem we­szło w niego, coś co lśni­ło i za­le­wa­ło go fa­la­mi cie­pła.

Drżą­cą dło­nią się­gnął do prze­pa­ski. Wsa­dził kciuk pod fular i prze­su­nął go na czoło. Vail, Vicq, Fa­che­nux i Remi Etie, stali wokół niego. Cie­płe po­wie­trze fa­lo­wa­ło ni­czym w upal­ny dzień od na­grza­ne­go as­fal­tu. Przez nie do­strzegł czer­wo­ny kor­pus o dłu­gich ra­mio­nach i gło­wie przy­po­mi­na­ją­cej zwi­nię­ty pąk kwia­tu. Smu­kłe koń­czy­ny wy­cią­gnę­ły się po­wo­li w stro­nę ku­rie­ra na­bie­ra­jąc coraz bar­dziej re­al­ne­go kształ­tu, jakby prze­cho­dzi­ły przez ko­lej­ne war­stwy nie­wi­docz­nej ba­rie­ry, dzie­lą­cej Kva­si­ra od… “Czego?” – po­my­ślał. Dło­nie o cien­kich, ni­czym pędy, po­wy­krę­ca­nych pal­cach po­ru­sza­ły się w róż­nych kie­run­kach szu­ka­jąc… „Czego?” – ko­lej­na myśl po­ja­wi­ła się w gło­wie Kva­si­ra. Wtedy isto­ta drgnę­ła, kor­pus prze­su­nął się w stro­nę ku­rie­ra. Pąk roz­wi­nął się z sy­kiem roz­kła­da­jąc na boki trzy mię­si­ste płaty pełne rzę­dów ma­łych ni­czym igły zębów.

– Albo kogo – wy­mam­ro­tał.

Mię­dzy kol­cza­stymi płat­ka­mi doj­rzał fa­li­sty pul­su­ją­cy kształt, który prze­bił nie­wi­docz­ną ba­rie­rę, wijąc się i skrę­ca­jąc pod­pełzł do twa­rzy Kva­si­ra. Vicq wrza­snął coś i syp­nął nie­bie­skim prosz­kiem w fa­lu­ją­ce po­wie­trze. Blask i cie­pło wraz z całą prze­ra­ża­ją­ca wizją znik­nę­ły. Kva­sir padł na pod­ło­gę. Leżał cięż­ko dy­sząc, nie mogąc się po­ru­szyć. Poza jego cięż­kim od­de­chem w po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta cisza. W końcu prze­rwał ją Remi:

– Wszy­scy są cali? 

– Vicq to było nie­sa­mo­wi­te – wy­dy­sza­ła Vail, pod­nie­co­na do gra­nic moż­li­wo­ści.

– Do­praw­dy do­ko­na­li­śmy cze­goś nie­zwy­kłe­go. – Fan­cheux po­kle­pał po ra­mie­niu Re­mie­go.

– A to do­piero pierw­szy krok. – Uśmiech­nął się Vicq, gdy Remi i Fan­cheux ści­ska­li mu dłoń.

– Vicq czy je­ste­śmy bez­piecz­ni? – za­nie­po­ko­iła się Vail.

– Oczy­wi­ście, isto­ta zo­sta­ła ode­sła­na. We­dług Kitab Al­mu­ra­qi­bun je­dy­nie wy­po­wia­da­ją­cy in­kan­ta­cje przy­wo­ła­nia na­ra­ża się na bez­po­śred­nie splą­ta­nie. Dla­te­go za­le­ca się, by tylko do­świad­cze­ni użyt­kow­ni­cy ar­ka­nów, peł­ni­li tę funk­cję.

Vicq spoj­rzał na le­żą­ce­go Kva­si­ra. Wszy­scy ze­bra­li się wokół niego.

– Co z nim zro­bi­my? – za­py­ta­ła Vail, przy­glą­da­jąc się Kva­si­ro­wi, jak roz­dep­ta­nej myszy.

– Ja się tym zajmę – po­wie­dział Remi Etie, zsu­wa­jąc fular na oczy Kva­si­ra.

 

Kva­si­ra obu­dził deszcz, ka­pią­cy na twarz. Otwo­rzył oczy, spo­glą­da­jąc na ciem­ne chmu­ry, prze­su­wa­ją­ce się po nie­bie. Głowę prze­szy­wał mu ból, ja­kie­go dotąd nie znał. Ręką się­gnął do kie­sze­ni. Pie­nią­dze były na miej­scu. W dru­giej kie­sze­ni na­tra­fił na pu­deł­ko z le­ka­mi. Wy­cią­gnął je i wy­sy­pał do ust kilka ta­ble­tek. Po­gryzł do­kład­nie le­kar­stwa i po­wo­li za­czął po­ły­kać. Leżał jesz­cze przez chwi­lę, czu­jąc jak deszcz spły­wa po twa­rzy, bojąc się po­ru­szyć. Ból stę­piał. Kva­sir pod­niósł się po­wo­li i otarł dło­nią twarz. Wy­szedł chwiej­nym kro­kiem z za­uł­ka. Zo­rien­to­wał się, że jest w cen­trum. Ru­szył w stro­nę domu.

 

W miesz­ka­niu ro­ze­brał się do naga i wszedł do sy­pial­ni. Padł na łóżko. Przy­krył się koł­drą i usnął. Obu­dził się nagle w środ­ku nocy. Od­dy­chał cięż­ko. Czuł, że prze­ście­ra­dło jest mokre od potu. Śnił, że wy­po­wia­da słowa. Te same prze­klę­te słowa, które za­apli­ko­wał z dysku. “Dane z dysku!” – po­my­ślał leżąc w ciem­nej sy­pial­ni. W ogar­nia­ją­cej go pa­ni­ce się­gnął ręką za prawe ucho. Wy­ma­cał in­ter­fejs, a za nim przy­cisk do usu­wa­nia da­nych. Wci­snął go.

Leżał pa­trząc w sufit. “Nie wy­po­wie­dzia­łem ich” po­my­ślał. “To był tylko sen”. Usły­szał dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy trza­ska­ją­ce stawy. Do­cho­dził zza uchy­lo­nych drzwi sy­pial­ni. Po­czuł jak łzy za­czy­na­ją spły­wać po po­licz­kach.

– Prze­cież ich nie po­wie­dzia­łem – wy­mam­ro­tał w ciem­no­ściach.

Usły­szał ciche skrzyp­nię­cie i drzwi uchy­li­ły się. 

– Po­my­śla­łem je, mu­sia­łem o nich my­śleć, ale na pewno ich nie po­wie­dzia­łem – załka­ł, w pię­ściach kur­czo­wo ści­ska­jąc po­ściel.

Za­ci­snął zęby i prze­su­nął po­wo­li głowę w stro­nę otwar­tych drzwi. Świa­tło księ­ży­ca, wpa­da­ją­ce przez okno, oświe­tla­ło kor­pus o dłu­gich ra­mio­nach. Pąk w miej­scu głowy stwo­ra roz­wi­jał się z ci­chym sy­kiem.

– Nie po­wie­dzia­łem – wy­szep­tał Kva­sir.

 

 * Pie­nią­dzom na­le­ży roz­ka­zy­wać, a nie słu­żyć

* Pie­niądz jest siłą na­pę­do­wą świa­ta

koniec

 

Ciemny las: Emma i Lily

Kliknij aby rozwinąć

Wtedy 

Emma le­ża­ła na łóżku, ob­ser­wu­jąc pokój. Spę­dzi­ła w nim więk­szość życia. Tra­fi­ła do domu dla trud­nej mło­dzie­ży z sie­ro­ciń­ca, w któ­rym nikt nie miał za­mia­ru uże­rać się z Emm. In­ter­nat był al­ter­na­ty­wą dla dzie­ci, które były o krok od po­praw­cza­ka. To tu spę­dzi­ła naj­gor­sze i naj­lep­sze chwi­le. Nie­na­wi­dzi­ła ma­łe­go po­ko­ju, do chwi­li gdy do­tar­ło do niej, że nie­dłu­go skoń­czy osiem­na­ście lat i na za­wsze opu­ści in­ter­nat.

Do­cho­dzi­ła pół­noc, a Emm ba­da­ła każdy frag­ment po­ko­ju. Na dru­gim łóżku, pod prze­ciw­le­głą ścia­ną, le­ża­ła Lily. Ostat­nia współ­lo­ka­tor­ka i je­dy­na, z którą zdo­ła­ła się za­przy­jaź­nić. Prze­waż­nie po zga­sze­niu świa­teł zsu­wa­ły łóżka i wy­głu­pia­ły się lub roz­ma­wia­ły do późna. Ale tej nocy Lily spała osob­no. Emma wsta­ła, związała długie, jasne włosy gumką i wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy pacz­kę pa­pie­ro­sów. Po­de­szła do Lily.

– Śpisz? – za­py­ta­ła, by się upew­nić.

Przy­kuc­nę­ła i po­gła­ska­ła krót­kie, czar­ne wło­sy. Lily, gdy do­wie­dzia­ła się, że Emma nie­dłu­go opu­ści in­ter­nat, była za­ła­ma­na i oka­zy­wa­ła to w dość spe­cy­ficz­ny spo­sób. Nie od­stę­po­wa­ła Emm na krok, do­py­ty­wa­ła o jej plany. Za­pew­nia­ła, że za dwa lata też wyj­dzie z in­ter­na­tu, a wtedy od­naj­dzie Emm. Do tego czasu mogą pisać do sie­bie kart­ki, roz­ma­wiać przez te­le­fon. Była na­mol­na i ckli­wa. Emma nie mogła znieść tej na­głej prze­mia­ny i za­pew­ni­ła Lily, że za­po­mną o sobie, nim minie rok. Nie po­wie­dzia­ła tego, by zra­nić przy­ja­ciół­kę, ale dla­te­go, że w isto­cie była prze­ko­na­na, że tak wła­śnie bę­dzie.

Czar­na skóra Lily lśni­ła w bla­sku księ­ży­ca. Emma lu­bi­ła na nią pa­trzeć, gdy le­ża­ły pod koł­drą, paląc pa­pie­ro­sy i dys­ku­tu­jąc. Może nawet bar­dziej, niż Lily mogła przy­pusz­czać. Teraz nie miało to już więk­sze­go zna­cze­nia.

Ciem­ne chmu­ry za­sło­ni­ły niebo i współ­lo­ka­tor­ka znik­nę­ła w mroku. Emma po­de­szła do uchy­lo­ne­go okna i spoj­rza­ła na kłę­bią­ce się ob­ło­ki. Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i splu­nę­ła. Pa­trzy­ła chwi­lę, jak ślina spada, mi­ja­jąc ko­lej­ne pię­tra, i roz­bi­ja się o dach sa­mo­cho­du wy­cho­waw­cy. Bez Lily ta za­ba­wa cał­ko­wi­cie stra­ci­ła sens. Emma całą uwagę sku­pi­ła na nie­bie.

Gdzieś w oko­li­cy parku ob­ło­ki wi­ro­wa­ły ni­czym wata cu­kro­wa w ma­szy­nie. Emma za­uwa­ży­ła, że chmu­ry roz­cho­dzą się nad drze­wa­mi, two­rząc dziu­rę, w któ­rej do­strze­gła ciem­ny, lej­ko­wa­ty kształt. To nie było zja­wi­sko po­go­do­we, ra­czej coś fi­zycz­ne­go, ży­we­go. Przy­po­mi­na­ło od­włok z wy­su­nię­tym żą­dłem. Z jego końca spły­nął na park biały obłok. Drze­wa znik­nę­ły w mlecz­nym opadzie, a za nimi ulice, sa­mo­cho­dy i bu­dyn­ki.

Emma pa­trzy­ła, jak mia­sto za­le­wa mgła, ka­wa­łek po ka­wał­ku. Ni­czym śnież­na la­wi­na osu­wa­ją­ca się z nieba, po­chła­nia­ła wszyst­ko na swo­jej dro­dze, nie­ubła­ga­nie brnąc w stro­nę in­ter­na­tu, lśniąc zło­ty­mi dro­bin­ka­mi uno­szo­ny­mi przez obłok. Mgła oto­czy­ła bu­dy­nek, wprzód pochłaniając parking. Emma pa­trzy­ła, jak pnie się coraz wyżej, ko­lej­ne pię­tra zkniają. Wy­rzu­ci­ła nie­do­pa­łek i za­mknę­ła okno. Po chwi­li świat za szybą wy­peł­ni­ła biel, mi­ga­ją­ca zło­ty­mi punk­ci­ka­mi.

Teraz

 

– Cze­kaj! – za­wo­ła­ła Lily.

– Cicho – syk­nę­ła Emma, stanęła przy scho­dach.

Słowa od­bi­ły się echem od ścian ciem­ne­go ko­ry­ta­rza. Emma spoj­rza­ła w dół klat­ki scho­do­wej.

– Je­stem taka słaba. Nie dam rady, Emm.

– Po pro­stu się za­mknij. – Emma spoj­rza­ła na twarz przy­ja­ciół­ki, czar­na, lśnią­ca skóra była teraz wy­bla­kła i ma­to­wa. – My­ślisz, że ja nie je­stem głod­na? Ale mu­si­my wy­trzy­mać. Daj mi la­tar­kę.

Emma po­de­szła do ba­rier­ki i oświe­tli­ła ko­lej­ne pię­tra.

– Kurwa.

– Co się stało?

– Mgła jest na par­te­rze i pierw­szym pię­trze.

– I?

– Lily, pro­szę, ko­jarz fakty.

– Nie masz pew­no­ści, że to przez mgłę.

–  Le­piej siedź cicho, jak masz pie­przyć głu­po­ty.

Lily zsu­nę­ła się ple­ca­mi po ścia­nie, scho­wa­ła głowę mię­dzy ko­la­na i jęk­nę­ła:

– Nie dam rady.

Emma przy­kuc­nę­ła i po­gła­ska­ła ją de­li­kat­nie.

– Hej, prze­pra­szam. Damy radę i po­wiem ci, co zro­bi­my. Na dru­gim pię­trze, w sali Her­ma­na, jest skła­dzik, stam­tąd przy­no­sił maski, pa­mię­tasz?

Lily pod­nio­sła głowę, w jej mig­da­ło­wych oczach po­ja­wi­ła się na­dzie­ja.

– Zej­dzie­my tam po ci­chut­ku, za­ło­ży­my maski i zwie­wa­my z tej tru­piar­ni. Do­brze?

– Tak. – Lily uśmiech­nę­ła się, gdy Emm wy­tar­ła łzę z jej po­licz­ka.

– A po dro­dze za­ha­czy­my o kuch­nię.

– Do­brze.

– Uszy do góry, mała, z głodu jesz­cze się nikt nie ze­srał.

Obie par­sk­nę­ły, ale zaraz umil­kły. Gdzieś w głębi ciem­ne­go ko­ry­ta­rza skrzyp­nę­ły uchy­la­ne drzwi.

– Wy­cho­dzą. Lily, szyb­ko.

Emma po­da­ła przy­ja­ciół­ce rękę i razem zbie­gły po scho­dach.

 

Wtedy

Emma pa­trzy­ła na zgrab­ną syl­wet­kę Lily. Czar­na skóra kon­tra­sto­wa­ła z bia­ły­mi majt­ka­mi i pod­ko­szul­kiem.

– Po­słu­chaj, Lil, nie mó­wi­łam po­waż­nie.

– Ale tak to brzmia­ło.

– Wiem, ale praw­da jest taka, że nie znam in­ne­go świa­ta poza in­ter­na­tem i chyba tro­chę się boję.

Lily usia­dła obok Emmy na łóżku.

– Nie boisz się gru­bej Berty, a masz stra­cha przed opusz­cze­niem ośrod­ka?

– Wi­dzisz, chyba nie je­stem tak twar­da, jak się wszyst­kim wy­da­je.

– Coś krę­cisz, o co tak na­praw­dę cho­dzi?

Emma spoj­rza­ła na mgłę uno­szą­cą się za oknem.

– Chyba chcia­ła­bym spę­dzić tro­chę wię­cej czasu we dwie.

– Co pro­po­nu­jesz?

– Urwij­my się dzi­siaj z zajęć.

Na ko­ry­ta­rzu wy­cho­waw­ca za­czął walić w drzwi.

– Za pięt­na­ście minut macie wszyst­kie być w sali tre­nin­go­wej! – darł się po woj­sko­we­mu.

Lily szturch­nę­ła bar­kiem Emm.

– No, blon­di, to bę­dzie świet­nie spę­dzo­ny czas, tylko ty, ja i szo­ro­wa­nie kibli. Ale jeśli chcesz…

Emma uśmiech­nę­ła się do przy­ja­ciół­ki, wpa­trzo­na w onyk­so­we oczy. Po­czu­ła cie­pło w brzu­chu, przy­jem­ny dreszcz, gdy udo Lil do­ty­ka­ło jej uda. Czer­wo­ne, pełne usta współ­lo­ka­tor­ki były lekko otwar­te, za­chę­ca­ją­ce – w ką­ci­kach ust krył się pro­wo­ka­cyj­ny uśmiech.

Usły­sza­ły wa­le­nie do drzwi.

– Czy wszyst­kie sły­sza­ły? Pięt­na­ście minut!

Lily od­wró­ci­ła głowę. Emm po­czu­ła ulgę i dła­wią­cą go­rycz.

– Sły­sza­ły­śmy, pie­przo­ny fa­szy­sto! – krzyk­nę­ła.

– Teraz to już pewne, że skoń­czy­my na szo­ro­wa­niu se­de­sów.

Emma wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, uśmie­chanięta, mimo stra­co­nej szan­sy.

 

Teraz

La­tar­ka za­mru­ga­ła, gdy zbie­ga­ły na pół­pię­tro. Emma wal­nę­ła nią dwa razy w udo i skie­ro­wa­ła pro­mień na scho­dy. Ze­szły ostroż­nie. Ko­ry­tarz był ciem­ny i pusty. Emma spró­bo­wa­ła włą­czyć świa­tło.

– Pew­nie wy­bi­ło korki – po­wie­dzia­ła, oświe­tliła drogę na pierw­sze pię­tro.

Mgła stała już w po­ło­wie scho­dów, nie prze­pusz­czała  świa­tła la­tar­ki. Złote dro­bin­ki osa­dza­ły się na ścia­nie i stop­niach. Niż­sze kon­dy­gna­cje wy­glą­da­ły jak za­la­ne mle­kiem.

– Emm? – Lily zła­pa­ła ją za rękę.

Ru­szy­ły ko­ry­ta­rzem. Mi­ja­ły ko­lej­ne sale. Pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta cisza, w któ­rej każdy sze­lest zda­wał się nieść echem. Z trze­cie­go pię­tra do­cho­dzi­ły ciche od­gło­sy, kro­ków pen­sjo­na­riu­szek snu­ją­cych się ko­ry­ta­rzem.

Sta­nę­ły przed drzwia­mi ozna­czo­nymi nu­me­rem osiem. Emma na­ci­snę­ła klam­kę i uchy­li­ła je ostroż­nie. Sto­li­ki usta­wio­ne w rzę­dach były puste. Dziew­czy­ny na pal­cach we­szły do środ­ka. Stru­mień świa­tła la­tar­ki prze­śli­zgnął się po sta­rych re­ga­łach z pod­ręcz­ni­ka­mi i pa­ra­pe­tach ze zwię­dły­mi pa­prot­ka­mi, ulu­bio­ny­mi ro­śli­na­mi Her­ma­na, na­uczy­cie­la wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go i przy­spo­so­bie­nia obron­ne­go. Po dru­giej stro­nie sali stało sze­ro­kie biur­ko, za nim wi­sia­ły na ścia­nie dwie ta­bli­ce z przy­go­to­wa­nym te­ma­tem zajęć, które już nigdy nie bę­dą prze­ro­bio­ne. Nieco po pra­wej zo­ba­czy­ły drzwi do skła­dzi­ku i po­ko­ju wy­cho­waw­cy. Ru­szy­ły, trzy­ma­jąc się ścia­ny. Mię­dzy sto­li­ka­mi a biur­kiem Lily przy­sta­wi­ła pięść do ust, żeby zdła­wić jęk, ści­snę­ła dłoń Emmy i szarp­nę­ła.

– Co?

Lily wy­cią­gnę­ła rękę i wska­za­ła pal­cem po­stać sie­dzą­cą na krze­śle pod oknem. Emma po­wo­li skie­ro­wa­ła świa­tło la­tar­ki naj­pierw na nogi o ma­syw­nych, owło­sio­nych łyd­kach. Na­stęp­nie na ob­wi­sły brzuch, spod któ­re­go zwi­sał mię­si­sty penis. Pier­si męż­czy­zny o czar­nych kę­dzio­rach roz­la­ły się na sze­ro­kiej klat­ce pier­sio­wej, na któ­rej wid­nia­ły czer­wo­ne plamy z na­brzmia­łą skórą wokół nich. Ręce trzy­mał na ko­la­nach, a łysa głowa opie­ra­ła się brodą o tors.

– To Her­man? – szep­nę­ła Lily.

– Tak. Pie­przo­ny spa­ślak.

– Czy on nie żyje?

– Nie wiem. Może.

– Czemu się ro­ze­brał?

– Nie cał­kiem, zo­sta­wił buty i skar­pet­ki. – Emma oświe­tli­ła czar­ne la­kier­ki wło­żo­ne na bia­łe pod­ko­la­nó­wki.

– Emm, chodź­my stąd.

– Ale naj­pierw maski.

 

Wtedy

Apel zwo­ła­no w sali gim­na­stycz­nej. Dziew­czy­ny usta­wio­no na try­bu­nie. Dy­rek­tor­ka z sali za­ko­mu­ni­ko­wa­ła:

– Wszyst­kie za­ję­cia na ze­wnątrz zo­sta­ją od­wo­ła­ne ze wzglę­du na po­go­dę. Dy­rek­cja czeka na ofi­cjal­ne in­for­ma­cje, do tego czasu wszy­scy mają zakaz opusz­cza­nia in­ter­na­tu.

– Szko­da, że nie ogło­si­li tego, zanim nas wy­pu­ści­li w tę pie­przo­ną mgłę – po­wie­dzia­ła któ­raś z dziew­czyn sto­ją­cych za Emm i Lily.

– Her­ma­no­wi po­dob­no się do­sta­ło za po­ran­ną roz­grzew­kę – szep­nę­ła Lily.

Emma nie od­po­wie­dzia­ła, pa­trzy­ła na czer­wo­ną plamę na karku jed­nej z dziew­czyn sto­ją­cych przed nią.

*

W sto­łów­ce pa­no­wa­ła cisza jak nigdy. Je­dy­nie Lily ga­da­ła jak zwy­kle.

– Spójrz na grubą Bertę. Pierw­szy raz widzę, żeby nie jadła. Chyba jej nie po­słu­ży­ły dzi­siej­sze ćwi­cze­nia. Jak my­ślisz, Emm? Co kie­ru­je ro­dzi­ca­mi ta­kich osób? Rodzi im się szpet­na, gruba córka, a oni dają jej na imię Berta. Zu­peł­nie, jakby chcie­li jej do­wa­lić. “Słu­chaj, ko­cha­nie, mamy szpet­ne, grube dziec­ko, i tak nic z niej nie bę­dzie, to może dajmy jej jakieś kretyńskie imię i zo­ba­czy­my, co się sta­nie”.

– Po­dob­no wszyst­kie nie­mow­lę­ta są ładne – powiedziała zamyślona Emma.

– Co ty pie­przysz, wi­dzia­łam nie­mow­lę­ta wy­glą­da­ją­ce jak z fil­mów Kro­nen­ber­ga.

– Może masz rację i nie wszyst­kie są ładne.

– Emm, co ci jest?

– Spójrz na nie.

– Pa­trzę i…?

– Żadna nic nie je.

 

Teraz

Skła­dzik był cia­sny, więk­szą część zaj­mo­wa­ły półki ze sta­rym sprzę­tem woj­sko­wym, tro­chę piłek le­kar­skich i do ko­szy­ków­ki. Pod ścia­ną stało małe biur­ko z krze­słem. Emma bez trudu zna­la­zła maski i fil­try.

– Lil, chodź tu.

– Chwi­lecz­kę.

Lily zgar­nę­ła pacz­kę pa­pie­ro­sów z biur­ka i za­czę­ła prze­szu­ki­wać szu­fla­dy.

– Lil! – wark­nę­ła Emma.

– Wie­dzia­łam – po­wie­dzia­ła i wy­cią­gnę­ła z jed­nej z szu­flad do po­ło­wy wy­pi­tą bu­tel­kę bo­ur­bo­na. – Wie­dzia­łam, za­wsze mó­wi­łam, że Her­ma­no­wi capi go­rza­łą z mordy.

– Chodź tu, trze­ba je za­ło­żyć.

Lily po­de­szła, cho­wa­jąc bu­tel­kę do ple­ca­ka. Emma wy­mie­ni­ła fil­try i po­mo­gła współ­lo­ka­tor­ce za­ło­żyć maskę ga­zo­wą.

– Wezmę jedną za­pa­so­wą – po­wie­dzia­ła. – Ty też jedną scho­waj do ple­ca­ka…

Z sali do­szło do nich prze­cią­głe char­cze­nie. Spoj­rza­ły na uchy­lo­ne drzwi. Krze­sło za­szu­ra­ło o pod­ło­gę. Usły­sza­ły kroki, a po chwi­li cięż­ki od­dech. Emma zga­si­ła la­tar­kę i w ciem­no­ści za­ło­ży­ła maskę. Od­na­la­zła dłoń Lily i razem po­de­szły do uchy­lo­nych drzwi skła­dzi­ku.

Her­man stał z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Ręce oparł o blat biur­ka – coś wy­le­cia­ło z kro­cza wy­cho­waw­cy, ude­rzy­ło o pod­ło­gę i roz­bry­zga­ło się, ochla­pu­jąc la­kier­ki. Mię­dzy no­ga­mi Her­man, do­strze­gły dwie dłu­gie nitki, a za nimi owa­dzią głowę o ma­syw­nych żu­wacz­kach. Czuł­ki ba­da­ły prze­strzeń, gdy wy­cho­waw­ca za­char­czał do­no­śnie, a na­stęp­nie jęk­nął. Po­mię­dzy udami po­ja­wił się obły, wi­ją­cy kształt. Za­wisł, skrę­ca­jąc się, ha­czy­ko­wa­te od­nó­ża bez­sku­tecz­nie szu­ka­ły opar­cia, gdy pę­ka­te ciało wy­cho­dzi­ło z Her­ma­na cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Bio­dra męż­czy­zny za­drża­ły. Za­char­czał prze­cią­gle i larwa wy­pa­dła, grzbie­tem na pod­ło­gę. Robak prze­krę­cił się na brzuch. Za­chro­bo­ta­ł od­nó­ża­mi, gdy ru­szy­ł ku nodze Her­ma­na.

Emma nie mogła od­wró­cić wzro­ku, czuła, jak serce ło­mo­cze, a pot spły­wa z czoła na po­licz­ki. Sły­sza­ła, jak Lily tłumi pisk, ści­ska­jąc jej dłoń tak, jakby chcia­ła zła­mać Emm wszyst­kie palce.

Robak wpełzł po owło­sio­nej łydce, ra­niąc nogę od­nó­ża­mi. Sta­wał co chwi­lę, ba­da­jąc czuł­ka­mi po­wierzch­nię, by po chwi­li znów ru­szyć wzdłuż ciała wy­cho­waw­cy. Prze­szedł po po­ślad­kach na plecy i za­trzy­mał się przy ra­mie­niu. Her­man się­gnął prawą ręką do larwy. De­li­kat­nie do­tknął ro­ba­ka, jakby chciał się upew­nić, czy wszyst­ko z nim w po­rząd­ku. Chwiej­nym kro­kiem ru­szył do krze­sła pod oknem. Przez chwi­lę łapał rów­no­wa­gę, gdy po­de­szwy butów za­czę­ły się śli­zgać na tym, co wy­le­cia­ło z kro­cza. Usiadł cięż­ko na krze­śle. Larwa prze­szła mię­dzy ob­wi­sły­mi pier­sia­mi i znie­ru­cho­mia­ła na opa­słym brzu­chu. Her­man objął biały, obły kształt rę­ko­ma i po­chy­lił się, żeby osło­nić larwę wła­snym cia­łem.

Emma szarp­nę­ła Lily i wy­bie­gły ze skła­dzi­ku. Prze­mknę­ły tak jak po­przed­nio, pod ścia­ną, w kie­run­ku drzwi sali. Emma prze­pu­ści­ła przo­dem Lily i spoj­rza­ła na wy­cho­waw­cę. Her­man sie­dział wy­pro­sto­wa­ny, pa­trząc na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Larwa wpeł­zła na ramię wy­cho­waw­cy, gdy męż­czy­zna za­czął się ocię­ża­le pod­no­sić z krze­sła.

 

Wtedy

Lau­ren we­szła do po­ko­ju, pcha­jąc przed sobą wózek z je­dze­niem. Jak za­wsze jasnoczer­wo­na szmin­ka od­ci­na­ła się od jej czar­nej skóry, a włosy za­ple­cio­ne w war­ko­cze scho­wa­ła pod nie­bie­skim czep­kiem.

– Jak się czu­je­cie, dziew­czy­ny? – za­py­ta­ła.

– Jak więź­niar­ki – po­wie­dzia­ła Emma, nie wsta­jąc z łóżka.

– I to z dłu­go­let­ni­mi wy­ro­ka­mi – do­da­ła Lily, usiadła obok współ­lo­ka­tor­ki.

– Co wy tam wie­cie o wię­zie­niu? – Lau­ren mach­nę­ła ręką. 

Dziew­czy­ny wie­dzia­ły, że stara ku­char­ka wy­cho­wa­ła się w in­ter­na­cie oraz o jej kry­mi­nal­nej prze­szło­ści.

Emma pod­nio­sła się na łok­ciach i po­da­ła pa­pie­ro­sa Lily.

– Gdy­by­ście tra­fi­ły do wię­zie­nia, bła­ga­łyby­ście o po­wrót do ośrod­ka. Wasze życie tutaj to letni obóz w po­rów­na­niu z pier­dlem. – Lau­ren po­ło­ży­ła tacę z je­dze­niem na szaf­ce. – Po­ra­tuj­cie szlu­giem.

Lily rzu­ci­ła jej pacz­kę.

– Jak wy­glą­da sy­tu­acja? – za­py­ta­ła Emma.

Lau­ren wy­cią­gnę­ła pa­pie­ro­sa, odło­ży­ła pacz­kę na jedną z tacek i za­mknę­ła drzwi po­ko­ju. Usia­dła na łóżku Lily, prze­je­cha­ła ję­zy­kiem po zę­bach i za­pa­li­ła.

– Kiep­sko.

– No, co ty nie po­wiesz – par­sk­nę­ła Lily.

– Za­mknij się. – Emma trą­ci­ła ją w bok. – Mów i nie zwra­caj uwagi na tę czar­ną kre­tyn­kę.

– Część dziew­czyn od­wieź­li do szpi­ta­la, ale kie­row­ca już nie wró­cił. Kilku wy­cho­waw­ców zo­sta­ła zwol­nio­na do domów. Zo­sta­ła dy­rek­tor­ka i Her­man. Na kuch­ni ja i Joe.

– A jak inne dziew­czy­ny? – za­py­ta­ła Lily.

– Więk­szość chora. Poza wa­szym po­ko­jem jesz­cze w trzech są zdro­we dziew­czy­ny.

– Jak w cza­sie pan­de­mii. – Lily za­cią­gnę­ła się i po­da­ła pa­pie­ro­sa Emmie.

– Nie. To nie to samo. Na uli­cach nie ma żywej duszy. Tylko ta mgła i cisza. Żad­nych zwie­rząt, pta­ków, nic. Do­brze śpi­cie w nocy? – Lau­ren pa­trzy­ła w okno, za któ­rym w bieli lśni­ły złote dro­bi­ny.

Lily i Emma po­pa­trzy­ły na sie­bie.

– Te­le­wi­zja wczo­raj prze­sta­ła nada­wać – pod­ję­ła Lau­ren. – Nikt nie wie, co się dzie­je. Gdzie są służ­by, po­li­cja, woj­sko. To wszyst­ko nie ma sensu. – Stara ku­char­ka cmok­nę­ła i ob­li­za­ła usta. – Ale naj­go­rzej jest w nocy. Na ko­ry­ta­rzu sły­chać kroki. Klam­ka w moim po­ko­ju kilka razy się po­ru­sza­ła. I to char­cze­nie.

– Char­cze­nie? – za­py­ta­ła Lily.

– Nie wy­cho­dzi­ły­ście z po­ko­ju?

– Nie – po­wie­dzia­ła Emma.

– To do­brze. Nie od­wie­dzaj­cie in­nych dziew­czyn i za­blo­kuj­cie drzwi. – Lau­ren wsta­ła, po­de­szła do wózka i pod­nio­sła obrus, na półce przy kół­kach le­ża­ło tro­chę kon­serw. – To dla was, po­win­no wy­star­czyć na kilka dni. I kto wie, może za chwi­lę to wszyst­ko się skoń­czy. Ale ja mam dość, spie­przam z tego pier­dol­ni­ka. A gdy­by­ście mnie za­py­ta­ły, to po­ra­dzi­ła­bym wam zro­bić tak samo.

Lau­ren zga­si­ła pa­pie­ro­sa w pal­cach, wy­kru­szy­ła ża­rzą­cy się tytoń i przy­dep­nę­ła po­de­szwą te­ni­sów­ki. Wsta­ła i chwy­ci­ła klam­kę.

– Po­wo­dze­nia, dziew­czy­ny – po­wie­dzia­ła w drzwiach. 

*

– Po­waż­nie? – Lily prze­wró­ci­ła ocza­mi, gdy Emma do­su­nę­ła łóżko do drzwi.

– Nie wiem, czy za­ła­pa­łaś, ale zo­sta­ły­śmy tu same.

– A Her­man i dy­rek­tor­ka?

– A kiedy ich ostat­nio wi­dzia­łaś? Kiedy ostat­nio Her­man cho­dził po ko­ry­ta­rzu?

– Może też jest chory. – Lily wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Wła­śnie, moż­li­we, że tylko my je­ste­śmy zdro­we. Wolę, żeby tak zo­sta­ło. – Emma przy­wią­za­ła jeden ko­niec paska do klam­ki, a drugi do ramy łóżka.

– Wiesz, za co Lau­ren sie­dzia­ła?

– Nie.

– Za crack. To stara ćpun­ka. Kie­dyś opo­wie­dzia­ła mi, że w piw­ni­cy wi­dzia­ła twarz Chry­stu­sa w kar­to­flach. Ma prze­ja­ra­ny mózg. Za chwi­lę wszyst­ko się uspo­koi, tak jak było przy co­vi­dzie.

– Może, ale łóżko zo­sta­je tu, gdzie jest.

– Jak chcesz, ale śpisz sama, nie mam za­mia­ru z po­wo­du hi­sto­rii sta­rej ćpun­ki spać przy drzwiach – po­wie­dzia­ła Lily.

*

Emma długo nie mogła za­snąć. Pa­li­ła, pa­trząc w biały obłok za oknem. Usia­dła na łóżku. Coś się dzia­ło na ko­ry­ta­rzu. Naj­pierw skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi. Od­głos kro­ków. Emma spoj­rza­ła na Lily – spała twar­do. Roz­le­gło się pu­ka­nie. Emma po­de­szła na łóżku do zamka i przy­sta­wi­ła ucho do dziur­ki od klu­cza.

– Źle się czuję. Otwórz, pro­szę.

Głos był dziw­nie me­cha­nicz­ny, char­czą­cy, nie­ludz­ki. Emma usły­sza­ła szu­ra­nie. Cisza. Skrzy­pie­nie drzwi.

– Nie!!!

Wrzask był krót­ki, gwał­tow­nie urwa­ny. Trzask prze­wra­ca­nych mebli. Krzyk i cisza.

Klam­ka po­ru­szy­ła się nagle. Emma zła­pa­ła ją obu­rącz. Usły­sza­ła char­cze­nie, a po chwi­li pu­ka­nie. Spoj­rza­ła na śpią­cą Lily.

– Emma? To ja, Berta.

Głos znie­na­wi­dzo­nej dziew­czy­ny przy­po­mi­nał na­gra­nie lub ptaka na­śla­du­ją­ce­go ludz­ką mowę.

– Idź spać, Berta – od­po­wie­dzia­ła Emma.

– Źle się czuję, otwórz.

Klam­ka znów się po­ru­szy­ła. Emma trzy­ma­ła ją mocno.

– Berta, idź spać, bo wyjdę i sko­pię ci dupę.

– Wyjdź – ode­zwa­ło się kilka gło­sów naraz.

Ktoś na­parł na klam­kę. Emma z tru­dem utrzy­my­wa­ła ją w po­zio­mie.

– Emm? – Lily pod­nio­sła się, prze­cie­ra­jąc oczy. – Co się…

Klam­ka opa­dła, Emma od­sko­czy­ła. Pasek na­prę­żył się, pociągnął łóżko, które ude­rzy­ło o fra­mu­gę. W szpa­rze po­ja­wi­ła się ręka po­kry­ta czer­wo­ny­mi pla­ma­mi, ze skórą na­brzmia­łą wokół zna­mion.

Lily wrza­snę­ła. Emma sko­czy­ła do klam­ki.

– Pomóż mi! – wrza­snę­ła.

Współ­lo­ka­tor­ka ze­rwa­ła się, pod­bie­gła do szu­fla­dy. Dłoń z ko­ry­ta­rza się­gnę­ła paska. Rama łóżka za­trzesz­cza­ła.

– Lily!! – Emma uczeiona klamki, napierała barkiem, jed­nak drzwi nie da­wa­ły się za­mknąć.

Z ko­ry­ta­rza do­biegł char­kot do­by­wa­ją­cy się z kilku gar­deł. Lily pod­bie­gła i wbiła ołó­wek w dłoń trzy­ma­ją­cą pasek. Ręka znik­nę­ła w szpa­rze, a drzwi trzasnęły. Emma po­le­cia­ła na ma­te­rac. Lily stała z za­krwa­wio­nym ołów­kiem. Usły­sza­ły kroki –  osoby ze­bra­ne pod ich po­ko­jem ro­ze­szły się w róż­nych kie­run­kach.

Któ­reś drzwi na ko­ry­ta­rzu otwar­ły się i za­mknę­ły z trza­skiem.

– Nie!! Po­mo­cy!! Nie utrzy­mam!! 

Krzyk zagłuszył huk i wrzask. Rumor. Lily i Emma usły­sza­ły, jak coś zwala się na pod­ło­gę. Pisk, sza­mo­ta­ni­na. Ktoś wy­biegł na ko­ry­tarz i prze­biegł obok ich po­ko­ju. Wrzask, ude­rze­nie o ścia­nę. I cisza. 

*

– Ile zo­sta­ło? – za­py­ta­ła Lily.

– Dwie pusz­ki.

Klam­ka drgnę­ła, ale zaraz na­tra­fi­ła na opar­cie krze­sła. Do­dat­ko­wo pasek wciąż trzy­mał drzwi przy­twier­dzo­ne do ramy łóżka Emmy.

– Od­pier­dol­cie się!! – wrza­snę­ła Lily.

– Ja­aadły­ście? – ode­zwał się char­czą­cy głos na ko­ry­ta­rzu.

– Chuj ci do tego, zdzi­ro!!!

– Prze­stań, Lil. – Emma odło­ży­ła pusz­ki na szaf­kę i po­de­szła do współ­lo­ka­tor­ki, sto­ją­cej na środ­ku po­ko­ju z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi.

– Dłu­żej nie dam rady – wy­szep­ta­ła Lily. – O co im cho­dzi? Ja­dłaś? Co to, kurwa, za py­ta­nie?

Emma ob­ję­ła ją za ramię, Lily wtu­li­ła się w przy­ja­ciół­kę.

– Co my teraz zro­bi­my?

– Nie mo­że­my tu zo­stać, Lily, ale zo­ba­czysz, bę­dzie do­brze.

– Obie­cu­jesz?

– Obie­cu­ję – po­wie­dzia­ła Emma, głasz­cząc czar­ne loki Lily.

Wtedy zga­sło świa­tło.

 

Teraz

Wy­bie­gły na ko­ry­tarz w sza­leń­czym pę­dzie i ru­szy­ły w stro­nę scho­dów. Stru­mień świa­tła la­tar­ki, ni­czym stro­bo­skop, oświe­tlał to pod­ło­gę, to ścia­ny, to drogę na klat­kę scho­do­wą. Gruba Berta wy­ro­sła przed Emm tuż przy scho­dach. Sta­nę­ła nie­mal naga, je­dy­nie w sta­ni­ku za­kry­wa­ją­cym małe pier­si. Czer­wo­ne plamy szpe­ci­ły jej py­za­tą twarz i pa­chwi­ny przy za­ro­śnię­tym ru­dy­mi wło­sa­mi kro­czu. Lily wrza­snę­ła i sta­nę­ła tak gwał­tow­nie, że te­ni­sów­ki za­czę­ły się śli­zgać na po­sadz­ce. Emmę strach dła­wił od tak dawna, że w chwi­li, gdy do­strze­gła znie­na­wi­dzo­ną dziew­czy­nę, wrza­snę­ła dziko i wpa­dła w nią w peł­nym im­pe­cie. Berta, ni­czym szma­cia­na lalka, ru­nę­ła w dół scho­dów, ude­rzy­ła głową o pod­ło­gę na pół­pię­trze. Emma zbie­gła za nią. Ramię Berty unio­sło się i biały, obły kształt wy­pełzł spod niej na czar­nych, ha­czy­ko­wa­tych od­nó­żach. Emma sta­nę­ła na ostat­nim stop­niu, oświe­tla­jąc larwę, która, zła­pa­na w świa­tło la­tar­ki, wbie­gła w mgłę za­kry­wa­ją­cą scho­dy na pierw­sze pię­tro. Berta unio­sła się na łok­ciach, zacharczała. Emma sko­czy­ła na nią, przy­ci­snę­ła bio­dra­mi do pod­ło­gi. Unio­sła la­tar­kę i wal­nę­ła Bertę w skroń – py­za­ta twarz za­la­ła się krwią.

– Ja­aadłaś? – wy­char­cza­ła Berta.

Emma unio­sła la­tar­kę i ude­ży­ła ją w nos. Coś chrup­nę­ło. Czar­ne stru­gi krwi za­la­ły cien­kie usta Berty, spo­mię­dzy któ­rych wciąż wy­do­by­wał się prze­cią­gły char­kot. Emma wal­nę­ła w nie z całej siły. Wargi pękły, a me­ta­lo­we oku­cie la­tar­ki skru­szy­ło przed­nie zęby.

– Nie!! – Lily chwy­ci­ła nad­gar­stek Emm. – Co ty zro­bi­łaś!?

Twarz Berty znik­nę­ła we krwi, je­dy­nie sze­ro­ko otwar­te oczy, dzi­kie, zwie­rzę­ce, wpa­try­wa­ły się w sto­ją­ce nad nią dziew­czy­ny.

– Emm?

– Co? – Głos Emmy był spo­koj­ny, choć dy­sza­ła cięż­ko przez maskę.

– Ja… Na scho­dach sły­sza­łam kroki – wy­ją­ka­ła Lily, nie mogąc ode­rwać wzro­ku od po­więk­sza­ją­cej się ka­łu­ży krwi wokół głowy Berty.

Emma zła­pa­ła ją za rękę.

– Nie pusz­czaj mojej dłoni.

Lily przez za­pa­ro­wa­ne szyby maski pró­bo­wa­ła do­strzec oczy Emm.

– Zro­zu­mia­łaś?

Lily spoj­rza­ła na ocie­ka­ją­cą krwią, mru­ga­ją­cą la­tar­kę.

– Zro­zu­mia­łaś?!

W py­ta­niu Emm Lily wy­czu­ła nie­wy­po­wie­dzia­ną groź­bę.

– Tak, zro­zu­mia­łam – po­wie­dzia­ła.

Emma po­cią­gnę­ła ją nad mlecz­ną toń i zro­bi­ła pierw­szy krok. Za­czę­ły scho­dzić ostroż­nie, sto­pień po stop­niu, po­ma­łu zni­ka­jąc w bieli.

*

Scho­dy zda­wa­ły się nie mieć końca. Emma stra­ci­ła rów­no­wa­gę – gdy jej stopa nie na­tra­fi­ła na ko­lej­ny sto­pień. Lily jed­nak mocno ją trzy­ma­ła i nie po­zwo­li­ła przy­ja­ciół­ce upaść. We mgle wi­dzia­ły je­dy­nie zarys wła­snych syl­we­tek. Po­wie­trze było cie­płe i wil­got­ne, złote dro­bi­ny uno­si­ły się w nim, ni­czym bro­kat w śnież­nych ku­lach sprze­da­wa­nych na świę­ta. Emma wy­ma­ca­ła ręką ścia­nę, gdy tylko po­czu­ła pod pal­ca­mi farbę, przy­war­ła do niej – pociągnęła za sobą Lily. Świa­tło la­tar­ki nie było w sta­nie prze­nik­nąć gę­stej bieli – spra­wia­ło, że dro­bi­ny mi­go­ta­ły. Emma ści­snę­ła moc­niej dłoń Lily i ru­szy­ła wzdłuż ścia­ny, ba­da­jąc do­kład­nie przed sobą po­wierzch­nię.

– Po lewej jest sala gim­na­stycz­na, za nią prysz­ni­ce i szat­nie – wyliczała z pamięć Emma. – Dalej ga­bi­net dy­rek­tor­ki i wyj­ście. A po pra­wej…?

– Przed nami po­win­ny być drzwi do to­a­let – pod­po­wie­dzia­ła szyb­ko Lily. – Za nimi do kuch­ni?

– Nie, ja­dal­ni, na­stęp­ne są do kuch­ni… – urwa­ła Emma, gdy coś stuknęło i prze­bie­gło w dru­giej czę­ści ko­ry­ta­rza.

– Co to było? – głos Lily tłumiła maska.

– To nic. – Emma z tru­dem sta­wia­ła na­stęp­ne kroki, nie­mal cią­gnąc za sobą przy­ja­ciół­kę. – Idzie­my dalej, do kuch­ni, a potem do wyj­ścia. Pa­mię­tasz, tak jak usta­li­ły­śmy?

Gdzieś za nimi, na scho­dach, usły­sza­ły, jak bose stopy ude­rza­ją o ko­lej­ne stop­nie.

– Emma. One scho­dzą…

– Spo­koj­nie, już mi­ja­my to­a­le­ty, zo­bacz. – Emma przy­ci­snę­ła rękę Lily do drzwi. – To na­stęp­na jest…?

– Ja­dal­nia.

– Zo­bacz, już je­ste­śmy.

Ścia­na skoń­czy­ła się i szły wzdłuż wa­ha­dło­wych skrzy­deł drzwi ja­dal­ni.

Przez mgłę, jakby z bar­dzo da­le­ka, usły­sza­ły char­koty, naj­pierw po­je­dyn­cze, potem ko­lej­ne.

Lily za­drża­ła i przy­war­ła do drzwi, które otwar­ły się bez­sze­lest­nie. Emma nie zdo­ła­ła utrzy­mać przy­ja­ciół­ki, która znik­nę­ła gdzieś w po­miesz­cze­niu. Biały obłok za­fa­lo­wał, gdy roz­bu­ja­ne skrzy­dło raz za razem uchy­la­ło się, wzbu­rza­jąc mgłę.

– Lily? – wy­szep­ta­ła Emma.

Biel znie­ru­cho­mia­ła.

– Lily? – Słowa znik­nę­ły we mgle bez od­po­wie­dzi.

Emma spoj­rza­ła przed sie­bie. Słyszała pod maską swój cięż­ki od­dech i zbli­ża­ją­cy się za ple­ca­mi char­kot.

Pierw­szy krok był trud­ny, dalej po­szło już spraw­nie. Ru­szy­ła wzdłuż ścia­ny.

*

Lily zro­bi­ła kil­ka­na­ście kro­ków, nim ude­rzy­ła w ławkę i ru­nę­ła na pod­ło­gę. Mgła za­mknę­ła się nad nią, zu­peł­nie jakby wpa­dła w bez­kre­sną toń. Usły­sza­ła, jak ktoś, bar­dzo da­le­ko, woła ją po imie­niu. Unio­sła głowę, ale słowa uwię­zły w gar­dle, zobaczyła bo­se stopy na ka­fel­kach. Naga syl­wet­ka ko­bie­ty, po­włó­cząc no­ga­mi, wy­ło­ni­ła się z bieli na uła­mek se­kun­dy, by zaraz w niej znik­nąć. Lily ob­ró­ci­ła się na brzuch, za­gry­zła wargi, dła­wiąc szloch. Wcią­gnę­ła nosem lep­kie, cie­płe po­wie­trze z maski i za­czę­ła się czoł­gać. Ręce i nogi od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa, jakby ugrzę­zły w gę­stej mgle. Lily peł­zła pod ko­lej­ny­mi ław­ka­mi, sto­li­ka­mi, dłoń­mi macając drogę mię­dzy me­ta­lo­wy­mi no­ga­mi.

*

Dłoń Emmy do­tknę­ła me­ta­lo­wych drzwi pro­wa­dzą­cych do kuch­ni. Stąd od wyj­ścia dzie­li­ło ją za­le­d­wie kilka me­trów. Coś chrup­nę­ło za drzwia­mi. Słyszała mla­śnię­cia jak u nie­sfor­nie je­dzą­ce­go dziec­ka, a gdzieś mię­dzy tymi dźwię­ka­mi pisk lub cichy płacz.

– Pie­przo­na Lily – wy­szep­ta­ła nie­mal bez­gło­śnie, za­ci­ska­jąc palce na rącz­ce la­tar­ki i ostroż­nie uchy­liła drzwi.

We­szła i po dwóch kro­kach wy­ma­ca­ła szaf­kę, za nią blat. Trzy­ma­ła się idac w stro­nę dźwię­ku.

*

Lily wy­czoł­ga­ła się spo­mię­dzy sto­li­ków. Dło­ń na­tra­fi­ła na ścia­nę. Prze­su­nę­ła pal­ca­mi wzdłuż niej, aż do gład­kiej me­ta­lo­wej po­wierzch­nię – drzwi uchy­li­ły się, tuż przed nią. Przez za­pa­ro­wa­ne szyby maski Lily do­strze­gła stopę z wiel­ką czer­wo­ną plamą na ko­st­ce, o pa­znok­ciach po­ma­lo­wa­nych na czar­no. Naga syl­wet­ka znik­nę­ła za wa­ha­dło­wym przej­ściem do kuch­ni. Lily wsta­ła, nie od­ry­wa­jąc ple­ców od ścia­ny. Spoj­rza­ła przez okrą­głą szybę w drzwiach. Naga po­stać stała nie­mal na progu. Dłu­gie tłu­ste włosy za­kry­wa­ły wy­chu­dłe ra­mio­na. Plecy i po­ślad­ki po­kry­wa­ły czer­wo­ne plamy i rany przy­po­mi­na­ją­ce na­kłu­cia. Włosy za­fa­lo­wa­ły – zsunęły się z bia­łe­go, ob­łe­go kształ­tu larwy, która przeszła na nagie ramię. Ha­czy­ko­wa­te od­nó­ża pew­nie trzymały się skóry. Z czar­nej głowy o żół­tych śle­piach wy­ra­sta­ły dwa dłu­gie czuł­ki, ba­da­ją­ce otoczenie. Robak zszedł po ręce na po­śla­dek, na­stęp­nie po łydce na pod­ło­gę. Wpełzł szyb­ko we mgłę. Naga po­stać ru­szy­ła za nim, znik­nę­ła gdzieś w bieli.

*

Emma ostroż­nie do­tar­ła do rogu ku­chen­ne­go blatu. Omi­nęła dło­nią garn­ki, cho­chle i kubki. Za­trzy­ma­ła się, gdy opusz­kiem palca tra­fi­ła na kra­wędź ostrza. Scho­wa­ła la­tar­kę i zła­pa­ła drew­nia­ną rącz­kę. Wy­cią­gnę­ła przed sie­bie długi ku­chen­ny nóż. Jęki, mla­śnię­cia i chrup­nię­cia do­cho­dzi­ły gdzieś z pod­ło­gi tuż przed Emm. Po­czu­ła pod te­ni­sów­ka­mi, jak coś się roz­ła­zi, spoj­rza­ła na roz­dar­tą na ka­fel­kach gni­ją­cą mar­chew­kę. Dalej zo­ba­czy­ła ka­wał­ki chle­ba, ziem­nia­ki, roz­sy­pa­ny ryż, owoce i wa­rzy­wa. Jedna larwa sie­dzia­ła na pusz­ce z ku­ku­ry­dzą, wy­ja­da­jąc ziar­na wa­la­ją­ce spośród in­nych resz­tek, druga ob­gry­za­ła ka­wa­łek czar­nej skóry. Emma z tru­dem do­pu­ści­ła do świa­do­mo­ści, że to noga z ki­ku­tem w miej­scu stopy. Ko­lej­na stwór prze­bie­ga­ł wzdłuż ciała. Lau­ren ję­cza­ła cicho – ob­gry­zio­ny po­li­czek od­sła­niał dzią­sła, zęby i reszt­kę ję­zy­ka. Żu­wacz­ka­mi robak rwał dolną wargę, czuł­ki ba­da­ły ko­lej­ne części jej twa­rzy. Oczy sta­rej ku­char­ki pa­trzy­ły na Emm z nie­ludz­kim prze­ra­że­niem. Lau­ren jęk­nę­ła i zaraz za­dła­wi­ła się krwią. Pę­ka­ta larwa we­szła na głowę ku­char­ki i zła­pa­ła żu­wacz­ka­mi po­wie­kę. Nogi ugię­ły się pod Emm, dłoń wspar­ta o blat z tru­dem utrzy­my­wa­ła coraz więk­szy cię­żar ciała. Po­czu­ła, jak czy­jeś palce chwy­ta­ją ją za włosy. Szarp­nię­cie. Dłoń na ra­mie­niu napierała coraz mocniej. Te­ni­sów­ki roz­je­cha­ły się na roz­rzu­co­nym je­dze­niu. Emma wal­nę­ła ko­la­na­mi o ka­fel­ki. Na­stęp­ne szarp­nię­cie zwa­li­ło ją na po­sadz­kę, czy­jeś ręce do­ci­ska­ły bark i twarz Emm do pod­ło­gi, tuż przy udzie Lau­ren. Coś prze­bie­gło, stukając od­nó­ża­mi. Robak wy­szedł zza sło­ika. Czuł­ka­mi zbadał pal­ce Emmy za­ci­śnię­te na rę­ko­je­ści noża. Za­mach­nę­ła się i roz­bi­ła ostrzem słój. Larwa rozpoczęła oględziny roz­la­nego syropu i wi­śni. Ręka po­kry­ta czer­wo­ny­mi pla­ma­mi chwy­ci­ła nad­gar­stek Emm – po­czu­ła chra­pli­wy od­dech przy twa­rzy i nagie pier­si przy­ci­ska­ne do ple­ców. Emma usły­sza­ła dła­wią­cy jęk Lau­ren, mla­śnię­cia, chru­pot, pracę żu­wa­czek i za­wy­ła.

*

Lily we­szła do kuch­ni. Zo­ba­czy­ła jedną z dziewczyn – nagą, jak nik­nie we mgle po pra­wej. Za­mknę­ła oczy, przy­po­mi­na­jąc sobie roz­kład kuch­ni. Sta­ra­ła się nie zwra­cać uwagi na od­gło­sy je­dze­nia do­cho­dzą­ce z głębi pomieszczenia.

– Blat i szaf­ki po pra­wej, więc drzwi na ko­ry­tarz będą tam – szep­ta­ła.

 Wrzask Emmy wstrzą­snął Lily. Po­bie­gła za gło­sem. Mi­nęła blat, w przelocie wal­nę­ła bio­drem o róg – ledwo utrzy­ma­ła rów­no­wa­gę, gdy pośli­znęła się na reszt­kach je­dze­nia. Wpa­dła na nagą dziew­czy­nę o tłu­stych wło­sach, przy­ci­ska­jącą Emm do pod­ło­gi. Zła­pa­ła chudą rękę i szarp­nę­ła. Emma wierz­gnę­ła dziko. Naga dziew­czy­na po­le­cia­ła na Lily, która stra­ci­ła rów­no­wa­gę i wy­rżnę­ła o szaf­kę. Emma za­wy­ła i ude­rzy­ła ko­la­nem w ob­sy­pa­ną pla­ma­mi twarz. Głowa dziew­czy­ny od­sko­czy­ła. Lily pod­par­ła się, by wstać, po­czu­ła czuł­ki ba­da­ją­ce jej palce uta­pla­ne w soku z wiśni, zo­ba­czy­ła Lau­ren z na wpół zje­dzo­ną twa­rzą i larwę wy­dłu­bu­ją­cą ma­syw­ny­mi żu­wacz­ka­mi oko ku­char­ki. Emma zła­pa­ła osłupiałą Lily za rękaw i po­cią­gnę­ła. Wpa­dły na szaf­ki ku­chen­ne, strą­ca­jąc z blatu garn­ki i ta­le­rze. Lily wrza­snę­ła:

– Nie tędy! – Wi­działa, że przy­ja­ciół­ka cią­gnie ją w stro­nę ja­dal­ni. – Tam!!

Teraz to Lily chwy­ci­ła Emm za dłoń. Wy­bie­gły z kuch­ni, roz­rzu­ca­jąc skrzy­dła drzwi i wy­pa­dły na ko­ry­tarz wprost mię­dzy char­czą­ce syl­wet­ki. Emma ob­ró­ci­ła się, cią­gnąc za sobą Lily, na oślep tnąc nożem po wy­cią­gnię­tych rę­kach. Mgła za­wi­ro­wa­ła, uno­sząc złote dro­bi­ny mię­dzy syl­wet­ka­mi, od­sła­nia­jąc dzikie oczy, wy­chu­dłe, po­kry­te pla­ma­mi twa­rze i larwy przy­cze­pio­ne do na­gich ciał. Emma i Lily ode­pchnę­ły sto­ją­ce naj­bli­żej dziew­czy­ny i za­czę­ły biec. Miały przed sobą je­dy­nie biel. Sły­sza­ły od­głos te­ni­só­wek ude­rza­ją­cych o po­sadz­kę i cięż­kie od­de­chy pod gu­mo­wy­mi ma­ska­mi. Ich twa­rze były mokre od potu i łez. Palce sple­cio­ne ze sobą, za­ci­ska­ły się coraz moc­niej. A biel nie miała końca. Nie wi­dząc ścian, pły­nę­ły w mgli­stym bez­kre­sie.

Za­uwa­ży­ły drzwi in­ter­na­tu w chwi­li, gdy na nie wpa­dły. Wy­bie­gły na ze­wnątrz, gdzie świat tonął w mie­nią­cej się zło­tem mgła­wi­cy. 

koniec

 

Ciemny las: Jim

Kliknij aby rozwinąć

Teraz 

Jim przy­kuc­nął na masce sa­mo­cho­du. Ota­cza­ją­ca go mgła była nie­prze­nik­nio­na – nie tylko w sen­sie fi­zycz­nym, wy­kra­cza­ła poza gra­ni­ce poj­mo­wa­nia. Wy­cią­gnął rękę i ob­ser­wo­wał, jak dłoń znika w mlecz­nym ob­ło­ku. Złote dro­bi­ny uno­si­ły się w bieli, mi­go­cząc. Po­wie­trze było lep­kie i cie­płe. Po­ru­szył pal­ca­mi, jakby chciał spraw­dzić, czy jesz­cze są na miej­scu, na­stęp­nie ręką za­ry­so­wał we mgle sym­bol lem­ni­ska­ty, za­bu­rza­jąc ide­al­ną har­mo­nię bieli. Całe ramię po­ru­sza­ło się z le­d­wie wy­czu­wal­nym opo­rem, ni­czym za­nu­rzo­ne w cie­płej wo­dzie. Mgła wi­ro­wa­ła, dro­bin­ki tań­czy­ły we wzbu­rzo­nym ob­ło­ku. Spoj­rzał na dłoń – była mokra i lepka, a złote punk­ci­ki kle­iły się do skóry. Roz­tarł jeden z nich w pal­cach. Dro­bin­ka zga­sła, zo­sta­wia­jąc na opusz­kach czar­ny osad.

W cisza sły­szał bicie serca, a w uszach szum – zu­peł­nie jakby za­nu­rzył głowę w ciepłej ką­pie­li. Krzyk wyrwał Jima, ze stanu głębokiej fascynacji. Od­głos do­cho­dził gdzieś z bieli, tłu­mio­ny w gę­stej za­wie­si­nie. Jim pierw­sze dźwię­ki wy­ła­pał znie­kształ­co­ne, przy­po­mi­na­ją­ce echo. Opu­ścił oku­lar nok­to­wi­zo­ra. Do­pie­ro teraz zo­ba­czył przednią szybę, dach sa­mo­cho­du i la­tar­nię, o którą roz­bi­ła się maska.

Ze­sko­czył na ulicę i zro­bił kilka ostroż­nych kro­ków. Świat ob­ser­wo­wa­ny przez obiek­tyw za­mie­nił się w zie­lo­ną mgła­wi­cę. Wi­dział as­falt na dwa, może trzy metry przed sobą. Ro­zej­rzał się, lecz resz­ta ulicy była skry­ta za mgielną za­sło­ną –  znik­nął sa­mo­chód z roz­bi­tą maską, la­tar­nia, chod­ni­ki i domy.

– Toto, mam prze­czu­cie, że już nie je­ste­śmy w Kan­sas – po­wie­dział i ru­szył w stro­nę od­gło­sów.

 

Wtedy

 

Jim koń­czył czy­tać ar­ty­kuł, gdy zga­sło świa­tło. Po­miesz­cze­nie znik­nę­ło w ciem­no­ści i tylko ekran smart­fo­na rzu­cał nikłą, nie­bie­ską po­świa­tę. Na ka­na­pie, sto­ją­cej w dru­gim końcu miesz­ka­nia, ucichły sprężyny, a z nimi pociąganie nosem – za­pa­dła głu­cha cisza. Jim nie ru­szył się z fo­te­la przy oknie. Prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie, by od­czy­tać ko­lej­ny aka­pit. Się­gnął wolną ręką do sto­li­ka, wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił. Nie trwa­ło to długo – gdy za­głę­biał się w ko­lej­ną hi­po­te­zę do­ty­czą­cą mgły, od stro­ny ka­na­py usły­szał szyb­kie nieregularne oddechy – po­śpiesz­nie wcią­ga­ne po­wie­trze świ­sta­ło w dziur­kach nosa, by po chwi­li z drże­niem wy­le­cieć usta­mi. Jim za­cią­gnął się, wy­pu­ścił dym, próbował igno­ro­wać na­ra­sta­ją­ce sa­pa­nie, które w końcu prze­szło w cichy pisk.

– Uspo­kojnie, bo się hi­per­wen­ty­lu­jesz – po­wie­dział. – Wiesz, co to zna­czy?

Skry­ta w ciem­no­ści ka­na­pa skrzyp­nę­ła, za­pa­dła cisza, na krót­ką chwi­lę. Urwany jęk i sa­pa­nie wró­ci­ły.

– W naj­prost­szych sło­wach ozna­cza to, że do­star­czasz do or­ga­ni­zmu za dużo tlenu, a to może się skończyć utratą przy­tom­ność. Chcesz stra­cić przy­tom­ność?

Skrzyp­nię­cie i cisza. Jim wciąż sły­szał iry­tu­ją­ce świt. Wstał i po­ma­chał w stro­nę ka­na­py ża­rzą­cym się pa­pie­ro­sem.

– Po­patrz na mnie. Ro­bisz wdech nosem, o tak.

Jim za­de­mon­stro­wał, jed­no­cze­śnie uno­sząc nad głowę pa­pie­ro­sa i smart­fo­na. Na­stęp­nie po­ma­łu wy­pu­ścił po­wie­trze usta­mi, po­zwa­la­jąc wolno opaść rękom.

– Wi­dzisz? Zrób tak trzy razy i po­win­no pomóc. – Pod­szedł do okna. 

Na ze­wnątrz pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na czerń. Żad­nych cieni, żad­ne­go za­ry­su, nic. Opu­ścił oku­lar nok­to­wi­zo­ra. W pierw­szej chwi­li nie do­strzegł zmia­ny – świat nadal był za­wie­szo­ny w pu­st­ce. Jim nie re­zy­gno­wał, badał każdy frag­ment mroku, wsłuchania w miarowe oddech. Do­strzegł dro­bin­ki po­ły­sku­ją­ce, to tu, to tam, ni­czym świe­tli­ki w ciem­nym lesie, za­cią­gnął się i oparł rę­ko­ma o pa­ra­pet.

– Są tam, te małe złote… – Odwróciły się do w stronę pomieszczenia. – No wła­śnie, co? Co­kol­wiek to jest, jest je­dy­ną rze­czą, którą można do­strzec w mgle.

Jim upu­ścił pa­pie­ro­sa na pod­ło­gę i przy­dep­tał żar cięż­kim woj­sko­wym butem. Po­tarł brodę i ru­szył w stro­nę anek­su ku­chen­ne­go. Mi­ja­jąc wer­sal­kę, usły­szał stłu­mio­ny pisk. Ob­szedł blat i uniósł oku­lar nok­to­wi­zo­ra.

– Po­słu­chaj, w ar­ty­ku­le po­świę­co­nym tej nie­ty­po­wej po­go­dzie ktoś nie­zwy­kle prze­ni­kli­wy stwier­dził, że musi ist­nieć za­leż­ność mię­dzy mgłą a za­cho­ro­wa­nia­mi. Je­stem pełen po­dzi­wu dla tak wni­kli­we­go umy­słu.

Ka­na­pa za­skrzy­pia­ła, gdy ktoś prze­su­nął się na jej drugi ko­niec.

– Jed­nak w dal­szej czę­ści za­war­to myśl, która mnie za­cie­ka­wi­ła. Za­da­no tam py­ta­nie: czym są te uno­szą­ce się dro­bin­ki? – Jim po­ło­żył te­le­fon na bla­cie, tak by go oświe­tlał, i oparł ręce po obu stro­nach wy­świe­tla­cza. – Po­słu­chaj. „Przy­pusz­cza się, że za bez­po­śred­ni stan epi­de­mio­lo­gicz­ny od­po­wia­da­ją bak­te­rie, wi­ru­sy lub mi­kro­or­ga­ni­zmy. Szcze­gól­ną uwagę zwró­co­no na złote dro­bin­ki, które udało się od­se­pa­ro­wać od mgły w celu ich zba­da­nia. W krót­kim cza­sie dro­bin­ki tracą cha­rak­te­ry­stycz­ny złoty blask, czer­nie­ją i ule­ga­ją roz­pa­do­wi, co po­zwa­la są­dzić, że są to or­ga­ni­zmy lub nie­zna­ne nam dotąd pier­wiast­ki zdol­ne prze­trwać je­dy­nie we mgle”. Cie­ka­we.

Jim po­tarł brodę i od­wró­cił się do lo­dów­ki. Opu­ścił oku­lar, otwo­rzył drzwi. Była nie­mal pusta, wszyst­kie przy­dat­ne do spo­ży­cia pro­duk­ty już spa­ko­wał. Zo­stał tylko sok jabł­ko­wy na gór­nej półce.

Jim ścią­gnął bu­tel­kę, wpatrzony w głowę le­żą­cą po­ni­żej. Twarz była mocno zsi­nia­ła, pod­kład po­pę­kał, two­rząc dziw­ną sko­ru­pę przy­po­mi­na­ją­cą wy­schnię­te błoto. Za wpół­przy­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi biał­ka oczu lekko się za­szkli­ły. Pełne usta, po­ma­lo­wa­ne czer­wo­ną szmin­ką, na­brzmia­ły, a dolna warga opa­dła, od­sła­nia­jąc dzią­sło i zęby. Jim wes­tchnął, się­gnął do szu­fla­dy po­ni­żej, wy­cią­gnął ją i po­ło­żył na bla­cie. We wnę­trzu leżał robak wiel­ko­ści spo­re­go ba­kła­ża­na. Ma­syw­ne żu­wacz­ki były otwar­te, od­sła­nia­jąc apa­rat gę­bo­wy za­koń­czo­ny ostry­mi zę­ba­mi. Nad żół­ty­mi ocza­mi wi­sia­ły po­skrę­ca­ne pół­me­tro­we czuł­ki. Z bia­łe­go tu­ło­wia wy­ra­sta­ły dwa tu­zi­ny ostro za­koń­czo­nych od­nó­ży.

Na wer­sal­ce za­pa­no­wa­ła głu­cha cisza, gdy drzwi lo­dów­ki za­mknę­ły się z trza­skiem. Jim pod­niósł oku­lar i spoj­rzał na ar­ty­kuł.

– Dalej piszą: “Obec­ność dro­bi­nek nie musi ozna­czać, iż są one bez­po­śred­nią przy­czy­ną za­cho­ro­wań, lecz to wła­śnie w nich obec­nie szuka się przy­czy­ny epi­de­mii”. No to chyba mamy roz­wią­za­nie za­gad­ki.

Jim od­krę­cił bu­tel­kę i pił długo, opróż­nia­jąc ją nie­mal do dna.

– Świet­ny sok – po­wie­dział i czknął. – Ta larwa mu­sia­ła się z cze­goś wy­kluć. Wi­dzisz, nimfa po na­ro­dzi­nach jest zdana na sie­bie. Nie może li­czyć na opie­kuń­czą mamę. Więk­szość owa­dów umiesz­cza jaja w miej­scu, gdzie larwa bę­dzie mogła się spo­koj­nie roz­wi­jać… Je­steś tam jesz­cze?

Z głębi po­miesz­cze­nia nie do­cho­dził żaden od­głos. Jim kilka razy prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie. Wal­nął otwar­tą dło­nią w blat. Ka­na­pa za­trzesz­cza­ła, a po chwi­li usły­szał szloch, prze­rwa­ny łka­niem.

– Wie­dzia­łem, że je­steś. Chcia­łem się tylko upew­nić.

Jim pa­trzył w ciem­ność wy­raź­nie roz­ba­wio­ny. Po­świe­cił te­le­fo­nem na larwę. Przy­ci­snął pę­ka­ty tułów pal­cem i pa­trzył jak obły kształt się zgina.

– Czy ty je­steś nimfą? – za­py­tał stwo­rze­nie.

 

Teraz

 

Jim coraz wy­raź­niej sły­szał krzy­ki przed sobą, za­czął też do­strze­gać ruch w po­zor­nie opu­sto­sza­łym mie­ście. Mimo nok­to­wi­zo­ra kilka razy zbo­czył z ulicy w stro­nę chod­ni­ka. To tam, w po­bli­żu za­bu­do­wań, leżał pierw­sze ciało – ob­gry­zio­ne nie­mal do kości. Strzę­py mięsa zwi­sa­ły z czasz­ki i żeber. W klat­ce pier­sio­wej że­ro­wa­ły dwie larwy, rwąc reszt­ki wnętrz­no­ści. Tors drgał, spra­wia­jąc wra­że­nie, że trup zaraz pod­nie­sie się z chod­ni­ka. Ko­lej­ne nimfy wy­szły z za­uł­ka. Chwi­lę ba­da­ły zna­le­zi­sko dłu­gi­mi czuł­ka­mi. Jedna ru­szy­ła do krta­ni, gdzie przy tcha­wi­cy zo­sta­ło nieco mięsa, ko­lej­na usia­dła na po­licz­ku i się­gnę­ła żu­wacz­ka­mi do skóry zwi­sa­ją­cej z brody.

Ulicę dalej Jim za­uwa­żył męż­czy­znę, który szedł ocię­ża­le, po­włó­cząc no­ga­mi, cią­gnął za sobą pasek po­dom­ki, z ra­mion zwi­sał mu pu­cha­ty szla­frok, a z bio­der ro­ze­rwa­ne slipy po­pla­mio­ne krwią. Jim po­my­ślał, że to pew­nie efekt cho­ro­by lub po­wi­kłań po wy­da­le­niu larwy, jed­nak się mylił. Męż­czy­zna, mimo skóry wi­szą­cej na wy­chu­dłych koń­czy­nach i za­pa­dłych po­licz­ków, ważył każdy krok, a gdy tylko na­tra­fił na prze­szko­dę, sta­wał i badał ją dłoń­mi o cien­kich, pa­ty­ko­wa­tych pal­cach. Wtedy spod szla­fro­ka wy­su­wa­ła się larwa, jakby chcia­ła spraw­dzić, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Męż­czy­zna, upew­niw­szy się, że prze­szko­dą jest śmiet­nik, omi­nął go ostroż­nie i ru­szył dalej. Jim nie miał wąt­pli­wo­ści, że zmie­rza­li w tym samym kie­run­ku. Za­ra­żo­nych było wię­cej – jedni wy­cho­dzi­li z sieni, inni snuli się we mgle wraz z przy­cze­pio­ny­mi do ciał lar­wa­mi. Wszy­scy wy­nędz­nia­li, nadzy, z czer­wo­ny­mi pla­ma­mi na skó­rze i za­krwa­wio­ny­mi udami. Szli wa­bie­ni krzy­kiem. Były też sa­mot­ne nimfy prze­bie­ga­ją­ce pod sa­mo­cho­da­mi lub że­ru­ją­ce w śmie­ciach. Inne krę­ci­ły się wokół za­ra­żo­nych, czuł­ka­mi do­ty­ka­jąc ich łydek i stóp, ni­czym psy idące przy nodze wła­ści­cie­la.

Jim był już pe­wien, że po­wi­nien przy­spie­szyć, jeśli chce zdą­żyć przed resz­tą za­in­te­re­so­wa­nych. Ru­szył truch­tem, sta­ra­jąc się nie zba­czać z ulicy. Mi­ja­ł roz­bi­te sa­mo­cho­dy, gdy sta­nął nagle. Tuż przed nim wy­rósł cień. Jim ob­szedł go ostroż­nie. Młoda ko­bie­ta trzy­ma­ją­ca larwę na rę­kach stała, ko­ły­sząc się na boki. Nimfę przy­ci­ska­ła do ma­łych pier­si. Larwa była mar­twa. Ko­bie­ta przy­po­mi­na­ła ka­ta­to­ni­ka po­grą­żo­ne­go w wła­snej rze­czy­wi­sto­ści. Do mo­men­tu, gdy spod sa­mo­cho­du wy­szła inna nimfa. Chwi­lę czuł­ka­mi ba­da­ła bosą stopę, niczym klien­t spraw­dza­ją­cy świe­żość pro­duk­tu. Naj­pierw ostroż­nie we­szła na łydkę, w końcu ru­szy­ła po udzie, za­cze­pia­jąc ha­czy­ko­wa­ty­mi od­nó­ża­mi o skórę. Larwa do­tar­ła do ra­mie­nia i wsu­nę­ła się pod jasne włosy. Ko­bie­ta nagle wy­rwa­na z odrę­twie­nia, odło­ży­ła mar­twą nimfę na ulicę. Po­ło­ży­ła dłoń na barku. Larwa, dłu­gi­mi czuł­ka­mi, de­li­kat­nie zba­da­ła przed­ra­mię. Ko­bie­ta wolno ru­szy­ła, zu­peł­nie jakby owad przywrócił jej sens dzia­ła­nia. Jim po­cze­kał, aż znik­nie z ulicy i po­biegł do skrzy­żo­wa­nia.

Mi­nął sy­gna­li­za­cję. Zobaczył au­to­bus i ciasno zebranych obok sie­bie ludzi, chwie­ją­cych się na pa­ty­ko­wa­tych no­gach. Cze­ka­li na ko­niec uczty, która od­by­wa­ła się we­wnątrz po­jaz­du. Ciała pa­sa­że­rów gęsto ob­sia­dły larwy, a przez otwar­te drzwi i okna wspi­na­ły się ko­lej­ne, przy­cią­ga­ne za­pa­chem krwi i gni­cia uno­szącym się wraz z mgłą. Jim skrę­cił w prawo.

Na ko­lej­nym skrzy­żo­wa­niu do­strzegł trzech męż­czyzn, pró­bu­ją­cych do­stać się do, roz­bi­te­go o sy­gna­li­za­cję świetl­ną, samochodu. Pierw­szy miał ma­secz­kę co­vi­do­wą i kap­tur na­cią­gnię­ty na głowę, szar­pał za klam­kę, wrzesz­cząc na ko­bie­tę we­wnątrz pojazdu. Drugi stał na masce auta, z twa­rzą ob­wią­za­ną sza­li­kiem, kopał w szybę, ale jakoś bez aprobaty, wyraźnie zmęczony. Za każ­dym ude­rze­niem ob­ca­sa wy­kwi­ta­ła ko­lej­na pa­ję­czy­na, a pasażerka krzyczała trzepocząc przy tym rękoma.  Trze­ci, z twa­rzą prze­wią­za­ną chu­s­tą, pró­bo­wał wró­cić do sa­mo­cho­du z ka­wał­kiem kost­ki bru­ko­wej w dłoni. Zbli­żał się po omac­ku, ba­da­jąc wolną ręką teren przed sobą. Wokół krę­ci­ły się nimfy, lecz za­cho­wy­wa­ły bez­piecz­ną od­le­głość. To nim Jim zainteresował się w jako pierwszym. Ob­ser­wo­wał ner­wo­we ruchy męż­czyzn. Wie­dział, że przez gęsty obłok widzi naj­da­lej na wy­cią­gnie­cie ręki. Był może o trzy metry od auta, ale i tak miał pro­blem, by od­na­leźć to­wa­rzy­szy. Jim wolał nie ry­zy­ko­wać. Od­piął skó­rza­ną po­chwę i wy­cią­gnął nóż my­śliw­ski. Zbli­żył się ostroż­nie, za­cho­dząc go od tyłu. 

– Otwie­raj! Ty kurwo! Otwie­raj! – wrzesz­czał przrz maskę covidową, ten przy drzwiach .

Męż­czy­zna w sza­li­ku za­chwiał się po ko­lej­nym kop­nię­ciu i usiadł na masce.

– Gdzie je­ste­ście!? Kurwa! Nie mogę was zna­leźć! Karl! Glen! – wy­dzie­rał się ten w chu­ście, kost­ka bru­ko­wa cią­ży­ła mu w wy­cią­gnię­tej ręce.

Jim, ko­rzy­sta­jąc z za­mie­sza­nia, chwy­cił rę­ko­jeść noża obu­rącz. Przy­sta­wił ostrze nie­mal do sa­me­go karku męż­czy­zny. Uniósł i opu­ścił, przy­mie­rza­jąc się do pchnię­cia.

– Karl! Glen! Nie widzę was w tej pie­przo­nej mgle! – wrzesz­czał zagubiony mężczyzna, Jim poczekał do chwi­li, aż prze­stał krzy­czeć. 

Sil­nym ude­rze­niem wbił ostrze w kark. Kost­ka bru­ko­wa upa­dła na as­falt. Roz­legł się char­kot.

– Karl? Sły­sza­łeś? – za­py­tał Glen, prze­su­wa­jąc się po masce sa­mo­cho­du w stro­nę drzwi.

– Ty kurwo! Roz­je­bię ci łeb o kra­węż­ni­ki! Sły­szysz?! – wrzesz­czał Karl, całą uwagę poświęcił klamce. 

Jim na­parł na rę­ko­jeść. Męż­czy­zna padł na ko­la­na, się­gnął rę­ka­mi do karku, bul­go­cząc i rzę­żąc.

– Karl! – za­wo­łał Glen jedną ręką po­pra­wia­jąc zsu­wa­ją­cy się z twa­rzy sza­lik.

– Ty…! – Karl prze­stał szar­pać klam­kę sa­mo­cho­du. – Co?!

– Sły­szysz? – za­py­tał Glen.

Jim po­czuł, jak palce męż­czy­zny za­ci­ska­ją się na nad­garst­kach. Na­parł całym cia­łem, wpy­cha­jąc ostrze po rę­ko­jeść.

Glen zsu­nął się z maski i nie od­ry­wa­jąc ręki od sa­mo­cho­du, pod­szedł do Karla.

Jim oparł nogę o plecy męż­czy­zny i pchnął go na ulicę.

– John­ny?! – za­wo­łał Karl.

Jim przy­kuc­nął obok głowy John­ne­go. Pa­trzył, jak męż­czy­zna za­ci­ska dło­nie na gar­dle, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

Ko­bie­ta w aucie, za­czę­ła wołać o pomoc.

– Za­mknij się! Kurwa, przy­się­gam, że cię za­bi­ję! – Karl kop­nął w drzwi sa­mo­cho­du.

– Spie­przaj­my – zakomenderował Glen.

– Ta dziw­ka ścią­gnę­ła mi maskę! Za­bi­ję ją! Sły­szysz, kurwo?!

– A co z John­nym?

– Co?!

– Pytam się, czemu John­ny nie od­po­wia­da?

– John­ny! – za­wo­łał Karl, jakby właśnie przypomniało sobie o koledze.

– Ja spa­dam. – Glen poprawił węzeł szalika, jednocześnie zrobił pierwszy krok. 

– Co?! – Kral nie zrozumiał intencji kolegi. 

Jim ob­ser­wo­wał, jak ten w sza­li­ku znika we mgle. Zro­bił pół kroku w tył, gdy plama krwi za­czę­ła roz­le­wać się wokół butów. Sze­ro­ko otwar­te usta John­ne­go po­ru­sza­ły się jesz­cze przez chwi­lę, zanim znie­ru­cho­mia­ły. Jim pod­szedł do sa­mo­cho­du. Nimfy tylko na to cze­ka­ły – wy­ło­ni­ły się z mgły, od­nó­ża­mi bro­dząc we krwi, za­czę­ły badać przebitą krtań mężczyzny.

– Glen! Kurwa! Glen! – darł się Karl. – John­ny?! John­ny!

Umilkł, gdy zo­ba­czył Jima – spod czarnego kap­tu­ra wy­sta­wał obiek­tyw nok­to­wi­zo­ra, a usta i nos za­kry­wa­ła maska ga­zo­wa z dwoma fil­tra­mi po bo­kach. Karl do­strzegł za­krwa­wio­ny nóż my­śliw­ski i zro­bił dwa kroki w tył. Jim za­cze­kał, aż znik­nie z pola wi­dze­nia, zanim zaj­rzał przez szybę sa­mo­cho­du. 

Ko­bie­ta w śred­nim wieku ści­ska­ła ple­cak na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Tusz z rzęs roz­ma­zał się na po­licz­kach wraz z łzami. Wrza­snę­ła dziko, gdy tylko do­strze­gła Jima. Pod­niósł oku­lar nok­to­wi­zo­ra, scho­wał nóż i po­ka­zał jej, by opu­ści­ła szybę. Ro­zej­rza­ła się, od­gar­nia­jąc dłu­gie czar­ne włosy. Jim do­strzegł si­nia­ka na pra­wym po­licz­ku i otar­te czoło. Prze­sia­dła się na miej­sce kie­row­cy i de­li­kat­nie uchy­li­ła szybę.

– Pod­rzu­cisz mnie? – za­py­tał Jim.

 

Wtedy

 

Jim wyj­rzał na sień. Drzwi czę­ści miesz­kań były uchy­lo­ne, inne otwar­te na oścież. Na jed­nym z pro­gów do­strzegł larwy. Trzech za­ka­żo­nych pró­bo­wa­ło bezskutecznie dostać się na klat­kę scho­do­wą.

Jim prze­krę­cił zamek. Dopił resz­tę soku i upu­ścił bu­tel­kę na pod­ło­gę. Minął ka­na­pę, za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Pchnął drzwi ła­zien­ki. Wszedł ostroż­nie, omi­ja­jąc plamy zakrzepłej krwi. Sta­nął nad wanną. We wnę­trzu leżał męż­czy­zna, zu­peł­nie nagi, z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi i rę­ko­ma zło­żo­ny­mi na pier­siach. Mar­twe spoj­rze­nie było utkwio­ne w ró­żo­wych ka­fel­kach. Głę­bo­kie roz­cię­cie na gar­dle zda­wa­ło się nie­mal czar­ne.

– No, dobra – wes­tchnął Jim. – Mnie się to też nie po­do­ba, jed­nak jeśli bę­dziesz sto­so­wał się do po­le­ceń, przej­dzie­my przez to raz, dwa.

Zła­pał prawą nogę i za­czął ją pro­sto­wać. Ciało za­czę­ło już sztyw­nieć, a na sto­pach i kost­kach po­ja­wi­ły się sine plamy opa­do­we. Jim prze­ło­żył nogę przez kra­wędź wanny. Uniósł lewą i oparł ją o ścia­nę ła­zien­ki. Na­chy­lił się i zaj­rzał mię­dzy nogi męż­czy­zny.

– No cóż, to mu­sia­ło być mało przy­jem­ne – po­wie­dział. – Ale ob­ra­że­nia nie są na tyle po­waż­ne, by larwa mogła cię trwa­le uszko­dzić.

Jim wy­pro­sto­wał się i po­tarł brodę. Wy­cią­gnął te­le­fon i wró­cił do ar­ty­ku­łu.

– „W przy­pad­ku gdy mamy do czy­nie­nia z or­ga­ni­zma­mi, przy­pusz­czam, że ich roz­kład poza mgłą do­cho­dzi na sku­tek nie­przy­ja­zne­go im śro­do­wi­ska”. – Jim wszedł do sa­lo­nu, czytając na głos. Zatrzymał się przy oknie, za­ło­żył maskę i otwo­rzył je na oścież. – „Może to być sku­tek skła­du po­wie­trza at­mos­fe­rycz­ne­go, azotu, tlenu, dwu­tlen­ku węgla lub in­ne­go gazu”.

Wy­chy­lił się i ro­zej­rzał, przy­świe­ca­jąc te­le­fo­nem. Są­sied­nie miesz­ka­nie, jak i po­zo­sta­łe w rzę­dzie, po­sia­da­ło bal­kon. Oce­nił szyb­ko, że nie po­wi­nien mieć pro­ble­mów, by po nich do­trzeć na dach. Za­mknął okno i wró­cił do ar­ty­ku­łu.

– „Przy takim za­ło­że­niu przy­pusz­czam, że nie mamy do czy­nie­nia z mgłą, czy ja­kim­kol­wiek innym zja­wi­skiem at­mos­fe­rycz­nym. Ra­czej z sub­stan­cją lub wy­dzie­li­ną, która po­zwa­la tym or­ga­ni­zmom prze­trwać w na­szym śro­do­wi­sku”.

Jim za­trzy­mał się przy sy­pial­ni.

– Wy­dzie­li­ną – po­wtó­rzył.

Wszedł do sy­pial­ni, ka­na­pa za­skrzy­pia­ła, a cichy szloch do­biegł gdzieś z wnę­trza sa­lo­nu.

Jim pa­trzył przez obiek­tyw nok­to­wi­zo­ra na nagie ciało ko­bie­ty z sze­ro­ko roz­rzu­co­ny­mi no­ga­mi. Pod­szedł do łóżka i po­ło­żył się obok ciała. Się­gnął ręką mię­dzy si­nie­ją­ce uda. Za­czął gwiz­dać, cicho i nie­spiesz­nie. Nie pa­no­wał nad tym; pio­sen­ka po­ja­wi­ła się w gło­wie nagle, a usta same skła­da­ły się do gwiz­da­nej me­lo­dii. Wy­cią­gnął dłoń. Pa­trzył, jak sper­ma spły­wa po pal­cach. Po­ki­wał głową za­my­ślo­ny. Spoj­rze­nie Jima padło na pier­si ko­bie­ty. Wy­tarł palce o jej brzuch i, nie­spiesz­nie gła­dząc białą skórę, prze­je­chał dło­nią w stro­nę most­ka. Do­ci­snął dłoń, po­czuł pod palcami przy­jem­ny chłód ciała. Me­lo­dia roz­brzmie­wa­ła, za­kłó­ca­ła myśli, a Jim gwiz­dał coraz wy­raź­niej. Ręka po­wę­dro­wa­ła wyżej. Prze­je­chał pal­cem po oboj­czy­ku i szyi w miej­scu, w któ­rym głowa zo­sta­ła od­cię­ta od tu­ło­wia. Spoj­rzał na po­dusz­ki po­czer­nia­łe od krwi. Wstał i ru­szył do sa­lo­nu. Za­trzy­mał się w drzwiach sy­pial­ni i oparł bar­kiem o fra­mu­gę.

Przez nok­to­wi­zor wy­raź­nie wi­dział ka­na­pę i sku­lo­ną mię­dzy opar­ciem a pod­ło­kiet­ni­kiem nagą dziew­czy­nę. Pod­nio­sła głowę znad kolan, wpa­tru­jąc się w wy­świe­tlacz te­le­fo­nu.

Jim za­czął cicho śpie­wać w rytm wcze­śniej gwiz­da­nej me­lo­dii:

“Lon­don Brid­ge is fal­ling down

Fal­ling down, fal­ling down

Lon­don Brid­ge is fal­ling down

My fair lady”.

– Pro­szę – głos dziew­czy­ny łamał się i drżał. – Pro­szę.

– Cicho, ci­chu­teń­ko – po­wie­dział Jim.

– Pro­szę! – wrza­snę­ła.

Jim od­piął po­chwę noża my­śliw­skie­go i ru­szył nie­spiesz­nie, nucąc:

“Build it up with iron bars

Iron bars, iron bars

Build it up with iron bars

My fair lady”.

 

Teraz

 

– Chcia­łam zdo­być tylko coś do je­dze­nia – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, ści­ska­jąc ple­cak.

Wciąż nie od­blo­ko­wa­ła drzwi sa­mo­cho­du. Jim po­ki­wał głową.

– Na­pa­dli mnie, ze­rwa­li mi chu­s­tę z twa­rzy… – Głos jej się za­ła­mał, scho­wa­ła twarz w dło­niach.

Jim ścią­gnął swoją chu­s­tę z szyi i wci­snął ją przez uchy­lo­ne okno. Ko­bie­ta wcią­gnę­ła ją do środ­ka i za­kry­ła usta oraz nos.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła.

– Dro­biazg. Po­słu­chaj, parę me­trów stąd jest pełno za­ka­żo­nych, nie wspo­mi­na­jąc o lar­wach. Ro­zu­miem, że się boisz, ale nie mo­żesz tu zo­stać.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła nie­pew­nie na Jima. Się­gnę­ła do klam­ki sa­mo­cho­du i otwo­rzy­ła drzwi.

– Masz gdzie się scho­wać? – za­py­tał Jim, podał jej rękę.

– Tak.

– Mogę cię od­pro­wa­dzić, jeśli chcesz.

Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła na ota­cza­ją­cą ich biel. Złote dro­bi­ny lśni­ły za­wie­szo­ne w śnież­nym ob­ło­ku. Chwy­ci­ła dłoń Jima.

Po­pro­wa­dził ją ulicą, uwa­ża­jąc, by na ni­ko­go nie wpa­dli. Jim omi­jał też sze­ro­kim łu­kiem sa­mo­cho­dy. Widok ludzi, któ­rzy po­sta­no­wi­li prze­cze­kać noc w po­jaz­dach, był ma­ka­brycz­ny, a Jim się spie­szył – nie mógł sobie po­zwo­lić, by ko­bie­ta wpa­dła w pa­ni­kę.

*

Do­tar­li do domu oto­czo­ne­go ogro­dze­niem. Jim spoj­rzał na ze­ga­rek – do­cho­dzi­ła sie­dem­na­sta.

– Nie wiem, jak mam ci dzię­ko­wać. – Ko­bie­ta otar­ła łzy z po­licz­ków.

– To nic, uwa­żaj na sie­bie – po­wie­dział.

– Po­cze­kaj. – Zła­pa­ła Jima za rękaw woj­sko­wej kurt­ki. – Za chwi­lę bę­dzie ciem­no.

– Po­wi­nie­nem zdą­żyć się scho­wać.

– Je­stem sama z córką, nie mamy ni­ko­go. Tak strasz­nie się boimy… – Słowa znów uwię­zły jej w gar­dle.

Jim objął ją i przy­tu­lił.

– Już do­brze. Spo­koj­nie. Wszyst­ko się ułoży. Zo­ba­czysz.

– Jak ci na imię? – za­py­ta­ła.

– Jim.

– Jim, pro­szę, mo­żesz zo­stać z nami na dzień lub dwa.

– Ja…

– Albo przy­naj­mniej na tę noc.

– Po­słu­chaj…

– Ka­ro­li­ne.

– Po­słu­chaj, Ka­ro­li­ne… – Jim spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Pro­szę.

– Do­brze, na tę jedną noc.

– Dzię­ku­ję ci, Jim. – Ka­ro­li­ne ob­ję­ła go mocno. – Dzię­ku­ję. Tak się cie­szę, że cię spo­tka­łam.

Zła­pa­ła go za dłoń i po­pro­wa­dzi­ła przez furt­kę.

– Linda pew­nie umie­ra ze stra­chu – po­wie­dzia­ła otwie­ra­jąc drzwi.

– Ile lat ma twoja córka? – za­py­tał.

– Szes­na­ście, jest cu­dow­na, zo­ba­czysz, na pewno ją po­lu­bisz.

Szyb­ko we­szli do środ­ka i za­trza­snę­li drzwi. Linda ostroż­nie zajrzała do przed­po­ko­ju. 

– Ko­cha­nie! – za­wo­ła­ła Ka­ro­li­ne.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się, od­sła­nia­jąc drob­ne zęby i po­bie­gła do matki. Jim pa­trzył na bose stopy, o pa­znok­ciach po­ma­lo­wa­nych na zie­lo­no, na blade łydki, na uda pod fio­le­to­wy­mi le­gin­sa­mi i lekko za­okrą­glo­ny brzuch wy­sta­ją­cy spod be­żo­we­go topu. Kucyk na czub­ku głowy fi­glar­nie tań­czył w rytm ru­chów dziew­czy­ny, a twarz pro­mie­nia­ła dzie­cię­cym szczę­ściem.  

Jim za­czął cicho gwiz­dać zna­jo­mą me­lo­dię, nic nie mógł na to po­ra­dzić, to było sil­niej­sze od niego.

koniec

 

Czarny cylinder

Kliknij aby rozwinąć

Na równinach wiatr świszczy, gdy wieje od gór, szeleści wśród traw. Wyje przed burzą, ale przeważnie szumi jednostajnie, niestrudzenie. Jest częścią prerii. Są też noce, gdy zawodzi przeciągle, żałośnie, jak rodzice nad grobami dzieci.

Wyjący Wilk puścił wodze. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. Jeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle, wtedy koń zaczął jeść. Jeździec nasłuchiwał. Wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko przed czym?

Pierwszy wystrzał obudził Czejena. Złapał i ściągnął wodze. Srokacz dreptał niespokojnie, gdy od zachodu niosły się krzyki przerywane hukiem.

Wyjący Wilk spiął konia piętą. Srokacz wbiegł na wzniesienie. Noc szarzała. Wśród namiotów i wozów biegali ludzie. Wrzaski zastąpiły okrzyki. Kanonadę strzelb, pojedyncze wystrzały z rewolwerów.

Zobaczył Celeba. Poznał go po cylindrze, z którym się nie rozstawał. Grupa mormonów pociągnęła mężczyznę za obóz i zaczęła okładać kolbami. Inni w pośpiechu składali namioty, pakowali dobytek na wozy. Nikt nie zwrócił uwagi na dziecko, które wyszło zza koła szkunera(1) i zaczęło biec.

Czejen przez chwilę obserwował, jak znika w ciemności. Potem wrócił do Celeba. Mormoni przestali go katować. Nie zapowiadało się, by ktoś miał strzelać.

Nim słońce wzeszło, Święci w Dniach Ostatnich(2) już byli w drodze. Został jeden szkuner prerii, ciała żon i dzieci Celeba.

 

*

Conor ock­nął się nagle. Nie wie­dział, kiedy i jak zna­lazł się na ulicy. Za to pa­mię­tał, że miał flasz­kę. W ciem­no­ści dłoń od­na­la­zła pła­ski kształt. Reszt­ka whi­sky uspo­ko­iła roz­bie­ga­ne myśli. Wszedł głę­biej w za­ułek i za­drżał. Nie wie­dział, czy to już de­li­rium, a może cho­ler­ny wiatr, który wył mię­dzy do­ma­mi. Coś było nie tak.

– Co do…? – wy­beł­ko­tał.

Chwy­cił szyj­kę flasz­ki. Wy­szedł na ulicę. Wiatr coś niósł ze sobą. Conor nie­raz spę­dzał noce pod gołym nie­bem i do­brze znał dźwię­ki rów­nin – to nie był kojot czy wilk. Minął bar, za­kład bal­wie­rza. Prze­biegł na drugą stro­nę ulicy, obok ko­wa­la wszedł na we­ran­dę skle­pu z na­rzę­dzia­mi. Sły­szał tylko jed­no­staj­ny szum.

– Ko­niec z pi­ciem – wy­mam­ro­tał.

Ode­tchnął, zszedł po scho­dach i sta­nął przy ścia­nie staj­ni. Mu­siał się wy­si­kać, nim znów spró­bu­je za­snąć.

Nie zwra­cał uwagi na za­wo­dzą­cy wiatr do chwi­li, gdy znów usły­szał płacz.

– Cho­le­ra! – Conor drgnął, oblał buty i rękaw kurt­ki.

Ci­snął flasz­ką o ka­mień. Z becz­ki wy­cią­gnął jeden z drew­nia­nych trzon­ków ło­pa­ty.

– Dobra, skur­wy­sy­nu!

Minął biuro kolei i wo­zow­nię przy po­czcie. Sta­nął na dro­dze pro­wa­dzą­cej do La­ra­mie.

– Wyłaź, psi synu! – wrza­snął.

Noc była ciem­na. Szum ucichł. Jed­no­staj­ny, cichy płacz na­ra­stał. Conor sły­szał wy­raź­nie. Zbli­żał się, aż w końcu zo­ba­czył – dziec­ko w bieli i czer­wie­ni. Wy­szło z ciem­no­ści, wy­cią­ga­jąc za­krwa­wio­ne ręce. Conor upu­ścił trzo­nek ło­pa­ty i wrzesz­cząc, za­czął biec przez mia­sto.

 

*

Wy­ją­cy Wilk grzał się w po­ran­nym słoń­cu. Cze­kał. Celeb ża­ło­bę prze­cho­dził w ciszy. Długo klę­czał nad cia­ła­mi. Żad­ne­go nie do­tknął. Przed zmro­kiem wstał i ru­szył na wschód. Cze­jen po­cze­kał, aż cy­lin­der znik­nie z pola wi­dze­nia i po­pę­dził sro­ka­cza. Zwło­ki le­ża­ły bli­sko sie­bie. Mor­mo­ni po­sta­wi­li ro­dzi­nę Ce­le­ba przy wozie. Wtedy jedno z dzie­ci mu­sia­ło wejść pod szku­ner. Nie wszy­scy zgi­nę­li od razu. Wy­ją­cy Wilk wi­dział, kto zo­stał do­bi­ty. Skal­py ścią­ga­ła jedna osoba. Ro­bi­ła to bez wpra­wy. Po kilka cięć u każ­dej z ofiar. Cze­jen spraw­dził wóz. Za­brał je­dze­nie, oku­la­ry i har­mo­nij­kę. Nie­da­le­ko od obozu zna­lazł skal­py w płyt­kim dole, roz­ko­pa­nym przez ko­jo­ty.

Wy­ją­cy Wilk za­wró­cił konia i ru­szył za Ce­le­bem.

 

*

Bill miał dosyć.

– Nie mo­że­my tego tak zo­sta­wić! – prze­ko­ny­wał dok­tor.

– To nie nasza spra­wa. Ktoś ją zna?! – upie­rał się bur­mistrz.

Ledwie młody Oles­son pchnął nożem Jima przy grze w karty i uciekł z mia­sta. Bill szu­kał go dwie noce, nim zo­rien­to­wał się, że no­żow­nik wró­cił i scho­wał się na sta­rej far­mie. A teraz to.

– Sie­dzi w bur­de­lu Howka! Z dziw­ka­mi! Może od razu za­czną przy­uczać ją do za­wo­du! – Zwy­kle opa­no­wa­ny dok­tor teraz krzy­czał.

– A kto ma się zająć małą?! – bur­mistrz wrzesz­czał już od ja­kie­goś czasu.

Bill był nie­wy­spa­ny. Le­d­wie za­snął, to Conor obu­dził pół mia­sta.

Sze­ryf Bill Thorn­ton po­tarł skro­nie. Mi­gre­na do­ku­cza­ła, noga rwała od dłu­giej jazdy.

– Spraw­dzę to – po­wie­dział.

Bur­mistrz i dok­tor spoj­rze­li na sze­ry­fa.

– Nie ma wyj­ścia. Jeśli po­peł­nio­no zbrod­nię, muszę to zgło­sić do Chey­en­ne.

– Z pew­no­ścią po­peł­nio­no – po­wie­dział dok­tor.

– Niby skąd ta pew­ność? – Bur­mistrz za­plótł ręce na pier­si.

– Dziec­ko jest całe we krwi!

– To jesz­cze nic nie zna­czy!

– Oba­wiam się, że bur­mistrz ma rację – Bill uprze­dził go­to­we­go do ri­po­sty dok­to­ra. – Czy dziec­ko coś po­wie­dzia­ło?

– Nie – od­po­wie­dział medyk. – Moż­li­we, że już nie powie. Jest w cięż­kim szoku. Fi­zycz­nie jest zdro­we, ale psy­chicz­nie…

– Niech zo­sta­nie z dziw­ka­mi, na razie. Kto wie, może znaj­dę ja­kie­goś ży­we­go krew­ne­go tej małej. – Sze­ryf wstał, uwa­ża­jąc na lewą nogę.

– Ko­la­no? – za­py­tał dok­tor.

– Tak, bę­dzie mnie rwać aż do śmier­ci.

– Mia­łeś szczę­ście, że jej nie stra­ci­łeś. Nim wy­je­dziesz, dam ci coś na nią.

– Dzię­ki, dok­to­rze.

– Za­cze­kaj. – Bur­mistrz spoj­rzał na me­dy­ka. – Zo­sta­wisz nas sa­mych?

Po­cze­ka­li, aż dok­tor za­mknie drzwi.

– Naj­le­piej, jeśli nic nie znaj­dziesz – za­czął bur­mistrz. – Ale jeśli, za­łatw to na rów­ni­nie.

– Kiedy przy­ja­dą ci z Union Pa­ci­fic (3)?

– Za dwa, może trzy dni – od­po­wie­dział bur­mistrz. – Jeśli do­wie­dzą się, że mamy tu pro­blem z pra­wem, albo go­rzej, z In­dia­na­mi, to prze­nio­są trasę. To bę­dzie ko­niec La­ra­mie.

– Wiem, mo­żesz na mnie li­czyć.

 

*

Sro­kacz po­ma­łu sta­wiał nogę za nogą. Wy­ją­cy Wilk pa­trzył na Ce­le­ba. Nagie stopy krwa­wi­ły. Jed­no­czę­ścio­wa bie­li­zna – ka­le­so­ny z rę­ka­wa­mi – zmie­ni­ła kolor na brud­no­sza­ry od pyłu nie­sio­ne­go z wia­trem. Spierzch­nię­te wargi po­ru­sza­ły się. To po­wstrzy­ma­ło Wy­ją­ce­go Wilka przed za­bi­ciem Ce­le­ba. Nie bał się bia­łych, ale ode­bra­nie życia temu, który mówi z du­cha­mi, było nie­roz­sąd­ne.

 

*

Bill po­pra­wił me­lo­nik i wypił ko­lej­ną dawkę mik­stu­ry dok­to­ra. Na mi­gre­nę po­dzia­ła­ła od razu, ale noga cią­gle da­wa­ła o sobie znać. Przy wozie z cia­ła­mi za długo klę­czał i bał się, że stara kon­tu­zja nie po­zwo­li mu wstać. Tro­chę dalej zo­ba­czył ko­jo­ta ze skal­pem w pysku – za­strze­lił su­kin­sy­na. Ktoś od­je­chał na wschód. Koń był nie­pod­ku­ty. Sa­mot­ny wo­jow­nik La­ko­ta lub Cze­jen. Bill chwi­lę pa­trzył w ho­ry­zont. Wziął jesz­cze łyk i po­pro­wa­dził ka­re­go wa­ła­cha za ta­bo­rem. Ślady były wy­raź­ne i może ktoś wi­dział, co za­szło.

 

*

Wy­ją­cy Wilk spał nie­spo­koj­nie. „Celeb” – to słowo pierw­szy raz usły­szał, gdy jedno z dzie­ci wo­ła­ło męż­czy­znę w cy­lin­drze. Utkwi­ło w gło­wie Cze­je­na. Od tam­tej pory po­dą­żał za ro­dzi­ną. Na wozie były trzy ko­bie­ty, dwie dziew­czy­ny i trzy dziew­czyn­ki. I Celeb – męż­czy­zna o siwej bro­dzie i skro­niach, który czę­sto wzno­sił ręce ku niebu. Wy­ją­cy Wilk pró­bo­wał zro­zu­mieć, czemu służą ob­rzę­dy, w cza­sie któ­rych Celeb sie­dział oto­czo­ny przez ko­bie­ty i mówił z książ­ki. Biały czło­wiek był jesz­cze cie­kaw­szy, teraz gdy już wszyst­ko stra­cił.

– Celeb. – Cze­jen ze­rwał się z koca.

Wstał, ale bia­łe­go ni­g­dzie nie było. Wy­ją­cy Wilk nie mógł uwie­rzyć, by był w sta­nie iść całą noc. Ze­brał rze­czy i do­siadł sro­ka­cza. Ru­szył po­ma­łu, roz­glą­da­jąc się za śla­da­mi krwi.

 

*

Bill, nim zo­ba­czył blask ogni­ska, usły­szał pieśń nie­sio­ną wraz z wia­trem:

„Chwa­ła mę­żo­wi, co z Je­ho­wą

roz­ma­wiał,

Jezus go na­ma­ścił pro­ro­kiem, wi­dzą­cym.

Bło­go­sła­wio­nym bę­dzie imię

jego,

Czczo­ne przez wier­nych na wieki”. (4)

Kary wa­łach wy­czuł obec­ność mor­mo­na. Szarp­nął łbem. Bill do­pie­ro usły­szał.

– Witaj, bra­cie.

– Witaj, gdzie­kol­wiek je­steś. Ciem­no tu jak w dupie – po­wie­dział sze­ryf. – Znaj­dzie się miej­sce przy ogni­sku na noc?

– Dla każ­de­go, kto ma w sercu miej­sce dla Je­zu­sa Chry­stu­sa – usły­szał z ciem­no­ści.

– To chyba wy­star­czy – po­wie­dział Bill i zsiadł z ka­re­go. – Pie­przo­na noga.

– Wszyst­ko do­brze, bra­cie?

– Tak. Po­mo­żesz mi z ko­niem?

Mor­mon pod­szedł ze strzel­bą. Był młody i rudy jak ir­landz­ki ka­rzeł. Zła­pał wodze i po­pro­wa­dził wa­ła­cha mię­dzy wozy. Bill po­kuś­ty­kał za nim. W obo­zie pach­nia­ło chle­bem i pie­czo­nym mię­sem. Ze szku­ne­rów do­cho­dzi­ły śmie­chy i frag­men­ty roz­mów. Mię­dzy na­mio­ta­mi bie­ga­ły roz­wrzesz­cza­ne dzie­ci. Bill lubił wspól­no­ty mor­mo­nów. Przy­po­mi­na­ły spo­tka­nia przy ro­dzin­nym stole. Więk­szość do­ro­słych krę­ci­ła się przy ogni­sku. Ko­bie­ty dzie­li­ły je­dze­nie. Męż­czyź­ni dys­ku­to­wa­li. Byli też mu­zy­cy ze skrzyp­ca­mi, banjo i akor­de­onem.

– Pro­szę się nie mar­twić o wierz­chow­ca, za­dba­my o niego – po­wie­dział star­szy o twa­rzy prze­ora­nej ospą, ubra­ny w ma­ry­nar­kę. – Usiądź i po­czę­stuj się mię­sem i chle­bem.

– Dzię­ku­ję. Na­zy­wam się Bill Thorn­ton. Jadę z La­ra­mie. Miło bę­dzie w to­wa­rzy­stwie spę­dzić wie­czór i zjeść coś cie­płe­go – po­wie­dział sze­ryf i usiadł mię­dzy dwie­ma ro­dzi­na­mi.

Nie umknę­ło uwa­dze Billa, że skła­da­ły się z kilku żon.

– „Jeśli męż­czy­zna po­ślu­bi inną” – za­czął ospo­wa­ty, gdy tylko pod­ła­pał spoj­rze­nie Billa – „a pierw­sza wy­ra­zi zgodę, a obie są dzie­wi­ca­mi i nie ślu­bo­wa­ły żad­ne­mu in­ne­mu męż­czyź­nie, wtedy jest uspra­wie­dli­wio­ny”.(5)

– „Bóg na­ka­zał Abra­ha­mo­wi, Sara dała Hagar Abra­ha­mo­wi za żonę. A dla­cze­go to uczy­nił? Po­nie­waż takie było prawo”(5) – od­po­wie­dział męż­czy­zna przy Thorn­to­nie.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział Bill, gdy ode­brał miskę z je­dze­niem. – Mnie to nie wadzi. Nie mu­si­cie się tłu­ma­czyć. Ale jest to nie­co­dzien­ny widok. Wy­bacz­cie brak dys­kre­cji.

– Nie wszy­scy tak na to pa­trzą – po­wie­dział ospo­wa­ty.

– Moż­li­we. Ja jed­nak nie mam czasu na roz­strzy­ga­nie spo­rów na­tu­ry du­cho­wej – wy­ja­śnił Bill i za­gryzł ja­gnię­ci­nę chle­bem ku­ku­ry­dzia­nym.

– Nie ma nic waż­niej­sze­go w życiu do­cze­snym. Pa­mię­taj, że wszy­scy zo­sta­nie­my osą­dze­ni w kró­le­stwie nie­bie­skim – po­wie­dział ospo­wa­ty.

– Jako sze­ryf mam obo­wią­zek dbać, by część grzesz­ni­ków sąd spo­tkał jesz­cze za życia. Wy­bacz, ale to za­ję­cie trak­tu­ję na tyle po­waż­nie, że nic in­ne­go nie jest w sta­nie zaj­mo­wać mi myśli. Je­steś Star­szym(6) tego ta­bo­ru?

Mu­zy­cy za­po­mnie­li, co mają grać. Mor­mo­ni uci­chli nagle i z uwagą wpa­try­wa­li się w ospo­wa­te­go.

– Tak. –  Star­szy wy­glą­dał na nie­wzru­szo­ne­go.

– Świet­ne mięso, a chleb, lep­sze­go nie ja­dłem – prze­rwał ciszę Bill i ob­li­zał palce.

– Ży­je­my we­dług prawa Bo­że­go – po­wie­dział Star­szy.

– Sza­nu­ję to, ale je­stem zo­bo­wią­za­ny, by każdy w moim okrę­gu re­spek­to­wał rów­nież prawo te­ry­to­rium Wy­oming.

– Ko­deks prawa wy­wo­dzi się wprost z przy­ka­zań Bo­żych, a te, za­pew­niam, re­spek­tu­je­my. – Ospo­wa­ty roz­ło­żył ręce, skrzy­pek za­czął grać spo­koj­ną me­lo­dię.

– Cie­szy mnie to nie­zmier­nie. – Bill rzu­cił me­ta­lo­wą miskę przed ka­mie­nie uło­żo­ne wokół ogni­ska. – Bo wi­dzisz…?

– Hyrum Jen­sen – przed­sta­wił się Star­szy.

– Hyrum. Nieco na po­łu­dnie stąd do­ko­na­no zbrod­ni na ko­bie­tach i dzie­ciach. Za­strze­lo­no je i oskal­po­wa­no. Wokół zna­la­złem ślady wozów, które do­pro­wa­dzi­ły mnie do was.

Hyrum spo­waż­niał, część mor­mo­nów ode­szła od ogni­ska.

– Czy je­ste­śmy po­dej­rza­ni? – za­py­tał Star­szy.

– Ależ skąd. Po­my­śla­łem tylko, że może wi­dzie­li­ście coś, co po­mo­gło­by mi w uję­ciu spraw­cy.

– Nie wi­dzie­li­śmy nic po­dob­ne­go. Moż­li­we, że ci nie­szczę­śni­cy roz­bi­li obóz w miej­scu, gdzie i my sta­li­śmy. Umie­my o sie­bie za­dbać i na pewno po­mo­gli­by­śmy bliź­nim w po­trze­bie.

– No tak – przy­znał Bill. – Widać mieli pecha, że się z wami roz­mi­nę­li.

– Widać taka była wola Boża.

– Być może. Dziw­ne. Nie zna­la­złem ciała żad­ne­go męż­czy­zny.

– Róż­nych po­dróż­nych spo­ty­ka­my w dro­dze – za­czął Star­szy – ale wy­da­je mi się, że spra­wa jest oczy­wi­sta.

– Tak? To słu­cham. – Bill wy­cią­gnął fajkę i nabił głów­kę ty­to­niem.

– Za­ata­ko­wa­li ich In­dia­nie. Męż­czyź­ni od­cią­gnę­li dzi­kich, by dać ko­bie­tom czas na uciecz­kę. Zgi­nę­li, a In­dia­nie do­go­ni­li po­zo­sta­łych i wy­mor­do­wa­li. Może po­wi­nien sze­ryf po­szu­kać resz­ty ciał, a w na­stęp­nej ko­lej­no­ści zgło­sić spra­wę armii.

– To by roz­wią­za­ło moje pro­ble­my. Tylko wi­dzisz, Hyrum, In­dia­nie rzad­ko skal­pu­ją ko­bie­ty, a na pewno nie robią tego z dzieć­mi.

– Dzicy są nie­obli­czal­ni, dla­te­go na­zy­wa­my ich dzi­ki­mi.

– Słusz­na uwaga. – Bill wy­grze­bał z ogni­ska ża­rzą­cy się patyk, przy­sta­wił do głów­ki fajki i pyk­nął kilka razy, wy­pusz­cza­jąc kłęby dymu. – Ale można prze­wi­dzieć dzia­ła­nia In­dian, jeśli tro­chę się ich pozna. Wie Star­szy, czemu za­bie­ra­ją skal­py?

– Bo są bru­ta­la­mi?

– Nie. To spra­wa od­wa­gi. Ścią­gnię­cie skal­pu z głowy wo­jow­ni­ka po­zwa­la ode­brać część mę­stwa po­ko­na­ne­mu wro­go­wi. Ko­bie­ty i dzie­ci to żadna zdo­bycz.

Star­szy wstał i uśmiech­nął się życz­li­wie. Resz­ta mor­mo­nów ro­ze­szła się do na­mio­tów.

– Jak wi­dzisz, kła­dzie­my się wcze­śnie. Przed nami sporo drogi, więc ru­sza­my o świ­cie. Wy­bacz, ale nie je­stem w sta­nie bar­dziej pomóc – po­wie­dział Hyrum.

– Nie ma spra­wy i dzię­ku­ję za ko­la­cję.

– Sko­rzy­staj z na­sze­go ognia, niech cię ogrze­je w nocy. Kto wie, może wraz z nowym dniem wszyst­ko sta­nie się jasne.

 

*

Wy­ją­cy Wilk zo­sta­wił sro­ka­cza i przy­kuc­nął. Celeb leżał i krzy­czał. Cza­sem wsta­wał i bie­gał mię­dzy drew­nia­ny­mi kon­struk­cja­mi. Zna­lazł ka­mień i tłukł nim o czoło, aż krew za­la­ła mu twarz. Nie ru­szył kości na plat­for­mach ani broni wo­jow­ni­ków La­ko­ta. Cze­jen ża­ło­wał, że nie zabił Ce­le­ba, gdy miał oka­zję. Teraz mu­siał po­cze­kać, aż opu­ści świę­te miej­sce. Usiadł i cze­kał.

 

*

Bill zła­pał kolbę re­wol­we­ru. Kroki zbli­ży­ły się, ale nie na tyle, by mu­siał użyć broni. Ktoś stał w ciem­no­ści.

– Bra­cie, przy­cho­dzę w po­ko­ju. Nie mie­sza­my się w cudze spra­wy, dla­te­go Hyrum nie po­wie­dział o męż­czyź­nie w cy­lin­drze i ka­le­so­nach. Szedł boso na wschód od miej­sca, o któ­rym mó­wi­łeś. Pan z tobą, sze­ry­fie.

Mor­mon ostroż­nie za­czął się cofać, aż znik­nął w mroku nocy.

 

*

Krew na twa­rzy Ce­le­ba za­krze­pła. Czuł ból, któ­re­go nie mogło za­głu­szyć fi­zycz­ne cier­pie­nie. Od­bie­ra­ją­cy zmy­sły.

Czuję to. Tak. Wy­raź­nie.

Celeb po raz pierw­szy wi­dział, choć był pe­wien, że od kilku dni nie zmru­żył oka. Była noc, na nie­bie świe­ci­ły gwiaz­dy i księ­życ. Wiatr ucichł zu­peł­nie, a wraz z nim ból.

Czy teraz ci le­piej?

Celeb wstał, ro­zej­rzał się mię­dzy drew­nia­ny­mi plat­for­ma­mi. Cisza na rów­ni­nie była nie­zwy­kła, nie mniej niż ulga, któ­rej za­znał.

– Gdzie je­steś? – za­py­tał, po­pę­ka­ne usta pie­kły przy każ­dym sło­wie.

Bli­sko.

Celeb prze­szedł mię­dzy żer­dzia­mi. Ob­ra­zy wró­ci­ły – zo­ba­czył ko­bie­ty tu­lą­ce dzie­ci, dziew­czę­ta za­sła­nia­ją­ce oczy córek.

Nie od­chodź. Bo ból wróci.

– Gdzie cię szu­kać?! – wrza­snął, a głos po­niósł się po rów­ni­nie.

Tam, gdzie nie ma cier­pie­nia.

Celeb pod­szedł do ster­ty ka­mie­ni mię­dzy żer­dzia­mi. Z dołu plat­for­my zwi­sa­ły pióra przy­wią­za­ne do rze­mie­ni – kru­ków, in­dy­ków i ja­strzę­bi.

Widzę cię.

Celeb zo­ba­czył kształt po dru­giej stro­nie kopca. Wy­glą­dał jak od­bi­cie w je­zio­rze. Nie­wy­raź­nie, ro­ze­dr­ga­ne.

– „Nagi wy­sze­dłem z łona matki mojej i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan za­brał, niech bę­dzie imię Pań­skie bło­go­sła­wio­ne”.(7)

Dobro przy­ję­li­śmy z ręki Boga. Czemu zła przy­jąć nie mo­że­my?(8)

Kształt pod­szedł do ka­mie­ni i wy­cią­gnął rękę, przy­ło­żył do ro­ze­dr­ga­ne­go po­wie­trza.

Po­wiedz tylko słowo, a przy­bę­dę.

– „Choć­by mnie zabił, prze­cież Mu ufać będę”(9) – po­wie­dział Celeb i przy­ło­żył dłoń. – Przyjdź do mnie.

Celeb zo­ba­czył za­krwa­wio­ną stopę. Na­stęp­nie nogę w brud­nych ka­le­so­nach. Po­stać w cy­lin­drze prze­szła pod pió­ra­mi. Palce ich dłoni splo­tły się ze sobą.

– Je­ste­śmy jed­no­ścią – wy­szep­tał Celeb.

Jesz­cze nie.

Męż­czy­zna wierz­chem dłoni po­gła­skał po­li­czek Ce­le­ba. Uniósł głowę. Pod cy­lin­drem były gwiaz­dy, pla­ne­ty i ko­me­ty prze­ci­na­ją­ce nie­bo­skłon.

– Pięk­ne – po­wie­dział.

Palce wnik­nę­ły pod skórę Ce­le­ba, de­for­mo­wa­ły po­li­czek, nos i oczo­dół, pa­li­ły żywym ogniem.

 

*

Wy­ją­cy Wilk obu­dził się, choć nic go nie za­alar­mo­wa­ło. Leżał chwi­lę i ob­ser­wo­wał sro­ka­cza. Koń ner­wo­wo bił ko­py­tem o zie­mię. Cze­jen wstał. Noc była cicha i jasna. Na twa­rzy nie po­czuł naj­mniej­sze­go po­wie­wu wia­tru. Spoj­rzał na Ma’he­ohtsé-vo’kėstse(10). Nie do­strzegł Ce­le­ba mię­dzy żer­dzia­mi. Do­siadł konia – nie mógł po­zwo­lić odejść bia­łe­mu.

Cze­jen usły­szał wę­sze­nie. Potem zo­ba­czył Ce­le­ba. Klę­czał na plat­for­mie wśród kości, pod­par­ty rę­ko­ma. Głowę wy­cią­gnął jak wilk ła­pią­cy trop. Spod cy­lin­dra do­bie­gał świst wcią­ga­ne­go po­wie­trza.

Wy­ją­cy Wilk na krót­ką chwi­lę za­po­mniał o zmar­łym synu – jakby nigdy się nie na­ro­dził. Spiął konia pię­ta­mi. Sro­kacz ru­szył ga­lo­pem. Cze­jen nie mu­siał po­pę­dzać zwie­rzę­cia. Koń gnał jak naj­da­lej od cmen­ta­rza La­ko­tów. Wy­ją­cy Wilk za­mknął oczy i zo­ba­czył Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia, tę­sk­no­ta za dziec­kiem wró­ci­ła. Kosz­to­wał tę chwi­lę, jakby znów mógł stra­cić to, co prze­peł­nia­ło serce cier­pie­niem. Po­czuł wiatr na twa­rzy, a wraz z nim usły­szał:

Czuję. Czuję twój ból.

 

*

Mor­mo­ni szy­ko­wa­li się do dal­szej drogi. Hyrum stał i pa­trzył na jeźdź­ca, który był już tylko drob­ną plamą na rów­ni­nie.

– Po­wie­dzia­łeś mu o Ce­le­bie? – za­py­tał ru­de­go chło­pa­ka.

– Tak, ojcze, jak ka­za­łeś.

– Do­brze. Nim znaj­dzie ciało, my już bę­dzie­my da­le­ko.

– Czy do­brze uczy­ni­li­śmy? – za­py­tał chło­pak.

– „Kto bluź­ni imie­niu Pana, po­nie­sie śmierć, cała spo­łecz­ność uka­mie­nu­je go”(11) – od­po­wie­dział Star­szy. – Tu cho­dzi o dobro wspól­no­ty. Tacy jak Celeb są jak chwa­sty w ogro­dzie. Na­szym obo­wiąz­kiem jest je usu­wać.

 

*

Bill szyb­ko zna­lazł trop in­diań­skie­go konia. Pro­wa­dził na wschód. Póź­niej na­tra­fił na ślady stóp i krew.

W nocy źle spał. Nie z po­wo­du nogi, ale mi­gre­ny. Tak długo cier­piał na bóle głowy, że gdy usta­ły, obu­dził się nagle. Na rów­ni­nie pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Nie po­tra­fił po­now­nie za­snąć. Osio­dłał konia i ru­szył. Mi­gre­na wró­ci­ła razem z sil­ny­mi po­dmu­cha­mi. Przy­jął to z ulgą – pre­ria znów funk­cjo­no­wa­ła pra­wi­dło­wo.

Przed po­łu­dniem zo­ba­czył jeźdź­ca. Pę­dził wprost na Billa. Sze­ryf zsiadł z ka­re­go. Wy­cią­gnął lu­ne­tę. Cze­jen był ogrom­ny. Po­ło­wę twa­rzy po­ma­lo­wał na czer­wo­no, resz­tę na czar­no. Włosy miał spię­te. Nad głową wy­sta­wa­ły ja­strzę­bie pióra.

– Spo­koj­nie – po­wie­dział Bill do wa­ła­cha.

Po­cze­kał, aż zwie­rzę za­cznie jeść trawę. Wy­cią­gnął re­wol­wer i oparł ręce na sio­dle.

Sro­kacz Cze­je­na wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go, mimo to nie zwal­niał. Jeź­dziec wcze­pił dło­nie w koń­ską grzy­wę. Sze­ryf nie opu­ścił broni. Wie­dział, że dla Cze­je­na do­by­cie włócz­ni lub to­ma­haw­ku, nawet w ga­lo­pie, i celne pchnię­cie bro­nią to drob­nost­ka. Zła­pał kolbę obu­rącz i od­cią­gnął kurek.  Przy­mknął lewe oko. Zie­mia drża­ła pod ko­py­ta­mi. Bill sły­szał cięż­ki od­dech sro­ka­cza. Ce­lo­wał w pierś konia. Wstrzy­mał od­dech i po­ło­żył palec na spu­ście.

Cze­jen prze­mknął obok ka­re­go. Wa­łach wierz­gnął i od­biegł ka­wa­łek. Bill sklął nogę, która jak za­wsze ode­zwa­ła się w złym mo­men­cie. Po­kuś­ty­kał do konia i zła­pał wodze. Pa­trzył, jak Cze­jen szyb­ko się od­da­la.

– Czemu mia­łeś za­mknię­te oczy, su­kin­sy­nu? – za­py­tał i po­gła­skał wa­ła­cha po pysku.

 

*

Cmen­tarz La­ko­tów usta­wio­no w do­li­nie. Bill naj­pierw zna­lazł miej­sce, gdzie obo­zo­wał Cze­jen. Po chwi­li zo­ba­czył męż­czy­znę, który leżał pod jedną z plat­form. Sze­ryf ro­zej­rzał się. Ni­g­dzie nie było żywej duszy. To nie ozna­cza­ło, że w po­bli­żu nie ma La­ko­tów. Za wej­ście do świę­te­go miej­sca wy­pru­li­by Bil­lo­wi wnętrz­no­ści je­le­nim ro­giem.

Męż­czy­zna nie ru­szał się od dłuż­sze­go czasu. Sze­ryf nie mógł też dłu­żej cho­dzić wokół cmen­ta­rza.

Zszedł po zbo­czu. Minął czar­ny cy­lin­der i ob­ró­cił męż­czy­znę. W miej­scu twa­rzy zo­ba­czył wy­pa­lo­ną, okrą­głą ranę.

 

*

W tipi pa­li­ło się ogni­sko. Wy­ją­cy Wilk czuł bi­ją­ce cie­pło. Mil­czą­cy Kruk palił fajkę. Byli sami – sza­man wy­go­nił po­zo­sta­łych, by w spo­ko­ju wy­słu­chać opo­wie­ści.

– Mo­żesz otwo­rzyć oczy – po­wie­dział.

– Wciąż mam obraz Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia. Jeśli spoj­rzę na świat, stra­cę go – od­po­wie­dział. – Tak, jak za­bra­no mi żal, który wy­peł­nia serce.

– Twoje rany jesz­cze się nie za­go­iły – za­czął sza­man. – Mia­łem na­dzie­ję, że od­naj­dziesz spo­kój na rów­ni­nach.

Wy­ją­cy Wilk sły­szał, jak po­cią­ga z fajki. Tipi pach­nia­ło skó­ra­mi bi­zo­nów, su­szo­nym mię­sem – domem.

– Tam, gdzie leżą kości przod­ków, nie ma miej­sca dla ży­wych. Ma’he­ohtsé-vo’kėstse są gra­ni­cą, którą łatwo na­ru­szyć. Duch przy­szedł zwa­bio­ny wa­szym bólem.

– Czy wróci, by za­brać mi syna?

– Nie wiem.

Wy­ją­cy Wilk nie usły­szał, kiedy sza­man wstał. Po­czuł na gło­wie dło­nie Mil­czą­ce­go Kruka.

– Otwórz oczy – po­wie­dział. – Otwórz je teraz.

Zo­ba­czył po­marsz­czo­ną, ni­czym rów­ni­ny, twarz sza­ma­na.

– Czy nadal czu­jesz w sercu Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia? Czy mo­żesz przy­wo­łać obraz syna?

Wy­ją­cy Wilk za­mknął po­wie­ki i od­po­wie­dział:

– Tak.

Mil­czą­cy Kruk na­ło­żył na szyję Wy­ją­ce­go Wilka na­szyj­nik z prze­piór­czy­mi pió­ra­mi we­tknię­ty­mi w czer­wo­ne ko­ra­le – na­le­żą­cy do syna wo­jow­ni­ka.

– Za­bra­łem go, by ci nie przy­po­mi­nał o Le­cą­cym Ja­strzę­biu. Teraz wiem, że twoja ża­ło­ba wy­ma­ga, byś po­ko­chał cier­pie­nie tak, jak ko­cha­łeś syna.

 

*

Bill ob­ser­wo­wał mło­de­go Cze­je­na z in­dy­czym pió­rem we wło­sach, który razem z in­ny­mi dzieć­mi po­ka­zy­wał sze­ry­fa pal­cem. Resz­ta In­dian trak­to­wa­ła bia­łe­go jak po­wie­trze. Ko­bie­ty sprzą­ta­ły tipi. Męż­czyź­ni opra­wia­li skóry lub pra­co­wa­li nad bro­nią – skrę­ca­li cię­ci­wy, ukła­da­li lotki w strza­łach. Psy uja­da­ły, dzie­ci wrzesz­cza­ły. Te star­sze uci­chły. Bill spoj­rzał na grupę. In­dy­cze pióro znik­nę­ło. Sze­ryf do­strzegł ruch za skó­ra­mi, które su­szo­no na słoń­cu w drew­nia­nych ra­mach.

Dał po­dejść szcze­nia­ko­wi. Kary drgnął, gdy Cze­jen wsa­dził rękę w juki. Bill za­wi­nął wo­dza­mi i zdzie­lił gów­nia­rza przez głowę, aż in­dy­cze pióro zle­cia­ło na zie­mię. Młody Cze­jen, ma­su­jąc głowę, wró­cił do resz­ty dzie­ci, wi­ta­ny śmie­chem i drwi­na­mi.

Mil­czą­cy Kruk wy­szedł w końcu do Billa. Wódz stał w po­bli­żu z ka­mien­ną miną, pod którą ukry­wał zde­ner­wo­wa­nie – biali w obo­zie byli zwia­stu­nem złych wie­ści.

– Witaj – za­czął Bill i prze­szedł do rze­czy. – Za­bi­to bia­łych. Ko­bie­ty i dzie­ci.

– Gdzie? – za­py­tał Mil­czą­cy Kruk.

– Ja­kieś trzy dni drogi stąd na za­chód.

– Sze­ryf za­warł umowę z Cze­je­na­mi. Nie zła­ma­li­śmy wa­run­ków.

– Zna­la­złem ślady pro­wa­dzą­ce do cmen­ta­rza La­ko­tów. A w dro­dze wo­jow­ni­ka z pió­ra­mi ja­strzę­bia we wło­sach.

Sza­man mil­czał. Bill za­sta­na­wiał się, czy Cze­jen nie zro­zu­miał su­ge­stii, czy nie chciał ro­zu­mieć.

– Na cmen­ta­rzu było ciało męż­czy­zny ze zdar­tą twa­rzą.

Mil­czą­cy Kruk spoj­rzał na wodza. Rączy Koń za­plótł ręce na pier­si i ski­nął głową.

– Nie in­te­re­su­ją nas świę­te miej­sca La­ko­tów, białe ko­bie­ty i ich dzie­ci. Wkrót­ce ru­szam dalej w stro­nę gór.

– Nie­bie­skie kurt­ki będą pytać o skal­py ko­biet. Co mam im po­wie­dzieć?

– Cze­je­ni nie szu­ka­ją ta­kich skal­pów. Sze­ryf Bill to wie. Powie im.

– To może nie wy­star­czyć. A co z tym wo­jow­ni­kiem? Czemu jeź­dzi sa­mot­nie po rów­ni­nie? Dla­cze­go wcho­dzi na teren Billa?

– Wy­ją­cy Wilk je­dzie ścież­ką du­chów. Nie mam dla niego miej­sca wśród ży­wych i mar­twych do chwi­li, gdy za­koń­czy ża­ło­bę.

– Co to do cho­le­ry ma zna­czyć?! Po­słu­chaj! Wiem, że to nie wy za­bi­li­ście te ko­bie­ty! Ale ten wo­jow­nik po­ka­zu­je się tam, gdzie znaj­du­ję trupy, jak to wy­tłu­ma­czę nie­bie­skim kurt­kom?!

Cze­jen opra­wia­ją­cy skórę wstał, za­ci­ska­jąc w pię­ści nóż. Drugi wy­szedł spo­mię­dzy tipi z ma­czu­gą wo­jen­ną – ka­mie­niem przy­wią­za­nym rze­mie­niem do dłu­gie­go kija. Rączy Koń uniósł dłoń. Wo­jow­ni­cy sta­nę­li przy nim. Bill pod­jął ry­zy­ko, miał tylko na­dzie­ję, że nie prze­li­cy­to­wał.

– Wy­ją­cy Wilk po­dą­ża wła­sną ścież­ką. Do chwi­li, gdy bę­dzie go­to­wy wró­cić do Cze­je­nów – po­wie­dział sza­man. – Sze­ryf Bill może go ści­gać za skal­py ko­biet. Tylko że ich przy nim nie znaj­dzie.

– Gdzie znaj­dę Wy­ją­ce­go Wilka?

– Tam, gdzie duchy przod­ków.

Roz­mo­wa była skoń­czo­na – Mil­czą­cy Kruk wy­cią­gnął su­szo­ne mięso i ko­ra­li­ki. Bill przy­jął pre­zent i od­wdzię­czył się ty­to­niem i bu­tel­ką whi­sky.

Do­siadł konia i ru­szył spo­koj­nie. In­dia­nie od­pro­wa­dzi­li go do ostat­nie­go tipi, trzy­ma­jąc się za koń­skim zadem. Bill po­pę­dził wa­ła­cha na rów­ni­nie. Spo­glą­dał przez ramię. Nie wi­dział po­ści­gu – Cze­je­ni uzna­li roz­mo­wę za udaną.

 

*

Hyrum Jen­sen zo­sta­wił braci i sio­stry. Wszedł do na­mio­tu. Roz­wią­zał wstąż­ko­wy kra­wat. Zrzu­cił ma­ry­nar­kę.

– Baw­cie się, bądź­cie spo­koj­ni. Ja od­po­ku­tu­ję grzech, który na was ścią­gną­łem – wy­szep­tał, roz­pi­na­jąc ko­szu­lę.

W ciem­no­ści od­na­lazł kufer, a w nim pu­deł­ko. Otwo­rzył wieko. Po­czuł pod pal­ca­mi grube węzły skrę­co­ne na dłu­gim sznu­rze. Chwy­cił drew­nia­ną rącz­kę i klęk­nął.

 

*

Kruk usiadł na czasz­ce. Le­ża­ła na ko­lo­ro­wym dy­wa­nie wśród piór. Spo­glą­dał z plat­for­my na ro­ze­dr­ga­ne po­wie­trze mię­dzy żer­dzia­mi. Naj­pierw zo­ba­czył dłoń i brud­no­bia­ły rękaw. Na­stęp­nie cy­lin­der wy­cho­dzą­cy z fa­lu­ją­ce­go po­wie­trza. Męż­czy­zna szedł na czwo­ra­ka. Usiadł tak, jak robi wilk czy kojot – na no­gach, pod­pie­ra­jąc się rę­ko­ma. Wiatr ucichł, a spod cy­lin­dra do­biegł od­głos wę­sze­nia. Wtedy kruk, pcha­ny do lotu na­głym nie­po­ko­jem, wzbił się w po­wie­trze.

 

*

Sznur prze­ciął po­wie­trze, gdy Hyrum za­wi­nął dys­cy­pli­ną. Węzły chło­sta­ły plecy, po­zo­sta­wia­jąc krwa­wią­ce sińce na skó­rze.

– „Choć­by wasze grze­chy były jak szkar­łat, jak śnieg wy­bie­le­ją”.(12) – Hyrum ce­dził przez zęby.

Bił coraz moc­niej. Sznur świsz­czał w ciem­no­ści.

– „Choć­by były czer­wo­ne jak pur­pu­ra, staną się jak wełna”.(12)

Krew spły­nę­ła po ple­cach. Star­szy za­marł z unie­sio­ną dys­cy­pli­ną. Myśli stały się czy­ste, a w sercu za­pa­no­wał spo­kój. Padł na trawę, bijąc czo­łem o zie­mię.

Za­bra­łem twój ból.

– Dzię­ku­ję – wy­ję­czał.

Cier­pie­nie wróci.

– Będę po­ku­to­wał, jeśli taka jest twoja wola.

Nie musi tak być. Mogę za­brać ból, który cię wy­peł­nia.

– Co mam czy­nić? Jak mogę zrzu­cić to brze­mię?

Zo­staw braci i sio­stry. Chodź ku mnie.

Hyrum pod­niósł głowę. Wstał i ru­szył do wyj­ścia. Mor­mo­ni śpie­wa­li przy ogni­sku. Star­szy wspiął się na koło szku­ne­ra. Zo­ba­czył ciem­ny kształt na rów­ni­nie. Ze­sko­czył i prze­szedł mię­dzy wo­za­mi.

To był Celeb w cy­lin­drze, w ka­le­so­nach z rę­ka­wa­mi, o na­gich sto­pach.

– Bluź­ni­łeś sło­wem i czy­nem. Nie zo­sta­wi­łeś mi wy­bo­ru, Ce­le­bie. – Hyrum wy­cią­gnął rękę i wska­zał męż­czy­znę pal­cem. – Ale, że swe plu­ga­we po­stęp­ki po­sta­no­wi­łeś ubrać w szaty mor­moń­skie, za­sła­nia­łeś się na­uka­mi Jo­se­pha Smi­tha(13), tego nie mo­głem ci wy­ba­czyć. Mu­sia­łem cię uka­rać dla dobra całej wspól­no­ty.

Nie mu­sisz już cier­pieć, Hyrum.

– Dałem ci po­ku­tę. Okrut­ną, ale i twoje czyny były okrut­ne.

Wy­ba­czam ci, Hyrum, i za­bio­rę twój ból.

Celeb pod­szedł.

– Ja też ci wy­ba­czam. – Hyrum po­ło­żył ręce na ra­mio­nach Ce­le­ba.

Męż­czy­zna w cy­lin­drze do­tknął dłoń­mi po­licz­ków Star­sze­go.

– Je­steś anio­łem? – za­py­tał Hyrum.

Je­stem tym, który żywi się cier­pie­niem.

Star­szy zo­ba­czył, jak twarz Ce­le­ba zsuwa się z głowy, a pod nią Drogę Mlecz­ną, gwiaz­dy i pla­ne­ty. Twarz za­czę­ła pło­nąć żywym ogniem, gdy palce męż­czy­zny w cy­lin­drze we­szły pod skórę.

 

*

Bill sie­dział przy ogni­sku i do­pi­jał reszt­kę mik­stu­ry dok­to­ra. Po­trze­bo­wał dłu­gie­go od­po­czyn­ku – ką­pie­li, czte­rech ścian i łóżka. Był już za stary na tu­łacz­kę po rów­ni­nach. Gdyby zabił Cze­je­na, byłby już w La­ra­mie. Wo­jow­nik sa­mot­nie jeż­dżą­cy po rów­ni­nach, któ­re­go drę­czą ja­kieś nie­za­ła­twio­ne spra­wy na­tu­ry du­cho­wej lub, co gor­sza, do­ty­czą­ce ho­no­ru, to po­ten­cjal­ny pro­blem. Bill wy­pu­ścił w ciem­ność kółko z dymu i przy­gryzł ust­nik fajki. Nie wie­dział, czy Wy­ją­cy Wilk zabił tych wszyst­kich ludzi, ale było to moż­li­we. Po­sta­no­wił, że nie zmar­nu­je ko­lej­nej oka­zji. Naj­bliż­szy cmen­tarz Cze­je­nów był nie­da­le­ko. Bill nie wi­dział in­ne­go kie­run­ku, w któ­rym mógł się udać wo­jow­nik. Miał tylko na­dzie­ję, że nie roz­mi­nął się z nim gdzieś po dro­dze.

Pło­mie­nie z ogni­ska wy­strze­li­ły w górę. Wiatr ucichł. Bill usły­szał od­głos wę­sze­nia. Leżał z wy­cią­gnię­ty­mi no­ga­mi, tylko dłoń oparł na kol­bie re­wol­we­ru.

– No, wyłaź, pre­rio­wy szczu­rze – wark­nął.

Wę­sze­nie uci­chło. Do­strzegł ruch. Dobył broni i od­cią­gnął kurek. W bla­sku ognia sta­nął Hyrum Jen­sen.

– Dobry Boże! – krzyk­nął Bill. – Mało bra­ko­wa­ło, a za­ro­bił­by Star­szy kulkę.

Hyrum stał z nagą pier­sią i pa­trzył wprost na sze­ry­fa.

– Gdzie Star­szy zgu­bił ko­szu­lę?

Bill miał scho­wać re­wol­wer, ale po­ło­żył go obok na kocu. Hyrum Jen­sen mil­czał. Było coś jesz­cze – nie mru­gał.

– Pro­szę usiąść i się ogrzać – za­pro­po­no­wał sze­ryf.

Star­szy uniósł ospo­wa­tą twarz i wcią­gnął po­wie­trze nosem.

Nic.

Bill nie za­uwa­żył, by usta Hy­ru­ma się po­ru­szy­ły.

– Szu­kam Cze­je­na. Zmie­rza na za­chód. Moż­li­we, że kręci się w po­bli­żu in­diań­skie­go cmen­ta­rza.

Wiem, o kim mó­wisz. Czuję jego stra­tę.

Bill po­ło­żył dłoń na re­wol­we­rze.

– Po­dej­rze­wam, że to on mógł do­ko­nać zbrod­ni na tych ko­bie­tach.

To nie jego ból. To cier­pie­nie Hy­ru­ma.

– Chyba Star­szy wie, co to ozna­cza. – Bill wy­mie­rzył w pierś Hy­ru­ma Jen­se­na.

Nic nie czuć od cie­bie.

Star­szy prze­szedł przez ogni­sko. Sze­ryf wstał i jęk­nął – lewa noga od­mó­wi­ła po­słu­szeń­stwa. Upadł. Nim Hyrum chwy­cił twarz sze­ry­fa, Bill zdą­żył wy­pa­lić. Siła wy­strza­łu ode­pchnę­ła Star­sze­go, a w na­giej pier­si po­ja­wi­ła się dziu­ra po kuli. Hyrum ukląkł na jedno ko­la­no.

Nie ru­szaj się.

Chwy­cił twarz Billa, a sze­ryf nie po­tra­fił ode­rwać spoj­rze­nia od czar­nych jak noc oczu. Hyrum Jen­sen przy­sta­wił nos do po­licz­ka Billa i za­czął wę­szyć.

Nie ma tę­sk­no­ty, żalu i bólu. Je­steś nie­zwy­kłym czło­wie­kiem, Billu Thorn­to­nie. Ra­czej już się nie spo­tka­my.

Star­szy prze­kro­czył nad sze­ry­fem i znik­nął w ciem­no­ści. Nim Bill był w sta­nie się­gnąć do juków po whi­sky, wiatr znów szu­miał, ko­ły­sząc pło­mie­nia­mi.

 

*

Mor­mo­ni stali nad mo­gi­łą. Bill za­trzy­mał konia w takim miej­scu, by był wi­docz­ny. Po ce­re­mo­nii pod­szedł rudy chło­pak.

– Jak zmarł Star­szy? – sze­ryf za­py­tał z sio­dła.

– Skąd wiesz, kogo cho­wa­my?

– Prze­czu­cie.

– Ojca do­się­gła kara Boska.

– Kto teraz wam prze­wo­dzi?

– Ja. Na­zy­wam się Eze­chiel.

– To stało się z po­wo­du tego, co zro­bi­li­ście? – Bill ob­ser­wo­wał mor­mo­nów.

Było ich ponad dwu­dzie­stu. Każdy pod bro­nią. Jeśli ze­chcą, Bill już nigdy nie zo­ba­czy La­ra­mie. Sze­ryf zde­cy­do­wał, że po­sta­wi wszyst­ko na nie­pew­ną kartę – miał już dość sio­dła, rwą­cej nogi, mi­gre­ny i rów­ni­ny. Miał sześć­dzie­siąt­kę na karku, był już zwy­czaj­nie za stary na to, co dzie­je się na pre­rii.

– Zro­bi­li­ście to? – po­wtó­rzył.

– Celeb to był zły czło­wiek. Mimo to oj­ciec po­niósł karę za grze­chy.

Mor­mo­ni cze­ka­li w ciszy na efekt roz­mo­wy. Kilku przy­nio­sło strzel­by.

– A jeśli po­wiem, że takie jest prawo i moim obo­wiąz­kiem jest za­wia­do­mie­nie fortu Rus­sell(14)?

– Sam byś nas nie za­cią­gnął do mia­sta. Pew­nie nawet gdy­bym roz­ka­zał bra­ciom, by po­je­cha­li do La­ra­mie, część nie zna­la­zła­by w sobie tyle siły, by z wła­snej woli sta­nąć przed sądem.

– To co zro­bisz, Eze­chie­lu Jen­sen?

– Za­cze­ka­my tu przez pięć dni i bę­dzie­my się mo­dlić za duszę Hy­ru­ma. Potem ru­szy­my w dal­szą drogę.

– Był­byś do­brym Star­szym, Eze­chie­lu.

Bill spiął ka­re­go ostro­gą.

– Sze­ry­fie! Gdy­byś był na na­szym miej­scu, po­stą­pił­byś tak samo! Ale bła­gam cię w imie­niu tych ro­dzin, nie karz ich za grze­chy Hy­ru­ma!

Bill nie oglą­dał się za sie­bie. Cze­ka­ła go noc w sio­dle – o świ­cie chciał być już w mie­ście.

 

*

Męż­czy­zna o twa­rzy oszpe­co­nej przez ospę spoj­rzał na gwiaz­dy. Prze­krę­cił się na brzuch. Kości dawno po­le­głe­go wo­jow­ni­ka zle­cia­ły z plat­for­my na zie­mię. Ospo­wa­ty, pod­par­ty rę­ko­ma, prze­cią­gnął się jak kot i spoj­rzał na Cze­je­na o twa­rzy po­ma­lo­wa­nej w czar­no-czer­wo­ne barwy i z ja­strzę­bim pió­rem we wło­sach. Wo­jow­nik stał mię­dzy żer­dzia­mi.

Czu­łem cię wtedy i teraz też czuję.

Ospo­wa­ty ze­sko­czył z plat­for­my. Wy­ją­cy Wilk ze­rwał z szyi na­szyj­nik z prze­piór­czy­mi pió­ra­mi i za­ci­snął w pię­ści. Pa­trzył w czar­ne jak noc oczy. Ospo­wa­ty pod­szedł i wy­cią­gnął ręce.

Za­bio­rę twój ból. Cier­pie­nie się skoń­czy.

Po­ło­żył dło­nie na po­licz­kach Cze­je­na.

– Wi­dzisz w moim sercu Le­cą­ce­go Ja­strzę­bia?! – za­wo­łał Wy­ją­cy Wilk.

Widzę cier­pie­nie. Na­karm mnie nim.

Ospo­wa­ta twarz zsu­nę­ła się i opa­dła na zie­mię. Cze­jen spoj­rzał w bez­kres nieba wi­ru­ją­cy we wnę­trzu głowy męż­czy­zny.

– To mój syn! Teraz je­ste­śmy jed­nym du­chem!

Twarz wo­jow­ni­ka pa­li­ła w miej­scu, gdzie palce wci­ska­ły się pod skórę.

– Życie jest drogą! Ci, któ­rzy ode­szli, cze­ka­ją na jej końcu! Je­stem go­to­wy, by nią po­dą­żyć!

Męż­czy­zna znik­nął. W miej­scu, gdzie stał, po­wie­trze przez chwi­lę drga­ło jak woda na po­wierzch­ni je­zio­ra. Cze­jen pa­trzył w gwiaź­dzi­ste niebo. Po­czuł wiatr na twa­rzy, przy­jem­nie ła­go­dził po­pa­rzo­ną skórę.

 

*

Bill prze­je­chał koło biura kolei. Bur­mistrz stał w to­wa­rzy­stwie ele­ganc­kich panów z Union Pa­ci­fic. Sze­ryf nie miał po­ję­cia, jak za­re­agu­ją na woj­sko z fortu Rus­sell. Ale miał to gdzieś – głowa pę­ka­ła od mi­gre­ny, a noga tak rwała, że miał ocho­tę wyć. Skie­ro­wał ka­re­go wa­ła­cha do punk­tu te­le­gra­ficz­ne­go. Zsiadł z konia. Nie za­uwa­żył dok­to­ra.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać – po­wie­dział medyk.

– Nie teraz, je­stem wy­koń­czo­ny – od­burk­nął sze­ryf. – Jak się wy­śpię, to wy­ja­śnię wam, co usta­li­łem. A teraz prze­pra­szam. Mam do nada­nia te­le­gram.

Dok­tor zła­pał kurt­kę Billa.

– To ważne.

– O co cho­dzi?

– Dziw­ki Howka wczo­raj ścią­gnę­ły mnie do tej małej.

– To na­praw­dę nie może za­cze­kać? – Bill wy­rwał rękaw z pal­ców dok­to­ra.

– Dziew­czyn­ka źle się czuła.

– Co mi do tego?

– Bill!

Sze­ryf spoj­rzał na bladą twarz dok­to­ra.

– Ona jest w ciąży.

– Chry­ste. – Bill przy­gryzł górną wargę. – Ile… Ile ona ma lat?

– Nie wię­cej niż je­de­na­ście.

Bill minął dok­to­ra i punkt te­le­gra­ficz­ny. Prze­szedł przez mia­sto, nie od­po­wia­da­jąc już na żadne py­ta­nia. Gdy do­tarł do domu, zrzu­cił ubra­nie i po­ło­żył się do łóżka. Nie za­mie­rzał wy­cho­dzić spod pie­rzy­ny przez na­stęp­ny ty­dzień.

koniec

 

(1) – szkuner prerii to nazwa wozu zakrytego materiałem.

 (2) – Święci w Dniach Ostatnich inaczej mormoni.

(3) – Union Pacific to amerykańska kompania kolejowa założona w 1862 roku, która budowała linię kolejową na zachód od rzeki Missouri w ramach pierwszej kolei transkontynentalnej. 

(4) – “Praise to the Man” – fragment piosenki ku czci Joseph Smith

(5) – Nauki i Przymierza – zbiór objawień i wskazań doktrynalnych fragment rozdziału 132.

(6) – Starszy (Elder) — w grupie mormonów to mężczyzna posiadający wyższe kapłaństwo, który pełni funkcję duchowego przewodnika: prowadzi modlitwy, naucza i udziela obrzędów religijnych.

(7) – Księga Hioba 1,21

(8) – Księga Hioba 2,10

(9) – Księga Hioba 13,15

(10) – Ma’heohtsé-vo’kėstse – to określenie, które może oznaczać „Wzniesione miejsce dla Wielkiego Ducha” ale w języku Czejenów nie ma dosłownie takiego słowa. Ma’heo’o oznacza „Wielki Duch”.

(11) – Księga Kapłańska 24,16

(12) – Księga Izajasza 1,18

(13) – Joseph Smith (1805–1844) był amerykańskim przywódcą religijnym i założycielem Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. 

(14) – Fort D. A. Russell, założony w 1867 roku w pobliżu Cheyenne, był bazą kawalerii armii USA mającą chronić linię kolejową Union Pacific oraz osadników na pograniczu. Stanowił ważny punkt wojskowy podczas konfliktów z plemionami Wielkich Równin i zabezpieczał rozwój osadnictwa w regionie. 

 

Abonament na szczęście

Kliknij aby rozwinąć

Filip siedział w fotelu, ukryty przed rzeczywistością. Był bardzo zmęczony i głodny. To były ostatnie potrzeby, które jeszcze rozumiał. Patrzył na pasmo reklam emitowanych w przerwie programu, którego już nie pamiętał.

– O! O tak! Cóż za rozkosz. Tylko kilka pociągnięć do spełnienia! – Lektor miał w głosie coś, co przypominało sposób mówienia telemarketera.

Filip patrzył na biust blondynki w przezroczystym staniku. Dopiero po chwili zorientował się, że dziewczyna myje zęby. Wsadziła szczoteczkę w usta i erotycznymi ruchami przesuwa włosiem po szkliwie.

Filip drżącą dłonią chwycił pilota. Drugą ręką wyciągnął okulary z kieszeni flanelowej koszuli i spojrzał przez szkła na klawisze.

– W górę i w dół! – wrzeszczał lektor. – I szybciej! Patrzcie na tę pianę!

Odnalazł odpowiedni przycisk. Ekran telewizora mrugnął. Starzec przez chwilę patrzył na zdjęcie Miłosza ustawione pod plazmowym telewizorem. Poczuł równocześnie zawód, złość i tęsknotę. Przeniósł wzrok na kolorowy wyświetlacz, jednym gestem ucinając niewygodne emocje.

Czerwony kabriolet jechał pustą ulicą. Za kierownicą siedział wysportowany młody mężczyzna w podkoszulku.

– Audi Czterdzieści Tysięcy Maks Turbo!

Filip przez chwilę pomyślał, że to ten sam lektor.

– Z takim samochodem świat jest twój!

Mężczyzna kierujący Audi odwrócił się do kamery – uśmiechał się drwiąco.

– Co za złamas – warknął Filip.

– Masz Audi albo jesteś nikim – stwierdził lektor.

Nim starzec zdążył przełączyć kanał, kierowca roześmiał się i wycelował palec w obiektyw.

Zadzwonił telefon. Filip podniósł aparat. Przeciągnął palcem po ekranie.

„Zły wzór. Zostały ci dwie próby”.

Filip spróbował jeszcze raz.

– Co za cholerstwo! – wycedził przez zęby.

„Została ci ostatnia próba”.

Telefon brzęczał:

„Odbierz, odbierz, odbierz, ooooodbierz”.

Filip odblokował ekran. Dzwonek ucichł.

– Skukinsyn! – ryknął do ekranu.

– Coś w życiu ci nie wyszło? – zapytał lektor.

Filip spojrzał w stronę odbiornika.

– Jesteś sam i nikt cię nie potrzebuje? – Nastolatek szedł przez park ze smutną miną. – Psssssytnij!

Z krzaków wyskoczyli ludzie z puszkami w rękach. Ekran zaroił się od tancerzy – policjantów, strażaków i robotników. Filip dostrzegł zakonnice i bezdomnego pląsających z kimś, kto wyglądał jak zboczeniec.

– Pssssssytnij! – Nastolatek napił się z puszki i przeciągle beknął.

Tłum zaczął ryczeć ze śmiechu.

– A już nie będziesz sam…! – Dzwonek telefonu przerwał lektorowi. 

Filip był przygotowany. Odebrał i podniósł aparat.

– Słucham?

– To ja, tato. – Głos Miłosza brzmiał ponuro. – Przecież telefon wyświetla, kto dzwoni. Możesz mi powiedzieć, dlaczego do ciebie zawsze trzeba dzwonić dwa razy? Tak trudno odebrać za pierwszym?

– Ekran…

– Nieważne. Jadę do ciebie. Wiesz, w sprawie, o której rozmawialiśmy.

– Skąd pewność, że jestem w domu?

– A gdzie masz być? – zapytał syn. – Do zobaczenia za pięć minut.

Starzec odłożył telefon.

– Co się stało? – Filip był pewny, że to ten sam głos co w poprzednich reklamach. – Nikt cię nie rozumie? 

Azjatka o długich nogach w bikini rozłożyła bezradnie ręce i zrobiła smutną minę.

– SpeedSpeak! I możesz nawiązać relację w każdym języku! Teraz również w formie aplikacji!

Azjatka wystawiła głowę spod kołdry. Leżała między facetem z reklamy Audi, a Murzynem. Wyglądała na spełnioną.

– Wystarczy – warknął Filip. – Wystarczy!

Głos zadrżał, gdy szyja zaczęła chować się między ramiona. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Otworzył usta najszerzej, jak potrafił. Chrupnęło – dolna szczęka zawisła na wyłamanych stawach żuchwowych.

Oczy zaczęły swędzieć. Podniósł dłonie, by je przetrzeć. Zobaczył, jak skóra schodzi z palców, które przypominały segmentowane odnóża porośnięte ostrym włosiem. Gałki piekły, więc wydłubał je haczykowatymi pazurami. Rozlały się po twarzy i spadły na flanelową koszulę razem ze skórą odchodzącą od kości policzkowych.

Patrzył na setki małych fragmentów pomieszczenia mozaikowymi oczami wypełnionymi setkami ommatidiów. Kręgosłup pękł pod naporem chitynowego pancerza rozdzierającego mięśnie. Z rogowatych wypustek zwisały resztki flaneli. Długie, jak u szarańczy nogi oderwały ciało od fotela – skoczył i przylgnął do sufitu. Poczuł dławienie. Nie walczył z nim. Pozwolił obłemu jęzorowi wystrzelić z gardła. Wił się i skręcał, gdy z policzków wyrosły szczękoczułki. Żuchwa starego Filipa przez chwilę zwisała na fragmencie skóry, po czym upadła na dywan.

Zabrzęczał domofon. Filip czuł dźwięk całym ciałem, przez ostre włoski porastające głowotułów. Ruszył do ciemnej sypialni i schował się za nadprożem. Czekał.

Drzwi uchylił się, w progu stał facet w garniturze. W prawej ręce ściskał teczkę.

– Cześć, tato! – zawołał.

Nie zdejmując butów, przeszedł przez przedpokój do salonu.

– Tato?! Przyniosłem dokumenty!

Filip po przeobrażeniu był głodny. Bardzo głodny. Ale czekał cierpliwie i obserwował z ciemności, jak krawaciarz kręci się po mieszkaniu. Otwiera teczkę i wyciąga dokument na stolik. Zerka na telewizor i telefon. Podnosi strzępy koszuli, spodni oraz rozerwaną skarpetkę, po czym rzuca je na fotel.

– Tato! Wszystko w porządku?!

*

Miłosz podszedł do sypialni, coś zwisało z sufitu. Długi, podłużny kształt, po którym spływała lepka maź na podłogę.

Obły, przypominający tłustą larwę organ drgnął, skręcił się i zwinął.

Miłosz zamarł i patrzył jak rulon znika w czymś pod sufitem.

W mroku usłyszał dźwięk przypominający cykady. W jednej chwili przypomniał sobie słoneczny dzień – jak szedł przez łąkę. Owady brzęczały w źdźbłach, motyle siadały na polnych kwiatach. W oddali szumiały drzewa. A on ściskał dłoń ojca.

W mroku błysnęły wielkie owadzie oczy.

Miłosz pędem ruszył do salonu. Teczką zawadził o framugę. Stracił na chwilę równowagę i potrącił stojak z gazetami, ale nie upadł.

Coś wybiegło z sypialni po suficie, chrobocząc pazurami o tynk.

Miłosz skoczył w stronę kuchni. W korytarzu chwycił klamkę od drzwi łazienki. Wpadł do środka i przekręcił zamek.

Przez mozaikową szybę zobaczył zdeformowaną głowę. Obły kształt uderzył w szkło, przywarł do niego i zaczął pełznąć po śliskiej powierzchni.

Miłosza zrobił krok – nogi oparły się o muszlę klozetową. Usiadł na desce. Chwycił oburącz teczkę, położył ją na kolanach i schował za nią głowę.

Gdy znów spojrzał, na szybie został tylko mokry ślad.

Wstał ostrożnie i podszedł do drzwi. Wytarł przepocone dłonie o klapę marynarki i przekręcił zamek.

Korytarz był pusty. Na suficie zostały jedynie drobne zadrapania.

Ostrożnie wyszedł z łazienki i przeszedł do salonu.

Biegiem ruszył do drzwi.

Długi język wystrzelił zza fotela. Owinął się wokół szyi Miłosza. Mięsień ścisnął gardło, a setki ostrych igieł na powierzchni języka przebiły skórę. Biały kołnierzyk i błękitny krawat powoli nasiąkały krwią.

Miłosz jęknął, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na lewe udo. Obły kształt mocnym szarpnięciem przewrócił ofiarę i zaczął ciągnąć ją w stronę fotela.

Miłosz spojrzał wzdłuż organu mokrego od parzącej wydzieliny. Wychodził z gardzieli między dwiema szczękami. Nad nimi zobaczył mozaikowate oczy.

Łeb stwora wyrastał z masywnego cielska pokrytego czarnym chitynowym pancerzem. Widział resztki ubrania zwisające z rogowatych wypustek.

– Tato… – wychrypiał przez ściśnięte gardło.

Szczękoczułki niczym imadło zacisnęły się na głowie Miłosza. Czaszka pękła.

Mieszkanie wypełnił dźwięk przypominający siorbanie, gdy Filip powoli pożerał syna. Drgające ciało podskakiwało na dywanie.

Lewa stopa, wciąż tkwiąca w eleganckim bucie, trąciła stolik.

Akt dziedziczenia, podbity przez notariusza i podpisany przez jedną ze stron, powoli sfrunął na podłogę, tuż pod ekran telewizora.

– A ty już nabyłeś swój abonament na szczęście? – zapytał lektor. – Nie czekaj. Zadbaj, by na starość nawet ta ostatnia chwila była tą najlepszą.

Ciało Filipa zafalowało, gdy wraz z sokami trawiennymi zwrócił ubranie i kości.

Powoli wszedł po ścianie i przylgnął do sufitu. Zapadł w drzemkę, najedzony i zadowolony.

koniec

Poprzez czarny monolit

Nad ciem­ny­mi wierz­choł­ka­mi gra­ni­to­wych gór prze­ta­cza­ło się pur­pu­ro­we słoń­ce. Upał był nie­zno­śny. Ursa prze­tar­ła chu­s­tecz­ką skórę na głowie, mokrą od pot. Nadal od­czu­wa­ła skut­ki za­tru­cia, a ciało pró­bo­wa­ło po­zbyć się tok­sy­ny. Le­d­wie utrzy­mała rów­no­wa­gę, gdy kopniakiem od­go­niła­ szczu­ro­skocz­ka. 

Peg nie spusz­cza­ła z oczu nad­zor­czy­ni. Małe, głę­bo­ko osa­dzo­ne śle­pia śle­dzi­ły każdy ruch Ursy. Grube usta pod świń­skim ryjem roz­cią­ga­ły się w uśmie­chu. Tarr twier­dził, że to przez kły wy­sta­ją­ce z dol­nej szczę­ki, wargi Peg wykrzywiały zwierzęcy pysk w coś na kształt drwią­ce­go gry­ma­su. Mówił, że świ­nio­wa­te isto­ty nie są zdol­ne do tak głę­bo­kich emo­cji jak drwi­na czy szy­der­stwo.

Ursa nie była tego pewna. Zer­ka­ła na dłoń Peg po­dob­ną do ra­ci­cy o trzech ma­syw­nych pal­cach, za­koń­czo­nych gru­by­mi pa­znok­cia­mi, którymi świniowata dra­pa­ła ro­pień wy­sta­ją­cy z ko­tło­wa­ni­ny gę­stych, żół­tych wło­sów. Wie­dzia­ła, że Ursa, jako nad­zor­czy­ni nie po­zwa­la­ła na dra­pa­nie ro­pni i jaka gro­zi­ła kara za nie­prze­strze­ga­nie za­ka­zu. A jednak świ­nio­wa­ta osten­ta­cyj­nie oka­zy­wa­ła nie­po­słu­szeń­stwo.

Choć Tarr po­wie­dział­by, że rasa Peg nie pa­nu­je nad od­ru­cha­mi, to Ursa była in­ne­go zda­nia. Że­la­zna dys­cy­pli­na po­łą­czo­na z chło­stą da­wa­ły re­zul­ta­ty i pod ręką nad­zor­czy­ni Peg była po­słusz­na jak nigdy. Kosz­to­wa­ło to Ursę wiele wy­sił­ku, a świ­nio­wa­tą – wiele no­wych blizn na ple­cach. W końcu nawet Tarr przy­znał, że widzi po­stę­py i prze­stał li­to­wać się nad Peg, twier­dząc, że jej gruba skóra po­win­na być nie­wraż­li­wa na razy, a skoro te przy­no­szą re­zul­ta­ty, to nie ma nic prze­ciw­ko dal­szej tre­su­rze.

– Peg, za­mknij szczu­ro­skocz­ka w za­gro­dzie. – Ursa z tru­dem prze­łknę­ła ślinę, krwa­wią­cy ro­pień przy­pra­wiał ją o mdło­ści.

Świ­nio­wa­ta nawet nie drgnę­ła. Tuk prze­stał kopać. Z dziury w ziemi przypatrywał się tępo sytuacji. Dłoń Ursy po­wę­dro­wa­ła do bicza za­wie­szo­ne­go przy pasku. Świ­nio­wa­ta śle­dzi­ła tę po­wol­ną wę­drów­kę ręki nadzorczyni, jak palce nie­pew­nie mu­ska­ły skórę na rękojeści bicza.

– Za­pro­wadź szczu­ro­skocz­ka – rozkazała Ursa, a w jej głosie dało się wyczuć niewypowiedzianą groźbę, mimo, że nogi drża­ły pod cię­ża­rem ciała, a słowa z tru­dem prze­cho­dzi­ły przez gar­dło.

Peg wolno ru­szy­ła za szczu­ro­skocz­kiem, bie­gną­cym w stro­nę za­bu­do­wań. Ursa wstrzy­ma­ła od­dech, gdy po­tęż­ne ciel­sko świ­nio­wa­tej nie­mal otar­ło się o jej bark. Nigdy wcze­śniej coś po­dob­ne­go nie miało miej­sca. Tarr po­wie­dział­by, że to Ursa pró­bu­je ra­cjo­na­li­zo­wać po­czy­na­nia Peg, a za­cho­wa­nie świ­nio­wa­tej jest czy­sto in­stynk­tow­ne, zwie­rzę­ce, i nie ma w nim nic wy­zy­wa­ją­ce­go ale Tarr teraz leżał w dole, owi­nię­ty prze­ście­ra­dłem.

– Tuk, za­sy­puj – po­wie­dzia­ła nadzorczyni, spo­glą­da­jąc za od­cho­dzą­cą Peg.

Bli­zny na ple­cach świ­nio­wa­tej, które kie­dyś były po­wo­dem do dumy – na­ma­cal­nym do­wo­dem trudu wło­żo­ne­go w tre­su­rę – teraz bu­dzi­ły nie­po­kój. Jak bar­dzo Peg musi nie­na­wi­dzić bicza oraz dzier­żą­cej go wła­ści­ciel­ki?

Tuk, wyrwał Ursę z ponurych myśli, nabierając na łopatę kolejną warstwę czerwonej ziemi. Pra­co­wał wolno, ale sys­te­ma­tycz­nie i ciało Tarra po chwili było już pochowane.  

Nadzorczyni spoj­rza­ła na trzy groby usy­pa­ne obok sie­bie. Wy­cią­gnę­ła mo­dli­tew­nik Tarra i od­czy­ta­ła psalm po­że­gnal­ny.

Tuk gapił się na kopiec. Dłu­gie, owło­sio­ne ra­mio­na mał­po­lu­da się­ga­ły stóp, na któ­rych po­ło­żył ma­syw­ne dło­nie – wyglądał na zadowolonego z wykonanej pracy. Znu­dzo­ny psal­mem, po chwili za­czął grze­bać mię­dzy pa­lu­cha­mi. Ursa do­koń­czy­ła ce­re­mo­nię, schowała modlitewnik do torby i poleciła:

– Sprawdź ogro­dze­nie. Na­stęp­nie razem z Peg zbierz­cie resz­tę ku­ku­ry­dzy i ziem­nia­ków.

– Tuk – po­twier­dził mał­po­lud i ru­szył do wy­ko­na­nia obo­wiąz­ków.

Ursa przy­po­mnia­ła sobie, jak zna­leź­li go w za­gro­dzie szczu­ro­skocz­ków, gdy za­gry­zał ko­lej­ne sztu­ki. Lo­bo­to­mia uspo­ko­iła mał­po­lu­da, a kilka miesięcy tresury przy­sto­so­wało go do spo­łecz­no­ści. Osta­tecz­nie był bar­dzo przy­dat­ny do pracy fi­zycz­nej.

Ursa otar­ła łzy.

 – Bę­dzie mi was bra­ko­wać – po­wie­dzia­ła w stro­nę kop­ców.

Na ho­ry­zon­cie ma­ja­czył gni­ją­cy las, z drze­wa­mi wy­dzie­la­ją­cy­mi woń ze­psu­te­go mięsa. To stam­tąd przy­szli świ­nio­wa­ci. Pa­mię­ta­ła do­brze ten dzień. Baza zo­sta­ła oca­lo­na, po krwawej walce, a Tarr po­sta­no­wił wy­le­czyć Peg, z odniesionych ran i przy­sto­so­wać do ko­lo­nii.

Zza gra­ni­to­wych szczy­tów wy­to­czy­ły się ma­syw­ne bu­rzo­we chmu­ry, zwia­stu­ją­ce na­dej­ście ciem­no­ści. Po­przez nie­sio­ne z wia­trem ka­mie­nie, Ursa spoj­rza­ła na po­stać sie­dzą­cą kilka me­trów od mogił.

Ponad rok temu, wraz z pierw­szy­mi za­mie­cia­mi, po­ja­wi­ła się Sha – po­kry­ta łu­ska­mi isto­ta o twa­rzy po­zba­wio­nej nosa, bar­dziej ga­dziej niż ludz­kiej. Jej in­te­li­gen­cja za­sko­czy­ła wszyst­kich. Na­uczy­ła się ję­zy­ka, nim minął pierw­szy mie­siąc. Była nie­za­stą­pio­na w upra­wie ro­ślin oraz przy­go­to­wy­wa­niu je­dze­nia.

Tarr na­le­gał na prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji. Spę­dził z Sha wiele go­dzin na roz­mo­wach i do sa­me­go końca twier­dził, że jest to isto­ta o trud­nym do prze­wi­dze­nia za­cho­wa­niu. Jed­nak Tarr zo­stał prze­gło­so­wa­ny i Sha unik­nę­ła lo­bo­to­mii.

 „Uwa­żaj na nią, któż inny mógł… Po­myśl, Ursa, któż inny…” – to były jedne z ostat­nich słów Tarra.

Silny wiatr po­de­rwał drob­ne ka­mie­nie, ci­ska­jąc nimi o bla­sza­ne ba­ra­ki. Nad­zor­czy­ni za­ło­ży­ła kap­tur i maskę, z tru­dem utrzy­mu­jąc się na no­gach. Nie miała jed­nak od­wa­gi wra­cać do bazy. Słoń­ce wkrót­ce miało zajść na ko­lej­ny rok, ska­zu­jąc Ursę na życie w za­mknię­ciu. Zgro­ma­dzo­na ener­gia z pa­ne­li sło­necz­nych po­win­na wy­star­czyć do za­si­le­nia ba­ra­ków, a plony zo­sta­ły nie­mal w ca­ło­ści ze­bra­ne. To powinno wystarczyć by przeżyli.

Ursa za­drża­ła na wspo­mnie­nie ostat­nie­go po­sił­ku – skur­czy, wy­mio­tów, go­rącz­ki i Tarra, wy­cień­czo­ne­go krwo­to­ka­mi. 

„Bę­dziesz mu­sia­ła sama przy­go­to­wy­wać je­dze­nie. Za­mkniesz się w la­bo­ra­to­rium i bę­dziesz kon­ty­nu­owa­ła pracę. Masz księ­gę. Na­uczysz się mo­dłów i do­koń­czysz ba­da­nia” – mówił Tarr, gdy ciałem nie wstrząsały torsje. – „ Musisz do­wiedzieć się, które z nich sa­bo­tu­je eks­pe­dy­cję”.

Nadzorczyni ru­szy­ła, wal­cząc z wia­trem. Ka­mie­nie od­bi­ja­ły się od sztyw­ne­go ma­te­ria­łu płasz­cza. Pa­mię­ta­ła, że Iva prze­pa­dła w trak­cie jed­nej z ta­kich za­mie­ci. Wy­szła do za­gro­dy szczu­ro­skocz­ków i już nie po­wró­ci­ła. Miało to miej­sce mie­siąc po po­ja­wie­niu się Sha. W gro­bie Ivy po­cho­wa­li książ­ki, które tak ko­cha­ła.

Wi­chu­ra nie­mal ro­ze­rwa­ła tu­ni­kę Sha na strzę­py. Ona jedna klę­cza­ła nie­stru­dze­nie, ła­piąc ostat­nie pro­mie­nie pur­pu­ro­we­go słoń­ca. Wi­cher chło­stał ją bez­li­to­śnie, mio­ta­jąc drob­ne ka­mie­nie, które od­bi­ja­ły się od jej łuskowatej skóry jak od tar­czy.

Nad­zor­czy­ni sta­nę­ła nad nią, po­dzi­wia­jąc ciało ga­dziej isto­ty – mie­nią­ce się fio­le­tem i błę­ki­tem.

Pa­mię­ta­ła, że nie otrzą­snę­li się jesz­cze z ża­ło­by, po Ive, gdy nad­szedł prze­łom w ba­da­niach. Tarr od­pra­wił ry­tu­ał, i mo­no­lit, za­si­lo­ny ener­gią z ge­ne­ra­to­ra, uległ. Otwo­rzy­li pierw­szą bram­kę. Por­tal spro­wa­dził z Pust­ki isto­tę. Na­zwa­li ją Wę­drow­cem i uwię­zi­li w ba­ra­ku numer dzie­więć. Następnie pod­łą­czy­li isto­tę do żniwiarki, skon­stru­owa­nej przez Ursę. Byt z Pust­ki ema­no­wał silną ener­gią, którą teraz mogli gro­ma­dzić i skie­ro­wać bez­po­śred­nio do mo­no­li­tu. Po­zo­sta­ło tylko ukie­run­ko­wać prze­pływ, tak by ko­lej­ny por­tal był za­rów­no wej­ściem, a nie je­dy­nie wyj­ściem z Pust­ki. Tarr twier­dził, że ry­tu­ał jest klu­czem do ar­te­fak­tu i że tylko dzię­ki ob­rzę­dom można zmu­sić mo­no­lit, by sta­no­wił drogę w oby­dwu kie­run­kach. Ko­lej­ne próby jed­nak nie da­wa­ły re­zul­ta­tu. Ar­te­fakt upar­cie otwie­rał por­tal bę­dą­cy je­dy­nie wyj­ściem, przy­cią­ga­jąc do sta­cji ko­lej­ne ano­ma­lie. Mo­no­lit nie chciał dać się ujarz­mić.

Noz­drza Sha uchy­li­ły się na chwi­lę, by mogła za­czerp­nąć po­wie­trza. Ursa wie­dzia­ła, że jej łuski chło­nę­ły pro­mie­nie, od­ży­wia­jąc Sha. Ko­lej­ny rok bę­dzie dla niej walką o prze­trwa­nie. Bez słoń­ca była ska­za­na na za­gła­dę. Ostat­nią długą noc prze­ży­ła tylko dzię­ki Tar­ro­wi, który le­czył ją w am­bu­la­to­rium kro­plów­ka­mi i na­świe­tla­jąc łu­sko­wa­te­ ciała.

Ty­dzień po nadejściu pierwszej długiej nocy zgi­nął Gas. Drzwi ba­ra­ku numer dzie­więć za­trza­snę­ły się za nie­szczę­śni­kiem, wię­żąc go wraz z Wę­drow­cem z Pust­ki. Od tam­tej pory nikt już nie za­glą­dał do ba­ra­ku. Ursa ufała, że Tarr od­naj­dzie ry­tu­ał, który na­resz­cie zmusi mo­no­lit do po­słu­szeń­stwa i po­zwo­li ukie­run­ko­wać por­tal. A teraz zo­sta­ła sama.

Oczy Sha były za­mknię­te, jej łu­sko­wa­ta twarz przy­po­mi­na­ła nie­mal­że jed­no­li­tą po­wierzch­nię. Po­wie­ki drgnę­ły ni­czym mi­got­ka, prze­su­nę­ły się po­zio­mo w stro­nę ką­ci­ków oka. Spoj­rza­ła pio­no­wy­mi źre­ni­ca­mi na Ursę.

Nad­zor­czy­ni usia­dła przy Sha. Nie miała sił, by prze­krzy­ki­wać wy­ją­cy wiatr.

 – Od dziś przej­miesz moje obo­wiąz­ki nad Tu­kiem i Peg – po­wie­dzia­ła. – Po­zwa­lam ci też wcho­dzić do stre­fy ko­lo­nial­nej. Nadal bę­dziesz spra­wo­wać obo­wiąz­ki kuch­ty, dbać o stan za­pa­sów i kar­mić człon­ków ko­lo­nii.

 – Jak sobie ży­czysz. – Usta Sha le­d­wie drgnę­ły, głos zda­wał się do­bie­gać gdzieś z jej wnę­trza. 

 – Nikt nie ma prawa wcho­dzić do po­miesz­cze­nia z mo­no­li­tem. Jeśli będę pro­wa­dzić ba­da­nia, po­cze­kasz, aż skoń­czę. I od dzi­siaj sama będę przy­rzą­dzać sobie po­sił­ki.

 – Nie otru­łam was. – Głos za­chry­piał z wnę­trza łu­sko­wa­te­go ciała. – Tarr był je­dy­nym, który mógł pomóc Sha prze­trwać ostat­ni rok bez słoń­ca. Teraz, gdy od­szedł, je­stem ska­za­na.

 – I nad tym będę pra­co­wać. Wiedz, że nie po­zwo­lę ci umrzeć. Nie mam do­wo­dów, by cię oskar­żać, ale nie mogę sobie po­zwo­lić na za­ufa­nie wobec ja­kie­go­kol­wiek z człon­ków ko­lo­nii.

 – Sha nie zdoła prze­ciw­sta­wić się świ­nio­wa­tej i mał­po­lu­do­wi. Dla nich Sha jest je­dy­nie mię­sem. Nie będą słu­chać. Nim minie długa noc, za­bi­ją Sha. – Gadzi pysk nie zdra­dzał naj­mniej­szych emo­cji, a żółte śle­pia utkwi­ły w masce Ursy.

 – Nie do­sta­niesz broni. Tuk i Peg to teraz twój pro­blem i obo­wią­zek.

 – Sha musi po­ka­zać, że stoi ponad nimi. Musi bu­dzić au­to­ry­tet. – Ga­dzia isto­ta trwa­ła w bez­ru­chu ni­czym wąż wy­cze­ku­ją­cy ofia­ry, nie­wraż­li­wa na ka­mie­nie nie­sio­ne przez wiatr i chmu­ry po­chła­nia­ją­ce ży­cio­daj­ne pro­mie­nie.

 – Masz rację. Za­miesz­kasz w po­ko­ju Ivy. – Nad­zor­czy­ni od­pię­ła bicz i po­ło­ży­ła go przed Sha.

 – Tak. Teraz cie­pło­krwi­ści zo­ba­czą, że Sha jest na równi z pa­na­mi. Za­czną się bać, a strach wy­mu­si sza­cu­nek.

Ursa z tru­dem wsta­ła. Sha uważ­nie ob­ser­wo­wa­ła nadzorczynię – pio­no­we źre­ni­ce zwę­zi­ły się, a z jej ust, wśród za­wo­dzą­ce­go wia­tru i ło­sko­tu ka­mie­ni, do­biegł prze­cią­gły syk. Ursa spoj­rza­ła na Sha, któ­rej twarz zdą­ży­ła za­mie­nić się w nie­mal jed­no­li­tą po­wierzch­nię fio­le­to­wo-błę­kit­nych łusek chło­ną­cych ostat­nie pro­mie­nie pur­pu­ro­we­go słoń­ca.

*

Bla­do­żół­te świa­tło oświe­tla­ło la­bo­ra­to­rium. Ursa prze­glą­da­ła ko­lej­ne wy­kre­sy i od­czy­ty z mo­no­li­tu, gdy dziki ryk ode­rwał ją od pracy. Spoj­rza­ła na drzwi i blo­ku­ją­cą je me­ta­lo­wą szta­bę. Wrza­ski od­da­la­ły się gdzieś w głąb bazy, aż cał­kiem uci­chły.

Nad­zor­czy­ni spoj­rza­ła na zgro­ma­dzo­ne przy ma­te­ra­cu je­dze­nie. Zo­sta­ło pół bo­chen­ka czer­stwe­go chle­ba, bidon z wodą i tro­chę go­to­wa­nej ku­ku­ry­dzy.

– Będę mu­sia­ła uzu­peł­nić za­pa­sy – wymamrotała.

 Ursa mó­wi­ła do sie­bie. To po­ma­ga­ło jej prze­zwy­cię­żyć sa­mot­ność, odkąd za­mknę­ła się w sali z mo­no­li­tem. Pierw­szy ty­dzień spę­dzi­ła, leżąc i stu­diu­jąc księ­gi Tarra, a gdy or­ga­nizm do­szedł do sie­bie po za­tru­ciu, roz­po­czę­ła pracę na­uko­wą.

Wy­cią­gnę­ła pi­sto­let na race i trzy po­ci­ski z szu­fla­dy biur­ka.

 – Wyj­dziesz za trzy go­dzi­ny, gdy już wszy­scy po­win­ni spać – powiedziała.

Spraw­dzi­ła ko­lej­ny od­czyt na ekra­nie mo­ni­to­ra. Po­no­wi­ła ob­li­cze­nia, ale wynik był ten sam.

– Nie­moż­li­we… Czyż­by Tarr się mylił? Czyż­by pro­blem nie leżał w ry­tu­ale, a w ilo­ści ener­gii prze­ka­zy­wa­nej ze żni­wiar­ki?

Prze­stu­dio­wał do­kład­nie wszyst­kie in­kan­ta­cje oraz for­mu­ły – kon­fi­gu­ra­cja, którą wy­brał Tarr, mu­sia­ła być naj­lep­sza. Ursa nie zna­la­zła żad­ne­go błędu. Wpraw­dzie nie była ka­płan­ką, a je­dy­nie pra­cow­ni­kiem na­uko­wym, ale wie­rzy­ła we wła­sne umie­jęt­no­ści – nawet jeśli opie­ra­ły się je­dy­nie na sile umy­słu, a nie ducha.

– Tarr czuł, że nie może w pełni zjed­no­czyć się z ener­gią por­ta­lu, bo do­brał nie­od­po­wied­ni klucz do for­mu­ły ob­rzę­du. Ale… co, jeśli ob­rzę­dy za­wo­dzi­ły z in­ne­go po­wo­du? Co, jeśli ema­na­cja ener­gii z mo­no­li­tu była zbyt silna, by wola Tarra i za­klę­cie mogły utrzy­mać sta­bil­ność por­ta­lu?

Nad­zor­czy­ni się­gnę­ła do od­czy­tów z ostat­nie­go ry­tu­ału i po­rów­na­ła je z od­czy­ta­mi tuż przed in­kan­ta­cją.

– Wę­dro­wiec wy­czu­wa ak­tyw­ność mo­no­li­tu. W chwi­li, gdy por­tal zo­sta­je przywołany, isto­ta z Pust­ki jed­no­czy się z mo­no­li­tem. Do­cho­dzi do ema­na­cji czy­stej ener­gii, a mo­no­lit staje się nie­sta­bil­ny. Dla­te­go Tarr nie mógł okieł­znać por­ta­lu.

Ursa wsta­ła i ob­ró­ci­ła się w stro­nę czar­nej bryły usta­wio­nej w cen­tral­nym punk­cie la­bo­ra­to­rium. Omi­nę­ła plą­ta­ni­nę prze­wo­dów bie­gną­cych ze żni­wiar­ki i ge­ne­ra­to­ra do mo­no­li­tu. Sta­nę­ła przed onyk­so­wą, lśnią­cą po­wierzch­nią ar­te­fak­tu. Mo­no­lit zda­wał się gład­ki jak lu­stro, jed­nak od­bi­jał je­dy­nie świa­tło, nigdy ota­cza­ją­ce go po­miesz­cze­nie.

Nad­zor­czy­ni przeszła za ar­te­fak­t, tam, gdzie prze­wo­dy pod­łą­czo­no do pa­ne­lu za­mon­to­wa­ne­go w gład­kiej po­wierzch­ni. Od­na­la­zła kable pro­wa­dzą­cy do żni­wiar­ki, ale nie dało się go ru­szyć. Po­dą­ży­ła wzro­kiem wzdłuż prze­wo­du, który zni­kał w ścia­nie la­bo­ra­to­rium. Za nią znaj­do­wał się barak numer dzie­więć, a w nim Wę­dro­wiec z Pust­ki, pod­łą­czo­ny bez­po­śred­nio do mo­no­li­tu. Tam też spo­czy­wa­ło ciało Gasa oraz ze­staw na­rzę­dzi, a w nim czte­ro­ca­lo­wy klucz, któ­rym Ursa mo­gła­by odłą­czyć prze­wód od ar­te­fak­tu tuż przed kul­mi­na­cją ry­tu­ału.

– Wę­dro­wiec od­cię­ty od ar­te­fak­tu nie miał­by moż­li­wo­ści zjed­no­cze­nia się z nim. Wtedy por­tal po­wi­nien się usta­bi­li­zo­wać.

Ursa do­tknę­ła gład­kiej po­wierzch­ni mo­no­li­tu – był prze­ni­kli­wie zimny.

 

*

Nadzorczyni umie­ści­ła klucz w zamku drzwi la­bo­ra­to­rium i prze­krę­ca­ła do chwi­li, aż me­ta­lo­wa szta­ba nie prze­su­nę­ła się z trza­skiem. Laboratorium było zabezpieczone. Spoj­rza­ła na pokój, który wcze­śniej na­le­żał do Ive i za­pu­ka­ła.

 – Sha?! Je­steś w środ­ku?! – zawołała.

Od­po­wie­dzia­ło jej je­dy­nie wycie wia­tru i ka­mie­nie ude­rza­ją­ce o me­ta­lo­we ścia­ny bazy.

Ru­szy­ła wzdłuż pokoi ko­lo­ni­stów. Przy drzwiach do czę­ści wspól­nej zaj­rza­ła do ja­dal­ni. Była ciem­na i pusta.

Ursa wy­cią­gnę­ła pi­sto­let sy­gna­li­za­cyj­ny i umie­ści­ła w nim flarę.

W czę­ści wspól­nej lampy zwi­sa­ły z su­fi­tu na ka­blach wy­cią­gnię­tych z in­sta­la­cji, część z nich tylko mru­ga­ła, inne była strza­ska­ne. Ko­ry­tarz cią­gnął się wzdłuż ścian świe­tli­cy usta­wio­nej w cen­tral­nej czę­ści bazy. Nad­zor­czy­ni po­szła w lewo, na­stęp­nie wyj­rza­ła za róg. Ko­ry­tarz oświe­tla­ła tylko jedna lampa, na pod­ło­dze wa­la­ły się reszt­ki je­dze­nia i szkła. Ru­szy­ła wzdłuż ścia­ny, nie od­ry­wa­jąc oczu od uchy­lo­nych drzwi po lewej. Wnę­trze po­ko­ju Tuka było ciem­ne. Nie usły­sza­ła ani chra­pa­nia, ani typowych dla małpoluda chrząk­nięć. Sta­nę­ła pod lampą i wyj­rza­ła na ze­wnątrz przez szybę w drzwiach. Za­mieć sza­la­ła w ciem­no­ściach. Ursa do­strze­gła czer­wo­ny punk­cik – la­tar­nię za­mon­to­wa­ną nad wej­ściem do ba­ra­ku numer dzie­więć.

Do­tar­ła do po­ko­ju Peg, w miej­scu, gdzie ko­ry­tarz skrę­cał w prawo. Przy­sta­wi­ła ucho do drzwi. Żaden od­głos nie wska­zy­wał, by wła­ści­ciel­ka była na miej­scu. Ko­lej­ny od­ci­nek ko­ry­ta­rza oświetlało bla­do­żół­te świa­tło.

Nad­zor­czy­ni sta­nę­ła przy kolejnych drzwiach – do świe­tli­cy. Ostroż­nie we­szła do środ­ka. Ręką wy­ma­ca­ła włącz­nik, ale żadna z lamp się nie za­pa­li­ła. Wnę­trze po­miesz­cze­nia roz­ja­śnia­ła je­dy­nie wątła stru­ga świa­tła z ko­ry­ta­rza. Ursa, usły­sza­ła chro­bo­ta­nie, pod­nio­sła pi­sto­let sy­gna­li­za­cyj­ny. Tuż przed nią coś cicho za­pisz­cza­ło. Uklę­kła na jedno ko­la­no. Ob­ser­wo­wa­ła nie­wiel­ki kształt sie­dzą­cy na pod­ło­dze. Isto­ta wy­sko­czy­ła z ciem­no­ści. Wprost na twarz Ursy. Nad­zor­czy­ni za­wy­ła. Drob­ne pa­zu­ry za­czę­ły dra­pać po­licz­ki i skórę na gło­wie. Ursa zwa­li­ła się na plecy. Pi­sto­let wy­pa­lił z hu­kiem, pło­sząc szczu­ro­skocz­ka, który odbił się od łysej po­ty­li­cy nadzorczyni i wy­padł na ko­ry­tarz. Flara z sy­kiem prze­le­cia­ła przez świe­tli­cę, oświe­tla­jąc roz­gnie­cio­ne reszt­ki je­dze­nia, za­schnię­tą krew i eks­kre­men­ty roz­tar­te na ścia­nach. Za­su­szo­ne tru­chła szczu­ro­skocz­ków były po­roz­rzu­ca­ne mię­dzy sto­li­ka­mi, a Peg ku­ca­ła na jed­nym z bla­tów.

Morda świ­nio­wa­tej była uba­bra­na krwią, na jed­nym z wy­sta­ją­cych kłów zwi­sał ka­wa­łek skóry po­kry­tej sza­rym fu­trem. Grube pa­lu­chy za­ci­ska­ły się na ciele szczu­ro­skocz­ka, wy­ci­ska­jąc z roz­pru­te­go kor­pu­su wnętrz­no­ści. Oczy Peg za­lśni­ły w czer­wo­nej smu­dze flary. Za­ry­cza­ła dziko i ze­sko­czy­ła ze stołu. Ursa na ko­la­nach do­tar­ła do drzwi. Chwy­ci­ła klam­kę i wsta­ła, gdy Peg pę­dzi­ła, roz­rzu­ca­jąc na boki krze­sła i sto­li­ki. Ursa wy­bie­gła na ko­ry­tarz. Drzwi świe­tli­cy wy­pa­dły z za­wia­sa­mi, gdy świ­nio­wa­ta, w sza­leń­czej szar­ży, wy­le­cia­ła na korytarz. Nadzorczyni pu­ści­ła się pędem w stro­nę naj­bliż­sze­go rogu, skrę­ci­ła gwał­tow­nie w prawo.

W ciem­nym ko­ry­ta­rzu nie za­uwa­ży­ła wy­so­kiej syl­wet­ki. Szpo­nia­ste dło­nie za­ci­snę­ły się na ra­mio­nach Ursy. Isto­ta skry­ta w ciem­no­ści bru­tal­nie zwa­li­ła nad­zor­czy­nię na zie­mię, gdy Peg wy­pa­dła zza rogu. Po­wie­trze prze­szył świst, a na­stęp­nie huk. Koń­ców­ka bicza roz­cię­ła ryj świ­nio­wa­tej. Peg ru­nę­ła na ścia­nę, char­cząc wście­kle. Bicz świ­snął po­now­nie, roz­ry­wa­jąc po­li­czek tuż nad jed­nym z kłów wy­sta­ją­cych ze szczę­ki.

– Dosyć! – wrza­snę­ła Ursa.

Ramię za­wi­sło wraz z pod­nie­sio­nym bi­czem. Świ­nio­wa­ta zwi­nę­ła się w kłę­bek, drżąc i po­chrum­ku­jąc cicho. Nad­zor­czy­ni sły­sza­ła w ciem­no­ści wście­kły syk Sha.

– Dosyć – po­wtó­rzy­ła Ursa. – Pro­szę, już dosyć.

 

*

– Mia­łaś dbać o po­rzą­dek, nad­zo­ro­wać za­cho­wa­nie Peg i Tuka. – Nad­zor­czy­ni mó­wi­ła spo­koj­nie, bez śladu emo­cji, jej myśli za­przą­tał barak numer dzie­więć. – A jak już przy tym je­ste­śmy, to gdzie jest Tuk?

 Ursa przy­ło­ży­ła gazę do rany na po­licz­ku. Peg opar­ta o ścia­nę, trzę­sła się, za­ci­ska­jąc ra­ci­co­wa­te dło­nie.

 – Sha źle wy­peł­ni­ła obo­wiąz­ki. Zna­la­zła salę z nie­bie­ski­mi lam­pa­mi i grza­ła skórę. Sha było tak do­brze, że za­snę­ła na długi czas. Gdy Sha wró­ci­ła, świ­nio­wa­ta i mał­po­lud nie chcie­li słu­chać.

 Nad­zor­czy­ni drugą gazę przy­sta­wi­ła do ryja i za­czę­ła opa­try­wać głowę Peg, pro­wa­dząc ban­daż przez obie rany.

 – To nie ma teraz zna­cze­nia, gdzie jest Tuk? – za­py­ta­ła.

 – Sha za­pro­wa­dzi cię do niego.

 – Żyje?

 – Tak. Sha mu­sia­ła roz­dzie­lić oba zwie­rzę­ta, gdyż się pa­rzy­ły.

 – Jak mo­głaś do tego do­pu­ścić? – Ursa pokręciła głową, niedowierzając.

 – Sha źle nad­zo­ro­wa­ła. Sha chcia­ła na­pra­wić swój błąd, więc za­mknę­ła mał­po­lu­da w po­miesz­cze­niu sa­ni­tar­nym.

 Nad­zor­czy­ni skoń­czy­ła opa­try­wać Peg i powiedziała:

 – Do­brze, za­pro­wadź mnie. A ty, Peg, pój­dziesz z nami.

 Świ­nio­wa­ta nawet nie drgnę­ła. Ursa wie­dzia­ła, że utra­ci­ła cały au­to­ry­tet. Sha nie mu­sia­ła nawet się­gać do bicza, wy­star­czy­ło, że syk­nę­ła prze­cią­gle, by Peg sta­nę­ła go­to­wa do wy­ko­ny­wa­nia po­le­ceń.

 Prze­szły do końca ko­ry­ta­rza i we­szły do po­miesz­cze­nia z prysz­ni­ca­mi. Tuk mo­czył się w bro­dzi­ku, roz­rzu­ca­jąc wodę rę­ko­ma. Na ich widok cof­nął się do rogu. Na boku miał nie­za­go­jo­ną ranę w kształ­cie sier­pa, strza­ska­ną kość po­licz­ko­wą i zła­ma­ny nos. To nie były rany za­da­ne bi­czem – Sha nie miała też tyle siły, by pobić mał­po­lu­da.

– Świ­nio­wa­ta zmu­sza­ła Tuka do zbli­żeń, więc mał­po­lud był wdzięcz­ny, że Sha za­mknę­ła go tutaj.

 – Po­słu­chaj, chyba wiem, jak usta­bi­li­zo­wać por­tal – za­czę­ła po­wo­li nad­zor­czy­ni. – Będę po­trze­bo­wać po­mo­cy.

 – Sha po­mo­że.

 – Do­brze…

 – Tylko jeśli Ursa za­bie­rze Sha ze sobą. Sha może być już ostat­nia z jej rasy. Odkąd wiel­kie słoń­ce za­czę­ło za­cho­dzić, wielu umar­ło. A wkrót­ce nie bę­dzie już ni­ko­go, kto mógł­by zło­żyć lęg.

 Nad­zor­czy­ni pa­trzy­ła w pio­no­we źre­ni­ce Sha, nie­prze­nik­nio­ne ni­czym ciem­ność spo­wi­ja­ją­ca bazę.

 – Sha jest go­to­wa zło­żyć lęg, ale dla po­tom­stwa Sha tu nie bę­dzie na­dziei, nie bę­dzie rasy Sha, jeśli Ursa jej nie za­bie­rze.

 – Do­brze – zgodziła się Ursa, po chwili namysłu. – Po­kie­ru­jesz Tu­kiem i Peg.

 – Sha zrobi, co roz­ka­żesz.

Sta­nę­li przy wej­ściu pro­wa­dzą­cym do ba­ra­ku numer dzie­więć. Ursa, Tuk i Peg ubra­ni byli w płasz­cze z kap­tu­ra­mi, wzmoc­nio­ne pla­sti­ko­wym ste­la­żem i maski chro­nią­ce twa­rze. Sha w po­szar­pa­ną tu­ni­kę, w ręku ści­ska­ła flarę. Mał­po­lud otwo­rzył drzwi. Nad­zor­czy­ni wy­szła pierw­sza, za nią ru­szy­ła Peg i Tuk. Sha za­my­ka­ła ko­lum­nę. Flara roz­ja­rzy­ła się zie­lo­nym gej­ze­rem świa­tła. Po­wo­li prze­mie­rza­li ciem­ność, wal­cząc z wia­trem. Brnę­li przez tar­ga­ne wi­chu­rą ka­mie­nie. Czer­wo­na lampa lśni­ła ni­czym la­tar­nia w czar­nej pu­st­ce, wy­peł­nio­nej szu­mem i ło­sko­tem prze­wa­la­ją­ce­go się skal­ne­go in­wen­ta­rza.

 Ursa do­pa­dła do drzwi. Skie­ro­wa­ła Tuka do klam­ki. Mał­po­lud pchnął, wrza­snął dziko, lecz drzwi nawet nie drgnę­ły.

 – Peg! – Nad­zor­czy­ni z tru­dem prze­krzy­ki­wa­ła wy­ją­cy wiatr. – Peg!

 Sha sta­nę­ła za świ­nio­wa­tą. Peg drgnę­ła i po­de­szła do na­pie­ra­ją­ce­go na drzwi Tuka. Przyłożyła racice i po­mo­gła pchać. Kwiki i wrza­ski zlały się z za­wo­dzą­cym wia­trem. Sta­lo­wa fra­mu­ga za­skrzy­pia­ła, gdy drzwi ustą­pi­ły. Tuk i Peg wpa­dli do środ­ka.

Krót­ki ko­ry­tarz oświe­tla­ła zie­lo­na lampa, za­wie­szo­na tuż nad wej­ściem do po­miesz­cze­nia z Wę­drow­cem. Nad­zor­czy­ni wy­cią­gnę­ła klucz i umie­ści­ła go w zamku. Spoj­rza­ła na Sha, któ­rej wi­chu­ra ze­rwa­ła całe ubra­nie – po­zo­stał tylko pasek na bio­drze z przy­pię­tym bi­czem. Łuski na smu­kłym ciele od­bi­ja­ły świa­tło, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby ota­cza­ła ją zie­lo­na łuna.

– Tuk, gdy otwo­rzę drzwi, wej­dziesz do środ­ka i po­dej­dziesz do Gasa. Bę­dzie miał torbę. Przy­nie­siesz ją do nas – zaczęła Urasa.

– Tuk?

– Tak. Przy­nie­siesz torbę – powtórzyła.

Peg ner­wo­wo cho­dzi­ła od ścia­ny do ścia­ny wą­skie­go przej­ścia. Tuk zer­kał na świ­nio­wa­tą, wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­ny.

– A gdy Tuk przy­nie­sie torbę, Sha za­mknie Tuka w po­miesz­cze­niu sa­ni­tar­nym – wtrą­ci­ła się Sha.

– Tuk. – Mał­po­lud kiw­nął głową.

Nad­zor­czy­ni prze­krę­ci­ła klucz i razem z Sha po­cią­gnę­ła drzwi.

Tuk wszedł do ciem­ne­go ba­ra­ku bez lęku, tro­chę za­cie­ka­wio­ny nowym po­miesz­cze­niem i le­wi­tu­ją­cy­mi prze­wo­da­mi w cen­tral­nej czę­ści. Gas leżał pod ścia­ną po pra­wej. Nad­zor­czy­ni z trudem przełknęła ślinę, gdy do­strze­gła wy­krzy­wio­ną twarz. Sze­ro­ko otwar­te usta za­sty­głe w nie­mym krzy­ku, otwar­te po­wie­ki, zza któ­rych ziały dwie czar­ne dziu­ry. Cała skóra na twa­rzy Gasa była na­cią­gnię­ta w stro­nę czoła, co da­wa­ło wra­że­nie, jakby się uśmie­chał. Ursa nie do­strze­gła przy nim torby.

Tuka za­in­te­re­so­wa­ły la­ta­ją­ce prze­wo­dy. Pod­szedł ostroż­nie, pod­pie­ra­jąc się rę­ko­ma o pod­ło­gę.

– Tuk – po­wie­dzia­ła Ursa ści­szo­nym gło­sem. – Tuk.

Mał­po­lud spoj­rzał w stro­nę drzwi w chwi­li, gdy prze­wo­dy za­fa­lo­wa­ły i za­czę­ły sunąć ku niemu.

– Tuk – po­wtó­rzy­ła nad­zor­czy­ni , przy­wo­łu­jąc go ge­stem.

Mał­po­lud zro­bił dwa kroki w jej stro­nę. Kable na­prę­ży­ły się i za­wi­sły nad głową Tuka.

Ursa wska­za­ła ścia­nę po lewej. Mał­po­lud do­strzegł czer­wo­ną torbę. Po­szedł nie­spiesz­nie, całą uwagę po­świę­ca­jąc za­da­niu. Prze­wo­dy, ni­czym zjawa, ru­szy­ły za Tu­kiem.

Nikt nie za­uwa­żył, jak ciało Gasa prze­su­nę­ło się pod ścia­ną w stro­nę drzwi.

Mał­po­lud pod­niósł torbę i po­ka­zał Ursie.

Nad­zor­czy­ni po­ki­wa­ła głową, bez­gło­śnie bijąc brawo. Wtedy Tuk za­czął pod­ska­ki­wać, zaniepokojony. Ude­rzył torbą o pod­ło­gę. Kable za­fa­lo­wa­ły. Ursa za­czę­ła ge­sty­ku­lo­wać, pró­bu­jąc po­ka­zać, by za­cho­wał spo­kój. Na próż­no – Tuk podskakiwał dziko, prze­su­wa­jąc się coraz bli­żej Wę­drow­ca. Peg waliła łbem o ścia­nę w ko­ry­ta­rzu, kwi­cza­ła za­nie­po­ko­jo­na od­gło­sa­mi. Sha od­wró­ci­ła się, by uspo­ko­ić świ­nio­wa­tą. Nad­zor­czy­ni ostroż­nie we­szła do ba­ra­ku, po­ka­zu­jąc by Tuk pod­szedł z torbą.

Tuk zawył, gdy dło­nie Gasa za­ci­snę­ły się na łysej gło­wie Ursy. Poczuła zimne, mokre palce. Zo­ba­czy­ła przed sobą puste oczo­do­ły, nie­na­tu­ral­nie sze­ro­ko roz­war­te usta i skórę bla­do­si­ną, cien­ką jak pa­pier. Trup zwa­lił się na nią, na­pie­ra­jąc rę­ka­mi. Ursa ru­nę­ła na plecy i z im­pe­tem wy­rżnę­ła po­ty­li­cą o pod­ło­gę. Po­czu­ła cie­płą krew wy­pły­wa­ją­cą z rany na gło­wie, a następnie palce Gasa – naj­pierw na ustach, potem nosie i po­licz­kach – prze­miesz­cza­ły się jak u ślep­ca ba­da­ją­ce­go twarz bli­skiej osoby. Oszo­ło­mio­na Ursa sły­sza­ła wrza­ski Tuka, groź­ny syk Sha, dzi­kie kwiki Peg. Ze­sztyw­nia­ła, gdy dło­nie Gasa ob­ję­ły twarz, a kciu­ki od­na­la­zły oczy Ursy. Za­wy­ła i chwy­ci­ła zimne, śli­skie nad­garst­ki oży­wień­ca. Wy­peł­nił ją ból, ja­kie­go jesz­cze nie czuła, gdy kciu­ki za­czę­ły wpy­chać się w oczo­do­ły. W jed­nej chwi­li po­ję­ła, że nie po­wstrzy­ma Gasa, pu­ści­ła lewą rękę trupa. Palec wszedł głę­biej, roz­gnia­ta­jąc oko. Ursa za­wy­ła. Się­gnę­ła pi­sto­le­tu sy­gna­li­za­cyj­ne­go, wy­ma­cał spust. Flara ode­rwa­ła Gasa od Ursy. Trup prze­le­ciał pół metra w po­wie­trzu, nim upadł na zie­mię. Nad­zor­czy­ni zła­pa­ła za krwa­wią­cy oczo­dół i wrza­snę­ła roz­pacz­li­wie, nim od­wa­ży­ła się otwo­rzyć drugą po­wie­kę.

Oko pie­kło, obraz w pierw­szej chwi­li był za­ma­za­ny od łez. Prze­tar­ła twarz rę­ka­wem. Zo­ba­czy­ła, jak Tuk le­wi­tu­je wśród kabli. Z ciem­nej pust­ki za­czął wy­ła­niać się kształt nie­na­tu­ral­nie wy­dłu­żo­nej czasz­ki, pod którą wid­nia­ła mała, nie­mal­że dzie­cię­ca twarz Wę­drow­ca. Białe wy­łu­pia­ste oczy lśni­ły w mroku, a wy­dę­te, sine usta wy­krzy­wiał zły uśmiech. Ciało Tuka za­dy­go­ta­ło, gdy Wę­dro­wiec ob­na­żył bez­zęb­ne dzią­sła, spo­mię­dzy któ­rych wy­try­snę­ła ja­skra­wa stru­ga świa­tła, za­le­wa­jąc twarz mał­po­lu­da. Czer­wo­na torba upadła na pod­ło­gę. Ursa Bez na­my­słu pod­bie­gła do niej. Jedną ręką zła­pa­ła za pasek. Nad jej głową Tuk plą­sał w ma­ka­brycz­nych kon­wul­sjach, gdy stru­mień czy­stej ener­gii wdzie­rał się w mał­po­lu­da przez otwo­ry w pysku. Ursa jedną ręką po­cią­gnę­ła torbę za pasek, drugą wciąż przy­ci­ska­jąc do krwa­wią­ce­go oczo­do­łu. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła Gasa, z ża­rzą­cym na­bo­jem w klat­ce pier­sio­wej, roz­świe­tlo­ne­go czer­wo­ną łuną sy­gna­li­za­cyj­ną.

– Nie! – wrza­snę­ła.

 Wę­dro­wiec upu­ścił ciało mał­po­lu­da, które upa­dło tuż przy Ursie.

 Świst bata prze­ciął po­wie­trze. Gas za­chwiał się i upadł na plecy. Ursa za­czę­ła biec, cią­gnąc za sobą torbę. Kable za­szu­ra­ły o pod­ło­gę, gdy Wę­dro­wiec ru­szył za nią. Gas wy­cią­gnął tru­pią rękę. Sha bły­ska­wicz­nie szrp­nę­ła bat owi­nię­ty wokół szyi Gasa, od­cią­ga­jąc ożywieńca od Ursy.  

 Kable na­prę­ży­ły się, szarp­nę­ły Wę­drow­cem. Z ciem­no­ści wy­strze­li­ło chude ramię. Dłu­gie palce mu­snę­ły skórę na gło­wie Ursy. Pod ma­syw­ną czasz­ką małą dzie­cię­cą twarz wy­krzy­wił gry­mas, po czym Wę­dro­wiec za­padł się w ciem­ność. Kable wró­ci­ły na miej­sce po­środ­ku ba­ra­ku numer dzie­więć, gdzie za­wi­sły nad cia­łem Tuka. Zwło­ki mał­po­lu­da drgnę­ły, gdy Ursa i Sha wy­bie­gły na ko­ry­tarz. Nad­zor­czy­ni osu­nę­ła się po ścia­nie, się­gnę­ła do kie­sze­ni i po­da­ła Sha klucz. Peg ob­ser­wo­wa­ła sytuację, wy­pa­tru­jąc Tuka, a gdy zamek w drzwiach się za­trza­snął, za­wy­ła prze­cią­gle.

 – Uwa­żaj! – krzyk­nę­ła nad­zor­czy­ni.

 Sha spoj­rza­ła przez ramię, w chwi­li, gdy ma­syw­ne ciel­sko Peg przy­gwoź­dzi­ło ją do sta­lo­wych drzwi. Syk­nę­ła zło­wro­go. Peg w szale zła­pa­ła za łu­sko­wa­tą szyję. Po­tęż­ne ra­ci­co­we dło­nie za­ci­snę­ły się. Ursa pa­trzy­ła, jak Sha roz­pacz­li­wie pró­bu­je, ode­rwa­ny­mi od ziemi sto­pa­mi, zna­leźć pod­par­cie.

 – Nie! – jęk­nę­ła nadzorczyni, nie­ma­ją­ca siły na krzyk. – Peg, pro­szę…!

 Oczy Sha lśni­ły chłod­ną żół­cią, cien­kie, pio­no­we źre­ni­ce utkwi­ły w świń­skim pysku. Szyja za­czę­ła się na­dy­mać, a spod łusek wy­pły­nę­ła brą­zo­wa maź, która ob­le­pi­ła ma­syw­ne palce Peg. Świ­nio­wa­ta pu­ści­ła Sha i od­sko­czy­ła, kwi­cząc. Gru­czo­ły na szyi skur­czy­ły się, a grdy­ka Sha za­fa­lo­wa­ła. Peg pró­bo­wa­ła ro­ze­trzeć maź po pod­ło­dze, gdy Sha po­de­szła do niej. Spo­mię­dzy nie­bie­skich łu­sko­wa­tych ust wy­strze­lił brą­zo­wy stru­mień. Ciecz ob­le­pi­ła pysk Peg. Nad­zor­czy­ni zo­ba­czy­ła, jak sub­stan­cja wnika w ban­daż, do­sta­je się do oczu i ust świ­nio­wa­tej. Peg rzu­ci­ła się w tył, kwi­cząc prze­raź­li­wie. Wpa­dła na drzwi, szarp­nę­ła za klam­kę i wy­bie­gła, zni­ka­jąc w ciem­no­ści. Po chwi­li za­wo­dzą­cy wi­cher za­głu­szył jej od­da­la­ją­cy się w mroku sko­wyt.

 

*

Sha ostroż­nie na­cią­ga­ła ban­daż szpo­nia­sty­mi pal­ca­mi, uwa­ża­jąc, by nie zra­nić Ursy.

– Czy Ursa bę­dzie miała siły na ry­tu­ał? Może po­win­na od­po­cząć?

 – Nie, Wę­dro­wiec ma teraz dwie ma­rio­net­ki, które może wy­ko­rzy­stać, by ze­rwać się z uwię­zi. Bez niego żni­wiar­ka nie do­star­czy wy­star­cza­ją­cej ilo­ści ener­gii. Trze­ba to zro­bić teraz.

– Sha skoń­czy­ła.

 – Dzię­ku­ję – powiedziała Ursa, odruchowo dotykając opatrzoną głowę. – Weź ten klucz i za­nieś na­rzę­dzia do po­miesz­cze­nia z mo­no­li­tem. Na­stęp­nie zrób miej­sce pod ry­tu­ał.

Sha bez słowa pod­nio­sła torbę, po czym wy­szła.

Ursa po­de­szła do lu­stra w am­bu­la­to­rium. Spoj­rza­ła na drob­ne rany po­zo­sta­wio­ne przez szczu­ro­skocz­ka, na gazę za­kry­wa­ją­cą oczo­dół, prze­wią­za­ną ban­da­żem, prze­cią­gnię­tym wokół głowy.

Gdzieś przy wej­ściu do czę­ści dla ko­lo­ni­stów roz­legł się trzask.

 Ursa wy­cią­gnę­ła am­puł­kę z mor­fi­ną, strzy­kaw­kę i scho­wa­ła do kie­sze­ni. Na bla­cie stołu ope­ra­cyj­ne­go od­na­la­zła skal­pel. Pod­nio­sła go i wy­szła na ko­ry­tarz.

Ciche po­ję­ki­wa­nie do­cho­dzi­ło z po­ko­ju Tuka. Nad­zor­czy­ni we­szła ostroż­nie i za­pa­li­ła świa­tło. Peg le­ża­ła na po­sła­niu mał­po­lu­da, dy­go­ta­ła, z jej ryja i uszu cie­kła krew. Z ran na pysku są­czy­ła się ropa, którą prze­siąkł ban­daż. Kro­ple potu spły­wa­ły z czoła na opuch­nię­te śle­pia.

 Ursa usia­dła obok Peg, która drgnę­ła za­nie­po­ko­jo­na, nie miała jed­nak sił na nic wię­cej. Nad­zor­czy­ni po­gła­ska­ła ją po skoł­tu­nio­nych ja­snych wło­sach. Świ­nio­wa­ta z tru­dem od­dy­cha­ła.

 – Spo­koj­nie, Peg, już do­brze.

Skal­pel prze­ciął tęt­ni­ce na szyi świ­nio­wa­tej. Peg pod­nio­sła łeb i kiw­nę­ła cicho. Ursa gła­dzi­ła jej włosy, aż Peg za­mknę­ła śle­pia.

 

*

Nad­zor­czy­ni usia­dła na pod­ło­dze przed mo­no­li­tem. Gład­ka, czar­na po­wierzch­nia ar­te­fak­tu ra­zi­ła oczy re­flek­sa­mi świa­tła. Ursa po­wo­li prze­su­nę­ła tłok strzy­kaw­ki. Po­czu­ła, jak ogar­nia ją błogi spo­kój. Mo­no­lit nie bu­dził już lęku, a fa­scy­na­cję, ry­tu­ał już nie prze­ra­żał – nęcił nie­zna­nym.

 Ursa pod­nio­sła dwie czar­ne świe­ce, a gdy po­czu­ła cie­pło pło­mie­ni na twa­rzy, ski­nę­ła głową. Sha po­de­szła do żni­wiar­ki i uru­cho­mi­ła ją. Ursa szep­ta­ła za­klę­cie z księ­gi Tarra – pra­sta­re słowa na­wo­łu­ją­ce bez­miar, wy­ra­zy opi­su­ją­ce nie­skoń­czo­ność świa­tów. Mó­wi­ła ję­zy­kiem Pust­ki, a Pust­ka słu­cha­ła. Nad­zor­czy­ni za­czę­ła za­pa­dać w trans. Wtedy Pust­ka prze­mó­wi­ła, za­le­wa­jąc Ursę po­to­kiem ob­ra­zów, wo­do­spa­dem barw i kształ­tów. Mo­no­lit prze­stał być ar­te­fak­tem, stał się jed­no­ścią z Ursą.

 Gład­ka po­wierzch­nia artefaktu za­czę­ła pęcz­nieć, for­mu­jąc czar­ny sto­żek, który za­padł się nagle do wnę­trza onyk­so­wej bryły. Ursa po­czu­ła, jak Pust­ka otwie­ra się przed nią, we­szła w ot­chłań. Dry­fo­wa­ła w bez­kre­sie. Wy­po­wie­dzia­ła for­mu­łę Tarra i słowa za­czę­ły nieść Ursę, wy­zna­czy­ły po­most mię­dzy nią a od­le­gły­mi świa­ta­mi.

 W mo­no­li­cie po­wsta­ły wi­rujący owal, z wnę­trza za­czę­ło wy­le­wać się nie­bie­skie świa­tło, które oto­czy­ło Ursę.

 Sha umie­ści­ła czte­ro­ca­lo­wy klucz w pa­ne­lu tuż przy prze­wo­dzie ze żni­wiar­ki. Szarp­nę­ła i kabel od­padł od ar­te­fak­tu. Nie­bie­skie świa­tło zo­sta­ło we­ssa­ne z po­wro­tem do por­ta­lu.

 Sha obe­szła mo­no­lit i sta­nę­ła przed owa­lem. Wnę­trze ja­rzy­ło się błę­ki­tem.

 – Dla­cze­go nas otru­łaś? – za­py­ta­ła nad­zor­czy­ni.

 – Tarr nie po­tra­fił ujarz­mić przej­ścia – od­po­wie­dzia­ła Sha, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od owalu. – Sha wie­dzia­ła, że Tarr nie po­zwo­li badać Ursie mo­no­li­tu. By Sha mogła uciec przed długą nocą, mu­sia­ła spra­wić, by to Ursa od­pra­wi­ła modły, by przy­zwa­ła przej­ście. Sha wie, że Ursa nie wy­ba­czy, dla­te­go Sha sama przej­dzie przez por­tal.

Nad­zor­czy­ni od­sta­wi­ła świe­ce i wsta­ła. Sha we­szła w wi­ru­ją­cy owal i znik­nę­ła w błę­ki­cie. Ursa spa­ko­wa­ła do torby to, co naj­cen­niej­sze – no­tat­ni­ki z pro­wa­dzo­nych badań oraz księ­gę Tarra. Nim po­de­szła do por­ta­lu, gdzieś z jego wnę­trza roz­legł się sy­kli­wy wrzask. Nad­zor­czy­ni pod­nio­sła czar­ne świe­ce i wy­po­wie­dzia­ła słowa sta­bi­li­zu­ją­ce por­tal.

Owal prze­stał wi­ro­wać, błę­kit de­li­kat­nie wy­cie­kał z mo­no­li­tu, roz­le­wa­jąc się po pod­ło­dze. Ursa upu­ści­ła świe­ce i we­szła w ustabilizowane przejście.

 

*

Xiv lubił przy­cho­dzić pod mo­no­lit. Czar­na bryła, choć ob­ro­śnię­ta pną­cza­mi, nie pa­so­wa­ła do buszu. Dżun­gla zda­wa­ła się to wie­dzieć i prze­zor­nie trzy­ma­ła dy­stans. Tuż przy dziw­nym ka­mie­niu nie rosło żadne drze­wo czy krzew, zwie­rzę­ta też omi­ja­ły to miej­sce, a ich ścież­ki za­wsze prze­bie­ga­ły w bez­piecz­nej od­le­gło­ści od onyk­so­wej skały. Ota­cza­ła ją je­dy­nie trawa i pnącza. Miej­sce z mo­no­li­tem było wyrwą w głu­szy two­rzą­cą ide­al­ny okrąg wokół bryły. 

Xiv lubił spo­kój pa­nu­ją­cy w tym miej­scu. Zja­dał bru­nat­ny owoc, gdy wszyst­kie od­gło­sy dżun­gli uci­chły. Gład­ka po­wierzch­nia mo­no­li­tu za­czę­ła pęcz­nieć, ukła­da­jąc się w stoż­ko­wa­ty kształt. Pod na­po­rem po­ru­sza­ją­cej się struk­tu­ry pną­cza pękły i opa­dły na zie­mię. Xiv na­dy­mał nie­bie­ską gar­dziel, z po­ro­wa­tej skóry wy­su­nę­ły się kolce, wark­nął ostrze­gaw­czo. Wtedy sto­żek za­padł się do wnę­trza mo­no­li­tu, two­rząc wi­ru­ją­cy owal. Z okrę­gu buch­nę­ło nie­bie­skie świa­tło. Xiv zo­ba­czył wy­ła­nia­ją­cą się z bryły po­stać, po­zba­wio­ną opie­rze­nia, futra, nawet łusek – roz­ło­żył skrzy­dła o żół­to-po­ma­rań­czo­wych pió­rach i wzbił się w po­wie­trze, ucie­ka­jąc w po­pło­chu. Ursa ob­ser­wo­wa­ła, jak znika w za­ro­ślach, za nią po­wierzch­nia mo­no­li­tu znów stała się jed­no­li­cie gład­ka.

 

Koniec

 

Kliknij aby rozwinąć

 

 

Nieodpowiednie pytanie

Kliknij aby rozwinąć

Janina usłyszała dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach, zerknęła na stół z przygotowaną kolacją i ruszyła do przedpokoju.

Marek wszedł do mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie przekręcił zamka, zauważyła z irytacją.

– A, jesteś, kochanie – powiedział i odwiesił kurtkę na ubraniu Kubusia.

– Co za okropny dzień – powiedział, ściągając buty bez rozwiązywania.

Janina minęła męża w przedpokoju. Przewiesiła nakrycie na pusty wieszak.

– Fabian, ten skurczybyk, wyobraź sobie, nie przysłał mi sprawozdania. – Marek przeszedł do kuchni, gdy ona odstawiła buty na wycieraczkę. Podniosła kapcie i ruszyła za mężem.

– Co on sobie wyobraża? – Otworzył lodówkę i wyciągnął karton mleka.

Janina podsunęła mu papucie.

– Dziękuję, kochanie. Nie zostawię tak tego, w poniedziałek z samego rana wyślę maila do kierownika, mam dość jego niekompetencji, arogancki dupek. – Wsunął stopy w kapcie. Odkręcił nakrętkę i napił się wprost z kartonu.

Janina podeszła do szafki, wyciągnęła szklankę i postawiła na blacie obok męża.

– Fabian, co to jest w ogóle za imię? – zapytał, opierając się o otwarte drzwi lodówki.

Otworzyła usta, by powiedzieć o szklance, jednak Marek zakręcił już karton i odstawił.

– Przepraszam za spóźnienie, ale korek był jak jasna cholera.

“Przeprasza lodówkę?” – pomyślała. Patrzyła, jak zagląda do środka.

– Niektórzy nigdy nie powinni mieć prawa jazdy. Oczywiście młoda panienka, w toyocie kupionej za pieniądze tatusia, spowodowała kolizję.

Janina schowała szklankę z powrotem do szafki. 

– Trajkotała przez telefon, pewnie musiała dokończyć rozmowę, którą przerwała jej stłuczka. O czym ci ludzie rozmawiają? Wszyscy nic nie robią, tylko gadają, albo gapią się w ekran. – Mąż wziął wdech po przemowie. 

Janina wyciągnęła palec w stronę lodówki, Marek jednak już przymknął drzwi i oparł się o nie plecami.

– W radiu wspominali, że znowu podskoczą ceny – powiedział zrezygnowany.

Opuściła rękę, chciała zaproponować, by przeszli do salonu i usiedli do kolacji, ale widok zbyt długo otwartej lodówki kompletnie ją rozproszył. Zrezygnowała, odsunęła krzesło i usiadła przy kuchennym stole.

– Co oni w tym rządzie wyprawiają? Zabierają ci pół wypłaty co miesiąc, opodatkowane jest wszystko włącznie z pieprzonym powietrzem nad morzem, a gdy nadchodzi kryzys, to potrafią tylko gadać w kółko – a to o wojnie na Ukrainie, a to o epidemii albo zasłaniają się opozycją.

Janina oparła rękę o blat stołu i patrzyła, jak usta Marka nieustannie się poruszają.

“Ma popękane wargi” – przeszło jej przez myśl. – “Prosiłam, by ich nie oblizywał. Czemu on zawsze je ślini?”

– Zresztą, jedni i drudzy są siebie warci. Tylko pytam się, gdzie są te pieniądze? Na co oni je wydają? Przecież, gdyby Frąckowiak tak zarządzał swoją firmą, jak oni państwem, to już dawno musiałbym szukać nowej roboty.

“Ma takie dwa włoski na czubku ucha” – zauważyła. – “Czemu ich nie ściął, wyglądają nie tylko kretyńsko, ale i obleśnie.

– Swoją drogą, a propos złego zarządzania wiesz, co mój kochany szef wymyślił?

“To na pewno będzie coś ważnego” – pomyślała. – “Bo opluł sobie wargę, jak dziecko, gdy się podnieci”.

– Mam przejąć obowiązki Bogusia – ciągnął dalej – wyobrażasz sobie?

Patrzyła, jak Marek wsadza sobie mały palec lewej dłoni do ucha i obraca nim.

– Przecież ja ledwie się uwijam ze swoją robotą. I co mnie interesuje, że jest na zwolnieniu? Gdyby Frąckowiak zatrudnił jeszcze dwie osoby, nie byłoby sprawy, ale nie, lepiej jest wcisnąć dodatkową robotę Mareczkowi. A na pewno taniej.

“Ostatnio śmierdzi mu z ust” – przypomniała sobie. – “Chyba muszę mu o tym powiedzieć”. Janina wstała i podeszła do zlewu by umyć kubek po mące.

– Gdzie Kuba?

Odwróciła się, by odpowiedzieć ale mąż ją uprzedził:

– Pewnie u Marcina.

Uśmiechnęła się i przytaknęła.

– Jutro wychodzę, dostałem wiadomość od Głuszyńskiego, pamiętasz go? Kolega z liceum, mamy spotkanie klasowe po latach. Ciekawe, co słychać u tych wariatów.

Janina zakręciła wodę i odstawiła kubek obok naczyń. Spostrzegła, że jeden z widelców ma plamę, podniosła go ostrożnie i przyjrzała mu się. “Przecież go myłam” – ta myśl nie dwała jej spokoju. Nie znosiła niedomytych naczyń, a w szczególności sztućców.

– Głuszyński był niesamowity, naprawdę zabawny facet, ciekawe, czy nadal ma w sobie tę iskrę, wiesz, czy się nie zestarzał.

“Przecież szorowałam ten widelec, skąd ta cholerna plama?” 

– Posłuchaj, a może coś zamówimy?

Janina odwróciła się do uśmiechniętego głupkowato męża, podeszła i wrzasnęła mu w twarz:

– Zrobiłam pierdoloną kolację!

Wzięła zamach i wbiła mu widelec w oko, po sam uchwyt. Marek zrobił lekko zdziwioną minę, oparł się o drzwi lodówki, po czym osunął martwy na podłogę.

*

W jadalni panowała cisza, przerywana monologiem Janiny:

– Rozmawiałam z Agatką. – Uśmiechnęła się do Marka. – Znowu ma problemy z mężem. Wspominałam ci, że jest alkoholikiem? Nie wiem, jak ona z nim wytrzymuje. Już tyle razy jej mówiłam „kochana szanuj się, zasługujesz na coś lepszego”. Jola też jej to powtarza, ale do Agatki nic nie trafia. Wiesz, czasami sobie myślę, że ona lubi cierpieć. A, i rozmawiałam z wychowawczynią Kuby, podobno świetnie mu poszło, na olimpiadzie z matematyki, wyobrażasz sobie?

Janina nabiła na widelec kawałek kurczaka, następnie nieco sałatki. Otworzyła usta, jednak zatrzymała się w pół drogi i spojrzała na męża siedzącego na krześle, po drugiej stronie stołu i zapytała:

– Jak ci smakuje kochanie?

Marek spoglądał na nią jednym okiem i milczał – jego twarz zdążyła nabrać sinej, pośmiertnej barwy.

Koniec

 

 

?

Kliknij aby rozwinąć

?

 

?

Kliknij aby rozwinąć

?

 

?

Kliknij aby rozwinąć

?

 

?

Kliknij aby rozwinąć

?

 

Po lekturze

Porozmawiajmy o historii

Jeśli któraś z moich historii wywołała w Tobie emocje, skłoniła do refleksji lub pozostawiła więcej pytań niż odpowiedzi, zostaw komentarz.