Opowiadania
Każde opowiadanie jest podróżą w nieznane, gdzie granica między rzeczywistością a koszmarem zaciera się z każdym kolejnym akapitem. Nie wszystkie historie potrzebują setek stron, by pozostawić po sobie ślad. Czasem wystarczy zaledwie kilka, by utonąć w fabule.
Historie
Zatrzymaj się na chwilę i zanurz w jedną z moich historii.
Operacja "Wilczyca"
O Panie Boże, Ojcze nasz, w opiece swej nas miej, harcerskich serc
Ty drgania znasz, nam pomóc zawsze chciej, wszak
Ciebie i Ojczyznę miłując chcemy żyć.
Gdzie jesteście? – ja Wilczur wołam.
Gdzie jesteście? – idę po was!
Lao Che „Przebicie do Śródmieścia”
To NIEm(c)y
25.04.1944 r. 5:45
Joanna obróciła się na prawy bok. Pod kołdrą odnalazła dłonią tors Hermana.
– Śpisz? – zapytała.
Gdy nie zareagował, dla pewności pocałowała go w policzek. Wciąż pachniał koniakiem, którego wypił zdecydowanie za dużo przy kolacji. Ostrożnie wyszła z łóżka. Pozbierała bieliznę, podniosła sukienkę i włożyła do torebki. Ruszyła do gabinetu. Odsunęła dywan, wyciągnęła poluzowaną klepkę parkietu. Chwyciła pokrętło zamka od sejfu i ustawiła podpatrzoną od Hermana kombinację. Otworzyła metalowe drzwiczki.
– Helmut.
Z sypialni usłyszała głos kochanka. Spojrzała w stronę uchylonych drzwi gabinetu.
– Słucham – odezwał się lokaj.
– Poproszę o śniadanie. Jajka, kawę i chleb z masłem, jeśli łaska – powiedział Herman.
– Oczywiście.
– A i jeszcze jedno…Wieczorem towarzyszyła mi pewna dama…
– Wyszła o szóstej, prosiła przekazać, że ma próbę w teatrze – wyjaśnił lokaj.
– Ach tak? Możliwe, że coś wspominała – przyznał Herman.
Joanna wyciągnęła dokumenty. Zatarła ślady i na palcach udała się do drzwi wyjściowych. W przedpokoju stał Helmut. Podeszła bez słowa, a on pomógł jej włożyć płaszcz, odwracając wzrok od nagiego ciała.
– Powiedz Rosomakowi, że zrobiłem, o co prosił – powiedział szeptem. – Moja żona będzie bezpieczna?
Dziewczyna wyciągnęła spod płaszcza długie jasne włosy, przyglądając się lokajowi bez słowa. Jej niebieskie, zimne oczy nie wyrażały nic.
– Proszę – dodał łamiącym się głosem.
Joanna wyszła bez słowa.
29.04.1944 r. 16:05
W budynku Służby Bezpieczeństwa na alei Szucha 25 w Warszawie rozbrzmiewał miarowy krok Obersturmbannführera Paula Waltera. Nieliczne osoby, które mijał na korytarzu, zamierały zaskoczone widokiem maszerującej obok podpułkownika dziewczyny. Miała nie więcej niż szesnaście lat. Kroki stawiała na równi z esesmanem. Szła wyprostowana, ze wzrokiem skierowanym przed siebie. To, co szokowało najbardziej, to gwiazda Dawida na ramieniu dziewczyny.
Paul zatrzymał się przy pokoju siedemdziesiątym ósmym. Spojrzał na dziewczynę. Stała posłusznie niczym pies u pańskiej nogi. Walter uśmiechnął się i otworzył drzwi.
W pomieszczeniu było dwóch oficerów śledczych – SS i Wehrmachtu. Ten drugi opierał się o ścianę, patrzył w ziemię, paląc papierosa. Na środku pokoju stało przyśrubowane do podłogi krzesło. Przykuty do niego mężczyzna bełkotał. Z twarzy Helmuta pozostało już niewiele. Łysiejący esesman w koszuli z podwiniętymi rękawami i zakrwawionymi pięściami pierwszy spostrzegł Waltera. Obaj oficerowie stanęli na baczność i zasalutowali.
– Heil Hitler – odpowiedział Walter.
Ten z papierosem spojrzał na dziewczynę stojącą przed progiem.
– Ona nie wchodzi? – zapytał.
– Pan musi być Herman Keling – zwrócił się do niego Walter. – Poproszono mnie, bym poinformował pana o przeniesieniu na front wschodni. Gratulacje, będzie pan się mógł przysłużyć Rzeszy, Keling. Może pan iść się pakować.
Herman bez słowa opuścił papierosa na ziemię i wyszedł.
Walter gwizdnął, wtedy dziewczyna weszła do pomieszczenia. Zamknęła za sobą drzwi i stanęła obok podpułkownika.
– Dobrze – zagaił Walter. – Co my tu mamy?
– To kamerdyner Kelinga, pracujemy nad nim, jednak w kółko powtarza tylko imię żony – zameldował łysiejący oficer.
– Stańcie za mną.
Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie. Obersturmbannführer wyciągnął z kieszeni płaszcza saszetkę i pomału zaczął rozsuwać zamek.
– Dobrze, już dobrze – powiedział Paul lekko zirytowany, gdy Helmut bełkotał, plując krwią. – Zajmiemy się twoją żoną, obiecuję, lecz teraz interesuje nas inna pani, kobieta o imieniu Joanna. I ty mi o niej opowiesz.
Helmut zdawał się nie słyszeć słów esesmana.
– Dobrze, jak chcesz – ciągnął Walter, wyciągając strzykawkę z saszetki. – Zatem pozwól, że przedstawię ci moją żydowską towarzyszkę.
Podpułkownik wbił igłę w szyję dziewczyny i nacisnął tłok.
Na Szucha 25 pracownicy Służb Bezpieczeństwa byli przyzwyczajeni do krzyków, lecz tego dnia żaden nie przeszedł obojętnie obok pokoju siedemdziesiąt osiem.
30.04.1944 r. 19:40
Walter stał na skraju polany. Obok niego Eli wbiła wzrok w pogrążający się w ciemności sprowadzanej przez zachodzące kwietniowe słońce las. Paul poprawił kołnierz płaszcza i spojrzał na podopieczną. Wyglądała mizernie. Wiedział, że specyfik Klausa Feigego sieje spustoszenie w organizmie młodej Żydówki. Zanotował w pamięci, że musi zdać doktorowi szczegółowy raport i poinformować Feigego jak zabójcza dla obiektu badań jest mikstura oraz poprosić o nowe dziecko. Westchnął, wyszkolenie Eli zajęło mu cztery lata. Wątpił, czy da się ten proces przyspieszyć. Ilu jeszcze Żydów zdrowie pozwoli mu wyszkolić? Dwóch, może trzech. Wyciągnął z kieszeni szalik, stanął przed Eli i delikatnie zawiązał go na szyi dziewczyny. Następnie wstrzyknął jej w kark mieszankę opracowaną przez Feigego.
Bez słowa ruszył do samochodu. Usiadł na miejscu pasażera i chwilę przyglądał się wraz z oficerem śledczym, jak dziewczyna znika między drzewami.
– To na pewno szalik tej Joanny? – zapytał Paul.
– Tak – potwierdził śledczy, nerwowo przełykając ślinę.
Nie doszedł jeszcze do siebie po przesłuchaniu. Walter spojrzał na niego z ukosa i zapytał:
– Jak się panu podobała mała Eli podczas pracy?
– Gdyby Helmut nie zaczął mówić, nie byłoby szans na kolejne przesłuchanie.
– Kiedy Eli się zabierze do pracy, to każdy zaczyna mówić – powiedział Obersturmbannführer.
– Co teraz? – zapytał śledczy.
– Czekamy.
30.04.1944 r. 20:01
Joanna miała już dość chaty w środku lasu, męskiego stroju i partyzantów. Od dwóch dni się nie myła, a potrzeby załatwiała w lesie. Noce zaś zmuszona była spędzać z pięcioma brudnymi facetami. Na początku imponowało jej, jak mężnie partyzanci znosili trudy życia w głuszy. Teraz jednak miała ich już dość i odliczała godziny do świtu. Gdy pojawi się samolot, wsiądzie do niego i zostawi za sobą Polskę, wojnę i życie w ciągłym strachu. Splotła przetłuszczone włosy w warkocz i zapaliła papierosa.
– Czytałaś te dokumenty? – zapytał niespodziewanie Rosomak, przywódca grupy, zapalając świeczki na stole.
– Nauczono mnie, że na przesłuchaniu nie powiesz tego, czego nie wiesz – odpowiedziała, opierając się na krześle i zakładając nogę na nogę.
– Słusznie – zgodził się Maciuś, dziewiętnastoletni partyzant, który od kiedy się pojawiła, robił do niej maślane oczy.
– Czy ty aby nie miałeś iść na patrol z Hanysem? – Rosomak spojrzał na niego groźnie.
– Już idę.
Joanna odprowadziła młodzika wzrokiem.
Rosomak był wysoki i dobrze zbudowany, podobno pseudonim wziął się od tego, jak zajadle poczynał sobie podczas starć. On też się w niej podkochiwał, tak samo, jak Stefan i Józef. Schlebiało jej to, przynajmniej na początku, aż w końcu zaczęło męczyć. Wiedziała, że od miesięcy ukrywają się w lasach i byli zwyczajnie spragnieni kobiety, a tu do ich chatki trafia gwiazda teatru. Nic dziwnego, że jeden po drugim stracili dla niej głowę. No może poza Ślązakiem. Widać nie była w guście Hanysa.
– Dobrze, że nad ranem będzie już po wszystkim – powiedział Rosomak, gdy zostali sami. – Rozpraszasz chłopaków.
– A ciebie nie? – zapytała, uśmiechając się zalotnie.
Nie miała pojęcia, czemu to zrobiła, nie chciała go zdenerwować, może po prostu zadziałały stare nawyki. W końcu to uwodzeniem się zajmowała. Patrzył na nią chwilę, ale nic nie powiedział – wyszedł bez słowa.
Stefan i Józef grali w karty, siedząc na pieńkach, a trzeciego używali jako stolika. Maciuś rozmawiał Hanysem.
– Koniec tego rżnięcia w karty – powiedział dowódca. – Pilnujcie naszej gwiazdy, a ja sprawdzę miejsce odbioru.
– I tak już prawie nic nie widać – powiedział Józef.
– Cholera, a karta zaczęła mi iść – zirytował się Stefan.
– Chodź, popatrzymy sobie na Joannę, trzeba zapamiętać ten widok. – Józef zebrał karty do kaszkietu.
– Jak mruży te swoje niebieskie oczęta – dodał Stefan.
Rosomak już ich nie słuchał, zabrał Błyskawicę i ruszył przez las.
30.04.1944 r. 20:35
– Hanys, a czemu Joanna ci się nie podoba? – zapytał Maciuś, gdy wędrowali między drzewami.
– A co tu się może podobać? – Ślązak zapalił papierosa.
– No jak to? Nie widzisz, jaka jest piękna? – Maciuś był niemal urażony pytaniem towarzysza.
– Posłuchaj. – Westchnął Hanys. – Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz, że takie kobiety jak ona ciągle stroją fochy, są kłótliwe i nie zagonisz takiej do roboty nawet pasem. Co mi po pięknych nogach i delikatnych dłoniach, gdy wrócę z szychty głodny, a na stole nie będzie obiadu? A poza tym, ma za mały tyłek.
Maciuś podniósł szyszkę i powiedział:
– Ta szyszka ma w sobie więcej romantyzmu niż ty kiedykolwiek będziesz miał.
Eli przemknęła bezszelestnie i w przelocie chlasnęła młodego partyzanta. Hanys cofnął się, widząc jak pozbawiony futra stwór o wilczym pysku wyłonił się z ciemności i jednym szybkim uderzeniem szponiastej łapy zamienił szyję Maciusia w krwawą miazgę. Chłopak nie wydał najmniejszego dźwięku i z szeroko rozwartymi oczyma opadł na ściółkę. Ślązak oparł się o drzewo, całkowicie sparaliżowany strachem. Potwór się zbliżył, idąc to na czterech, to na dwóch łapach. Gdy Hanys poczuł jego oddech, zakrył rękoma twarz i wrzasnął:
– Nein!!!
Stał tak, dygocząc. Serce waliło mu w piersi, a śmierć wciąż nie nadchodziła. W końcu zebrał się na odwagę i spojrzał. Był sam.
Stefan wstał z krzesła, dźwigając zdobycznego STG 44.
– Co to było? – zapytał.
– Hanys? – Józef stanął przy oknie. – Nic nie widać. Sprawdzę to.
Stefan przytaknął. Joanna złapała torbę z dokumentami, przeszła przez pokój i stanęła za jego plecami. Józef uniósł wtedy mauzera, podszedł do drzwi i otworzył je ostrożnie. Wyjrzał, a po chwili zniknął w ciemności. Joanna zacisnęła dłoń na ramieniu Stefana, gdy dojrzała przez uchylone drzwi, jak coś przemknęło w mroku nocy.
– Co się stało? – zapytał partyzant.
Zza jego pleców wskazała na krew, która pojawiła się na drzwiach i progu.
– Józef!? – zawołał Stefan.
Na zewnątrz panowała głucha cisza.
– Józef? – powtórzył.
Las przeszyło przeciągłe wycie, tak przeraźliwe i głośne, że szyby w chacie zadrżały, a ukryci wewnątrz partyzanci zatkali uszy rękoma. Do środka nagle wpadła jakaś kreatura i nim zdążył unieść karabin, rzuciła się na Stefana. Powaliła go na ziemię i zatopiła kły w jego twarzy. Zdążył wrzasnąć, zanim zmiażdżyła mu głowę.
Joanna zamarła. Gdy stwór podniósł okrwawiony łeb, na jego szyi dojrzała szalik, ten sam, który zostawiła u Hermana. Potwór obrócił się błyskawicznie. Do chaty wpadł Rosomak z uniesioną Błyskawicą. Ale zamiast nacisnąć spust, krzyknął w stronę Joanny:
– Uciekaj!
Kreatura rzuciła się na niego. Przygniotła go do ziemi. Rosomak uniósł broń i zdążył wepchnąć kolbę karabinu pod pysk potwora, nim ten sięgnął jego gardła. Joanna chwyciła krzesło i cisnęła nim przez okno. Wyskoczyła na zewnątrz, kalecząc ręce i nogi odłamkami szkła. Biegła na oślep, co chwilę wpadając na gałęzie. Gdy zahaczyła w końcu o leżącą na ziemi grubszą gałąź, Joanna runęła na ziemię. Oprzytomniała, obróciła się na plecy. W jej stronę pędził potwór. Mknął przez las niczym wiatr, nie wydając przy tym najmniejszego nawet szelestu. Joanna sięgnęła do torby w poszukiwaniu pistoletu, choć wiedziała, że nie zdąży wyciągnąć go na czas. Las przeszyła krótka komenda:
– Halt!
Eli stanęła o metr od ofiary i obróciła się, Joanna zareagowała błyskawicznie, wyszarpnęła Walthera i wystrzeliła dwa razy, trafiając w pysk i gardło. Stwór jęknął krótko i padł na ziemię. Zza drzew wyłonił się Ślązak. Podszedł do Joanny i pomógł jej wstać. Razem stanęli nad kreaturą. Jej twarz była zdeformowana, część należała do dziewczyny, a część do wilka, podobnie jak reszta nagiego ciała.
– Widzisz to, co ja? – zapytała Joanna.
– Chryste Panie. –Hanys się przeżegnał. – Spójrz, jeszcze dycha.
– Coś mówi. To niemiecki?
– Nie, jidysz.
– Rozumiesz coś z tego?
Ślązak nachylił się ostrożnie nad dziewczyną.
– Mówi, „przepraszam” i „to nie my”. – Wyprostował się. – Nie możemy jej tak zostawić.
Joanna wymierzyła broń w głowę Eli i pociągnęła za spust.
– Skąd wiedziałeś, że zareaguje na komendę? – zapytała.
– Nie wiedziałem. – Hanys uśmiechnął się blado.
Przytulając wroga
31.07.1944 r. 18:15
– Tak, Klaus Feige przy telefonie… – Spojrzał w lustro, upewniając się, że smoking dobrze leży. – Miło cię słyszeć, Werner. Nie, dzisiaj nie pracuję. – Wyciągnął i zapalił papierosa. – Nie wygłupiaj się, ja też muszę czasem odpocząć, a wiesz, jest ku temu okazja. Wyobraź sobie, że jestem umówiony na kolację. – Pogładził kciukiem wąsik i roześmiał się do słuchawki. – Nie, Werner. To piękna niebieskooka blondynka.
31.07.1944 r. 07:00
Joanna usłyszała pukanie, wzięła pistolet ze stołu i podeszła do drzwi.
– Kto tam?.
– Hanys.
Wpuściła go do mieszkania. Wróciła do stolika i papierosa w popielniczce.
– Wersal to to niej jest – powiedział Ślązak, rozglądając się po pokoju z łóżkiem polowym, schowaną za przepierzeniem małą kuchnią i oknem z widokiem na podwórze.
– Mam tu wszystko, czego mi trzeba – powiedziała, zaciągając się. Walthera położyła na udzie.
– Wkrótce i to będą luksusy. – Ślązak podszedł do okna i oparł się o parapet. Popatrzyła na niego, mrużąc oczy. Wyglądał inaczej niż w dniu, kiedy przyprowadził ją do miasta. Ogolony, w czystej koszuli i brązowej marynarce prezentował się całkiem dobrze. Strój podkreślał mięśnie, które wypracował jako górnik jeszcze przed wojną.
– Londyn twierdzi, że nie ma zgody na powstanie – powiedziała.
– Tu nie Anglia, chłopcy palą się do walki, dowództwo też jest zdecydowane. Za chwilę pojawią się czerwoni, do tego czasu zgotujemy frycom piekło.
– Kiedy? – Joanna zgasiła papierosa.
– Czekamy już tylko na rozkaz. A jak ci idzie z doktorem? – zapytał.
– Jest ostrożny, spotykamy się tylko w miejscach publicznych, unika tematu badań.
– Cokolwiek planujesz, pośpiesz się, bo nadchodzi kres dla brunatnych. – Hanys ściągnął beret i przeczesał palcami rzadkie włosy.
– Nie byłabym taka pewna, czy wiara w zwycięstwo wystarczy do pokonania regularnej armii.
– Powstanie nie jest ci na rękę, co? – Hanys ziewnął przeciągle. – Ale wiedziałaś, że może wybuchnąć.
– Brałam to pod uwagę.
– To, czemu nie wsiadłaś do samolotu wtedy, tam w lesie?
– Bo nie lubię niedokończonych spraw. Poza tym, za te dokumenty, które zdobyłam, czekałoby mnie w Anglii co najwyżej mieszkanie gdzieś na prowincji. Po tym, co zdobędę od Feigego, już nigdy nie będę musiała martwić się o pieniądze.
– Więc dajesz dupy faszystom dla pieniędzy? – Hanys wbił w nią wzrok.
Nie podobało jej się to spojrzenie, jak i kolba pistoletu wystająca spod marynarki.
– Nie ma nic złego w pragmatyzmie – odpowiedziała chłodno.
– A co z patriotyzmem?
– Wypłynie na ulice Warszawy wraz z krwią powstańców, ale ty jesteś za głupi, żeby to zrozumieć.
– Uważaj, Joanno, nie wszyscy w AK podzielają pogląd Anglików co do twoich zasług. Są tacy, którzy widzą w tobie niemiecką kolaborantkę – powiedział to niemal niedbale, jakby ta informacja nic nie znaczyła.
– Ty też tak uważasz, Hanys? – Joanna położyła dłoń na Waltherze.
– Nie, ja jestem za głupi, by mieć swoje zdanie. – Przeszedł przez pokój i otworzył drzwi mieszkania. – Nadaję się tylko do tego, by przelewać krew, tam na ulicach.
– Hanys – powiedziała, nim wyszedł. Zatrzymał się w drzwiach. – Dziękuję za informacje i ostrzeżenie.
– Pośpiesz się, niedługo nie będziesz tu miała przyjaciół po żadnej ze stron.
31.07.1944 r. 19:45
Klaus Feige jak zwykle wyglądał nienagannie. W garniturze, starannie uczesany, z przystrzyżonym wąsem. Restauracja świeciła pustkami mimo sobotniego wieczoru, w całej Warszawie czuć było, że coś wisi nad miastem. Niemiec nie dostrzegał tego, popijał szampana i patrzył na bawiącą się perłowym naszyjnikiem Joannę w kremowej sukni.
– O czym myślisz? – zapytała.
– O tobie. – Uśmiechnął się.
– Odkąd zaczęliśmy się spotykać, też nie potrafię myśleć o niczym innym, prócz ciebie. Wstaję rano i zastanawiam się, czy mój doktor dziś zadzwoni, a może skaże mnie na tęsknotę.
– Powiedz, Joanno, tylko proszę cię szczerze. Co ci się podoba w takim mężczyźnie jak ja?
– Co masz na myśli, Klaus? – Dała sobie trochę czasu na przygotowanie odpowiedzi.
– Nie jestem już młody, a ty… Ty jesteś taka piękna, nie mogę pojąć, czym sobie zasłużyłem na ciebie.
Joanna wiedziała, że od jej odpowiedzi zależy wszystko.
– Oczywiście, że są młodsi, nawet przystojniejsi niż ty. – Uśmiechnęła się, Klaus odwzajemnił uśmiech, choć dojrzała w jego oczach napięcie. – Jednak już dawno stwierdziłam, że najbardziej podniecający w mężczyznach jest ich umysł, a twój, mój kochany, jest niezwykły. Jesteś najmądrzejszą osobą, jaką znam i pragnę poznać wszystkie sekrety, które się tu kryją. – Wyciągnęła rękę przez stolik i palcem wskazującym dotknęła jego czoła. Klaus złapał delikatnie jej dłoń, nachylił się i pocałował ją.
Po kolacji pojechali do jego mieszkania. Na ulicach, oprócz patroli, nie było nikogo, Warszawa wyglądała jak miasto duchów. Ostatni lipcowy wieczór był ciepły, a noc gwiaździsta. Gdy Klaus prowadził auto, położyła mu na udzie dłoń, nie odepchnął jej. Teraz już miała pewność.
Leżeli nago na kołdrze, przy otwartych oknach.
– Jedź ze mną do Berlina – powiedział doktor.
– Klaus? Nie wiem, co powiedzieć.
– Powiedz, że pojedziesz. Joanno, nie wyobrażam sobie opuszczenia Warszawy bez ciebie.
– A co z twoją pracą?
– Tu już skończyłem, laboratorium zostało zniszczone, by nie wpadło w ręce Rosjan. Wszystko, co opracowałem mam przy sobie. Posłuchaj, Armia Czerwona niedługo będzie w stolicy, rozpoczną się walki. Musisz zrozumieć, że nie będziesz tu bezpieczna. Jutro wylatuję i chcę, żebyś leciała ze mną.
– A moje rzeczy, mieszkanie?
– Taka piękna istota jak ty nie potrzebuje ubrań, zresztą kupię ci w Niemczech, co zechcesz, a zamieszkasz, oczywiście, ze mną.
Położyła się na nim i pocałowała, długo i namiętnie.
– To znaczy, że się zgadzasz?
– Oczywiście, kochany – powiedziała, a po jej policzku pociekła łza. Klaus otarł ją kciukiem.
– Zaraz wrócę. – Joanna wstała z łóżka. – Przynieść ci coś z kuchni?
– Może szampana? – zaproponował.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Klaus Feige leżał z zamkniętymi oczyma, szczęśliwy tak jak nigdy dotąd. Usłyszał jej kroki, gdy podeszła do łóżka i usiadła na jego skraju. Nie zobaczył, jak podnosi poduszkę i przykłada do niej lufę Walthera.
Ludzie, Polacy i Żydzi
30.09.1944 r. 21:01
Izaak chwycił Joannę za rękę, podniósł z materaca i pociągnął przez piwnicę na zewnątrz. Rozbudzona nagle nie opierała się, jednak nie zapomniała zabrać torby z dziennikiem Feigego i próbkami.
– Co się dzieje? – zapytała, gdy stanęli pod ścianą domu.
– Powstanie upadło, broni się już tylko Śródmieście, ale ich los jest przesądzony, musimy uciekać.
– Dobrze – powiedziała.
Joanna spóźniła się ze wszystkim. Na znalezienie dziennika Feigego zmarnowała resztę nocy i kolejny dzień, nim odkryła schowek. Walki wybuchły niespodziewanie, odcinając ją od mieszkania i radiostacji, więc nie mogła poinformować Anglików o powodzeniu misji. Gdy dotarła do Starego Miasta, człowiek, który mógł pomóc jej opuścić Warszawę, zdążył się już ewakuować.
Izaak był zbiegiem z getta, który znalazł ją w jednym z mieszkań kamienicy, gdzie sam się schronił. Gdy otworzył drzwi, zobaczył Joannę stojącą nad trupem powstańca, którego zastrzeliła po tym, jak rozpoznał ją jako kolaborantkę. Przez dwa miesiące walki, gdy pomagał jej przetrwać ani razu nie wspomniał, czemu nie wydał jej wtedy AK. Podejrzewała, że może już dawno przestał ufać którejkolwiek ze stron, a może zwyczajnie pragnął bliskości drugiego człowieka. Nie zdążyła go o to zapytać.
Przemknęli między budynkami pod osłoną nocy, minęli płonącą kamienicę i stanęli przed ulicą. Izaak rozejrzał się, następnie dał znak Joannie i ruszyli na otwartą przestrzeń. W oddali trwała wymiana ognia. Pomogła mu podnieść właz, gdy podważył go stalowym prętem. Złapał ją za ręce i opuścił na dół. Wpadła wprost do ścieku po same kolana.
– Muszę go zamknąć, by Niemcy się nie zorientowali, którędy weszłaś do kanału. – Spojrzał na nią i dodał, zamykając właz: – Powodzenia.
Otoczyły ją całkowite ciemności. Ostrożnie ruszyła naprzód, powstrzymując odruch wymiotny, zakryła usta dłonią.
30.09.1944 r. 09:05
Przerażający wrzask przeszył Wolę, gdy oddziały szturmowe podpaliły kamienicę. Ludzie wyskakiwali z okien, rozbijali się o bruk. Obersturmbannführer Paul Walter wydał rozkaz, by nie dobijać tych, którzy przeżyli upadek. Od widoku wijących się w płomieniach sylwetek oderwał go posłaniec, mijający żołnierzy uzbrojonych w miotacze ognia. Paul odebrał od niego kopertę, ignorując salut. Otworzył i odczytał rozkazy. Oddział, którym dowodził, został skierowany do likwidacji powstańców uciekających kanałami na Żoliborz.
– Ci ludzie… – zaczął posłaniec, spoglądając na dymiące ciała.
– Tu nie ma ludzi, tylko Polacy i Żydzi – przerwał mu Paul.
30.09.1944 r. 22:10
– Stój Hanys. – Wojtek złapał Ślązaka za ramię.
– Co się dzieje?
– Słyszałeś?
Stali pochyleni w ciemności, wsłuchując się w panującą w kanale ciszę. Próbowali wychwycić chlupot lub rozmowę. Ulicą nad nimi przejechał jakiś pojazd.
– Nie. – Hanys wyjrzał ostrożnie zza zakrętu. Nie dostrzegł żadnego światła ani sylwetki, nic prócz ciemności. – Tam nikogo nie ma.
– Dobra, ruszaj. – Wojtek klepnął go w ramię.
Szli, podpierając się rękoma o ściany. Ściek sięgał im poniżej kolan. Ślązak kursował już trasą pod miastem podczas obrony Starego Miasta i ewakuacji do Śródmieścia, tego odcinka jednak nie znał. Wojtek zwany Wojasem twierdził, że włazem, który wybrali, dotrą na Żoliborz, jeśli nie był jeszcze zajęty przez Niemców. Planowali tam odnaleźć powstańców i kontynuować walkę lub dotrzeć do Wisły i spróbować przedostać się poza Warszawę.
– Breja – syknął Hanys.
– Widzę!
– Podnosi się.
– Wiem! Pewnie szkopy ustawiły barykadę, czekaj. – Wojas znów wstrzymał Hanysa.
Tym razem Ślązak usłyszał echo eksplozji, a potem wrzaski niosące się podziemnymi tunelami. Tak krzyczeli płonący żywcem.
– Podpalają kanał – powiedział Hanys. – To daleko?
– Nie tak, jak byśmy chcieli. Musimy się pośpieszyć.
Poziom nieczystości wzrastał, im dalej brnęli przed siebie. Minęli odnogę prowadzącą w przeciwległą stronę. Wojtek nalegał, by szli dalej prosto. Gdy ściek sięgał im po pas, dojrzeli blokadę. Dwie szyny wrzucone przez właz i zasypane gruzem, nie tylko blokowały przepływ nieczystości, ale i całkowicie uniemożliwiały przejście.
– Nie ruszymy tego bez ładunków burzących – powiedział Hanys.
– Wracamy do odnogi – zaproponował Wojas. – Znajdziemy obejście.
Teraz to on prowadził. Wkrótce poziom brei opadł, za to tunel zaczął się zmniejszać. W końcu zmuszeni byli się czołgać. Po kilkudziesięciu metrach, gdy Ślązak był już na granicy wytrzymałości, Wojtek zamarł i powiedział:
– Poczekaj, tu odnoga wpada do kanału burzowego, sprawdzę czy jest bezpiecznie.
Hanys zamarł, gdy Wojtek zniknął w ciemności. Zapanowała całkowita cisza, głuchy dźwięk wystrzałów dochodził z oddali, jakby wojna stała się bardzo odległa. Nieczystości podchodziły Hanysowi pod brodę. Nie mogąc dłużej wytrzymać w niewygodnej pozycji, ruszył do szerszego odcinka. Wyczołgał się ostrożnie i wyprostował pod ścianą. Po prawej gdzieś wyżej ponad sobą usłyszał Niemców. Nigdzie nie było Wojasa. Po lewej w oddali dojrzał płomień, malutkie światełko, które zaraz zgasło. Po chwili usłyszał dźwięk siarki drapiącej draskę i czerwony punkt wyłonił się z mroku. Z prawej znowu głosy brunatnych, a po nich stłumione wołanie:
– Hanys, zgaś, szkopy. – Gdzieś z oddali dochodził głos Wojtka.
Rozmowa ponad nim ucichła. Ognik po lewej zgasł nagle. Ślązak usłyszał dźwięk szybko odsuwanego włazu.
– Chodu, granaty! – krzyknął Wojas.
Hanys skoczył w lewo. Przebiegł ledwie parę metrów, nim eksplozja wypełniła tunel. Padł w ściek. Wynurzył się i złapał za bark, w którym utkwił odłamek. Ruszył biegiem, wiedział, że kiedy Niemcy wskoczą do kanału i otworzą ogień, w wąskim korytarzu nie zdoła się schować. Poczuł szarpnięcie, stanął. Druga ręka wyłoniła się z ciemności, pochwyciła go i wciągnęła w zaułek. Przylgnął do drobnej postaci. Rozległy się strzały. Kule uderzały o ściany kanału, wypełniając go złowieszczym świstem.
Rozpoznał twarz w ciemności. Joanna wyglądała okropnie, policzki miała zapadnięte, spękane usta. Tylko oczy, niebieskie i zimne wyglądały wciąż jak dawniej.
Patrzyli na siebie, wsłuchując się w rozmowę Niemców.
– Mam jednego.
– Powstaniec?
– Tak.
– Uważaj, może być ich więcej.
– Niech dadzą tu miotacz.
Hanys nachylił się do ucha Joanny i wyszeptał:
– Przyjdą tu.
Przesunęła torbę przewieszoną przez ramię, otworzyła ją, wyciągnęła probówkę i podała mu. Zobaczył, jak nakręca igłę na strzykawkę. W głębi tunelu ktoś wskoczył do ścieku.
– Gustaw, idź przodem z tą twoją pochodnią – powiedział któryś z Niemców.
Joanna wyciągnęła korek z probówki, włożyła igłę i naciągnęła zawartość.
Hanys obserwował, jak szpic igły przebija skórę na szyi Joanny. Dziewczyna nacisnęła tłok i substancja pomału przedostała się w głąb organizmu.
Tunel wypełnił kobiecy wrzask, Niemiec z miotaczem ognia cofnął się o krok.
– Co to było? – zapytał ktoś.
Hanys przywarł do ściany i przykucnął, widząc jak twarz Joanny deformuje się. Jej stawy zatrzeszczały wykręcone przez zachodzącą w jej wnętrzu przemianę. Coś chrupnęło w plecach, tułów wydłużył się, a ubranie zaczęło puszczać w szwach. Ręce i dłonie rozciągały się, jakby kości Joanny zaczęły żyć własnym życiem.
– Co się tam dzieje? – krzyknął ktoś z ulicy.
– Coś tam jest, Obersturmbannführer!
Padł rozkaz. Dwóch żołnierzy otworzyło ogień. Strzelali, dopóki starczyło im amunicji. Gdy przeładowywali broń, miotacz płomieni buchnął ogniem, rozświetlając pustkę ciągnącą się w głąb Warszawy.
– Tam nic nie ma – wrzasnął ten z miotaczem.
Joanna wyślizgnęła się z zaułka. Jej zmysły eksplodowały od mieszanki zapachów – ścieku, potu Niemców, strachu Ślązaka, krwi martwego powstańca. Poczuła żądzę, która wypełniła ją bez reszty, której nie mogła opanować. Chęć mordu pchnęła ją w stronę żołnierzy. Nie usłyszeli jej, gdy rozpędzona wpadła na tego z miotaczem ognia. Chlasnęła, przetrącając mu kark. Przeskoczyła nad ciałem i wbiła zęby w udo kolejnego. Szarpnęła, unosząc Niemca w powietrze. Zacisnęła szczęki – chrupnęła kość i pozbawione nogi ciało wpadło do ścieku. Trzeci zaczął uciekać. Dopadła go jednym długim susem i powaliła, zatapiając zęby w jego karku.
Hanys podniósł torbę Joanny i wyszedł z ukrycia. Potwór z zakrwawionym pyskiem stał nad trupem. W mroku niebieskie oczy błyszczały dziko. Obróciła łeb w stronę Ślązaka, gdy z ulicy dobiegł wrzask żołnierzy.
Joanna podeszła do włazu studzienki, przykucnęła i jednym długim skokiem wystrzeliła na zewnątrz. Hanys usłyszał krzyki przerażenia, strzały i skowyt umierających. Przemknął obok trupów unoszących się w ścieku, ominął krew spływającą z ulicy do kanału i pobiegł w ciemność.
01.08.1999 r. 14:35
– Gdy zginął Wojtek, resztę kanału przeszedłem sam. Wyszedłem na Żoliborzu, dzielnica była wtedy już w całości zajęta przez Niemców. Miałem szczęście i udało mi się uniknąć patroli nieprzyjaciela, dotarłem do Wisły i znalazłem łódź. Tak wydostałem się z Warszawy.
– Niesamowita historia. – Dziennikarz wyłączył dyktafon. – Ma pan jeszcze jakieś opowieści z powstania, które moglibyśmy opisać?
– Mam w pamięci wydarzenia, do których wolałbym już nigdy nie wracać. Są zbyt bolesne, tych nie opowiadam nikomu. Zresztą są tak niesamowite, że wątpię, by ktokolwiek w nie uwierzył.
Hanys zamilkł i spojrzał na półkę z książkami. A między nimi dziennik Klausa Feigego, ostatnią pamiątkę z tamtych dni.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Pani sowa
Dzwonek do drzwi oderwał Caroline od ekranu laptopa. Sięgnęła po laskę o srebrnym uchwycie w kształcie słowika i, wsparta na niej, wstała. Szurając papuciami i postukując laską, ruszyła do drzwi. Sprawdziła przez wizjer, kto ją odwiedza, choć od lat widywała jedynie dozorcę Luisa i sąsiada Denzela, zajmującego mieszkanie piętro niżej.
– Dzień dobry – przywitał się Denzel, oparty o ścianę z torbą zakupów.
– Dzień dobry, Denzel. – Uśmiechnęła się do czarnoskórego chłopaka zza uchylonych drzwi, wciąż blokowanych łańcuchem.
– Cieszę się, że jesteś ostrożna. Ale zapewniam, że większości włamywaczy na pewno nie chciałoby się wdrapywać na dziesiąte piętro.
– Nigdy nic nie wiadomo – powiedziała Caroline i ściągnęła łańcuch.
– Szczerze mówiąc – zaczął Denzel, wchodząc do mieszkania – niewielu lokatorów zdaje sobie sprawę, że na ostatnim piętrze kamienicy jest w ogóle jakieś mieszkanie.
– I bardzo dobrze, cenię sobie prywatność. Chyba bym oszalała, gdybym musiała co chwilę podchodzić do domofonu lub odganiać akwizytorów. I tak mam już dość tych, którzy do mnie wydzwaniają. – Caroline przekręciła zamki i ruszyła za gościem przez pokój do części kuchennej.
Obserwowała, jak Denzel kładzie zakupy na blacie obok kuchenki i spogląda na drzwi prowadzące na metalową platformę drogi przeciwpożarowej. Minęła go, udając, że nie widzi skrzywionej miny.
– Napijesz się herbaty? – zapytała Caroline w nadziei, że dzięki temu uniknie tematu zaimprowizowanego balkonu.
– Nie, dziękuję. Jest ciepło jak cholera, za ciepło na herbatę, ale nie pogardziłbym szklanką soku – powiedział i przeczesał gęste loki grzebieniem o długich ząbkach.
– Oczywiście – rozpromieniła się staruszka. – Mam owocowy, ten, który lubisz najbardziej.
Denzel przez ramię obserwował, jak nalewa sok do szklanki. Była drobna, o siwych, mocno już przerzedzonych włosach, zgarbiona i kulejąca po zwichnięciu biodra. Wyglądała na bezbronną i wzbudzała litość. Denzel wiedział jednak, że umysł ma bystry i bywa przebiegła. Poczekał, aż poda mu szklankę. Podziękował i wypił sok jednym tchem, następnie zapytał:
– Jak to zrobiłaś?
– No wiesz, najważniejsze to utrzymywać odpowiednią temperaturę w lodówce. Sok nie może być zbyt zimny, bo od tego zęby dzwonią, a tylko odpowiednio schłodzony – powiedziała, unikając wzrokiem karmnika i donic z kwiatami na balkonie.
– Wiesz, o co mi chodzi. – Denzel oparł się plecami o blat i zaplótł chude ręce na piersi. – Jak namówiłaś Luisa, żeby ci udostępnił platformę przeciwpożarową?
– Ach, daj spokój. – Machnęła niedbale ręką, jakby odganiała niewygodne pytanie. – Mieszkam w tej kamienicy od pięćdziesięciu siedmiu lat i nigdy nie widziałam, żeby ktoś korzystał z tej konstrukcji.
– To jedyna droga ucieczki w razie pożaru. – Spojrzał na nią z wyrzutem.
– I tak nie mogłabym z niej skorzystać.
– Ale ktoś mógłby się wspiąć i bezpiecznie cię znieść – zauważył Denzel.
– Daj spokój. W moim wieku niestraszny mi już pożar, terroryści i inne kataklizmy. Za to brakuje mi przestrzeni. Miło jest móc wyjść na świeże powietrze i odpocząć od tych czterech ścian.
Denzel spuścił głowę i pokręcił nią nieprzekonany. Współczuł staruszce, która nie wychodziła, odkąd miała wypadek, i życzył jej jak najlepiej, ale przerobienie drogi pożarowej na balkon z karmnikiem, roślinami i fotelem – zresztą ustawionym tak, by blokował dostęp do drabiny prowadzącej na niższy poziom – uważał za pomysł lekkomyślny, a nawet nieodpowiedzialny.
– A pracownicy administracji? – Nie dawał za wygraną. – Chyba nie powiesz mi, że przechodzą przez twoje mieszkanie, żeby dostać się na dach.
– Drabinka została zlikwidowana. Zajmowała miejsce na ścianie dla karmnika. Sikorki też muszą mieć swoją przestrzeń – stwierdziła z poważną miną.
– Szaleństwo.
– Luis wpuszcza ich od sieni. Zresztą wywiesił stosowną informację, że droga na dach jest dostępna od sieni z powodu złego stanu technicznego rusztowania.
– Złego stanu. – Denzel uśmiechnął się. – Raczej z powodu starszej pani, która postanowiła urządzić sobie na nim ogródek.
– Proszę cię, Denzel. Luis zgodził się na to tylko pod warunkiem, że żaden lokator nie zgłosi skargi. Tylko ty i Luis wiecie o moim oknie na świat. Proszę, nie odbieraj mi tego.
– Spokojnie, nie mam zamiaru. – Denzel spoważniał.
Chciał jeszcze zapytać, jak namówiła dozorcę na to wszystko, ale gdy spojrzał w jej zielone oczy, zrozumiał, że bijący z nich lęk, a zarazem ufność, to coś, czemu nie może się oprzeć. I nie miał już serca, by dalej ją wypytywać.
– A jak ci idzie praca nad powieścią? – zapytał i odstawił szklankę do zlewu.
– Bardzo dobrze. Powinnam skończyć redagowanie tekstu za tydzień, a to oznacza, że będzie gotowa czternaście dni przed terminem – odpowiedziała z dumą Caroline, szczęśliwa, że Denzel zszedł z tematu jej małej tajemnicy.
– Podziwiam cię. Mam trzydzieści siedem lat i już mi się nie chce pracować. Naprawdę nie wiem, skąd bierzesz tyle energii.
– Kiedyś zrozumiesz, że gdy człowiek zostaje sam na świecie, każde zajęcie jest dobre, byle tylko nie myśleć o tym. – Uniosła palec i wskazała błękitne niebo za oknem.
– Rozumiem. No nic, muszę już iść. Poczta i leki są w torbie.
– Dziękuję ci, Denzel. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
– To naprawdę drobiazg – powiedział, otwierając drzwi. – A, i jeszcze jedno. Skoro już przesiadujesz na schodach przeciwpożarowych, nie zauważyłaś może kota?
– Nie, tylko moje ptaki, które dokarmiam – zdziwiła się Caroline. – A czemu pytasz?
– Zauważyłem ostatnio na placu, od strony rusztowania, sporo zdechłych gołębi. Myślałem, że może to jakiś kot. No nic, nie przeszkadzam. Do widzenia.
– Do widzenia, Denzel. – Caroline już zaczepiła łańcuch, gdy usłyszała pukanie.
– Jeszcze jedno. – Denzel uśmiechnął się przez szparę w drzwiach. – Już dawno chciałem o to zapytać. Skoro tyle lat redagujesz książki innych ludzi, nie myślałaś o napisaniu czegoś swojego?
– Kiedyś dawno temu wydałam powieść, ale uwierz mi, stworzenie porządnego tekstu to droga przez mękę. Wolę skupić się na dopieszczeniu tekstów tych, którzy już wylali pot i łzy nad swoimi powieściami.
– Rozumiem. Można ją gdzieś dostać?
– Mam chyba jeszcze jakiś egzemplarz w domu. Za tydzień ci go przygotuję. Mnie już nie jest do niczego potrzebny.
– Dziękuję. Miłego dnia, Caroline.
Zamknęła drzwi i przekręciła zamki. Spojrzała przez wizjer, a gdy Denzel zniknął z jej piętra, wyszeptała pod nosem:
– Głupi czarnuchu. Wtykający nos w nie swoje sprawy. Prędzej przeniosę się na tamten świat, niż dam ci w brudne łapska moją książkę. – Poczłapała do biurka, na którym leżał laptop. – Na co mi przyszło na stare lata, skazana na czarnucha i meksykańca. Czy w całym Nowym Jorku nie ma już żadnych białych ludzi?
Usiadła do tekstu i założyła okulary. Odnalazła fragment, na którym skończyła.
– Kolejny grafoman. Kto czyta takie gnioty? – Poprawiła fragment powieści.
Mimo wszystko była szczęśliwa, że redakcja wciąż korzysta z jej usług i przesyła nowe teksty. Jakkolwiek kiepskie były te prace, pozwalały jej zapomnieć o zrujnowanym zdrowiu i zbliżającym się końcu życia.
***
Kończyła parzyć herbatę. Zerkała na sikorkę wnoszącą materiał do domku dla ptaków. Była dumna, że wywalczyła ten niewielki skrawek przestrzeni na zewnątrz i jak go zagospodarowała. Otworzyła drzwi i wyszła na trzeszczącą metalową platformę. Postawiła herbatę na parapecie i wróciła po laptopa. Usiadła w fotelu, rozkoszując się wiosennym wietrzykiem, brzęczeniem owadów buszujących w konwaliach, które zasadziła w czerwonych donicach, i oczywiście parą sikorek, które wybrały jej balkon na nowy dom. Chwilę przyglądała się, jak ptaki na zmianę znoszą nową wyściółkę do gniazda.
Po pracy nad redagowaniem powieści Caroline spojrzała z niechęcią na plik zatytułowany „Pani Sowa”. Zaznaczyła go kursorem, lecz nie zdołała wcisnąć klawisza „Enter”.
– Ty stara kretynko – westchnęła. – Ile lat piszesz tę powieść?
Zastanowiła się i wyszło jej, że ponad dwadzieścia.
– Tyle czasu? Nie łudź się, kochana, nic już z tego nie będzie.
Palec wskazujący zawisł nad klawiszem „Delete”. Ale tego również nie odważyła się zrobić. Choć nie zaglądała do „Pani Sowy” od dobrych sześciu miesięcy, nie chciała też zrezygnować z nadziei, że może jeszcze kiedyś dokończy drugą powieść.
Nalała herbaty do filiżanki i zajrzała do recenzji „Kolibrowego ogrodu” – pierwszej powieści, która zapewniła jej pracę w redakcji oraz utrzymanie na niezłym poziomie. Mimo że od premiery minęło czterdzieści lat, wciąż świetnie się sprzedawała.
Wyciągnęła paczkę Cameli bez filtra i zapaliła. Przeglądała stare artykuły z „The Times”, „The Washington Post”, „The Guardian” i wielu innych gazet – wszyscy oni leżeli u jej stóp. Kiedyś zdanie Caroline było w redakcji święte, a decyzje dotyczące młodych autorów zawsze słuszne.
– Niewdzięczne sukinsyny! Powinni mi postawić pomnik przed redakcją – powiedziała, wypuszczając dym przez nos.
Choć w duchu i tak była wdzięczna, że pozostawili jej redagowanie tekstów, wiedziała, że bez tego, uwięziona w mieszkaniu, już dawno skończyłaby ze sobą.
Wyrzuciła niedopałek przez barierkę i otworzyła przeglądarkę. Wpisała adres www.innywymiar.com i zalogowała się do konta. Pod nickiem Pani Sowa sprawdziła posty z opowiadań, które ostatnio oceniała. Portal literacki dla raczkujących pisarzy był jej ostatnim przyczółkiem wielkości. Weterani portalu doskonale wiedzieli, kto kryje się pod nickiem Pani Sowy, i traktowali opinie Caroline z najwyższym szacunkiem. Każdy, kto publikował na stronie, z niepokojem otwierał post oznaczony nickiem Pani Sowa.
Caroline przeczytała kilka odpowiedzi, napisała parę komentarzy i przeszła do zakładki „Opowiadanie miesiąca”. Chciała sprawdzić, czy jakieś ją zainteresuje. Przebiegła wzrokiem po tytułach i nickach. Zapaliła kolejnego Camela, gdy koperta w prawym górnym rogu strony zapaliła się na czerwono.
– No proszę, co my tu mamy? – powiedziała, kątem oka obserwując sikorkę, która złapała pszczołę nad dzwonkiem konwalii.
Wiadomość prywatna do Pani Sowy była rzadkością. Zaintrygowana przesunęła kursor na kopertę. Użytkownik kryjący się pod nickiem Nobody zatytułował korespondencję „Czegoś takiego jeszcze nie czytałaś”.
– No, pomyślałby kto? – parsknęła Caroline.
Przez chwilę rozważała skasowanie wiadomości, ale ciekawość zwyciężyła i ostatecznie wcisnęła „Enter”. Poza dołączonym plikiem tekstowym o nazwie „Nowy tekst” znajdowała się krótka informacja.
„Czytałem Pani książkę i uważam, że jest niezła, choć z pewnością nie tak dobra jak tekst, który załączyłem. Jestem pewien, że osoba tak obeznana z literaturą jak Pani doceni wyjątkowość mojego tekstu i z przyjemnością go zredaguje.
Pozdrawiam, Nobody”.
Caroline uśmiechnęła się pod nosem. Był to zapewne odwet za niezbyt pochlebny komentarz . Lub też jakiś młody zapaleniec, pod wpływem samozachwytu, próbował popełnić portalowe samobójstwo. Zamyślona Caroline nie zauważyła gołębia, który przysiadł na poręczy balustrady. Dopiero przeciągłe gruchanie zwróciło jej uwagę. Powoli podniosła wzrok znad monitora komputera. Gołąb spojrzał na nią, pokręcił głową i podszedł do zawieszonego na drutach plastikowego pudełka z ziarnem dla sikorek. Zabrał się do wyjadania nasion. Caroline sięgnęła ostrożnie po laskę. Gdy poczuła pod palcami stylisko, dźwignęła ją powoli. Nachyliła się i jednym pewnym uderzeniem metalowego słowika rozgniotła głowę gołębia. Rękojeść laski odbiła się od balustrady z metalicznym dźwiękiem. Truchło ptaka spadło na balkon. Caroline pchnęła je końcówką laski i przez szczeble balustrady obserwowała, jak spada na plac między kamienicami.
– Dobrze ci tak, gruchający obesrańcu – powiedziała.
Kochała ptaki, ale nie znosiła gołębi – brudnych, śmierdzących, brzydkich i nikomu do szczęścia niepotrzebnych.
– Trochę jak czarnuchy – wyszeptała z satysfakcją, obserwując, jak kot z pobliskiego śmietnika podchodzi do ptaka.
Wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać z krwi metalowego słowika.
– Dobrze, panie Nobody, a teraz wezmę się za ciebie – powiedziała i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
***
Caroline stała na balkonie drogi przeciwpożarowej. Patrzyła na domek dla sikorek. Ptaki wyłożyły wnętrze kawałkami tektury, watą i gałązkami. Cieszyła się, że będzie świadkiem wyklucia piskląt.
– Jest pani niepoprawna – Luis odezwał się z łazienki. – Myśli pani, że nie czuję tego papierosa?
– Nie twoja sprawa, głupi meksykańcu – powiedziała i zaciągnęła się.
– Słucham?
– To jedyna radość, jaka mi pozostała w życiu, no i balkon – odpowiedziała.
– To jest tak samo nieodpowiedzialne jak ten balkon.
Zerknęła przez kuchnię do łazienki i zobaczyła gruby, wypięty tyłek dozorcy mocującego się z poręczami przy wannie.
– Jestem ci bardzo wdzięczna za udostępnienie balkonu i za domek dla sikorek. Miło, że ty i Denzel pamiętacie o starszej lokatorce.
– Niech mnie tu pani nie czaruje. A z Denzelem porozmawiam o liście zakupów, by ukrócić ten obrzydliwy nałóg. Rozumiem, że może pani tęsknić za wychodzeniem z domu, ale czy papierosy są niezbędne do życia? – wysapał dozorca z wnętrza wanny.
– Jesteście dla mnie tacy dobrzy jak rodzeni synowie – odpowiedziała i wyrzuciła niedopałek przez barierkę.
Papierosy przywoził jej kurier raz w roku, ale uznała, że nie musi o tym mówić dozorcy, tym bardziej że nie miała nic przeciwko temu, by napuścić Luisa na sąsiada.
– Pomaganie to jedno, a wpędzanie pani do grobu to co innego. Porozmawiam sobie z Denzelem, jak tylko go spotkam – powiedział Luis.
Przeszedł przez kuchnię i wytarł ręce w papierowy ręcznik.
Caroline spojrzała na niego dobrotliwie, gdy oparł się o parapet.
– Tylko nie bądź dla niego za surowy – powiedziała.
– Kości mu nie policzę, bo kto by pani zakupy przynosił? – Luis rozejrzał się i zagwizdał z podziwem. – Ładnie urządziłaś balkon. Co to za kwiatki?
– Konwalie.
– Konwalie – powtórzył, zerkając na fotel. – Ale ten fotel to już przesada. Do tego zastawia dojście do drabinki.
Luis już miał wejść na balkon, gdy Caroline zastąpiła mu drogę.
– Kochany, przestawię go.
– Powinna go pani usunąć, pomogę…
– Nie. Proszę, dzięki niemu mogę więcej czasu spędzać na powietrzu z moimi sikorkami.
– Rozumiem, ale tu chodzi o pani…
– Luis, popatrz na mnie. Ile jeszcze będę żyła? Dwa, może trzy lata?
– Niech pani przestanie. Jeśli nie będzie pani palić, przeżyje pani i mnie, i Denzela. – Uśmiechnął się pod czarnym wąsem.
– Nie mam już nikogo na świecie prócz tych sikorek i moich konwalii, proszę cię.
– Jest pani niemożliwa. – Pokręcił głową pucułowaty dozorca. – Dobrze, ale niech go pani przestawi.
– Oczywiście.
– Proszę za mną, pokażę pani poręcze.
Caroline odetchnęła. Ostatnio rusztowanie trzeszczało i chwiało się. Gdyby dozorca wszedł po fotel, z pewnością zaraz kazałby jej zlikwidować balkon.
Przeszli do łazienki.
– Tu ma pani schodki przy wannie. W ścianę wmontowałem uchwyt, drugi tu, by mogła się pani przytrzymać przy wchodzeniu do wody – powiedział Luis.
– Pięknie ci dziękuję, Luis. Jesteś skarbem nie tylko dla mnie, ale i całej kamienicy.
– Wpadnę w przyszłym tygodniu. Proszę wypróbować wannę, a jeśli coś będzie trzeba poprawić, to się załatwi.
– Na pewno wszystko będzie w porządku. – Uśmiechnęła się do niego i poklepała go po ramieniu.
– Będę leciał pod czwórkę, coś tam cieknie z rury w łazience.
– Szkoda, myślałam, że napijemy się herbaty.
– Następnym razem – powiedział Luis i poszedł w stronę wyjścia.
– Do widzenia – pomachała mu z kuchni.
– Do widzenia i proszę pamiętać o fotelu.
– Dobrze, Luis.
Gdy drzwi zamknęły się za dozorcą, podeszła o lasce do komputera. Sprawdziła wiadomości na Innym Wymiarze, ale Nobody już się nie odzywał.
– Poszło ci w pięty – powiedziała w stronę monitora.
Mimo wszystko była nieco zawiedziona, że nieopierzony użytkownik tak łatwo się poddał. Przez chwilę myślała, że mogłaby zajrzeć do tekstu Nobody’ego, ale duma zwyciężyła. I żeby jej nie korciło, usunęła całą wiadomość.
Wieczorem napuściła wody do wanny. Otworzyła drzwi prowadzące na balkon, by mieszkanie zbytnio nie zaparowało. Obok wanny, na stoliczku, naszykowała paczkę zapałek, papierosy Camel i książkę. Gdy wanna była pełna, rozebrała się ostrożnie i za pomocą drążków oraz schodków, nie bez trudu, weszła do gorącej wody.
– Jak na Meksykanina, nieźle sobie poradziłeś, Luis – powiedziała i zanurzyła się po szyję.
Sięgnęła po papierosa i zapaliła. Wiatr szeleścił firanką, a sikorki szczebiotały na balkonie. To była pierwsza samodzielna kąpiel od czasu zwichnięcia biodra i Caroline rozkoszowała się nią do chwili, gdy szczebiot nagle ucichł. Sięgnęła po laskę i pchnęła drzwi łazienki. Przez moment dostrzegła w ciemności zarysy mebli, nim drzwi się przymknęły.
– Cholerna krzywizna. Że jeszcze nie oszalałam w tym nierównym mieszkaniu… – warknęła i urwała, bo z zewnątrz doszedł ją jakiś dźwięk. Metaliczny, jakby ktoś przesuwał coś po balkonie.
– Ktoś tam jest? – zapytała drżącym głosem.
Na chwilę zrobiło się bardzo cicho. Żar papierosa z wolna trawił tytoń, a gdy popiół z sykiem spadł do wody, ponownie usłyszała szuranie. Złapała podpory i już chciała się podnieść, lecz uświadomiła sobie, że na balkonie tylko jeden przedmiot mógł wydawać taki odgłos – jej fotel zastawiający drabinkę przeciwpożarową. Szuranie ustało.
– Luis, to ty? Ja… Ja przepraszam, wiem, że miałam przestawić fotel – powiedziała.
W odpowiedzi usłyszała, jak stary parkiet skrzypi pod czyimś ciężarem.
– Luis, czy wszystko w porządku? Co się dzieje z balkonem?
Kolejne skrzypnięcie usłyszała tuż obok drzwi łazienki.
– Luis? Proszę, odezwij się! – Złapała laskę i, ściskając ją oburącz, poczuła, jak łzy napływają do jej oczu, a wargi zaczynają drgać.
Czuła się żałośnie – naga, z laską przygotowaną do ataku. Drzwi łazienki były wciąż uchylone. Nikt nie wchodził. Nie słyszała też, żeby ktoś przemieszczał się po mieszkaniu. Dostrzegła w szczelinie między drzwiami a framugą sylwetkę. Postać była ubrana na czarno, z głową zasłoniętą kominiarką. Poczuła, jak serce zaczyna łomotać. Obcy patrzył na nią. Nie zdołała utrzymać laski w dłoniach. Z brzdękiem metalowy słowik odbił się od kafelków, gdy laska wypadła poza wannę. Caroline zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła histerycznie łkać.
Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, nim doszła do siebie. Nie odważyła się odsłonić oczu. Gdy woda była już całkiem zimna, a Caroline zaczęła dygotać, zmusiła się, by spojrzeć przez palce. W szczelinie między drzwiami a framugą nie dojrzała nic prócz ciemności.
Chłód wody zmusił ją, by wyjść z wanny, wspierając się na zamontowanych przez dozorcę uchwytach. Stała chwilę na kafelkach naga i roztrzęsiona. Schyliła się po laskę i ruszyła do kuchni.
– Proszę, weź, co tylko chcesz, tylko nie rób mi krzywdy – powiedziała.
Wiatr poruszał zasłonką, nie spostrzegła żadnego innego ruchu. Podeszła do balkonu i zauważyła to, czego już była pewna – fotel i dywan zasłaniający drabinkę przeciwpożarową były odsunięte. Zamknęła pośpiesznie balkon, zarzuciła szlafrok i zapaliła światło. Rozejrzała się dokładnie. Drzwi wejściowe były zamknięte. Uznała więc, że włamywacz musiał wyjść tą samą drogą, którą dostał się do mieszkania. Zaczęła sprawdzać mieszkanie.
– Co ukradłeś, sukinsynu? – powtarzała, zaglądając w każdy kąt.
Wszystko jednak zdawało się leżeć na swoim miejscu. Biżuteria, oszczędności w pudełku po cygarach, nawet laptop na biurku. Podeszła do komputera i dotknęła ekranu.
– Jak dobrze, że mi ciebie nie zabrał – wyszeptała.
I wtedy zauważyła, że obok leży maszynopis. Na pierwszej stronie widniał napis „Nowy tekst”.
***
Następnego dnia Caroline odstawiła fotel na miejsce. Walczyła ze sobą dłuższy czas, czy zgłosić zajście na policję. Obawiała się jednak, że w jej wieku całe zdarzenie może zostać potraktowane jako wymysł pogrążonego w demencji starczego umysłu. A niczego tak się nie bała jak przytułku. Bez krewnych, ze zwichniętym biodrem i wyimaginowanymi prześladowcami prawdopodobieństwo eksmisji do Słonecznej Jesieni lub Spokojnego Seniora było całkiem duże. Ostatecznie postanowiła nie ryzykować. Zamiast tego napisała do administratora Innego Wymiaru w sprawie użytkownika Nobody. Zapaliła Camela i popatrzyła na maszynopis.
W trakcie dnia jednak zaczęła postrzegać całą sytuację w nieco jaśniejszych barwach.
– Wystarczy, że będziesz zamykać na noc balkon, stara kretynko, i masz go z głowy. Przy odrobinie szczęścia podczas kolejnej wizyty skurwiel zleci z drabinki i skręci sobie kark.
Pewna siebie, wspierając się na lasce, z papierosem w ustach sięgnęła po maszynopis i ruszyła w stronę zlewu. Położyła tekst na blacie, uchyliła drzwiczki szafki i otworzyła pojemnik na śmieci. Sięgnęła po powieść, gdy zadzwonił domofon.
Dzwonek w mieszkaniu odzywał się w dwóch przypadkach: raz w roku podczas wizyty kuriera oraz podczas pomyłek, a te zdarzały się nader rzadko. Jak zwykle zaczekała, aż wybrzmi piąty sygnał. Domofon ucichł. Znów sięgnęła po powieść, gdy dzwonek ponownie zabrzęczał.
– Co jest, do ciężkiej cholery? – warknęła.
Wyrzuciła niedopałek do zlewu i ruszyła w stronę słuchawki.
Porwała ją z widełek i krzyknęła:
– Słucham!
Nikt się nie odezwał, więc zapytała:
– Jest tam ktoś?
Odwiesiła słuchawkę i podeszła do okna wychodzącego na wejście do kamienicy. Nikt nie stał przed drzwiami. Spojrzała niepewnie na maszynopis. Wzięła głębszy oddech i ruszyła do blatu. Podniosła tekst, a gdy schylała się, by umieścić go w koszu, domofon znów się odezwał.
– Pieprz się – warknęła i wyrzuciła powieść.
Wieczorem pojawił się Denzel, by zabrać śmieci. Zapytał, jak zawsze, czy czegoś potrzebuje. Podziękowała mu, a gdy wyszedł, usiadła do komputera. Tekst, który redagowała, spodobał się i pogratulowano jej dobrze wykonanej pracy. Weszła na stronę Innego Wymiaru z nadzieją, że jest jakaś odpowiedź od administratora strony. Koperta w prawym górnym rogu ekranu podświetlała się na czerwono.
Pierwsza wiadomość była od Nobody’ego, a druga od administratora.
– Załatwię cię, śmieciu, zobaczysz – powiedziała w stronę monitora i sięgnęła po papierosa.
Najpierw wybrała wiadomość od prześladowcy.
– „Do zobaczenia” – odczytała na głos. – To się jeszcze okaże.
Otworzyła drugą wiadomość. Patrzyła chwilę w ekran. W końcu wyciągnęła zapalniczkę i odpaliła Camela.
– Jak to, nie ma użytkownika o takim nicku?
***
Obudził ją domofon. Caroline spojrzała na zegarek. Była druga w nocy.
– Dzwoń sobie, ile chcesz, draniu – powiedziała i obróciła się na bok. – W końcu ci się znudzi.
Rano od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Uniosła się na łokciach i zobaczyła tuż obok poduszki dosunięty fotel, a na nim maszynopis.
Cały poranek Caroline spędziła na oględzinach drzwi balkonowych. Wiedziała, że Nobody chciał ją nastraszyć, a tajemnica zamkniętych drzwi prowadzących na drogę przeciwpożarową miała potęgować efekt.
– I bez tego jestem wystarczająco roztrzęsiona – wyszeptała.
Zmusiła się do zjedzenia lekkiego śniadania. Później wpadł Luis, żeby zapytać o drążki zamontowane przy wannie. Zapewniła go, że wszystko jest funkcjonalne i w najlepszym porządku.
– Widzę, że zrezygnowałaś z fotela na balkonie – zauważył Luis.
– A, tak. Faktycznie nierozsądnie jest blokować drogę przeciwpożarową.
– Widzisz, teraz jeszcze musisz rzucić palenie, a dam ci spokój.
Rozciągnęła usta w życzliwym uśmiechu, a gdy się obrócił, pokazała mu środkowy palec. Zanim jednak zatrzasnął drzwi, zawołała pośpiesznie:
– Luis?
– Tak?
– Nie zauważyłeś, czy ktoś obcy kręci się przy kamienicy?
– Nie, nikogo takiego nie widziałem. Czy coś się stało?
– Nie, ja tylko… Miałam okropny sen, że ktoś w nocy chodzi po mieszkaniu.
– Rozumiem – powiedział dozorca z troską w głosie. – To przez to, że tyle czasu spędzasz w domu. Szczerze współczuję, Caroline. Chcesz, żebym sprowadził lekarza?
– Nie! – wykrzyknęła. – To znaczy nie trzeba, dziękuję.
Dozorca przyglądał się jej chwilę z zatroskaną miną, nim wyszedł. Zamknęła drzwi i spojrzała na maszynopis.
– Dobra, wygrałeś, draniu – powiedziała.
Przeniosła powieść na biurko. Z szuflady wyciągnęła czerwoną kredkę i zaczęła czytać. Pod wieczór odłożyła tekst. Wzięła z talerza czekoladowe ciastko i oparła się na krześle. Zamierzała zrobić taką korektę, żeby Nobody nie poznał tekstu, a pisania odechciało mu się do końca życia. Teraz jednak, skubiąc ciastko po przeczytaniu ponad stu stron, musiała przyznać, że powieść nie tylko nie wymagała zbyt wielu poprawek, ale była dobra. Uświadomiła sobie, że od bardzo dawna nie czytała tak porządnego tekstu.
***
Caroline potrzebowała się uspokoić i spokojnie przemyśleć całą sytuację. Napuściła wody do wanny, przygotowała na stoliku paczkę Camel, zapałki oraz herbatę. Po krótkim namyśle postanowiła też otworzyć drzwi na balkon.
– Jeśli zechcesz, i tak wejdziesz, a ja nie mam zamiaru dać ci się terroryzować – powiedziała hardo.
Wyszła na chwilę, żeby sprawdzić, jak mają się sikorki. W domku zastała samiczkę wysiadującą jaja. Dała jej spokój. Ściągnęła ubranie i ruszyła do wanny.
Po jednym papierosie i gdzieś w połowie herbaty usłyszała, jak balkon zgrzyta pod ciężarem Nobody’ego. Drzwi do łazienki były uchylone – odsłaniały tylko część kuchni. Prześladowca Caroline znów zaczekał, aż się ściemni, nim ją odwiedził. Dostrzegła jego sylwetkę, gdy mijał łazienkę, a po chwili usłyszała szelest przewracanych stron maszynopisu.
– Poczęstuj się ciasteczkami – powiedziała z przekąsem.
Szelest ucichł, by po chwili Nobody znów wrócił do sprawdzania tekstu.
Caroline zapaliła papierosa i cierpliwie czekała, rozkoszując się wodą, lecz bacznie obserwując mieszkanie przez uchylone drzwi. Sylwetka znów mignęła jej przed oczami.
– I jak, zadowolony? – zapytała.
Nobody stanął. Usłyszała, jak parkiet skrzypi pod butami, gdy zbliżył się do szczeliny między drzwiami a framugą. Caroline poczuła niepokój. W duchu skarciła się za lekkomyślność. Mimo to zerknęła i dojrzała jego ciemną sylwetkę. Przyglądał się jej dłuższą chwilę. Zasłoniła piersi, choć Nobody nie mógł widzieć jej nagości. Gdy nerwy znów zaczęły puszczać, zadygotała, a usta zadrżały. Wtedy Nobody pośpiesznie ruszył w stronę balkonu.
Caroline wytarła się, włożyła szlafrok i wyszła z łazienki. Zapaliła światło i spojrzała na powieść. W miejscu, w którym skończyła poprawiać tekst, odczytała wiadomość nakreśloną czerwoną kredką:
– „Dobra robota, dziękuję”.
– Nie ma za co, zboczeńcu – powiedziała i spojrzała na okruchy pozostawione na talerzu.
***
Caroline weszła pod kołdrę i patrzyła w ciemne mieszkanie, rozmyślając o powieści, szantażu oraz o samym prześladowcy. Całe życie potrafiła dostosowywać się do sytuacji, które los rzucał jej pod nogi. Tym razem nie wiedziała, co robić, przez co czuła się jeszcze bardziej stara i bezbronna.
– Skurwiel – wyszeptała w ciemność.
Obróciła się na bok i zacisnęła w pięściach pościel, obiecując sobie, że nie będzie płakać. Na próżno. Otarła oczy o poduszkę. Najtrudniej było przyznać przed sobą, że już nigdy nie stworzy czegoś równie dobrego jak ta powieść, która przemocą wdarła się w jej życie.
Zmieniła pozycję. Leżała na plecach, wpatrzona w sufit. Sięgnęła po paczkę Cameli i zapaliła papierosa. Żar świecił w mieszkaniu, a Caroline wypuszczała dym, obserwując kłęby unoszące się w stronę sufitu. Wtedy zauważyła czerwoną lampkę na szafce z naczyniami.
***
Kolejny dzień przyniósł najpierw Denzela, następnie Luisa. Obaj przyszli sprawdzić, jak się czuje.
– Jeszcze nie oszalałam, brudasy – wymamrotała, nim usiadła do powieści.
Pod wieczór skończyła redagowanie. Ułożyła tekst starannie obok laptopa i zabrała się do pieczenia czekoladowych ciastek. Wrzuciła blachę do nagrzanego piekarnika i zaczęła napuszczać wodę do wanny. Poczęstunek dla prześladowcy ustawiła obok powieści, a po namyśle dostawiła też szklankę mleka. Otworzyła drzwi balkonu, rozebrała się i ruszyła do wanny.
Tego wieczora Nobody kazał na siebie czekać dłużej niż poprzednim razem. Wypaliła trzy papierosy, nim usłyszała trzeszczące rusztowanie. Już się nie skradał, od razu ruszył przez mieszkanie w stronę biurka.
– Nie śpiesz się – powiedziała, nieco dygocząc, gdyż woda była już chłodna.
Nobody wertował powieść, a Caroline nasłuchiwała. Gdy woda zrobiła się już całkiem zimna, szelest stron ucichł. Przez krótką chwilę zdawało jej się, że słyszy dźwięk szklanki odstawianej na blat biurka.
Nobody rozpiął zamek błyskawiczny, następnie zasunął go i zrobił kilka szybkich kroków. Stanął nagle w miejscu, w którym Caroline widziała go przez uchylone drzwi. Był wysoki, ubrany w czarny dres i kominiarkę. W prawej ręce ściskał teczkę. Nobody obrócił głowę w kierunku staruszki. Caroline, do połowy wychylona z wanny, z papierosem w ustach, patrzyła w napięciu. Pisarz zgiął się wpół i złapał za brzuch, po czym postąpił dwa kroki w tył. Widziała w jego oczach pytanie. Zaciągnęła się z satysfakcją i patrzyła, jak pada na podłogę.
Caroline wyszła z łazienki i obeszła Nobody’ego szerokim łukiem. Stanęła przy biurku. Talerz i szklanka były puste.
***
Caroline przeglądała powieść, gdy Nobody zaczął się budzić. Obserwowała kątem oka, jak powieki pisarza unoszą się powoli. Bezskutecznie poruszał rękami i nogami. W końcu dotarło do niego, że jest oklejony szarą taśmą. Pierwsze słowa stłumiły zaklejone usta.
– Obudziłeś się, to dobrze. Samotna egzystencja ma swoje dobre strony, ale nieraz brakuje mi kogoś, z kim mogłabym porozmawiać.
Nobody szarpał się coraz bardziej. Siedział z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o kuchenną szafkę. Wyglądał trochę jak niedbale rzucony dywan. Caroline zaniepokoiła się nieco, gdy taśma coraz głośniej trzeszczała. Gdy była pewna, że wytrzyma, powiedziała:
– Nigdy nie myślałam, że kiedyś zatęsknię za rozmową z drugim człowiekiem. Zawsze obchodziłam się bez tej wątpliwej przyjemności. – Sięgnęła po papierosa. – Ale chyba się zestarzałam.
Nobody wierzgał, przechylając się niebezpiecznie, aż w końcu upadł na lewy bok. Caroline odetchnęła z ulgą.
– A może to te okoliczności tak na mnie działają? – spytała, założyła nogę na nogę i zaciągnęła się Camelem. – Bo widzisz, dobrze jest porozmawiać z kimś, kto dla odmiany jest słabszy i bardziej bezbronny niż ja.
Nobody znieruchomiał, gdy Caroline rozłożyła szeroko nogi, nie przejmując się tym, że jest zupełnie naga. Oparła łokcie na kolanach i wbiła wzrok w niebieskie oczy.
– Starość jest przykra. Trzeba o wszystko prosić, człowiek stale potrzebuje pomocy. To strasznie upokarzające. I te myśli: „Ile jeszcze zostało mi czasu?” Na zrobienie tego czy tamtego.
Choć Nobody wciąż miał na twarzy kominiarkę, Caroline wyraźnie widziała ból w jego oczach.
– A tak, to leki przeciwbólowe przestają działać. Te same, które przyswoiłeś wraz z ciastkami i mlekiem. Było ich bardzo dużo. Trochę się bałam, że twoje serce może nie wytrzymać takiej ilości. – Zgasiła papierosa.
Tłumione przez taśmę słowa zaczęły się zmieniać. Caroline wiedziała, że to krzyk bólu.
– Ależ miło jest popatrzeć na ciebie, takiego bezradnego, słabego. To daje sporą satysfakcję, a tej rzadko ostatnio doświadczam. – Wstała, wspierając się na lasce ze srebrnym słowikiem, i ruszyła w stronę pisarza.
Nobody dostrzegł swoją lewą dłoń i brakujący kciuk, po czym zawył rozpaczliwie przez taśmę. Caroline stanęła przy kuchennym blacie i podniosła telefon.
– Potrzebowałam sprawdzić kilka rzeczy na tym ustrojstwie. Okazuje się, że blokada ekranu jest zabezpieczona odciskiem kciuka. Musisz mi to wybaczyć, ale jestem za stara, by co chwilę schylać się i przykładać ci telefon do dłoni. – Podniosła odcięty palec i odblokowała ekran. – Tak jest znacznie łatwiej.
Nobody zamknął oczy. Po chwili ciałem wstrząsnęły drgawki. Caroline patrzyła na niego chwilę. Zastanawiała się, czy aby nie dostał torsji. Gdy zorientowała się, że płacze bezgłośnie, wróciła do przeglądania telefonu.
– O, mam – powiedziała zadowolona. – Dostęp do twojego dysku i do poczty. Znalazłam też kilka stron, na których się udzielasz. Bardzo mnie cieszy, że nie dzieliłeś się z nikim powieścią. W ogóle muszę przyznać, że jesteś dość tajemniczy. To nas łączy.
Nobody otworzył oczy i spojrzał pytająco na Caroline.
– Tak, ty, mój podglądaczu, znalazłam twój tekst na dysku i usunęłam go wraz z notatkami. Dobrze wiedzieć, że podziwiasz mnie i moją jedyną publikację. Jestem z niej dumna. Jednak nie myślałeś chyba, że dam się bezkarnie podglądać i straszyć jakiemuś gówniarzowi.
Nobody bezskutecznie starał się coś wytłumaczyć.
– Widzisz, pochlebia mi, że poświęciłeś powieść mojej osobie, bo nie da się ukryć, że twoja Gołębica to ja. Ale to oznacza, że musiałeś mnie obserwować przez dłuższy czas. Nie tylko śledzić w internecie, ale także w domu. – Caroline podeszła do Nobody’ego, który odruchowo spuścił wzrok.
Chwilę szukała czegoś w telefonie, w końcu nachyliła się nad nim i pokazała ekran.
– Nie wstydź się. Nieraz mnie widziałeś nagą i chyba wtedy ci to nie przeszkadzało. A teraz zachowujesz się niekonsekwentnie. Chyba że podglądanie starszych kobiet jest dla ciebie satysfakcjonujące tylko przez ekran telefonu lub szparę w drzwiach.
Nobody z coraz większym przerażeniem patrzył na siebie i Caroline na ekranie telefonu.
– Znalazłam wszystkie kamery i nagrania na dysku. – Podniosła się, z wysiłkiem pomagając sobie laską. – Ale do rzeczy. Nie mogę ci darować tych dni w strachu, gdy zamieniłeś moje mieszkanie w więzienie, a życie w koszmar. Nigdy nikt mnie tak nie upokorzył jak ty. Nigdy przez nikogo nie czułam się tak bezbronna i nic nieznacząca. Nawet gdy los skazał mnie na czarnucha i Meksykanina. – Caroline podeszła do blatu. – Więc postanowiłam, że jako zadośćuczynienie wezmę twoją powieść.
Nobody znów wierzgnął na podłodze niczym wyrzucona na brzeg ryba, bezskutecznie starając się uwolnić.
– To naprawdę świetna powieść, a że opisuje moje życie, będzie wyglądało wiarygodnie, kiedy to ja się pod nią podpiszę. – Caroline podeszła do Nobody’ego. – Zmiany, które wprowadzę, powinny nadać powieści mojego klimatu, a czytelnikom namiastkę dawnej mnie sprzed lat.
Nachyliła się nad Nobodym. Lewą ręką złapała go pod brodę i uniosła mu głowę.
Zobaczył w jej dłoni pełną strzykawkę z długą igłą.
– A to – wyjaśniła – jest spora dawka leków przeciwbólowych i uspokajających, rozpuszczonych w wodzie. Mój poczęstunek dla ciebie za Gołębicę.
Nobody szarpnął się. Caroline przewróciła go na plecy. Usiadła mu okrakiem na piersi, udami objęła ramiona. Lewą ręką ponownie złapała go za brodę, by unieruchomić kręcącego głową Nobody’ego.
– Wiesz, że kocham ptaki. Sam to opisałeś w powieści, ale musisz też wiedzieć, że nienawidzę gołębi. Brzydzę się nimi zupełnie tak, jak ludźmi, którymi musiałam się otaczać, a ty, gnojku, skazałeś mnie na życie wśród tych obesranych gruchaczy. Chciałeś to opublikować. Tego ci nie daruję i możesz być pewien, że Pani Sowa nie skończy wśród szarych piór i gołębiego łajna. Przepiszę zakończenie.
Zobaczyła w oczach Nobody’ego przerażenie, dzikie, zwierzęce, jak u gołębia, któremu niegdyś przetrąciła skrzydło. Siedziała w fotelu i obserwowała szkodnika, jak męczył się na balkonie. Spoglądała w jego ślepia – bezbronne, słabe, przestraszone, takie jak oczy Nobody’ego.
– Na koniec ostatnia rada: trzeba dbać o zęby. Ja, mimo sędziwego wieku, mam wszystkie własne i z takim kompletem zamierzam odejść na tamten świat. A ty masz braki. – Zmacała palcem wskazującym policzek pisarza i odnalazła miejsca po brakującej piątce i szóstce.
Caroline podnosiła się i opadała na jego piersi, gdy Nobody wierzgał, uśmiechnięta niczym nastolatka na mechanicznym byku. Nie patrzył na igłę zbliżającą się do policzka, lecz na pisarkę – nagą, pomarszczoną, z fałdami skóry zwisającymi z chudych rąk i piersiami leżącymi na żebrach widocznych pod cienką niczym papier skórą. A ona patrzyła na niego z wyszczerzonymi zębami przez białe kosmyki włosów zwisające z łysiejącej już głowy. Oboje usłyszeli, jak ostra końcówka igły przebija taśmę, a następnie policzek. Caroline wcisnęła tłok i gorzka mieszanka leków z wodą wypełniła usta Nobody’ego.
– Śpij spokojnie, mój najwierniejszy fanie – powiedziała.
***
Caroline, zdyszana, opadła na fotel. W prawej dłoni trzymała rączkę trójkołowego wózka schodowego, którego niegdyś używała do wnoszenia zakupów na dziesiąte piętro kamienicy.
– Przydałeś się, stary towarzyszu sklepowych wojaży – wyszeptała.
Sięgnęła po telefon i wybrała numer alarmowy. Gdy odezwała się dyżurna, Caroline powiedziała:
– Dobry wieczór. Stało się coś strasznego. Chyba ktoś skoczył z dachu kamienicy, w której mieszkam.
***
Było trochę zamieszania w związku z młodym człowiekiem, który wybrał do popełnienia samobójstwa akurat dach kamienicy Caroline. Nieco później dowiedziała się od Denzela, że chłopak był kompletnie naćpany. Całe zajście miało też przykre konsekwencje dla Luisa, który został zwolniony za to, że nie dopilnował, by droga na dach była odpowiednio zabezpieczona. Caroline na jakiś czas musiała zlikwidować balkon, pozostawiając jedynie karmnik i domek dla sikorek. Ale było warto – za jednym zamachem pozbyła się z życia Nobody’ego i Meksykanina.
***
– Caroline, nie wiem, jak to zrobiłaś, ale to jest po prostu niesamowite. „Pani Sowa” będzie lepsza od twojej pierwszej powieści. Gwarantuję ci to, a redakcja zadba o reklamę. Znowu będziesz na pierwszych stronach gazet.
– No cóż, cieszę się, że na stare lata udało mi się jeszcze coś osiągnąć – powiedziała Caroline, dopalając Camela.
– To będzie bestseller. Jesteśmy w kontakcie. Muszę kończyć, bo dobijają się do mnie na drugą linię. Jesteś wspaniała, Caroline. Zadzwonię później.
Rozłączyła się, odłożyła telefon na biurko i odsunęła szufladę. Wyciągnęła z niej czarną kominiarkę. Włożyła do środka dłoń i patrzyła, jak przez otwory na oczy i usta wlatuje papierosowy dym.
– Dziękuję, to też twój sukces, Nobody – powiedziała.
Usłyszała gruchanie. Powoli obróciła głowę w stronę kuchni. Szary gołąb siedział na blacie i przyglądał się jej.
– Ty… ty mały szczurze – wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Wsparła się na lasce i ruszyła w stronę ptaka. Gołąb obserwował ją bez większego zainteresowania.
– To będzie ostatnie mieszkanie, do którego wtargnąłeś – powiedziała, zbliżając się z uniesioną nad głowę laską.
Nim jednak metalowy słowik runął na gołębia, ten przefrunął na zlew. Mijając drzwi na balkon, Caroline usłyszała na zewnątrz trzepot skrzydeł. Wyjrzała. Zobaczyła, że balustradę w całości obsiadły gołębie. Kłębiły się na podłodze i barierkach, a jeden siedział na domku dla sikorek. Ptaki gruchały, trzepotały skrzydłami i srały. Caroline czuła, jak zalewa ją fala wściekłości. Ruszyła z uniesioną laską przez uchylone drzwi. Wypadła na balkon i zamarła, bo żaden z ptaków nie odfrunął. Patrzyły na nią tępo, kręcąc łbami.
– To ty? – wyszeptała Caroline.
Wtedy gołębie rzuciły się na nią. Obsiadły ją, wbijając pazury w sukienkę, drapiąc i dziobiąc. Caroline na oślep zamachała srebrnym słowikiem, gdy jeden z ptaków wplótł się we włosy, bijąc skrzydłami o twarz. Poczuła, jak ktoś wpycha jej w ręce plik papierów. Upuściła laskę, a gdy srebrny słowik uderzył o podłogę, poczuła mocne szarpnięcie. Zatoczyła się i wpadła plecami na barierkę, która z trzaskiem pękła. Ptaki w tej samej chwili odleciały. Nim runęła, przez ułamek sekundy dostrzegła mężczyznę w kominiarce.
Caroline uderzyła o bruk. Stara platforma przeciwpożarowa zatrzeszczała, a konstrukcja rozleciała się z hukiem, zasypując plac między starymi kamienicami.
***
Jako pierwszy na zewnątrz wybiegł Denzel. W stercie stali walającej się po placu nie od razu dostrzegł Caroline, leżącą wśród szarych piór i gołębich odchodów. Podszedł do niej, odgarnął kilka prętów i zobaczył, że starsza pani ściska w rękach maszynopis podpisany „Nowy tekst”. Pod tytułem czerwoną kredką ktoś nabazgrał drukowanymi literami: NOBODY.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Żołnierze fortuny: Śnieg i krew
Bezkresna biel zamarzniętego morza. Błękit lodowca, pomarańcz brył skrzących się w porannym słońcu. Tańczące drobinki śniegu unoszone przez wiatr.
Moja matka pytała mnie: Kim będziesz, Landorf, gdy dorośniesz?
Odpowiadałem: Zdobywcą mamusiu, jak Cesarz Goelz.
A ona kręciła z politowaniem głową i odpowiadała: Śnij dalej o papierowych domach i budyniowych lasach.
Chciałbym móc jej powiedzieć, że je wyśniłem. Opowiedzieć o wsiach bialutkich, jak kartki papieru. I piętrzących się czapach śniegu na drzewach. Moich budyniowych lasach. Chciałbym, lecz matka już nie żyje, pogrzebana gdzieś na Nekarskiej ziemi. A ja nie mam z kim dzielić zachwytu nad lodowym pięknem. Gdyż dla Mersów krajobraz ten stanowi codzienność. Na wyspę Isoya dotarłem po zamarzniętym morzu. Licząc, że dołączę do lokalnego konfliktu i zaciągnę się po jednej ze stron. Ale przybyłem za późno. Nie ma nic bardziej rozczarowującego dla najemnika, niż nagły pokój. Zima szalała na północy i utknąłem w gospodzie we wsi Grundlas.
*
– Agnes.
– Tak, tato?
– Idź do stodoły i daj jeść zwierzętom.
– Dobrze tato.
– Zabierz czapkę. Na dworze wciąż prószy.
Dziewczynka upchała pod futrzaną czapką złociste włosy, zabrała rękawiczki, wiadro i wyszła na podwórko. Wielkie płatki śniegu zasypywały okolicę. Była ciekawa, czy syn sąsiadów też pracuje, lecz na próżno starała się w śnieżycy dojrzeć farmę. Lubiła spędzać z nim czas, a wieczorami myślała o jego niebieskich oczach i marzyła, że kiedyś ojciec wyda ją za chłopaka. Westchnęła cicho i ruszyła przez biały całun, ciągnąc za sobą wiadro. Stodoła majaczyła w śnieżnej zawierusze. Gdy Agnes dotarła do drzwi, jej policzki zmarzły, a nos szczypał od mrozu. Nim weszła do środka przez wyjącą zawieruchę, usłyszała jęk. Spojrzała w stronę ogrodzenia, za którym wiatr targał lasem. Jęk dochodził zza płotu. Odłożyła wiadro i ruszyła, przeczesując wzrokiem biały puch. Niczym niezmącona biel okrywała wszystko dookoła. Dźwięk był coraz głośniejszy. Rozpoznała psi skowyt. Przypomniała sobie, że suka sąsiadów oszczeniła się. Złapała za ogrodzenie i przeszła na drugą stronę.
– Mały, gdzie jesteś! – zawołała.
Lecz pisk ucichł. W oddali szumiał las. Wielkie płatki spływające z ciemnego nieba lepiły się do ubrania. Chciała zawrócić, gdy dojrzała w śniegu, osadzone blisko siebie żółte ślepia. Patrzyły wprost na nią. To nie były oczy szczenięcia. Śnieg zsunął się z masywnego cielska, pokrytego białym futrem. Dziewczyna krzyknęła. Krótko. Rozpaczliwie.
*
– Słyszałeś? – zapytała żona Bjorna.
– Nie.
– To brzmiało jak krzyk. Gdzie jest Agnes?
– W stodole. Zaczekaj pójdę do niej.
Bjorn wyszedł na śnieg. Na podwórzu było cicho.
– Agnes! – zawołał.
Las zaszumiał niespokojnie. Spojrzał w stronę drzew. W bezkresnej bieli dojrzał czerwień. Bjorn puścił się przez podwórko.
– Agnes!
*
Landorf odstawił miskę z resztą gulaszu i zaczął nabijać fajkę. Gospodarz całkiem zapomniał o piwie najemnika. W towarzystwie trzech chłopów, przysłuchiwał się opowieści drwala.
– Znalazł tylko rękawiczkę z dłonią córki.
– Które to już dziecko? – zapytał wąsaty gospodarz.
– Czwarte – powiedział jeden z chłopów.
Landorf odpalił fajkę od świecy. Wypuścił dym, spoglądając w kominek. Uważnie przysłuchiwał się rozmowie.
– Co na to włodarz? – zapytał gospodarza.
– Rozpacza po stracie syna – powiedział chłop w lisiej czapie. – Zginął wojując z Frygami.
– Musicie zgłosić się do Gustawsona, odpowiada w końcu za tę ziemię – powiedział drwal.
– On teraz układa się z pokonanym wrogiem, nie w głowie mu problemy wsi – powiedział gospodarz, a chłopi mu przytaknęli.
– A próbowaliście utłuc wilka? – dopytywał drwal.
– Po każdym ataku ludzie się zbierają, ale bestia ma białe futro i nie sposób ją wypatrzeć, a śnieg zasypuje wszystkie ślady – powiedział chłop w czapie.
– Wilk… – zaczął drwal.
– Bestia – warknął chłop w czapie.
Drwal uśmiechnął się drwiąco, ale na wieśniaku nie zrobiło to wrażenia i ciągnął dalej:
– Bestia podchodzi zawsze w czasie śnieżycy, wabi dzieci, wyciąga z gospodarstw, czai się przy zagrodach, a nawet podchodzi do domostw i drapie w okiennice. Mężczyzn unika. To bestia, wilki się tak nie zachowują.
– Czy ten wasz włodarz zapłaci za tę bestię? – zapytał Landorf z silnym nekarskim akcentem.
Mersowie spojrzeli na najemnika o czarnej brodzie, ciemnych oczach i w skórzanym czepcu na głowie, spokojnie wypuszczającego dym.
– Z pewnością – powiedział gospodarz.
*
Karlson patrzył, jak synek bawi się z siostrą na śniegu. Nie potrafił pojąć zasad osobliwej gry. Przypuszczał, że polega na łapaniu płatków śniegu językiem. Jednocześnie z niepokojem spoglądał na biały krajobraz od linii drzew, po zamarznięte jezioro. Dzieci zaczęły się gonić, co rusz przewracając w śnieżne zaspy. Gdy syn odbiegł nieco dalej, wymachując patykiem w kształcie miecza, Karlson dostrzegł ruch nad jeziorem. Jednolita dotąd biel poruszyła się. Karlson otworzył drzwi i zawołał:
– Inge, przynieś kołczan i łuk!
– Dzieci…! – zaczęła żona.
– Słuchaj, co mówię, kobieto!
Inge podbiegła z bronią. Mąż założył kołczan, nie spuszczając wzroku z miejsca, gdzie, jak mu się zdawało, stała bestia.
– Widzisz Inge? – Wskazał drugą stronę jeziora. – Widzisz to drzewo?
Żona z niepokojem wodziła spojrzeniem za dziećmi.
– Kobieto, widzisz!?
– Widzę zwalone drzewo!
– Spójrz obok, patrz dokładnie.
Inge jęknęła z przerażenia, gdyż biel poruszyła się.
– Pędź do sąsiadów, niech się zbiorą ludzie i idą w tamtą stronę.
*
Karlson, rozkazał dzieciom, by weszły do domu. Widząc, że chłopi ruszyli w stronę jeziora, nałożył strzałę na cięciwę i szybkim krokiem poszedł ku zamarzniętej wodzie.
*
– Orsa? Widzisz, co robią?
– Nie. Są za daleko.
– Orsa? Myślisz, że zabiją bestię?
– Nie wiem, ale chciałabym to zobaczyć. Eeike?
– Tak.
– Idziesz ze mną?
Chłopiec uśmiechnął się. Po chwili wyszli na plac.
Niemal cała wieś przemierzała jezioro.
– Chyba mają trop – powiedziała Orsa.
– Zobacz, biegną do lasu! – krzyknął Eeike.
– Chodź. – Orsa złapała brata za dłoń i podbiegli do ogrodzenia.
Sześcioletnia dziewczynka dźwignęła młodszego braciszka, by mógł stanąć na belce i przytrzymać się płotu. Orsa stanęła obok niego.
– Zatrzymali się – powiedziała.
– Chyba rozmawiają – zauważył Eeike.
– Bestia musiała uciec do lasu.
– Myślisz, że za nią pójdą? – zapytał braciszek.
– Pewnie tak, chodźmy do domu – powiedziała Orsa.
Zeszła z ogrodzenia i pomogła bratu, podtrzymujące go, by nie upadł. Eeike spojrzał na siostrę. Oddychała szybko, wypuszczając obłoki pary. Powieki Orsy rozszerzyły się, patrzyła w stronę stodoły. Eeike obrócił głowę. Biały wilk siedział na śniegu, niemal zlewając się z podwórkiem. Gdy podniósł zad i ruszył w ich stronę, dziewczyna puściła brata.
– Orsa! – krzyknął Eeike przez łzy za odbiegającą siostrą.
*
Landorf obszedł dokładnie każdą wieś i osadę. Natrafił na liczne wilcze tropy, jednak żaden z nich nie wskazywał, by to właśnie te zwierzęta podchodziły do ludzkich siedzib. Niedaleko zamarzniętego jeziora znalazł ślady watahy. Tropił ją większość dnia, tylko po to, by przekonać się, że w stadzie nie było ani jednego wilka o białym futrze. Zrezygnowany wrócił do gospody.
– Jak idzie polowanie? – zapytał w progu gospodarz.
– Mieliście rację. Albo sypie i nic nie można znaleźć lub wpadam na niewłaściwe zwierzęta. – Landorf strzepnął futro, zrzucając śnieg i podszedł do kominka.
– Ludzie już tego próbowali. Całymi dniami chodzili po lasach, strzelając do każdego napotkanego wilka. Wszystko na nic. – Gospodarz podszedł i podał Nekarczykowi miskę zupy.
– Można by wystawić przynętę – zaproponował Landorf.
– A znasz kogoś, kto zgodzi się narażać własne dziecko?
– Mieliście rację, chyba nic tu po mnie – warknął Landorf siadając do stołu.
– Niekoniecznie, jest pewna osoba, u której z pewnością możesz się czegoś dowiedzieć.
– Gadaj wprost.
– Blekksprut.
Landorf odstawił drewnianą miskę i spojrzał na gospodarza.
– Myślałem, że Mersowie je wytępili?
– Nie wszystkie – powiedział gospodarz . – W tych stronach darzono je szacunkiem, ale i bano się ich i tylko nieliczni korzystali z ich usług. Gdy zaczęła się nagonka na wiedźmy, my o naszych postanowiliśmy zapomnieć, ale podobno nadal tu są.
– Czemu się ich lękano?
– Blekksprut widzi przeszłość i przyszłość, można zapytać ją o cokolwiek, jednak zawsze na koniec zdradza odwiedzającym, jak i gdzie skończą. Taka jest cena jej przepowiedni.
– Myślisz, że mi pomoże?
– Z pewnością, jeśli niestraszne ci twoje przeznaczenie.
– Straszne? Papierowe domy i budyniowe lasy? Nie, gospodarzu, jestem najemnikiem i dobrze wiem, jaki czeka mnie los.
*
Orsa zatrzasnęła drzwi stodoły. Wtedy usłyszała płacz Eeike, a po chwili przeraźliwy pisk. Odgłos bucików na śniegu. W następnej chwili urwany wrzask. Chrupnięcie. Mlaskanie, a poprzez te odgłosy – płacz, cichy, rozpaczliwy, urwany. Usiadła na klepisku, zasłaniając dłońmi oczy i wrzasnęła z całej siły. Gdy brakło jej tchu, z dworu dobiegał tylko świst wiatru. Na czworaka podeszła do ściany i spojrzała przez szparę w deskach. Zobaczyła bucik. Zagryzła wargi i podążyła za krwawym śladem w śniegu, ciągnącym się wzdłuż stodoły. Podeszła do kolejnej szpary. Spojrzała. Eeike leżał przed domem. Usłyszała huk. Coś naparło na drzwi stodoły. Oderwała się od ściany. Deski zatrzeszczały pod naporem masywnego cielska. Wnętrze wypełniło drapanie pazurów o drewno. Stary podniszczony skobel zatrzeszczał. Łapy wilka zjechały po drzwiach.
Wszystko ucichło. Po lewej biały kształt mignął między deskami. Usłyszała, jak śnieg trzeszczy pod łapami bestii. Po chwili węszenie przy ziemi. Obróciła się i zobaczyła pysk tuż przy klepisku. Bestia ruszyła z powrotem do drzwi. Łapy znów napierały na wejście. Cała framuga zatrzęsła się. Zobaczyła, jak skobel upada na klepisko. Drzwi skrzypnęły, gdy wielki biały łeb wsunął się do środka.
*
Landorf stał z chłopem w czapie z lisiego futra. Nie podchodzili do wsi. Lament Karlsona nad straconymi dziećmi był aż nadto słyszalny tam gdzie stali, a ślady krwi na tyle widoczne, by wiedzieli, co się wydarzyło.
– To się musi skończyć.
– Więc zaprowadź mnie do Blekksprut – powiedział Landorf.
– Wskażę ci jezioro, to wszystko. Dalej będziesz musiał sobie radzić sam.
– Dobrze. – Uwagę Landorfa przykuł młodzieniec w bobrowym futrze, o spiętych jasnych włosach, trzymający się, tak samo jak najemnika, w pewnej odległości od wsi. – A ten, co to za jeden?
– Pachoł syna włodarza. Kjell
– Może włodarz w końcu się zainteresował sytuacją?
– Nic mi o tym nie wiadomo. – Chłop pogładził rudy wąs. – Ale na miejscu Kjella trzymałbym się jak najdalej od chałup. Dopóki bestia grasuje, ludzie będą mieć za złe włodarzowi śmierć ich dziatek.
Landorf przyglądał się pachołowi, którego twarzy wyrażała niezwykłe przejęcie, jakby to jego własne dzieci mieli we wsi chować.
*
Chłop zostawił Landorfa na brzegu jeziora, po tym jak upewnił się, że najemnik będzie wiedział jak wrócić. Trzciny, pokryte warstwą lodu, gęsto porastały okolice. Landorf przy pomocy topora przedarł się przez zarośla i wyszedł na obsypaną śniegiem taflę. Zobaczył drewnianą chatę, zbudowaną z grubych beli, krytą strzechą. Ruszył ku niej. Szybko też zauważył, że śnieg jest poznaczony licznymi śladami płóz. Schronienie Blekksprut okazało się solidnie wykonane, a wnętrze utrzymane w wyjątkowej czystości. Spodziewał się raczej zastać szałas nawiedzonej maszkary, a tymczasem chata wyglądała lepiej niż gospoda, w której sypiał. Uwagę najemnika zwróciła drewniana pokrywa w centralnej części domu. Uniósł ją, odkrywając sporych rozmiarów przerębel, znacznie większy niż te potrzebne do łowienia ryb. Usłyszał na zewnątrz trzeszczący śnieg. Wyszedł z chaty. Od strony otaczającego jezioro lasu zbliżały się sanie, popychane przez wysokiego młodzieńca. Na saniach siedziała kobieta o wieku trudnym do odgadnięcia. Landorf zapalił fajkę i czekał. Sanie zatrzymały się przed najemnikiem. Kobieta była niezwykle blada, wpatrywała się w przybysza jasnoniebieskimi oczami spod nienaturalnie dużego czoła, o dziwnym zdeformowany kształcie. Futra, którymi była okryta, falowały, jakby niespokojnie przebierała nogami. Młodzieniec o skośnych oczach wyglądał na całkowicie skretyniałego, mętnym wzrokiem wpatrywał się gdzieś w dal.
– Nazywam się Landorf.
– Witaj najemniku – odpowiedziała Blekkspruty. – Po co mnie odwiedzasz?
– We wsi giną dzieci, pożerane przez rozszalałe zwierzę. Nie sposób wytropić bestii. Przyszedłem po pomoc.
– Znasz cenę?
Landorf ściągnął torbę na rzemieniu i rzucił pod sanie.
– To część ceny.
– Tak wiem, lecz mną się nie przejmuj, jestem świadom twoich proroctw.
– Dobrze, zatem nie traćmy czasu.
Blekksprut pogładziła dłoń idioty, a ten podszedł i ściągnął futra. Pod nimi długa suknia falowała od odnóży przypominający macki. Landorf nic nie powiedział, lecz dłoń położył na toporku, gdy wpatrywał się w wijące odnóża. A każda macka okryta wełnianą pończochą, zdawała się poruszać niezależnie od siebie. Chłopak podniósł Blekksprut, a ona objęła go ramionami. Oczy wiedźmy zmętniały, głowę odchyliła, a odnóża zafalowały w jednym rytmie.
– To nie zwierzę stoi za mordem dzieci z Grundlas, a ludzka podłość i okrucieństwo. – Ciało Blekksprut zatrzęsło się, a chłopak złapał ją mocniej, by nie spadła targana konwulsjami. – Zwierzę żyło wśród ludzi, choć nienawidzi człowieczej ręki. Wkrótce też rzuci się na większą zdobycz, wtedy szukaj krwi na śniegu, doprowadzi cię do leża bestii.
Odnóża Blekksprut zwisały bezwładnie, a kobieta pomału uniosła głowę.
– Wtedy też znajdziesz wilka i człowieka.
– Skąd pewność, że wilk nie zaszyje się w lesie, by zdechnąć?
– Wszyscy potrzebujemy bliskości – powiedziała Blekksprut i położyła głowę na ramieniu chłopaka, gładząc go dłonią po policzku. – Wszyscy potrzebujemy czuć się bezpiecznie. Ranny wilk umknie w miejsce, które dobrze zna, tam gdzie ktoś się nim zaopiekuje.
Landorf skłonił się krótko.
– To nie wszystko, najemniku. Gdy lat minie naście, a ty zapomnisz już o wojaczce, rozmowa z obcym o fajczeniu zakończy twoją drogę na tym świecie.
Landorf uśmiechnął się, trzymając fajkę w zębach. Blekksprut spojrzała mu w oczy, odgadując myśli najemnika.
– Papierowe domy i budyniowe lasy – wypowiedziała na głos myśli Landorfa.
Najemnik spoważniał i czym prędzej ruszył ku brzegowi, nie oglądając się za siebie.
*
Haidi dziękowała Jottunowi, że długo nie mogła zajść w ciążę. Wiedziała, że nie zniosłaby straty dziecka. A już sama rozpacz na twarzach kobiet z Grundlas była dla niej wystarczająco bolesna. Mąż początkowo miał o to żal do Haidi, ale i on zmienił zdanie po ostatnich wydarzeniach we wsi. A teraz, gdy oznajmiła mu, że Jottun pobłogosławi ich dzieckiem, Dorf otoczył ją troską, o jaką nigdy by go nie podejrzewała. Była w czwartym miesiącu, a choć Dorf robił wszystko, by Haidi się nie przemęczała, to i tak część pracy w gospodarstwie spadała na nią. Tego ranka poszli nad jezioro. Dorf wyrąbał dwa przeręble, by mogli złapać nieco ryb. Haidi zanurzyła obciążoną linę z haczykami. Ujęła w dłonie gruby kij i obserwowała jezioro. Dorf nieco dalej, z siekierą na kolanach, nie spuszczał Haidi z oka. Choć bestia atakowała tylko dzieci, kobieta czuła się pewniej, wiedząc, że mąż nad nią czuwa. Śnieg delikatnie prószył. Kobieta, obserwując linię drzew, myślała o imieniu dla dziecka. Brała pod uwagę jedynie męskie, gdyż czuła w głębi serca, że Jottun da im syna. Linka szarpnęła, Haidi skoczyła ku przerębli. Złapała za sznurek i pociągnęła. To musiało być coś dużego, bo wyciąganie szło jej z największym trudem, a ryba walczyła zawzięcie.
– Dorf! Dorf! Mam!
Dorf nie odpowiedział. Spojrzała z ukosa. Wielki biały wilk szarpał gardło jej męża. Zamarła, puszczając linkę. Wciąż na czworaka sięgnęła po kij. Łzy od mrozu paliły policzki, lecz z całych sił powstrzymała szloch. Wilk stanął z zakrwawionym pyskiem nad ciałem. Czerwone krople spływały po futrze, kapiąc na śnieg. Wstała, a zwierzę rzuciło się ku niej. Haidi nie uciekała, wiedziała, że musi bronić dziecka. Stanęła na szeroko rozstawionych nogach i wyciągnęła przed siebie kij. Bestia zatrzymała się tuż przy niej. Zaczęła krążyć. Ręce kobiety dygotały, a gardło ściskał strach. Mimo grozy próbowała krzyknąć, lecz głos ledwie wydobywał się z jej ust. Wilk skrócił dystans, wtedy wrzasnęła, a krzyk rozbrzmiał w okolicy. Zwierzę cofnęło się, niepewne co robić. Wtedy od strony chaty Karlsona usłyszała krzyki mężczyzn. Odwróciła głowę by upewnić się, że pomoc nadchodzi. Wilk skoczył. Kły wbił w pierś. Haidi poczuła szarpnięcie i padła w śnieg. Przeraźliwy ból przeszył jej ciało, gdy bestia szarpała je kłami. Haidi zamachnęła się kijem w wilczy pysk. Zwierzę odskoczyło. Nim Haidi zdążyła się podnieść, bestia zaatakowała brzuch. Kobieta wrzasnęła przeraźliwie i wsadziła dłoń w rozwarte szczęki wilka. Zwierzę wbiło zęby. Szarpiąc ramię, zaczęło ciągnąć kobietę po śniegu. Haidi nie miała sił krzyczeć, ból wyrywanego barku ze stawu całkowicie ją obezwładnił. I nagle wszystko się uspokoiło. Podniosła głowę i spojrzała wzdłuż ręki za uciekający wilkiem ze strzałą w boku. Rana po odgryzionej dłoni krwawiła, szybko barwiąc śnieg. Ktoś obrócił ją na plecy. Mężczyźni krzyczeli, część pobiegła za umykającym wilkiem. Haidi puściła kij i zdrową ręką złapała za brzuch. Nie liczyło się nic, prócz tego, że ocaliła dziecko.
*
Kjell siedział w gospodzie. A zebrani tam chłopi z Grundlas uważnie słuchali, co też pijany pachoł wygaduje do gospodarza. Miny ich były surowe, a pięści zaciskał się, im dłużej Kjell mówił.
– Syn włodarza ruszał wraz ludźmi Gustawsona na Fygów. Chciał zabrać ze sobą zwierzę. Cóż było zrobić, kiedy bydle nikogo nie chciało słuchać, może poza Perem. Pan tak je męczył, że zdziczało zupełnie. Szczerzyło kły. Gówniarz uwidział sobie, że zabierze wilka na wojnę, wyobrażasz sobie?
– Kjell, wystarczy już, wracaj do włodarza, nie wiesz, co mówisz – powiedział z poważną miną gospodarz.
– Nim panicz wyjechał, kazał mi zastrzelić wilka. Nic już więcej nie dało się zrobić. Zabrałem kuszę i stanąłem przed klatką. I spudłowałem. Czemu wtedy nie poszedłem po kolejny bełt, nie wiem. Złapałem za łopatę. Otwarłem klatkę, a bydle wpadło na mnie. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, wilk uciekł do lasu.
– Dobrze Kjell, wystarczy już tej historii, zbieraj się.
– Co mogłem zrobić, gonić po lesie? Myślałem, że zdechnie gdzieś z głodu. Skąd mogłem wiedzieć, że będzie polować…
– Dosyć! – wrzasnął gospodarz i uderzył pięścią w blat.
Kjell podniósł się i zatoczył. Wieśniacy patrzyli na niego nienawistnie.
– Może masz rację, może trzeba mi wracać.
Kjell zarzucił futro i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia. Chwilę po tym, jak opuścił gospodę, pojawił się drwal. Mówił o ataku bestii na Haidi i Dorfa. O tym, że bestia wyrwała dziecko z brzucha kobiety. Chłopi zebrali się, część ruszyła do wsi, a kilku za Kjellem.
*
Landorf nie zważał na wrzawę we wsi. Cała uwagę poświęcał na tropienie. Już wcześniej zauważył, że wśród śladów pozostawionych przez wilki, jedne zawsze odbiegały od tych, które zostawiała wataha. Postanowił je odnaleźć. Z kuszą w rękach przystawał między drzewami i badał dokładnie każdy trop. Śnieżyca się wzmagała i wiedział, że nie ma za dużo czasu, nim puch zatrze wszystkie ślady. Znalazł trop samotnego wilka, a tuż obok niego pozostawione w śniegu krople krwi.
*
Kjell, pchnięty, padł w śnieg. Zaraz któryś z wieśniaków złapał go i postawił na równe nogi. Pachoł obdarty z odzienia, przez mieszkańców Grundlas, ledwie przebierał bosymi stopami w śniegu. Ciało miał posiniaczone, ledwie widział przez zalewającą mu oczy krew.
*
Landorf wszedł na niewielkie wzniesienie, tam wśród drzew odnalazł chatę. Z komina unosił się dym. Minął ją i ze szczytu spojrzał na gospodarstwo włodarza. W dole kłębili się wieśniacy z pochodniami w dłoniach. Najemnik rozpoznał też nagiego pachołka, pchanego przed tłumem. Landorf ruszył do chaty. Otworzył drzwi i zajrzał do środka.
Wilk podniósł łeb, szczerząc kły, mężczyzna pogłaskał zwierzę.
– Spokój – powiedział łagodnie, lecz stanowczo.
Był starszy od Landorfa, już o siwej brodzie i długich, białych włosach. Twarz miał surową i ogorzałą od zimnego wiatru. W chacie było pełno futer, a na ścianach wisiały poroża. Najemnika jednak najbardziej zainteresowała długa pika na dziki tuż przy mężczyźnie.
– Wejdziesz? Ciepło ucieka – powiedział mężczyzna.
– Raczej nie, nie zabawię też długo.
Mężczyzna spojrzał na pikę, następnie na najemnika i powiedział:
– Gdy znalazłem szczenię, trzeba było je zabić na miejscu, ale pomyślałem sobie, że jako leśniczy włodarza, sprawię prezent jego synowi. Tak też uczyniłem. A kto mógł przewidzieć, jak tam na dole będą je traktować. Gdybym wiedział, zaraz bym je zabił.
– Teraz to już nie ma znaczenia – powiedział Landorf, unosząc kuszę.
– Najgorsze były dzieci, dźgały wilka patykami, sypały mu ziemi do jedzenia. Gdy Kjell powiedział mi, że wilk uciekł, wytropiłem go i chciałem zabić. Ale nie mogłem, przez sześć lat piekła, które zgotowałem temu zwierzęciu, zwyczajnie nie mogłem.
– Ty jeden o niego dbałeś? – zapytał najemnik.
– Tak, i może dlatego zwierzę do mnie wracało. A może do domu włodarza. Tego nie wiem. Ale wiem jedno, to niesprawiedliwe by zwierzę miało odpowiadać za zbrodnie ludzi.
Mężczyzna skoczył ku pice. Landorf wystrzelił. Bełt minął leśniczego o włos i trafił wilka w gardło.
Per ryknął jak niedźwiedź i ruszył na Landorfa. Najemnik sprawnie odskoczył i schował się na zewnątrz. Leśniczy wypadł na śnieg i odwrócił się. Landorf odrzucił kuszę i wyciągnął topór o długim stylisku. Leśniczy ruszył łukiem, najemnik poszedł za Perem. Leśniczy zrobił wypad i pchnął włócznią. Najemnik zwinnie odskoczył. Per nagle skoczył w stronę najemnika, wyprowadził kolejne pchnięcia. Landorf sprawnie odbijał grot włóczni, czekając aż starszy mężczyzna opadnie z sił, a gdy leśniczy opuścił broń, najemnik skrócił dystans i wbił ostrze topora pomiędzy szyję a obojczyk Pera. Leśniczy zakrztusił się krwią. Landorf wyszarpnął ostrze i podszedł zobaczyć co się dzieje z gospodarstwem włodarza. Pozwalając leśniczemu skonać w samotności. Ze szczytu wzgórza Landorf obserwował, jak płonie stodoła i dom, na podwórzu zauważył kilka ciał, w tym i nagiego pachoła.
– Domy z papieru i budyniowe lasy – wyszeptał, przypominając sobie wyrocznię. – Postaram się o nich pamiętać, Blekksprut, za lat naście.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Żołnierze fortuny: Wieża Ansalemiego
Heim nie tylko urodził się jako Mers, ale i został wychowany w myśl wyspiarskiej tradycji – na wojownika i człowieka wiernego klanowym obyczajom. Dlatego też zadanie od Haarstadów przyjął bez skarg, choć wyprawa na Sjuvindar przyprawiła go o mdłości. Klany wszystkich wysp jednoczył Jottun, bóg Mersów i król z Haarstadów. Liczne wyspy rozrzucone na Mroźnym Morzu, zarządzane przez głowy rodów, przypominały Merską wspólnotę zjednoczoną przez wiarę i władcę. Sjuvindar było inne. Klan Myhre, przyjmował do siebie wszystkich – Panończyków, Loaryjczyków, a nawet Nekarczyków, z którymi widmo konfliktu wisiało od dawna nad Mersami. Na wyspie Sjuvindar świątynie zastąpiły tawerny, a klanowe zasady – złodziejski kodeks. Myhrowie zaś byli oazą dla najemników i piratów. Mało tego – sami znani byli z bandyckich wypraw. Wyspiarze z Sjuvindar oczywiście nadal uważali się za wiernych królowi, jednak ich lojalność była elastyczna w kontekście niecnego procederu. Samo położenie wyspy już podkreślało inność jej mieszkańców, gdyż leżała poza archipelagiem Merskim, blisko kontynentu, tuż przy granicy Nekary i Panony.
Heim przebywał na Sjuvindar od dwóch dni, w portowym mieście Fang i szczerze znienawidził zarówno mieszkańców stolicy, jak i cały ród Myhre. Audiencja u włodarzy nie przyniosła nic. Heim zaznaczył, że przybył na polecenie Haarstada. Groził, że poskarży się władcy, jak Myhrowie zbywają prośby królewskiego wysłannika. Wszystko na nic.
– Jesteś na Sjuvindar, a my nie wtrącamy się w cudze sprawy. Prawda, objęliśmy protekcją Ansalemiego, ale cenimy sobie prywatę. Jeśli alchemik nie chce nikogo wpuszczać do wieży, to jego sprawa – mówili.
Heim postanowił, że nie ma wyjścia i musi działać na wyspie według złodziejskich zasad. Dotarł do Grubego Svena, który słynął z umiejętności rozwiązywania wszelkich problemów.
Heimowi nie podobała się tusza Svena ani świńskie oczka, którymi bezczelnie spoglądał na królewskiego wysłannika. Nie przypadły mu do gustu także sieroty, które otaczały grubasa, ale nie miał już czasu, by szukać kogoś innego. Musiał albo wyciągnąć Ansalemiego z wieży, albo potwierdzić, że Panończyk nie żyje.
– Jeśli szukasz włamywacza, dobrze trafiłeś – powiedział Sven, poprawiając płaszcz obszyty białym futrem. – Za odpowiednią kwotę Fang staje się miastem cudów.
– Połowę teraz, a połowę po wykonaniu zadania? – upewnił się Heim.
Sven uśmiechał się bezczelnie.
– Takie tu mamy zasady – powiedział.
Heim zostawił sakiewkę na stole i ruszył do wyjścia, obserwowany przez sieroty zebrane w pomieszczeniu. Nie miał wątpliwości, że ta banda wyrostków miała już niejedno na sumieniu.
Człowiek czekający na Heima przed budynkiem ruszył z nim do gospody. Nie mogli wiedzieć, że reszta świty Heima właśnie została wrzucona do morza, a im samym pisany jest podobny los.
*
Frig splunął krwią na deski pomostu. Brodaty byczek złapał go za koszulę i podniósł. Noc przeszył piorun, uderzając w rozszalałe morze, rozbijające fale o port. Pomost trząsł się, zalewany wodą.
– Zaraz utoniemy! – wrzasnął Frig, zasłaniając twarz przed kolejnym ciosem.
Byczek zmylił go i uderzył w brzuch. Złodziej skulił się, a brodacz upuścił go na deski.
– Proszę, dosyć – wykrztusił Frig.
Brodacz przykucnął nad nim.
– Jesteś lepszym złodziejem niż hazardzistą. Kto wie, może gdybyś poprzestał na włamaniach, nie byłoby nas tutaj.
– Miałem pecha. – Frig wyszczerzył zakrwawione zęby.
– Ty zawsze masz pecha, przyjacielu. Gdyby to ode mnie zależało, wrzuciłbym cię do morza, ale ja tylko wykonuję polecenia. A zlecono mi albo odebrać dług albo przekazać ci, że masz się pojawić w „Pod Ostatnią Szalupą”. Tam pytaj o Heima. Zrobisz to, o co poprosi.
Brodacz złapał Friga za jasny warkocz i uniósł głowę złodzieja.
– Powiedz, że zrozumiałeś.
– Zrozumiałem – wyjęczał Frig.
– Dobrze.
Osiłek puścił złodzieja i zniknął w mroku nocy. Frig leżał na trzeszczącym pomoście, a deszcz łagodził opuchniętą twarz.
*
Landorf zszedł po trapie do portu. Założył skórzany czepiec, poprawił kuszę i zapalił fajkę. O świcie mieszkańcy Fang jeszcze spali głębokim snem. Ludzie tu budzili się popołudniami, a życie kwitło nocą. Landorf przemierzał puste uliczki, oświetlone porannym słońcem. Wiedział, kto w Fang nigdy nie śpi i zawsze ma jakąś robotę do wykonania.
*
Gruby Sven, żyjący w najniebezpieczniejszym mieście na całym archipelagu, pełnym szumowin z wszystkich stron świata, nauczył się jednego – jeśli masz robotę, której nikt nie będzie chciał wykonać, to nie ma co latać po ulicach w poszukiwaniu frajera, wystarczy poczekać, a w końcu pojawi się sam. Pukanie do drzwi wyrwało Svena z drzemki. Do pokoju wszedł jeden z ptaszków. Chłopak, przecierając oczy, ziewnął.
– Tak? – zapytał Sven.
– Jakiś Nekarczyk do ciebie.
Sven, mimo tuszy, błyskawicznie ściągnął nogi ze stołu i powiedział:
– Dawaj go tu.
Landorf wszedł, jak zawsze roztaczając wokół siebie woń panońskiego tytoniu. Oparł przedramię o kolbę bandoletu, a drugą wsparł pod bokiem, tuż obok toporka o długim stylisku i okrągłym ostrzu.
– Landorf, miło cię widzieć. Jak ci się zimowało na Isoya? – zapytał Sven, odbierając od wyrostka butelkę wina i dwa drewniane kubki.
– Nie pytaj.
– Mówiłem, że będziesz żałował – powiedział Sven i dał znak chłopcu, by zostawił ich samych.
Landorf odmówił wina i powiedział:
– Ledwie zarobiłem tyle, by wrócić. Potrzebuję pracy.
Sven patrzył chwilę na najemnika. Landorf nie krył się z godłem Srebrnej Kompanii, której herb miał wycięty na czepcu, do tego był jedynym znanym Svenowi Nekarczykiem chodzącym w szerokich panońskich spodniach.
– Jakim cudem jeszcze nikt cię nie zabił?
– Już kiedyś o to pytałeś. – Twarz Landorfa była niewzruszona. – Praca, Sven. Masz coś, czy mam iść do konkurencji?
– Znasz Friga?
– Tego włamywacza?
– Właśnie tego.
– Tak.
– To podciągnij te niebieskie portki i siadaj, bo mam ciekawą historię do opowiedzenia.
*
Frig byłby w stanie zignorować groźbę, gdyby nie fakt, że ani jeden z jego wierzycieli nie nazywał się Heim. Nie mógł sobie pozwolić na ryzyko, gdy nie wiedział, z kim ma do czynienia. Tawerna „Pod Ostatnią Szalupą” była pełna i Frig szybko wymieszał się w tłum, następnie ruszył do kontuaru. Mimo starań, napotkał kilku wierzycieli, którzy jednak ignorowali go, odwracając wzrok. To wzmogło czujność Friga. Zapytał karczmarza o Heima, a ten wskazał złodziejowi stół, za którym siedział mężczyzna, rosły nawet jak na mersańskie warunki.
Frig przeszedł pod ścianą i bez słowa dosiadł się do nieznajomego. Gładko ogolony długowłosy dryblas w płaszczu z soboli, musiał być pewien, że Frig się zjawi, skoro już na niego czekał z kuflem i piwem.
Heim nalał Frigowi trunku i zapytał:
– Mówi się, że jesteś najlepszym włamywaczem na wyspie. To prawda?
– Nie. W całej Mersji. – Frig napił się i wyszczerzył.
– No to dobrze się składa, bo mam robotę w sam raz dla ciebie.
– Nie tracisz czasu, co? Dobrze, zatem pomówmy o konkretach. Co mam zrobić i za ile?
– Wejdź ze mną do wieży Ansalemiego.
Frig niemal upuścił kufel. Odruchowo rozejrzał się, czy nikt nie nadstawia uszu.
– Nie ma takiej kwoty, która by mnie do tego przekonała. Prościej byłoby przepłynąć wpław do Nekary niż porywać się na coś takiego.
Frig wstał, lecz Heim podniósł się błyskawicznie i złapał złodzieja za ramię.
– Jeśli chcesz, możesz być pierwszym pływakiem, który się tego podejmie.
Frig usiadł, a Heim dolał mu piwa i powiedział:
– Posłuchaj uważnie. Spłaciłem twoich wierzycieli, gdyż bałem się, że skończysz w morzu, nim cię znajdę. Oferuję ci nie tylko to, co uda ci się wynieść z wieży, ale i czyste konto. Po wszystkim już mnie nie zobaczysz.
*
– Chwila, mówimy o Ansalemim, tym zwariowanym Panończyku? – zapytał Landorf.
– Tym samym – stwierdził Sven.
– Ale czy on nie ma protekcji klanu Myhre?
– Zgadza się, ale od dawna nikt nie widział Panończyka. Ansalemi regularnie sprowadzał zwierzęta do swojej wieży, gdy nagle zlecenia ustały. Klan wysłał tam emisariusza, ale nikt nie odpowiedział na jego wezwania. Więc Myhrowie postanowili cofnąć protekcję, ba nawet ogłosili nagrodę za informacje o tym, co się dzieje z Panończykiem.
– Czemu sami tam nie wejdą?
– Polityka, boją się incydentu. Panona wciąż jest w stanie wojny z Nekarą, a Mersji zależy na dobrych stosunkach z wrogiem naszego wroga. Wolą, żeby zadanie wykonała osoba nie związana z rodziną. – Sven przejechał grubym paluchem po krawędzi kubka. – Domyślasz się chyba, co się tu działo po ogłoszeniu takich rewelacji. Każdy chciał zajrzeć do wieży zwariowanego Panończyka.
– I co się stało?
– I żaden z tych, którzy tam poszli, już nie wrócił, a wybrało się wielu. Całą zimę mówiono o tym lub tamtym, który miał plan, jak zrabować wieżę, a potem słuch o nich ginął.
– I już nikt nie próbuje, a ty chcesz mnie tam wysłać?
– Tak, ale nie w tym rzecz, słuchaj dalej.
*
Frig, pomimo niekorzystnej sytuacji, dostrzegł okazję do uwolnienia się od długów. W pierwszej kolejności musiał jednak wiedzieć więcej o nowym wierzycielu, a w Fang był ktoś, kto mógł mu pomóc.
Frig wszedł do dwupiętrowego domu, znanego w mieście jako “Dziupla”. Wprowadziła go jedna z ptaszyn Svena, dzieciak o zimnych, niebieskich oczach i jasnym meszku pod nosem. Główne pomieszczenie było pełne sierot, które piły, jadły, paliły tani tytoń w fajkach, śmiały się, albo kłóciły. Ptaszyna zaprowadził Friga do pokoju na piętrze.
– Frig, stary draniu, jeszcze oddychasz? – przywitał go Sven.
– I mam nadzieję, że tak pozostanie. Dowiedziałeś się czegoś o tym Heimie?
– Kiepska sprawa, to wysłannik Haarstadów, jest nietykalny.
– Wiedziałem.
Frig krążył po pokoju, ignorując sierotę próbującą poczęstować go winem.
– To tłumaczy, dlaczego było go stać na wykupienie twoich długów – dodał Sven, wodząc spojrzeniem za Frigiem.
– I co ja teraz zrobię? Może ucieknę na inną wyspę albo do Nekary.
– I co tam będziesz robił? Potrafisz tylko kraść i grać w kości, a i tak to drugie kiepsko ci idzie. Spójrz na siebie, jesteś najmniejszym i najchudszym Mersem, jakiego znam. Nawet moje ptaszki przerastają cię o głowę. Na innych wyspach nie znajdziesz zajęcia i umrzesz z głodu, a Nekara jest państwem prawa, złapią cię tam i powieszą, nim zdążysz sprzedać pierwszy łup.
– To co mi zostaje?
– Posłuchaj. – Sven oparł łokcie o blat. – Normalnie bym z tobą nie gadał za dług, który u mnie miałeś, ale jako że jesteśmy kwita, postanowiłem ci pomóc.
Frig podszedł do stołu.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Sven nigdy nie zawiódłby starego przyjaciela.
– Włamiesz się do wieży.
– Co?! Zwariowałeś!
– Posłuchaj. Heim ma przekazać Ansalemiego Panońskiemu wysłannikowi i dopilnować, by ci odpłynęli ze Sjuvindar cali i bezpieczni. Ten wysłannik bywał już w wieży. Na pewno dobrze zna jej sekrety. Powiesz Heimowi, że sam nie dasz rady i będzie musiał poprosić Panończyka o pomoc.
– Mam iść tam z człowiekiem Haarstadów i Panończykiem? To jakiś obłęd! Zresztą ten Heim na pewno się nie zgodzi.
– Nie panikuj, pogadam z Heimem, powiem mu, jaka jest sytuacja i pomogę przekonać, by w taki właśnie sposób wyciągnął Ansalemiego z wieży. A od siebie dorzucę kogoś, kto będzie chronił twój złodziejski tyłek.
– Kogo?
– Kogoś dobrego.
– A co ty będziesz z tego miał?
– Myhrowie, choć sami nie chcą się w to mieszać, dają nagrodę za zbadanie sprawy Ansalemiego, a dodatkowo zwolni się miejsce w wieży. Pomyślałem, że je zajmę. Moich ptaszyn przybywa, więc potrzebuję więcej miejsca, a na stare lata przyda mi się cichsza siedziba, z dala od zgiełku miasta.
*
– I co na to Heim, zgodził się? – zapytał Landorf.
– W innej sytuacji byśmy nie rozmawiali. Zresztą nie miał wyjścia. Panończycy wysłali już swojego człowieka, który ma przybyć jutro. Frig nie dałby rady sam, a ja zaoferowałem się dopomóc przedsięwzięciu.
– Dopomóc? Znaczy się znaleźć osiłka, który będzie pilnował, by wszystko poszło po twojej myśli?
– Właśnie. – Sven uśmiechnął się chytrze. – To jak, będzie, Landorf? Idziesz na to?
– A co z tego będę miał?
– Wszystkie dobra pozostawione przez Ansalemiego, jeśli nie żyje. A jeśli ma się dobrze, to ja pokryję twoją pensję.
– Potrzebuję zaliczki.
Sven odpiął mieszek od pasa i rzucił go na stół.
– Gdzie jest haczyk?
– Zbyt dobrze mnie znasz – Sven wydął wargi. – Dopilnuj, by Panończycy po wszystkim trafili na łódź.
– Łódź?
– Heim ci wszystko wyjaśni. I pozbądź się Friga.
Landorf uniósł brwi.
– Wiele osób w Fang nadal ma mu za złe, że migał się od spłaty należności, w tym i ja. W końcu ktoś nie wytrzyma i weźmie się za niego. A ty to załatwisz profesjonalnie, bez zbędnej brutalności. Właściwie można powiedzieć, że zrobisz mu przysługę.
*
Sven stał przy oknie, spoglądając za odchodzącym Landorfem, gdy drzwi pokoju się otworzyły. Herszt ptaszyn po chodzie rozpoznał agenta imperium. Sztywny, miarowy krok, jakby Nekarczyk miał włócznię w zadku. Złodziej obrócił się na dźwięk sakwy uderzającej o blat stołu.
– To za załatwienie sprawy Hieima i jego ludzi, druga część zapłaty po dostarczeniu Panończyków na łódź – powiedział Nekarski agent.
– Takie tu mamy zwyczaje – przyznał Sven.
*
Za plecami Landorfa fale rozbijały się o klif. Najemnik, pykając z fajki, patrzył na wieże pośrodku gęstego lasu oraz otaczający go wysoki mur.
– Cholernie dziwne miejsce – powiedział Frig, podchodząc po wzgórzu do Landorfa.
Najemnik zerkał na zbliżającą się łódź o jednym maszcie, zmierzającą ku plaży.
– Też się cieszę, że cię widzę – ciągnął dalej Frig – poważnie, gdy tylko Sven powiedział, że będziemy pracować razem, kamień spadł mi z serca.
Na wzgórze, zaczął wchodzić potężnie zbudowany mężczyzna.
– To Heim – powiedział Frig. – A tam na morzu to pewnie panońska łódź. Wszystkim się spieszy do wieży.
Landorf poprawił kuszę i ruszył w dół zbocza.
– Znasz tego Heima? – zapytał Frig, zrównując się z najemnikiem.
Landorf wypuścił dym, zerkając z ukosa na złodzieja.
– No właśnie, nikt nic o nim nie wie. Wysłannik Haarstadów, mówi Sven. Ale coś mi się w nim nie podoba. Jest tak, jakby to powiedzieć…? Tak merski, że jeszcze nie widziałem, by któryś z Mersów był tak merski jak on.
Frig spojrzał na Landorfa, ale najemnik zdawał się skupić całą uwagę na fajce.
Spotkali się z Heimem w połowie wzgórza i ruszyli razem ku plaży.
– A więc to jest Landorf? – zaczął Heim. – Ostatni członek słynnej Srebrnej Kompanii.
– Podobno nie ostatni – poprawił go Frig.
– To, co Kompania wyczyniała w Panonii, przeszło już do legend – kontynuował Heim, ignorując uwagę włamywacza. – Jak was tam nazywali? Krwawe piki, rzeźnicy z panońskich lasów? Cały świat drżał na wspomnienie o nekarskich najemnikach.
– Łącznie z cesarzem Goelzem, który tak się przestraszył powrotu kompanii do macierzy, że kazał ich rozwiązać – wtrącił się Frig.
– Rzekomo za mord, którego mieli się dopuścić w jednej z nekarskich wsi – dodał Heim.
Landorf obserwował postać pozostawioną na brzegu. Panońska łódź odbiła i pomału oddalała się w morze.
– Ty jednak nie wstydzisz się nosić symbolu Kompanii – zauważył Heim.
– A są tacy, którzy wciąż polują na jej członków. O ile dobrze pamiętam, nagrody za głowy nekarskich najemników nadal są wysokie. Ale tu w Fang nikt nie próbuje dopaść Landorfa – powiedział z dumą w głosie Frig.
– A byli tacy, co próbowali? – zapytał Heim.
Frig szykował się do odpowiedzi, ale ubiegł go najemnik:
– Owszem byli.
– No to się nagadał – powiedział Frig. Zamilkł, gdy najemnik spojrzał na niego.
Stanęli na skraju plaży, widząc, że Panończyk zmierza ku nim. Przyglądali się długowłosej niskiej postaci w zielonych szarawarach.
– Chwila, czy to nie… – zaczął Frig.
– Kobieta – dokończył Heim.
Panonka miała niemal białą cerę, która kontrastowała z wielkimi czarnymi oczami, nadając twarzy wyjątkowo upiorny wyraz.
– Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy – wyszeptał Frig, gdy obserwowali, jak kobieta się zbliża. – Co zatem można powiedzieć o jej duszy, gdy miast w oczy spogląda się w czarną nicość?
– Nazywam się Tauri – powiedziała Panonka, stając przed mężczyznami. – Który z was to Heim?
– To ja – potężny Mers zrobił krok w jej kierunku.
– A ci dwaj? – zapytała.
– Sprawy się skomplikowały, Tauri – zaczął Heim. – Ansalemi nikogo nie wpuszcza do wieży od kilku miesięcy. Nie wiemy, czy żyje ani jaki jest powód jego izolacji. Ten niski Mers to Frig, włamywacz, pomoże nam się dostać do wieży. A ten to…
– Landorf Brandstatter – wtrąciła się Tauri. – Sierżant Srebrnej Kompanii. My w Panonii nie zapomnieliśmy o rzeziach, których dokonaliście. I przyjdzie czas rozliczenia.
Landorf uśmiechnął się lekko, skinął głową i powiedział:
– Zawsze do usług i w razie potrzeby wiecie, gdzie mnie szukać.
– Zapewniam, że król Joril dowie się o wszystkim, co miało tu miejsce, i lepiej żebyśmy zastali Ansalemiego w wieży. Dla dobra stosunków między Mersją i Panonią – Tauri, choć mówiła do Heima, nawet na chwilę nie spuszczała wzroku z najemnika, który odpłacał się jej tą samą monetą.
*
Wysoki mur górował nad czwórką postaci, za nim drzewa szumiały, targane wiatrem.
– Szukamy wejścia, czy będziemy się wspinać? – zapytał Heim.
– Wejście powinno być przed nami – powiedziała Tauri.
Wszyscy spojrzeli na ścianę, ale nie było tam wrót ani bramy.
– Może obejdziemy wieżę? – zaproponował Heim.
– Dajcie mi chwilę. – Frig podszedł do ściany i przeczesał trawę rękoma. – Kiedy byłaś tu ostatni raz?
– Zeszłej zimy? – Tauri przyglądała mu się badawczo.
– Tu była ścieżka prowadząca w stronę wieży, choć zarosła już trawą. – Frig zbliżył się do ściany i badał jej powierzchnię rękoma. Nagle się zatrzymał i zaczął stukać. Pozostali usłyszeli odgłos uderzenia w drewno.
– Zobaczcie, pomalowane na wzór kamiennej ściany, wrota się z nią zlewają. – Frig uśmiechnął się z satysfakcją i na dowód wyrżnął spory kawałek z pomalowanego drewna.
– Sprytnie – przyznał Heim, przejeżdżając palcem po zagłębieniu. – Widać Ansalemiemu zależy by nikt mu nie przeszkadzał.
– Odsuń się, znalazłem zamek – powiedział Frig, wyciągając wytrych.
Tauri stała nieruchomo, obserwując, jak włamywacz pracuje. Landorf przypatrywał się jej, nie zdołał jednak dostrzec miecza ani nawet sztyletu.
– Jesteś Wiedzącą? – zapytał.
Tauri zignorowała najemnika.
– Kim są Wiedzący? – zapytał Heim.
– Magami, czarodziejemi, szamanami, w Panonii, nazywa się ich Wiedzącymi – wyjaśnił Landorf.
– Jak to rozpoznałeś? – zainteresował się Heim.
– Panończycy już od kołyski wychowują się z bronią, z którą nigdy się nie rozstają w trakcie życia. To taka tamtejsza tradycja. Tylko Wiedzący nie noszą broni.
– Dlaczego? – dopytywał Heim.
– Bo jej nie potrzebują.
Usłyszeli trzask otwieranego zamka, a po chwili drzwi uchyliły się, ukazując gęsty las.
– Pani przodem – zaproponował Frig, wskazując Tauri drogę. Pozostali ruszyli za Panonką. Heim został z tyłu, odczekując, aż towarzysze wejdą w gęstwinę, a następnie uchylił zamaskowane drzwi i podłożył grubą gałąź, aby mieć pewność, że pozostaną otwarte.
*
Gad podniósł powieki, świadomość Ansalemiego obudziła się wraz ze zwierzęciem. Panończyk czuł każdy mięsień zwiniętego gadziego ciała. Zobaczył las w zimnych i ciepłych barwach. Język pomału wysunął się z masywnej szczęki, a Ansalemi wyczuł nowe zapachy. Ktoś naruszył jego terytorium łowieckie. W świadomości Panończyka eksplodowała niepohamowana chęć mordu. Długi kształt rozwinął się bezszelestnie i gad zaczął pełznąć między drzewami, tropiąc zapach intruzów.
*
Trzech nekarskich agentów minęło ukryte wejście i zapuściło się w gąszcz. Ich czarne stroje zlewały się z półmrokiem panującym w ogrodzie Ansalemiego. Ślady były aż nadto wyraźne. Połamane gałęzie zwisały z drzew i krzewów, jakby nie ludzie, a duże zwierzę przedzierało się przez gęstwinę. Dowódca nagle stanął. Pozostali agenci wyciągnęli rzutki i błyskawicznie przykucnęli. Dowódca, trzymając sztylet w dłoni, wpatrywał się w gałęzie tuż na wysokości głowy. Wiatr przemknął po koronach drzew, a cały ogród Ansalemiego zafalował. Dowódca odwrócił się ostrożnie i dał znać ludziom, że droga jest wolna. Las przed Nekarczykami poruszył się, olbrzymi zielony łeb wystrzelił spomiędzy gałęzi. Szeroko rozwarte szczęki złapały dowódcę w pasie i wciągnęły w zieloną otchłań. Nekarczycy usłyszeli przeraźliwy krzyk, gwałtownie urwany. Zapadła cisza, mącona jedynie szumem drzew.
*
Ansalemi nie mógł przywyknąć do dławienia. Ciało Nekarczyka popychane mięśniami węża powoli zsuwało się do gardła. Panończyk czuł skórę człowieka, smak ubrania i włosów. Choć kości były połamane, a organy i mięśnie zamienione w krwawą masę, człowiek był trudny do połknięcia. Gad rozkoszował się posiłkiem, a Ansalemi doznawał nieopisanych katuszy, świadomy pokarmu, który zmuszony był przyjąć. W splotach coś drgnęło, Panończyk wyczuł to od razu i zmusił gada do działania. Masywne cielsko zacisnęło się wokół drugiego z Nekarczyków. Las przeszył trzask łamanych kości, twarz człowieka zsiniała, usta otworzyły się w niemych okrzykach bólu, oczy ofiary wyszły z oczodołów, a po chwili wypłynęły. Nekarczyk zastygł. Ansalemi znów poczuł obrzydzenie, gdy ciało przesunęło się w pysku o kolejne centymetry.
*
Przedzierali się przez gąszcz, z trudem nadążając za Tauri, która przemykała między gałęziami bezszelestnie, niczym duch. Frig klął co chwilę, wpadając na jakiś krzew, a Landorf, choć starał się nie zostawiać śladów, nie był w stanie ominąć wszystkich przeszkód. Heim z kolei wyciągnął miecz i zaczął wyrąbywać drogę. Tauri nagle stanęła.
– Coś się stało? – zapytał Heim, odrąbując sporą gałąź.
– Powinniśmy już być przy wieży.
– Panończyk, który zgubił się w lesie, to tak, jakby karp zgubił się w stawie – zaśmiał się Frig.
– Ktoś będzie musiał wejść na drzewo i sprawdzić, gdzie jest wieża – powiedział Landorf, kładąc rękę na ramieniu Friga.
Uśmiech zniknął z twarzy złodzieja. Spojrzał wzdłuż konaru, ciągnącego się na dobre kilkanaście metrów, resztę drzewa zasłaniała warstwa gęstego listowia.
*
– Widzisz go? – zapytał Heim. Landorf pokręcił głową, wypuścił dym i wyciągnął fajkę z ust.
– Frig?! – zawołał Heim.
– Jest zbyt wysoko, wśród gałęzi, przy tym wietrze z pewnością cię nie usłyszy – powiedział Landorf, z ukosa obserwując Tauri zapatrzoną w gęstwinę.
Nagle, przeraźliwy krzyk rozległ się między drzewami. Landorf sięgnął do bandoletu. Heim nawet nie drgnął.
– Słyszałeś?
Heim zdawał się nie rozumieć pytania najemnika. Zamiast tego, spojrzał tam, gdzie stała Tauri.
– Panonka przepadła! – krzyknął Heim i ruszył za uciekinierką.
*
Frig miał szczęście. Mocnych gałęzi do wspinaczki nie brakowało i rosły gęsto, dzięki czemu mógł bez przeszkód piąć się w górę. Gdy nieco opadł z sił, przysiadł i spojrzał w dół. Nie dostrzegł nic prócz otaczających go liści i konarów.
– No dobra, to drzewo musi kiedyś się skończyć – powiedział i podjął wspinaczkę.
Pień stawał się coraz węższy, a wkrótce Frig poczuł powiew wiatru na twarzy. Rozsunął gałęzie, a jego oczom ukazał się widok na ogród Ansalemiego i Mroźne Morze. Frig przeszedł na drugą stronę pnia i dojrzał wieżę. Las otaczał ją z każdej strony, a część z drzew musiała wyrastać tuż przy niej. Złodziej zaczął schodzić, lecz zatrzymał się w miejscu, gdzie gałęzie były najdłuższe i było ich najwięcej.
– To się może udać – wyszeptał i spróbował sięgnąć gałęzi sąsiedniego drzewa.
*
Lata walk w Panonie nauczyły Landorfa, jak poruszać się po lasach. Więc żaden dźwięk nie zdradził najemnika, gdy dotarł do Heima i Nekarczyka, mimo, że byli przygotowani. Nóż imperialnych służb specjalnych tkwił przy szyi Heima, a agent krył się za szerokimi plecami Mersa. Landorf z wycelowaną kuszą zamarł w miejscu.
– Landorf, opuść kuszę – powiedział Heim. – Ten szpieg chce Tauri, nie ma sensu zgrywać bohatera.
Agent znał się na robocie i wystawał zza pleców Heima tylko na tyle, na ile było to konieczne, by widzieć przeciwnika. Landorf jednak nie musiał celować w niego.
– Wiesz Heim, co cię zdradziło? – zapytał Landorf i ciągnął dalej, nim wyraz zdziwienia odmalował się na twarzy dryblasa. – O Srebrnej Kompanii tylko w Nekarze mówi się, że jest słynna.
Bełt z głuchym stuknięciem utkwił w czole zaskoczonego Heima. Agent wyskoczył zza osuwającego się na ziemię ciała i lotki wystrzeliły w stronę Landorfa. Najemnik odskoczył za pień drzewa, ale nie był wystarczająco szybki i jeden z noży wbił się w lewe ramię. Landorf bezskutecznie próbował podnieść kuszę. Ostrze noża głęboko utkwiło w mięśniu i ręka była bezużyteczna. Sięgnął do pasa po bandolet, gdy czarny kształt szpiega mignął mu między drzewami. Najemnik odskoczył w ostatniej chwili, a następna lotka utkwiła w pniu, tam, gdzie przed chwilą znajdowała się głowa Landorfa. Przebiegł w kierunku kolejnej osłony, unikając pocisków i skoczył za krzak jeżyn. Dopiero teraz zdołał wydobyć broń. Spojrzał poprzez zarośla. Czarny kształt przeciwnika mignął między drzewami. Landorf wiedział, że będzie chciał go zajść z flanki. Stanął w pozycji strzeleckiej i zaczął wędrować bronią między drzewami. Nekarski agent pojawił się niczym cień. Bandolet wypalił, przesłaniając dymem widoczność. Jedna z lotek przeleciała tuż obok policzka Landorfa, a w następnej chwili coś szarpnęło najemnikiem i zwaliło go na ziemię. To agent, siedział teraz okrakiem na Landorfie, jedną ręką trzymając go za gardło, przygważdżając mu głowę do podłoża.
– Chybiłeś – wysyczał, drugą ręką dobywając sztyletu.
Landorf złapał lotkę tkwiącą w ramieniu, wyszarpnął ostrze i wbił w bok szpiega. Agent wybałuszył oczy, mimo to nie zatrzymał się i zamachnął. Landorf w ostatniej chwili zasłonił pierś zranioną ręką. Ostrze sztyletu przebiło przedramię i weszło w tors, jednak niewystarczająco głęboko. Landorf wyciągnął lotkę i wbił ją agentowi pod brodę. Szpieg zesztywniał i opadł na pierś najemnika.
*
Sama idea stworzenia kryształu była szaleństwem, więc naturalnie zadanie to powierzono szaleńcowi, jakim z pewnością był Ansalemi. Już pierwsza wizyta na Sjuvindar upewniła Tauri, że w najlepszym wypadku całe przedsięwzięcie jest marnotrawstwem czasu i zasobów. Ale nie spodziewała się, że może dojść do najgorszego – że alchemik podoła zadaniu. Gdy do Panony dotarła wiadomość od Ansalemiego, król Joril rozkazał Tauri sprowadzić kryształ. Wszystko jednak było nie takie, jak powinno. Gdy tylko dowiedziała się, że alchemik przepadł bez wieści, powinna zaniechać misji, ale chęć sprawdzenia kryształu była zbyt nęcąca. Szelest wśród drzew wyrwał Panonkę z za myślenia. To drozd przysiadł na jednej z gałęzi.
– Witaj, maleńki, a już myślałam, że w tej wymarłej głuszy nie ma żadnych istot – powiedziała Tauri, zamykając oczy i wyciągnęła rękę.
Skupiła całą siłę woli na ptaku. Drozd zleciał i przysiadł na moment na nadgarstku. Tauri chwilę później poczuła lekkość i wiatr muskający pióra, a gdy otworzyła powieki, patrzyła na siebie z wysokości oczyma drozda. Przeleciała między gałęziami i wydostała ptaka ponad korony drzew. Wieża była niedaleko i wiedziała już, w którym kierunku się udać. Bezkres nieba i szczyty drzew zniknęły nagle. Tauri spojrzała w gęstwinę, skąd nagły huk wyrwał ją z transu. Wtedy liście i kora drgnęły. Las poruszył się, nabierając kształtu brązowo-zielonego, ozdobionego cętkami gada. Olbrzymi wąż zsunął się z gałęzi, bezszelestnie opadł na ściółkę i podniósł łeb. Rozszczepiony język raz po raz pojawiał się, by chłonąć otoczenie. Tauri zamarła. Łeb węża pomału skierował się ku Panonce. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę. Skoczyła. Masywne cielsko wystrzeliło, pysk uderzył Tauri w tors, jednak gad nie zdołał chwycić jej w szczęki. Tauri przetoczyła się po ziemi, wyjąc z bólu. Wstała mimo strzaskanych żeber i popędziła w stronę wieży, omijając sprawnie wszelkie przeszkody, ale nawet Panończyk wychowany w gęstych lasach nie mógł się równać ze zwinnym gadem, który błyskawicznie wił się między drzewami. Olbrzymi obły kształt skracał dystans do ofiary, gdy Tauri zauważyła szary kamień wieży między liśćmi. Przeskoczyła nad zwalonym pniem i wtedy zobaczyła zwisającą z gałęzi dłoń. Błyskawicznie podjęła decyzję i pochwyciła ją. Frig wciągnął Tauri na gałąź z największym trudem. Wąż okręcił się wokół pnia, jakby chciał go zmiażdżyć masywnym cielskiem, i zaczął pełznąć w górę.
– Szybko! – wrzasnął rozpaczliwie Frig, pomagając Panonce wejść na kolejną gałąź.
Zaczęli się wspinać.
– Szybciej, ku koronie! Tam drzewo go nie utrzyma! – zachęcał złodziej.
Wąż podążał za nimi, dopóki pierwsze gałęzie nie zaczęły się pod nim łamać. Wtedy znieruchomiał, wysuwając język i wodząc łbem za zdobyczą. Tauri również stanęła i przylgnęła do pnia, czując ból w boku, gdzie łeb gada pogruchotał jej kilka kości.
– Tauri?! – zawołał Frig, wyciągając dłoń, jednak Panonka nie była w stanie jej sięgnąć.
Kaszlnęła, wypluwając krew. Gad zareagował natychmiast, ruszając do ataku. Na szczęście kolejna gałąź złamała się pod masywnym ciałem, znów go zatrzymując. Wtedy Tauri dostrzegła oczy węża, jednolicie czarne, zupełnie jak jej oczy.
– Ansalemi? – wyszeptała.
Wąż drgnął na dźwięk imienia alchemika, potrząsając łbem i zaczął zsuwać się po pniu.
– Był blisko – powiedział Frig, przyglądając się Tauri, której krew z ust spływała na brodę. – Coś ty powiedziała tej bestii, że zrezygnowała? Jakieś tajemne panońskie zaklęcie?
Tauri niemal leżała na rozłożystych gałęziach i oddychała ciężko.
– Wybacz, zrobiłem co mogłem – kontynuował Frig – ale rozumiesz… Wieża sama się nie splądruje. Obiecuję, że po wszystkim przyślę tu kogoś po ciebie.
Nim Frig zaczął sięgać po gałąź sąsiedniego drzewa, Tauri złapała go za nogawkę.
– Nie dasz rady sam. Pomogę ci. Wypatruj drozda.
Frig przyglądał się Panonce przez chwilę, w końcu tylko skinął głową i przeszedł na sąsiednie drzewo.
*
Złodziej dotarł pod samą wieżę, a gad nie opuszczał go przez całą drogę, czekając na błąd Friga. Nie było mowy o zejściu i szukaniu wejścia z ziemi. Na szczęście złodziej dostrzegł stopnie wyrastające z wieży. Stanął na najpewniejszej, w jego mniemaniu, gałęzi i przeszedł po niej na kamienny stopień. Przy samej wieży, było wąsko, więc Frig przylgnął do ściany i ruszył po stopniach pnących się wokół domu Ansalemiego. Wkrótce wyszedł ponad szczyty drzew, a silny wiatr zaczął mu doskwierać. Przestrzeń rozpościerająca się wokół i brak jakiejkolwiek bariery sprawiły, że dłonie Friga momentalnie stały się mokre od potu. Szedł teraz ostrożnie po wyślizganych stopniach, nie odrywając pleców od ściany, dopóki skroń złodzieja nie natrafiła na wylot lufy bandoletu.
– Miło cię znowu widzieć, Landorf – zaczął Frig, spoglądając na zakrwawioną rękę najemnika, wiszącą na zaimprowizowanym temblaku z kawałka koszuli. – Miałeś przyjemność z pupilem Ansalemiego?
– Nie był zbyt zajęty pilnowaniem zdobyczy łażącej po drzewach. Wyprzedziłem was. I postanowiłem tu poczekać na ciebie.
Landorf bardzo uważnie przyglądał się złodziejowi.
– Możesz odstawić broń od mojej głowy? – zaproponował Frig.
– Co z Tauri?
– Zostawiłem ją na jednym z drzew, po tym jak pokiereszował ją wąż.
– Dobrze, a teraz skup się, Frig. Nie mogę Ci już ufać, ale nadal jestem ciekaw, co takiego kryje się w wieży. Zbadamy ją razem, ale jeden fałszywy ruch, a twoje truchło posłuży jako karma dla gada. Rozumiemy się?
Frig ostrożnie pokiwał głową, dając znak, że wszystko jest jasne.
– Teraz postaraj się mnie ominąć i prowadź.
Frig ustawił się frontem do najemnika i ostrożnie postawił stopę na stopniu za Landorfem. Przez chwilę stali twarzą w twarz.
– Nie zmieszczę się – wyjęczał Frig, ledwie trzymając stopy na krawędzi schodów.
Landorf przywarł do ściany schował broń i złapał złodzieja za pasek spodni.
– Będę cię asekurował.
– Jeśli omsknie mi się noga, to zlecimy obaj – zauważył Frig. – Więc chyba jednak trochę mi ufasz.
– Nie główkuj tyle, tylko przechodź, bo jeszcze ktoś nas zauważy w tej dwuznacznej sytuacji – warknął Landorf.
Frig nie bez trudu przedostał się przed najemnika. Oboje ruszyli w górę schodów. Złodziej zerkał czasem za siebie i zauważył, że Landorf trzyma bandolet w pogotowiu. Schody zdawały się nie mieć końca.
– No pięknie. I co teraz? – powiedział Frig.
Landorf zerknął mu przez ramię. Schody kończyły się przy przybudówce, jednak zamiast prowadzić do drzwi, ostatni stopień tkwił przy ścianie.
– Zbadaj to – zaproponował Landorf.
– Stopnie kończą się przy ścianie, co mam badać?
– Może to ten sam kamuflaż co przy murze.
We Frigu odżyła nadzieja. Pokonał kolejne dwa stopnie, lecz nim postawił nogę na ostatnim, z dachu wieży usłyszał ptasi śpiew. Złodziej stanął i spojrzał na drozda. W melodii, choć pięknej, kryła się przestroga.
– Tauri? – zapytał Frig.
– Na co czekasz? – Landorf starał się przekrzyczeć dmący wiatr.
Frig przykucnął i położył dłoń na ostatnim stopniu, ten momentalnie schował się w ścianie ze zgrzytem mechanizmu uruchamiającego pułapkę. Złodziej stracił równowagę i wrzasnął rozpaczliwie. Landorf odrzucił broń i doskoczył na czas, by złapać Friga za długie włosy. Złodziej ponownie zawył, tym razem z bólu. Najemnik podciągnął włamywacza i obaj polecieli po stopniach, tylko cudem nie spadając z wieży. Wstali ostrożnie i podeszli do przeszkody. Stopień, wysuwając się wolno ze ściany wracał na swoje miejsce.
– Dziękuję – powiedział Frig.
– Myśl lepiej, co dalej. Zdołasz zbadać ścianę z odległości.
Frig pokręcił głową z rezygnacją. Wtedy zauważył, jak drozd zlatuje z dachu i siada na gzymsie ciągnącym się wokół wieży. Zaśpiewał zachęcająco.
– Co ty wyprawiasz? – zapytał Landorf, patrząc z niekrytym zdziwieniem na pochylającego się nad gzymsem Friga.
– Chyba coś strasznie głupiego – powiedział złodziej.
W następnej chwili zawisł na ornamencie. Drozd podskakując, zniknął za łukiem wieży, a Frig zaczął przesuwać dłoń za dłonią, wisząc nad przepaścią. Po chwili zobaczył ptaka.
– Tauri? Mam nadzieję, że to ty – wysapał Frig.
Drozd pokręcił głową i pofrunął wzdłuż wieży. Frig, dysząc ciężko, przesuwał się, czując, jak drętwieją ręce. Rozejrzał się za drozdem, ale nigdzie nie dostrzegł ptaka. Panika ścisnęła Frigowi gardło, wiedział, że nie starczy mu sił na powrót. Zamknął oczy, z całych sił zaciskając palce na gzymsie. Przez wyjący wiatr usłyszał śpiew, który zmusił go do działania. Frig otworzył oczy. Drozda nie było, ale śpiew wyraźnie dochodził do złodzieja z wnętrza wieży. Frig na nierównościach ściany odnalazł stopą podporę i podciągnął się na rękach. Wtedy dojrzał niewielkie okno. Zdołał sięgnąć parapetu i wdrapać się do wnętrza wieży, po czym padł na deski, dysząc ciężko. Drozd przysiadł tuż przy czerwonej z wysiłku twarzy złodzieja i zaśpiewał melodyjnie.
– Dobra, już wstaję – wysapał Frig.
W gabinecie stały regały z księgami i przy rządami o tajemniczym zastosowaniu. Na środku ustawiono okrągły stolik, przy którym na krześle spoczywał szkielet w mocno nadgryzionej przez mole szacie. Z czaszki wyrastały długie białe włosy, a kościane ręce, wciąż obwieszone zasuszoną skórą, spoczywały na blacie, ściskając w palcach czerwony kryształ. Klejnot lśnił purpurą, przyciągając uwagę złodzieja. Frig ruszył do stolika, wtedy drozd zaśpiewał ostrzegawczo, podleciał i usiadł na krysztale, zaciskając szpony na zdobyczy.
– Rozumiem, ale daj mi jakąś nagrodę pocieszenia – poskarżył się Frig.
Ptak obrócił głowę w stronę starego kuferka. Frig przykucnął przy nim i wyciągnął odpowiedniej wielkości wytrych. Mocował się z zamkiem do chwili, gdy zapadki wskoczyły na odpowiednie miejsca i wieko odskoczyło. W środku leżały księgi i szaty. Złodziej przekopywał zawartość do chwili, gdy natrafił na dwie sakwy. W pierwszej znalazł złote monety w nominałach merskich i panońskich. Gdy otworzył drugą, szczęka Friga opadła na chwilę. Pośpiesznie schował jej zawartość do kieszeni, pierwszą zawiesił na ramieniu i ruszył do drzwi. Nagle przypomniał sobie o pułapce na zewnątrz. Stanął i spojrzał na drozda. Ptaka jednak już nie było, a wraz z nim zniknął kryształ. Frig zrzucił szczątki na podłogę, podniósł krzesło i postawił je przed drzwiami. Ledwo drewniane nogi dotknęły podłogi, zapadnia otworzyła się i mebel pofrunął w las pod przybudówką. Frig stracił równowagę, zdołał wyciągnąć ręce i w ostatniej chwili oprzeć je o drzwi. Spoglądał w przestrzeń, licząc, że mechanizm, zadziała w drugą stronę, ale nic takiego się nie wydarzyło. Ostrożnie przekroczył przepaść, wyciągnął wytrych i umieścił w zamku drzwi. Landorf siedział na stopniach, badając przebite przedramię i ranę na piersi. Druga była jedynie powierzchowna, jednak ręka mimo ucisku krwawiła. Wstał, sięgając po toporek, gdy skrzypnęły drzwi. Ściana otwarła się, odsłaniając stojącego nad zapadnią Friga.
– I jak łowy? – zapytał Landorf.
– Mam to – odpowiedział Frig, unosząc sakwę ze złotem i potrząsając nią. – Ale i tak mi nie wierzysz, więc wejdź i sam się rozejrzyj.
– Masz rację – nie wierzę ci.
Landorf ominął obie pułapki i zaczął przeszukiwać pracownię Ansalemiego. Gdy nie znalazł niczego wartego uwagi, odebrał sakwę od Friga i zaczął dzielić złoto na okrągłym stoliku.
– Słusznie, Landorf. Kto wie, czy obaj wyjdziemy z tego cało – przyznał Frig. – Z drugiej strony szkoda, by połowa tego złota się zmarnowała.
– O moją część możesz być spokojny. A co z kryształem? – zapytał najemnik, nie przestając liczyć.
– I tak mi nie uwierzysz.
– Spróbuj, może miło cię zaskoczę.
– Tauri go ma.
– Masz rację, nie wierzę ci. Ale to nie moja sprawa. Umowa ze Svenem już mnie nie obowiązuje, a tu jest więcej niż spodziewałem się zarobić.
Frig spojrzał na Landorfa pytająco, ale najemnik nie powiedział już nic więcej. Spakował swoją część łupu i ruszył do schodów.
– A co z wężem? – zapytał Frig.
– Pomartwimy się o to na dole.
*
Powieki Tauri powoli się otwierały, kiedy jej palce spoczęły na lśniącym krysztale. Spoglądała na purpurowe światło bijące z artefaktu. Drozd pokiwał głową, puścił kryształ i odleciał. Tauri schowała zdobycz do sakiewki i ostrożnie zeszła z drzewa. Rana dawała o sobie znać, a gdy tylko stanęła na ziemi, kaszlnęła, wypluwając krew. Usiadła, opierając się o pień i wyciągnęła kryształ. Zamknęła oczy, skupiając wolę na artefakcie.
*
Ansalemi poczuł, jak gad podrywa się. Zaczął pełznąć. Masywne mięśnie popychały cielsko przez las. Nie panował nad wężem. Wola Ansalemiego zawładnęła bestią na jakiś czas, ale jej nie ujarzmiła. Instynkt gada, tygodniami, kawałek po kawałku odzyskiwał sprawczość, spychając wolę alchemika do najgłębszych zakamarków jaźni, do chwili, gdy Ansalemi stał się jedynie przebłyskiem woli. Anomalią w zachowaniu, skazą na psychice. Ale był, istniał, a dopóki świadomość alchemika przetrwała, dopóty mógł o nią walczyć. Już po chwili Ansalemi wyczuł, że zachowanie węża nie jest podyktowane naturalnym odruchem. Coś go przyzywało.
*
Landorf ostrożnie zszedł ze schodów wieży i rozejrzał się.
– I jak? – usłyszał pytanie Friga, który obserwował działania najemnika z góry.
Landorf powoli obszedł siedzibę Ansalemiego. Zatrzymał się przy bandolecie leżącym na mchu. Podniósł broń i dostrzegł ślad pozostawiony przez węża, prowadzący między drzewami.
*
Tauri coraz mocniej czuła zbliżające się zwierzę. Pędziło na spotkanie, sterowane kryształem. Było coś jeszcze, siła odpierająca wolę Tauri, sprawiająca, że gad coraz mocniej walczył z wzywającym go artefaktem.
*
Wąż podpełzł do Wiedzącej, skręcił ciało i uniósł łeb nad ofiarą. Ansalemi w strzępach wspomnień odnalazł twarz kobiety. Wiedział już, kim jest i co zamierza. Pchnął węża do ataku. Ciało gada wystrzeliło i zamarło tuż przed twarzą Tauri. Ansalemi poczuł, jak do świadomości węża wdziera się wola Wiedzącej. Najpierw niewielkim strumieniem, powstrzymując zwierzę przed atakiem, by po chwili wlać się potokiem i zawładnąć gadem. Alchemik już od tygodni z ledwością utrzymywał kontrolę. Teraz, w obliczu nieugiętej woli Wiedzącej, poczuł, jak odchodzi w niebyt, opuszczając gadzią jaźń.
*
Frig nie znał się na tropieniu, ale wyżłobiony w ziemi ślad był na tyle wyraźny, że nawet on dostrzegł, że najemnik prowadzi ich tropem węża. Złodziej nie wnikał w motywację Landorfa, choć nie podobał mu się kierunek, w którym podążają.
– To te drzewo, gdzie zostawiłem Tauri! – zawołał Frig, gdy wyszli zza gęstych zarośli.
– Ciszej – warknął Landorf, badając ślady w ziemi.
– Spójrz. – Frig wskazał opartą o pień Wiedzącą i nie czekając na reakcję Landorfa, podbiegł do drzewa.
Kobieta była pogrążona w głębokim transie, Friga jednak bardziej interesował kryształ, który ściskała w dłoniach. Złodziej sięgnął po zdobycz.
– Frig, odsuń się, powoli.
Coś w głosie najemnika sprawiło, że złodziej cofnął dłoń. Ostrożnie podniósł głowę i dostrzegł osuwające się z gałęzi cętkowane cielsko. Wąż zawiesił pysk na wysokości głowy złodzieja. Frig spojrzał w czarne oczy gada i poczuł, jak strach ściska mu pierś.
– Frig, cofnij się.
Słowa Landorfa dochodziły do złodzieja z bardzo daleka, zagłuszały je panika i inny głos, który rozległ się pod czaszką Friga.
– Odejdźcie czym prędzej, z trudem panuję nad ciałem węża. Kryształ mnie z nim scala, uciekajcie, póki jest jeszcze czas.
Frig poczuł szarpnięcie. To Landorf ciągnąc za pasek spodni zmusił złodzieja do pierwszego kroku w tył. Wąż syknął ostrzegawczo, lecz nie zaatakował.
– Landorf, to ona jest w tym…
– Wiem, ale to już nie nasz problem.
Niespodziewanie Frig wyciągnął bandolet zza paska najemnika i wypalił w węża. Kula trafiła w gałąź, z której zwisał i masywne cielsko runęło na ziemię. Złodziej skoczył ku Tauri i wyrwał jej z dłoni kryształ. Wąż wystrzelił z rozwartą paszczą, Frig próbował odskoczyć, lecz gad zatopił zęby w barku złodzieja. Ciało węża skręciło się błyskawicznie, oplatając ofiarę. Landorf podbiegł do Wiedzącej i gwałtownie nią potrząsnął. Tauri otworzyła oczy, które przez chwilę były żółte z pionową źrenicą, ta szybko rozlała się, wypełniając tęczówki i białka czernią, nadając oczom Tauri dawny wygląd. Wąż syknął i spróbował sięgnąć paszczą najemnika. Landorf odskoczył, dobywając toporek. Ciął zza głowy po pysku gada. Wąż cofnął rozcięty łeb, zaciskając mocniej zwoje wokół Friga, którego twarz zsiniała. Złodziej otworzył usta w niemym okrzyku bólu. Landorf doskoczył do gada, który uniósł głowę, górując nad najemnikiem. Wąż i Landorf zaatakowali równocześnie, jednak człowiek był zdecydowanie zbyt wolny. Gad wbił zęby w lewy bark najemnika, tuż przy szyi i przygniótł go do ziemi. Tauri wstała z trudem i rzuciła się w stronę walczących. Zdołała dotrzeć do gadziego pyska i przycisnęła dłonie do łusek. W chaotycznej szarpaninie próbowała dotrzeć do jaźni gada i zagłuszyć morderczy instynkt. Wąż poczuł, jak Wiedząca wdziera się w jego umysł. Po raz pierwszy od dawna był wolny i nie zamierzał ponownie dać się sterować. Skręcił masywne cielsko, uderzając w Tauri. Wiedząca runęła na ziemię. Tym samym gad rozluźnił splot wokół Friga, który uwolniony z trudem łapał powietrze. Wąż zaczął wycofywać się między drzewa, ciągnąc za sobą Landorfa. Najemnik rozpaczliwie próbował wbić topór w gadzi pysk, lecz bezskutecznie. Tauri wstała i ruszyła za wężem z wyciągniętymi dłońmi. Gad ponownie poczuł Wiedzącą. Puścił Landorfa i błyskawicznie wycofał się między drzewa, znikając w gęstwinie.
*
Noc w ogrodzie Ansalemiego była ciemna i cicha. Poza ogniskiem, panował nieprzenikniony mrok, w którym najmniejszy szelest rozpalał czujność Wiedzącej, złodzieja i najemnika. Tauri podeszła do Landorfa i sprawdziła opatrunek. Po chwili zastanowienia postanowiła zmienić go na nowy. Najemnik wiedział, że Wiedzące znają się, jak nikt, na ziołach, a to, co stanowiło część opatrunku w postaci zielonej papki, mogło pomóc lub zainfekować ranę, przynosząc śmierć w męczarniach.
– Gdybym chciała oglądać twoją śmierć, zostawiłabym cię w paszczy węża – powiedziała Tauri, widząc nieufność, z jaką najemnik spoglądał na opatrunek.
– Czemu tego nie zrobiłaś?
– W Panonie mamy takie powiedzenie: Wspólny trud jednoczy najzacieklejszych wrogów.
– Jest w tym sporo prawdy – zauważył Frig.
– Jak twoje żebra? – zapytała Tauri.
– Zdaje się, że są całe, w przeciwieństwie do twoich.
Frig wstał posykując z bólu i pomógł usiąść Wiedzącej przy ognisku, a następnie położyć się. Zanim Frig wrócił na miejsce, Tauri już spała.
– Czemu jej pomogłeś? – zapytał Landorf, zapalając fajkę od żarzącego się patyka.
– Bo ja wiem, może to był mój złodziejski honor.
– Nie gadaj głupot. Złodziejski honor w Sjuvindar to przestroga, by nikomu nie ufać.
– Wiem, ale miło było, chociaż raz w życiu, zrobić coś pożytecznego. A poza tym, mieliśmy odstawić Panonkę na łódź wraz z Ansalemim. Więc chyba przyznasz, że robota została wykonana. Sven powinien być zadowolony.
– Gruby Sven. – Landorf zapatrzył się w ogień. – On mógłby cię sporo nauczyć o złodziejskim honorze.
– Co masz na myśli?
Landorf nie odpowiedział, zadumany nad fajką, pogrążył się w myślach.
*
Wstali nad ranem. Nim ruszyli do wyjścia, Landorf zaprowadził ich do Heima.
To nekarski agent, tak samo jak ten drugi ubrany na czarno – powiedział najemnik. – Obawiam się Tauri, że nie czeka na ciebie żadna łódź od Haarstadów.
– Skąd się tu wzięli? – Frig nie potrafił oderwać wzroku od bełtu tkwiącego w czole Heima.
– Jak znam życie, to Sven się z nimi dogadał. Wiedział o przybyciu wysłanników z Panony i postanowił zgarnąć nagrodę od Myhrów, przejąć siedzibę Ansalemiego i zdobyć nekarskie złoto za wydanie Tauri w ręce agentów.
– Ale… – zaczął Frig.
– Z pewnością prawdziwy Heim nieopatrznie zgłosił się do Grubego Svena, licząc, że pomoże rozwiązać problem – przerwał mu Landorf.
– Myślisz, że agenci Nekary wciąż są w Fang? – zapytała Tauri.
– Z pewnością czekają na łódź, która miała zabrać cię i Ansalemiego do Nekary.
– Ale Sven… – odezwał się Frig, jednak Landorf nie dał mu dojść do słowa.
– Sven obiecał zapłacić mi ekstra, jeśli zabiję cię po wszystkim. A ja pewnie skończyłbym z nekarskim sztyletem w plecach. To właśnie jest złodziejski honor.
– Agenci nie odpuszczą – zauważyła Tauri.
– Sven także – dodał Frig.
– Jest jednak coś, co możemy zrobić – powiedział Landorf.
– Zgodziłeś się mnie zabić, niby czemu miałbym ci ufać! – wybuchnął Frig.
– Może dlatego, że od kiedy przystałem na propozycję Svena, uratowałem ci życie już dwukrotnie. Mordowanie cię teraz byłoby niekonsekwentne. A może dlatego, że pojmuję honor zupełnie inaczej niż Sven.
*
Sven nie ucieszył się widokiem Friga. Jednak był elastyczny. Śmierć Landorfa była dla niego mniejszym problemem – bardziej martwiła go dalsza część historii złodzieja.
– Zatem przeżyłeś tylko ty i Panoński wysłannik – stwierdził Sven, bębniąc palcami o blat stołu. – Nie masz pojęcia, Frig, ile masz szczęścia. Dobra, trzeba doprowadzić sprawę do końca.
– Ja swoje zrobiłem, zresztą Heim nie żyje, a wraz z nim przepadł mój dług – Frig uśmiechnął się z satysfakcję.
– Tak, jednak zobowiązałem się, że dostarczę Panończyka w odpowiednie ręce.
– To już twój problem.
– Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę! – ryknął Sven, rąbnąwszy pięścią w stół.
– Po co te nerwy? Chętnie cię zaprowadzę do Panończyka, a właściwie Panonki, bo to kobieta. Oczywiście za odpowiednią zapłatą.
*
Sven nie lubił załatwiać spraw osobiście, ale ta sytuacja tego wymagała. Nie ufał Frigowi, a jego ptaszyny były zbyt płochliwe do takiej roboty. Wieczorem, wraz z Frigiem, spotkali się w porcie i weszli na łódź. Nekarczycy byli nerwowi, wysłali za agentem podającym się za Heima kilku ludzi, by dopiąć sprawę do końca, ale ci jak dotąd nie wrócili. Chwilę trwało nim szpiedzy przystali na propozycję Svena i łódź wypłynęła z Fang w kierunku wieży Ansalemiego. Sven podszedł do Friga, który spokojnie obserwował fale.
– Poza pułapkami i tym wężem, który pożarł Landorfa, niech mu ziemia lekką będzie, nie zauważyłeś nic więcej? – zapytał.
– Nie – odparł Frig.
– Widzisz, moi chlebodawcy podobno stracili kilku ludzi, których wysłali za Heimem.
– Sven, stary przyjacielu, co mnie interesują sprawy twoich pryncypałów. Kimkolwiek są.
– Masz rację, dobrze się spisałeś – powiedział Sven, poklepując Friga po plecach.
*
– Jesteś pewna, że dasz radę? – zapytał Landorf.
– Zdaje się, że nie ma innego wyjścia. Jeśli odbierzesz mi kryształ, powinnam uwolnić się z ciała węża. Tak jak miało to miejsce w lesie.
– Miałem na myśli, czy dasz radę go przyzwać na czas? – poprawił się Landorf.
– Tak, kryształ ma wielką moc oddziaływania. Jestem pewna, że żadne zwierzę nie zdoła mu się oprzeć.
*
Łódź zacumowała przy kamienistej plaży. Nekarscy agenci poluzowali żagle i przeciągnęli łajbę na ląd. Było ich pięciu, szli tuż za Svenem i Frigiem. Księżyc świecił w pełni, górując nad wieżą Ansalemiego.
– Tam jest, tak, jak ją zostawiłem – Frig wskazał postać stojącą niedaleko murów otaczających wieżę.
Agenci zbliżyli się do Tauri, okrytej płaszczem. Jeden z Nekarczyków ściągnął jej kaptur, odsłaniając Panonkę, stojącą z zamkniętymi oczami, pogrążoną w głębokim transie. Drugi odchylił płaszcz i wszyscy zauważyli kryształ lśniący purpurą w dłoniach Tauri.
– Jest przepiękny – wyszeptał Sven.
Poprzez dmący wiatr nikt nie usłyszał świstu bełtu, który przeszył powietrze. Agent stojący najbliżej Tauri runął na ziemię. Pozostali odskoczyli. Masywny cętkowany kształt wyłonił się z trawy. Wyskoczył i oplótł agenta stojącego przy Svenie, miażdżąc kości w brązowo-zielonych splotach. Frig wyciągnął nóż i jednym pewnym cięciem przeciął gardło Nekarczyka stojącego najbliżej. Dwaj pozostali rzucili się do ucieczki. Wąż przewyższał ich szybkością, wystrzelił w stronę najbliższego, chwycił go w potężne szczęki i błyskawicznie owinął ofiarę. Landorf wstał z wysokiej trawy, wyciągnął bandolet i podszedł do Tauri. Stanął w pozycji strzeleckiej i wypalił. Huk roznosił się w nocnej ciszy. Gdy dym opadł, ostatni z agentów leżał na kamienistej plaży. Frig zauważył Svena uciekającego za mury otaczające ogród Ansalemiego.
– Zostaw go – krzyknął Landorf. – I odsuń się od węża.
W zamieszaniu złodziej całkowicie o nim zapomniał, a teraz pobladł, cofając się na widok pożeranej przez gada ofiary. Landorf wyciągnął z dłoni Wiedzącej kryształ. Jednak ta nadal trwała w transie.
– Zrób coś! – wrzasnął Frig.
Landorf wziął zamach i potężnie spoliczkował Tauri, która najpierw upadła na ziemię, a następnie otworzyła oczy. Najemnik podszedł i pomógł jej wstać.
– Wybacz, zrobiłem to bez przyjemności – powiedział.
Wąż odzyskał kontrolę nad ciałem i gwałtownie zwrócił do połowy pożartego Nekarczyka. Tauri stanęła przed nim. Gad zaniepokojony Wiedzącą zaczął sunąć w stronę wieży. Gdy ogon zniknął za drzwiami w murze, Frig zatrzasnął je i wyciągnął wytrych.
– Co robisz? Jesteś od otwierania zamków, a nie od zamykania – zdziwił się Landorf.
– Upewniam się, że już stąd nie wyjdzie.
– Uwierz mi, ten wąż jest bardziej przestraszony niż ty. Nie opuści swojego terenu – uspokoiła go Tauri.
– Ja nie o gadzie mówię, tylko o Svenie.
*
– Jesteś pewien? – zapytał Landorf.
Tauri przysłuchiwała się rozmowie z pokładu.
– Całkowicie. Urodziłem się na Sjuvindar i tu chcę umrzeć.
– Oby to nastąpiło jak najpóźniej. Frig pomógł najemnikowi zepchnąć łódź na wodę. Gdy Landorf wszedł na pokład pomachał złodziejowi na pożegnanie.
– A ty jesteś pewien? – zapytała Tauri stając obok najemnika.
– Muszę opuścić Mersję, a już na pewno Sjuvindar. Sven ma sporo wpływowych znajomych, a ja jestem tu obcy, z pewnością ktoś będzie mnie szukał po tym wszystkim.
– Miałam na myśli czy jesteś pewien, że cię nie wydam, jak już będziemy w Panonii? – poprawiła się Tauri.
– Coś mi mówi, że rozumiemy honor podobnie. Zresztą do Panony jest długa droga.
*
Ptaszyny po tygodniu były już pewne, że Gruby Sven nie wróci. Najstarsze sieroty odeszły z dziupli szukając szczęścia na własną rękę. Reszta, niepewna jutra, zaszyła się w siedzibie i rozpaczała, jednak nie nad Svenem, ale własnym losem. Gdy drzwi dziupli otwarły się, ptaszyny wstały z nadzieją w oczach. Tę jednak szybko zastąpił niepokój, gdy sieroty zobaczyły Friga stojącego w progu. Część ptaszyn przezornie sięgnęła do noży, gdy uśmiechnięty złodziej raźnym krokiem podszedł do stolika na środku pomieszczenia.
– Sven już nie wróci – oznajmił krótko Frig. – Zwolniła się posada na jego stanowisko, a widzę, że wśród was nie ma chętnych, pozwólcie więc, że to ja stanę na czele ptaszyn. Jeden z chłopców zrobił krok naprzód i zapytał hardo:
– Ty? A niby co masz do zaoferowania, co by nas przekonało do takiej kandydatury?
Frig wyciągnął z kieszeni kilka diamentów, z tych które znalazł w wieży Ansalemiego, a którymi zapomniał podzielić się z Landorfem. Wysypał je na blat, po czym wskoczył na stół i usiadł obok kosztowności.
– Wnoszę wkład własny na dobry początek, byście byli pewni, że o was zadbam. Jest i drugi argument, tak jak wy, wychowałem się w dziupli jako ptaszyna.
Sieroty jedna po drugiej zaczęły opuszczać noże. Ktoś odkorkował butelkę wina, inny z chłopców znalazł drewniany kubek. Frig podniósł, podany mu puchar, do toastu.
– Prowadź nas, Frig – zakrzyknęły chórem sieroty.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Martwe serca
Daan Van Dijk od najmłodszych lat był osobą nieśmiałą i skrytą. W dorosłym życiu przełożyło się to na relacje z kobietami. Onieśmielały go do tego stopnia, że czuł się w ich towarzystwie niezręcznie. Oczywiście to nie oznacza, że kobiety nie interesowały Daana. Przeciwnie, fascynowały go tak, jak naukowców rzadkie wirusy. Obserwował kobiety, podziwiał ich piękno, grację i blask, jaki wokół siebie roztaczały. Ale przy bezpośrednim kontakcie, Van Dijka zatykało. Nie potrafił wykrztusić słowa, zaczynał się pocić i denerwować, a na koniec uciekał, gdy nie znajdował lepszego sposobu na wyrwanie się z niekomfortowej sytuacji.
Znacznie gorzej wypadał, gdy którejś się spodobał. A mógł się podobać. Jako wysoki, szczupły blondyn o dużych błękitnych oczach, naturalnie przyciągał do siebie niektóre kobiety. Wtedy Daan, wpadał w panikę. Jąkał się, ruchy miał nieskoordynowane, a z ust wychodził potok dziwnych wywodów. To robiło z niego, jak nie wariata, to przynajmniej dziwaka i wystarczyło, by odstraszyć nawet najwytrwalsze adoratorki.
Daan, chcąc uniknąć podobnych sytuacji, postanowił odseparować się od społeczeństwa. Nie stanowiło to żadnego problemu. Był pisarzem i potrzebował ciszy oraz samotności. Nie przeszkadzały mu też całe tygodnie spędzone w domu oraz brak higieny, która wpłynęła na wygląd Daana. Włosy stały się łamliwe, cera blada i lekko pożółkła, a zęby pokryły się brązowym nalotem. Ubrania miał brudne i przepocone. W ten sposób pozbył się wszystkich potencjalnych adoratorek.
Wtedy też zaczęły się problemy Daana. Van Dijk pisał opowiadania i krótkie powieści, wszystkie poświęcone jego fascynacji i fobii – kobietom. Gdy skończył ostatnią powieść i wyszedł do świata, by znów, poprzez obserwację, zaczerpnąć inspiracji, coś się zmieniło. Twarze kobiet, gdy tylko go dostrzegały, wykrzywiał grymas obrzydzenia. Spojrzenia stawały się ostre, pełne pogardy. Daan odkrył, że wcześniejsze relacje, choć dla niego tak trudne, dawały mu możliwość podglądania. Przystojny blondyn, obserwujący, ba, śledzący wzrokiem każdy kobiecy ruch, powodował zalotne spojrzenia czy skryte uśmiechy. To wszystko było inspiracją dla pisarza, motorem napędowym dla wyobraźni. A teraz zniknęło.
Van Dijk wciąż pracował, ale redakcja coraz częściej dawała znać, że teksty pisarza nie wypadają już tak dobrze, co przełożyło się na ilość publikacji. Daan nie potrzebował wiele, ale wkrótce i tego zaczęło brakować. Nie mając innego wyjścia, musiał znaleźć dodatkowe zajęcie. I to takie, które umożliwiłoby mu pisanie. Rozwiązanie problemu okazało się prostsze niż przypuszczał. Przeglądając ogłoszenia, natrafił na ofertę posady nocnego stróża w jednym z budynków kompleksu medycznego, podlegającego pod szpital miejski.
Rozmowa kwalifikacyjna poszła lepiej, niż przypuszczał. Raz, że przeprowadzał ją mężczyzna, patolog – Stiven, a dwa, że wygląd, jak i skrytość Daana, nie zrobił na mężczyźnie najmniejszego wrażenia. Na koniec lekarz uścisnął dłoń pisarza i zapytał z nadzieją w głosie, czy może zacząć już najbliższej nocy. Van Dijk pokiwał głową na znak, że jest gotów podjąć pracę. I tak jego kłopoty finansowe miały się skończyć. Jak również te dotyczące niemocy twórczej, o czym wówczas jeszcze nie wiedział.
*
Szpital św. Barbary był kompleksem dwudziestu budynków mieszczących się w centrum miasta. Całość otaczał mur z wjazdem dla karetek i drugim dla pacjentów. Powojenne budynki, w których mieściły się oddziały, zostały zaadaptowane po kopalni. Były to ceglane budowle, o misternie rzeźbionych gzymsach i dużych oknach, często ozdobionych witrażami, na których widnieli mężczyźni wydobywający węgiel, kilofy, wagoniki i inne atrybuty górniczego fachu. Na terenie szpitala utrzymywano trawnik, rosnący między brukowanymi alejkami, prowadzącymi do budynków. Tu i ówdzie posadzono kasztanowce. W odnajdywaniu drogi do właściwych poradni pomagały rozstawione to tu, to tam plany kompleksu.
Daan, sprawdzając jeden z nich, od razu dostrzegł samotny budynek, numer siedem – opisany jako prosektorium. Była to informacja dla odwiedzających. Pracownicy wiedzieli, że w obiekcie siódmym mieściły się również laboratoria, narządy do przeszczepów i sale wykładowe dla studentów medycyny. Trzypiętrowy budynek posiadał dwa poziomy podziemne. Umieszczono go tuż przy murze, z niewielkim wejściem dla pracowników pobliskiego zakładu pogrzebowego. Budynek numer siedem od szpitalnego kompleksu oddzielał zagajnik, przez który wprost do wejścia prowadziła jedna z alejek. Na frontowej ścianie znajdowały się rzędy okien z niebiesko-czarno-czerwonymi witrażami, tworzącymi w połowie budynku dwa skrzyżowane młoty. Pozostałe okna zasłaniały czarne rolety, nadając budowli osobliwej tajemniczości.
Daan pierwszej nocy spotkał się ze Stivem. Patolog był niskim łysiejącym mężczyzną, nosił brodę oraz okulary na kartoflowatym nosie.
– Cieszę się, że pan jest – przywitał Daana w obszernym holu o posadzce wyłożonej szarym marmurem. – Oprowadzę pana i zapoznam z obowiązkami.
Podali sobie ręce, i Van Dijk ruszył za lekarzem.
– Tu znajduje się recepcja. Dyżurna pracuje do osiemnastej. Spotka się pan z nią rano.
Przeszli przez szklane drzwi do pomieszczenia.
– Tu wisi plan budynku, a tu są klucze do pomieszczeń – tłumaczył lekarz. – Pana interesują cztery z nich. Ten jest od głównego wejścia, można też je zamknąć na zasuwę. Ten z czerwonym kółkiem jest uniwersalny i otwiera większość pomieszczeń na piętrach. Ten z niebieskim otwiera wszystkie pomieszczenia na niższych poziomach. I ostatni, z różowym, jest do prosektorium.
Daan uważnie obserwował narzędzia pracy i słuchał patologa z niekrytym zainteresowaniem.
– Raczej się panu nie przydadzą, jednak warto wiedzieć, który jest który. Po dwudziestej, kiedy zaczyna pan zmianę, większość personelu opuszcza budynek. Mogą się zdarzyć jacyś studenci, może wykładowca. Ale około godziny dwudziestej drugiej wszyscy powinni opuścić budynek. No i oczywiście jestem ja. Ale raczej staram się kończyć pracę do godziny dziewiętnastej. Tak więc przez resztę nocy jest pan w budynku sam. Na każdym z trzech pięter znajdują się alarmy. Każdy z nich powinien zostać zrestartowany o północy. Inaczej ochrona otrzyma powiadomienie, że coś jest nie tak. To jest pana zadanie, pilnowanie budynku i przed północą, najlepiej piętnaście minut wcześniej, zrestartowanie alarmów. A i byłbym zapomniał, na podziemnych poziomach są dwa dodatkowe alarmy, jakieś kretyn zaprojektował je tak, że trzeba je restartować godzinę później. Proszę o tym pamiętać.
– Oczywiście – powiedział Daan.
– O ósmej przychodzi recepcjonistka. Wtedy też kończy się pana zmiana. Czy wszystko jest jasne?
Daan pokiwał głową na znak, że rozumie.
– Zatem to wszystko. Życzę panu spokojnej nocy.
– Dziękuję – powiedział Daan, wzrokiem odprowadzając lekarza do wyjścia.
*
Van Dijk lubił samotność. Gdy wychodził z domu, robił to przeważnie po zmroku i wybierał trasy spacerowe w miejscach, w których nie spotykało się ludzi. Były to zapuszczone parki w pobliżu nieużytków po hucie, czy opuszczone osiedle domków jednorodzinnych, gdzie zaplanowano budowę trasy średnicowej. Więc budynek numer siedem nie tylko nie odstraszał Daana, ale wręcz przeciwnie – fascynował.
Cisza panująca na korytarzach. Światło księżyca przenikające witraż, gdy wspinał się po schodach na piętro. Odgłos butów niosący się wzdłuż pustych sal. To wszystko podobało się Daanowi. Był sam ze swoimi myślami. I byłoby naprawdę dobrze, gdyby nie pustka w głowie. Laptop spoczywał w recepcji, a w pliku tekstowym próżno było szukać choćby jednego słowa. Pisarz, dla zabicia czasu i by uciszyć dręczące go myśli, całymi nocami wędrował po obiekcie. Zaglądał do sal wykładowych z rzutnikami. Oglądał schematy anatomiczne, zakurzone szkielety oraz wymyślne narzędzia chirurgiczne z czasów, gdy medycyna jeszcze raczkowała. Gdy już znudził się pierwszym, drugim i trzecim piętrem, a nawet strychem, na który nie omieszkał zajrzeć, czwartej nocy postanowił zwiedzić dokładniej podziemia.
Jak zwykle nie skorzystał z windy i zszedł schodami. Już pierwsze pomieszczenie zrobiło na Daanie spore wrażenie. Zainstalowano tu niebieskie lampy, które oświetlały słoje z formaliną, a w nich najróżniejsze organy ludzkiego ciała. W innych pomieszczeniach odnalazł spreparowane kończyny, salę chirurgiczną i bibliotekę zapełnioną książkami z dziedziny ludzkiej anatomii. Na poziomie minus dwa znajdował się długi korytarz i zaledwie troje drzwi. Pierwsze prowadziły do prosektorium, za drugimi znajdowało się biuro patologa, a za trzecimi chłodnia. Tu Daan po raz pierwszy się zawahał. Nie przerażał go widok ludzkich zwłok. Raczej chodziło o intymność. Zaglądanie do chłodni wydało mu się nieeleganckie, jak wejście do damskiej toalety. Mimo to otworzył drzwi i zapalił światło. Chłodnia okazała się sporych rozmiarów pomieszczeniem, pozbawionym jakichkolwiek mebli, nie licząc szpitalnych stołów, ustawionych pod przeciwległymi ścianami. Na stołach leżały zwłoki przykryte białymi prześcieradłami, spod których wystawały stopy z plakietkami zawieszonymi na dużych palcach.
Daan wahał się chwilę, zerkając przez ramię, jak dziecko otwierające szafkę ze słodyczami pod nieobecność rodziców. W końcu wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Z na wpół otwartych ust zaczął wydobywać się biały obłoczek pary. Daan przespacerował się między rzędami stołów, spoglądając na plakietki. „Kurt Kirst, lat 69”, „Magdalena Nowicki, lat 89”, „Ted Springer, lat 74” i tak dalej. Gdy doszedł do ściany, jego uwagę przykuła nie tyle plakietka, co sama stopa. Zgrabna, o długich palcach i pomalowanych na czerwono paznokciach. Podszedł i spojrzał na plakietkę – „Sophie Smith, lat 23”. Zwilżył wargi i ponownie spojrzał w stronę drzwi. Były zamknięte. Wcześniej obszedł cały budynek. Był sam. Coś w głowie Daana wyszeptało: „No co się może stać? Nie robisz nic złego. Jesteś tylko ciekawy. Ona na pewno nie będzie miała nic przeciwko”.
Daan znał kobiece ciało głównie z filmów pornograficznych. Ale to było zupełnie coś innego. Odsunął delikatnie sąsiedni stolik, by zrobić sobie nieco więcej miejsca. Podszedł. Pod prześcieradłem wyraźnie rysował się kształt głowy – usta, nos, dalej piersi, brzuch i nogi Sophie. Ściągnął ostrożnie prześcieradło z twarzy. Leżała na rozpuszczonych rudych włosach. Miała wąskie usta i lekko zadarty nos, wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Była ładna. Daan przełknął ślinę. Chwycił za prześcieradło i zsunął je z trupa.
*
Daan już nie wędrował nocami po budynku numer siedem. Gdy tylko upewniał się, że jest sam, kierował się do chłodni. Do Sophie o małych piersiach i sterczących sutkach, szerokich biodrach i umięśnionych udach. W domu odnalazł jej profil na Facebooku; była lekkoatletką. Odwiedzał ją przez cztery noce z rzędu, zanim ją zabrali. Ale to wystarczyło, by znów mógł pisać. Studiowanie ciała Sophie rozbudziło wyobraźnię pisarza, i pomysły zaczęły spływać nieprzerwanym potokiem. Już po pierwszej nocy w jej towarzystwie, ruszył do domu i pisał do późnego popołudnia. A gdy skończył, nie umiał zasnąć, myślami wciąż wracając do rudowłosej dziewczyny. Gdy zniknęła, poczuł ukłucie zawodu. Niczym opuszczony kochanek.
Postanowił poszukać innego obiektu zainteresowań. Szybkie oględziny chłodni doprowadziły go do Anny. Była nieco przy kości, dość niska, szeroka w biodrach, z niewielkimi fałdkami w talii, miała długi, lekko spiczasty nos, pełne usta i krótkie czarne włosy oraz duże, krągłe piersi. Zmarła w wieku czterdziestu pięciu lat. Nie był to do końca typ Daana, ale postanowił spróbować. I tak, jak w przypadku Sophie, położył się obok Anny. Gładził ciało, dotykiem studiując każdą część. Poznawał ją, obserwował rysy twarzy. I wtedy zrozumiał, że czegoś mu brakuje w tej relacji. Tego samego, co dręczyło go już przy Sophie. Przesunął dłonią po brzuchu, pomiędzy piersiami, do szyi. Kciukiem dotknął warg. Zawahał się, ale tylko na chwilę, i otworzył powieki Anny. Przekrzywił jej głowę tak, by patrzyła wprost na niego. Po chwili namysłu rozszerzył delikatnie usta. To nadawało Annie nieco życia. Obejmował jej ciało, patrząc w czarne, jak dwa węgielki, źrenice. Poczuł się spełniony. Cały lęk, który tak skutecznie odpychał go od relacji z kobietami, zniknął. Był tylko jeden warunek: wszystko musiało rozgrywać się na warunkach Daana.
*
Redakcja była zachwycona, a po przesłaniu pomysłu na kolejne opowiadanie zaproponowano Daanowi napisanie powieści. “Zwariowałeś, Van Dijk? To jest materiał na powieść, i to nie byle jaką. To będzie hit. Musisz tylko rozbudować fabułę, ale wierzę, że stać cię na to”. Daan odczytał wiadomość w swojej skrzynce mailowej. Tak, czuł, że stać go na to. W szczególności od czasu, kiedy była z nim Suzan. Blondynka o zielonych oczach. Siódma muza. Była idealna. Długie nogi, piersi lekko sterczące, nie za duże, szczupła o idealnie zaokrąglonych biodrach. Jej delikatne rysy twarzy były niemal poetyckie. Usta wąskie, nie za duże. Gdy tylko pojawiła się w chłodni, Daan zakochał się od pierwszej chwili. Oczywiście, jego relacje z Suzan były czysto platoniczne, tak jak z pozostałymi muzami. Ograniczały się do dotyku i obserwacji. Ale tym razem z trudem był w stanie się opanować. Ostatniej nocy był bliski pocałowania bladych, lekko różowych warg.
Van Dijk wstał nagle od biurka i ruszył do kalendarza, kierowany okropną myślą. “Sobota, przywieźli ją w sobotę. To samobójczyni, więc sekcja będzie w poniedziałek. Więc, najdalej w czwartek…” – Urwał, gdyż ostatnia myśl przeraziła go.
Zauroczony pięknem Suzan zupełnie zapomniał, że jego muzy przychodzą i odchodzą, czy tego chciał, czy nie. A tym razem był pewien, że nic nie zastąpi mu Suzan.
*
Noc ze środy na czwartek miała być ostatnią spędzoną z Suzan. Pisarz przyszedł do pracy ubrany w garnitur, który częściowo zakrył kurtką. Zaczekał, aż patolog opuści budynek numer siedem i z torbą pod pachą ruszył na poziom minus dwa. Upewniwszy się, że wszystkie pomieszczenia są puste, wszedł do chłodni. Nie zapalał światła. Znał drogę do ukochanej na pamięć. A ta noc miała być wyjątkowa. Daan ściągnął sąsiednie zwłoki. Ustawił na stole świece i wino. Wyciągnął plastikowe kubki. Sięgnął po czerwoną suknię i białe szpilki po matce. Znał rozmiary Suzan. Był pewien, że wszystko będzie pasować idealnie. Na koniec włożył sztuczną różę między palce Suzan.
*
– Cholera, Tom! Jesteś pewien?! – Jeff opluł słuchawkę z podniecenia.
– To stało się dosłownie przed chwilą, mam ją przed oczami. Chodzi po stole! – odezwał się w słuchawce głos Toma, nieco mniej rozentuzjazmowany.
– Jesteś w budynku numer siedem?! – Jeff wciąż krzyczał do słuchawki, szczęśliwy jak dziecko.
– Tak – potwierdził Tom, ściszając głos, wyraźnie zaniepokojony. – Chyba już wszyscy wyszli, oprócz stróża.
– Pieprzyć go, będę za piętnaście minut! – Jeff opanował się i zapytał już spokojniejszym tonem. – Co pomogło? Adrenalina. Pomyliliśmy się w proporcjach?
– Tak – potwierdził Tom, uśmiechając się do słuchawki.
– Wiedziałem! – wybuchnął śmiechem Jeff. – Cholera, wiedziałem!
– Miałeś rację.
– Ile masz dawek?!
– Dwie. Starczą na co najmniej trzy tuziny myszy.
– Nie waż się używać specyfiku na kolejnym obiekcie! Słyszysz! Rób notatki, obserwuj, a ja właśnie wkładam buty!
Jeff zaparkował forda pod zagajnikiem i ruszył alejką między drzewami. Był krępy, ale niezwykle żwawy. Ubrany w brązowe sztruksy i zieloną marynarkę, włożoną na koszulę flanelową, niemal wbiegł do budynku numer siedem. Nie czekając na windę, ruszył schodami na drugie piętro. Dopadł drzwi laboratorium i wszedł do środka. Tom w białym kitlu obrócił się i złapał za serce.
– Ale mnie wystraszyłeś – powiedział.
Jeff podbiegł do przyjaciela, objął go w pasie. I choć Tom był wyższy o głowę, Jeff uniósł go wykrzykując:
– Udało się! Udało!
– Ciszej! – warknął Tom, uwalniając się z uścisku i poprawiając wygniecioną koszulę. – Nie jesteśmy sami!
– Spokojnie – powiedział Jeff, poprawiając okulary. – Ochroniarza nie ma w recepcji, a w całym budynku tylko tu pali się światło. A zresztą, wejdzie tu, i co nam zrobi? Co najwyżej upomni, że powinniśmy opuścić budynek.
– Masz rację. Jestem przewrażliwiony – przyznał Tom, marszcząc ciemne brwi. Uśmiechnął się pod czarnym wąsem. – Chcesz zobaczyć?
– Jasne, że chcę – powiedział Jeff już spokojniej, by nie denerwować przyjaciela.
Tom objął go za ramię i poprowadził do stołu laboratoryjnego. Wśród naczyń i probówek, tuż obok mikroskopu, stało akwarium, a w nim biała mysz biegała w kołowrotku.
– Kiedy podałeś lek?
– Nie wiem, czy lek to dobre określenie? – zauważył Tom.
– A jak byś to nazwał? – zdziwił się Jeff.
– Pół godziny temu – powiedział Tom, ignorując pytanie Jeffa. – Wygląda, że jest w dobrej formie. Nie zauważyłem żadnych skutków ubocznych, poza chwilowym oszołomieniem, tuż po zaaplikowaniu… – Tom się za wąchał.
– Leku – dokończył za niego Jeff.
– No, nie wiem.
Jeff złapał Toma za ramiona i zadzierając głowę, spojrzał przyjacielowi w oczy.
– Ta mysz była martwa jeszcze trzydzieści minut temu. Teraz biega, jak gdyby nigdy nic. Jak inaczej byś to nazwał, jeśli nie leczeniem?
– Leczy się, aby zapobiec śmierci – zauważył Tom.
– A my poszliśmy o krok dalej, wyleczyliśmy śmierć.
*
Daan pił wino z plastikowego kubka i wpatrywał się w zielone oczy Suzan. Wyglądała pięknie w sukni przy blasku świec. Szpilki idealnie komponowały się z białą różą w jej dłoniach.
– Co ja bez ciebie zrobię? – wyszeptał. – Najchętniej zabrałbym cię z tej chłodni. Uratowałbym przed pogrzebaniem. Ale co to da? Zyskalibyśmy dzień, może dwa.
Dopił wino, odsunął stół i podszedł do ukochanej. Delikatnie ją przesunął i położył się obok. Czubki ich nosów stykały się, czuł przyjemny chłód jej ciała.
– To nasza ostatnia noc, najdroższa – powiedział, głaszcząc jasne włosy.
Zbliżył ostrożnie usta do jej ust. Były lodowate. Nigdy nie był tak szczęśliwy i zrozpaczony zarazem.
– Kocham cię – wyszeptał, ocierając łzy.
Wtedy usłyszał dźwięk z windy. Daan zerwał się na równe nogi. W korytarzu zapaliło się światło. Pisarz podniósł prześcieradło i zakrył Suzan. Zgarnął kubki i wino do torby, zdmuchnął świeczki. Pobiegł do przeciwległej ściany, ukrywając się za stołami.
*
Jarzeniówki zamigotały w chłodni, zalewając pomieszczenie bladym światłem. Drzwi otwarły się, a Jeff wmaszerował raźnym krokiem do pomieszczenia. Tom szedł za nim, mówiąc podniesionym głosem:
– Zabraniam ci! Słyszysz!? Przez ciebie wylecimy z uczelni! Jeff, pomyśl rozsądnie! Musimy zrobić badania, nie możemy tak po prostu…
– Oczywiście że możemy! – Jeff obrócił się na pięcie, a oczy lśniły mu z podniecenia na pucułowatej twarzy. – Jeśli to wypali, nie będziemy potrzebowali żadnych badań. Tylko biletów do Sztokholmu, bo dostaniemy pieprzonego Nobla. A jeśli nic się nie stanie, to wrócimy do myszy.
– Ale ja się właśnie boję, że coś się stanie! – wrzasnął Tom prosto w twarz Jeffa, zionąc papierosami i kawą.
Jeff tylko wzruszył ramionami i zaczął sprawdzać zawieszki na zwłokach.
– Jak chcesz, to wracaj do laboratorium albo do domu – powiedział. – Ja nie zamierzam się teraz zatrzymywać.
– Posłuchaj – Tom podbiegł, wyciągając papierosa i zapalając go roztrzęsionymi dłońmi. – To nie jest mysz laboratoryjna. Jeśli któraś z tych osób ożyje, nie wsadzisz jej do akwarium, żebyś mógł przyglądać się, jak reaguje.
– Co się może stać? Co? – Jeff nawet na moment się nie zatrzymał, co rusz podnosząc nową plakietkę. – Cholera, żadnych młodych zwłok.
– Nie wiem, i to mnie przeraża najbardziej.
Obaj lekarze podeszli do pustego stolika. Daan kucając za “Justinem Frostem lat 78” obserwował ich z żabiej perspektywy.
– Pusty, dziwne – powiedział Jeff i odkrył stopy Suzan.
– Proszę cię, zastanów się – nalegał Tom. – Zróbmy więcej badań, ludzkich obiektów nie zabraknie. Możemy w każdej chwili tu wrócić.
– Jest ubrana – zauważył Jeff i ściągnął prześcieradło.
– Czasem zostawiają ich w ubraniu do pojawienia się patologa – wyjaśnił Tom.
– Idealnie, to znaczy, że dopiero co ją przywieźli. Jak myślisz? Ile może ważyć?
– Nie wiem… – Tom potarł oczy. – Może pięćdziesiąt kilogramów.
Jeff wyciągnął dwie strzykawki z przezroczystym “lekiem”. Jedna była pełna, druga do połowy pusta.
– Na myszy wystarcza jeden milimetr sześcienny – powiedział Jeff i przyjrzał się tej do połowy pełnej. – Tyle powinno wystarczyć.
– Nie chcę na to patrzeć – powiedział Tom i podszedł do pustego stolika.
Jeff był tak podniecony, że nawet nie zwrócił uwagi na różę między palcami Suzan.
Daan obserwował, jak lekarz podchodzi do ukochanej i bezceremonialnie przewraca ją na bok, niczym worek mięsa. Poczuł, jak wzbiera w nim gniew.
Jeff wymacał kręgi szyjne, tuż przy podstawie czaszki, i sprawnym ruchem wbił długą igłę.
– Gotowy, Tom? Na Nobla? – zapytał.
– Znasz moje zdanie – powiedział Tom, opierając się o stół.
Poczuł coś dziwnego na dłoniach. Do skóry przylepił się wosk. Spojrzał na blat i dwie świece. W tym czasie Jeff wcisnął tłok strzykawki. Tom zauważył przykryte zwłoki na podłodze pod sąsiednim stolikiem.
– Gotowe – powiedział Jeff, wyciągając igłę z kręgu szyjnego.
– Jeff… – zaczął Tom, ale wzniosłość chwili udzieliła mu się, wbił wzrok w kobietę w czerwonej sukni.
– No dalej – warknął Jeff.
Suzan jednak leżała bez ruchu.
– Może za mała dawka – zauważył Tom i dodał zdenerwowany. – Mówiłem ci, że to nie zabawa! Należy dokładnie zważyć i zmierzyć obiekt! Dokonujemy historycznego odkrycia, a ty podajesz specyfik na oko, jak dzieciak podniecony nową zabawką…
Zorientował się, że kobieta ma otwarte oczy.
– Co się tu wyprawia… – Tom urwał bo powieki kobiety zatrzepotały.
– Właśnie tworzymy historię – odpowiedział mu Jeff.
Suzan wstrząsnęły drgawki. Po chwili ciałem zaczęły miotać konwulsje. Stół pod “pacjentką” zaczął trzeszczeć i zgrzytać.
– To normalne? – zapytał Jeff, wyraźnie zaniepokojony.
– Nie wiem…
– Jak, nie wiesz?! A jak zachowywały się myszy?!
– Nie wiem! – Tom też krzyczał. – Inaczej!
I wtedy wszystko zagłuszył ryk kobiety w czerwonej sukni. Donośny i przeciągły. Tak przejmujący i dziki, że lekarze cofnęli się odruchowo, a Daan oszołomiony podniósł się. Przerażony przywarł do ściany. Ryk przeszedł w wycie, które zaczęło pomału cichnąć. Kobieta wzięła głęboki wdech i oszołomiona, zaczęła wodzić wzrokiem po chłodni.
Jeff podszedł ostrożnie i wyciągnął rękę w jej stronę. Kobieta zdawała się go nie widzieć.
– Już dobrze – powiedział lekarz.
Wtedy jej wzrok zatrzymał się na nim.
– Nie!!! – wrzasnęła i pchnęła Jeffa z taką siłą, że ten zwalił się na podłogę.
Suzan zeskoczyła ze stołu i biegiem ruszyła do drzwi chłodni.
– Łap ją! – krzyknął Jeff.
Ale Tom patrzył na Daana, stojącego pod ścianą w garniturze i z butelką wina w ręce.
Było już za późno, kobieta oburącz pchnęła drzwi chłodni i wybiegła na korytarz.
*
Suzan biegła po schodach, stukając obcasami. Czuła się jak wyrwana z głębokiego snu lub narkozy. Nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Czuła straszną pustkę. To było niczym zjazd po heroinie, który zaczynał łapać za serce, jeszcze przed nadejściem głodu. Było to stan tak straszny, że Suzan postanowiła już nigdy go nie doświadczać. W jej głowie rozbłysła myśl. “Przecież wstrzyknęłam sobie taką dawkę, że nic nie mogło mnie uratować”. Złoty strzał miał ją uwolnić od wszelkiego cierpienia. A jednak żyła. Stukot obcasów rozległ się w holu. Suzan minęła recepcję, biegła schodami na piętro. Coś było nie w porządku. Nie mogła przeżyć ostatniej dawki. Światło księżyca wpadające przez witraż rzucało kolorową poświatę na schody. Suzan zatrzymała się nagle. Wyciągnęła ręce, obserwując czarwono-niebieską mozaikę na białej skórze. Spojrzała na dwa skrzyżowane czarne młoty pośrodku witraża. “Kocham cię”, “Jesteś miłością mojego życia”, “Nie mogę bez ciebie żyć”. Te słowa. Pamiętała je. Czuły delikatny głos. Szeptał. A ona czuła spokój. Szczęście w otaczającej jej nicości. Nagle zapragnęła znów usłyszeć ten głos. I dotyk.
– Co się ze mną dzieje? – wyszeptała w stronę witraża.
*
– No pięknie! – powiedział Jeff, dźwigając się z podłogi. – Dałeś jej uciec.
– To ochroniarz. – Tom wskazał Daana. – W garniturze.
– Tak, widzę, że to ochroniarz! – Jeff zwrócił się do Daana. – A ty co? Lubisz sztywne dziewczyny, amancie?
Daan wodził wzrokiem od jednego lekarza do drugiego, nie mogąc uciec od jednej myśli – że Suzan żyła.
– Do ciebie mówię, zboczeńcu! – wrzasnął Jeff. – Rozumiesz, co do ciebie mówię?! Kochasiu! Pójdziesz siedzieć!
Z ust Jeffa wylatywały białe bałwany śliny. Daan patrzył na nie, a słowa lekarza trafiały do niego jak przez zaciągniętą kotarę.
– Uspokój się, Jeff. On jest w szoku, podobnie jak my – powiedział nienaturalnie spokojnie Tom.
– Uspokoić się?! Tom, ona uciekła!
– Dlatego trzeba najpierw zrobić badania, następnie testy – wyjaśnił mechanicznie Tom. – Teraz zrobimy to po mojemu.
Jeff otworzył usta, ale nic nie powiedział. Wiedział, że to wszystko była jego wina. Spuścił głowę i wymamrotał:
– Dobrze, Tom, zrobimy to po twojemu. – Przeniósł wzrok na Daana i zapytał. – A co z nim?
– Pomoże nam – wyjaśnił Tom.
– Co!? – Jeff znów prychnął śliną, a jego pucułowate policzki lśniły czerwienią w ostrym świetle jarzeniówek. – Ten zboczeniec… Wiesz, co on tu robił…?
– Nie. I nie obchodzi mnie to – powiedział chłodno Tom, jego skóra zdawała się być bladożółta. – Ale on wie, co zrobiliśmy. Prawda? Daan zorientował się, że lekarz mówi do niego.
– Tak – wydukał. – Wiem, co zrobiliście.
– Ty bezczelny sukinsynu – warknął Jeff i ruszył na Daana z pięściami. Tom złapał przyjaciela za ramię.
– My zapomnimy o tym, że cię tu widzieliśmy, a ty zapomnisz o nas – zaproponował.
– Zgoda – wymamrotał Daan.
– Ale by tak się mogło stać, najpierw musimy znaleźć dziewczynę, a ty nam w tym pomożesz.
Daan, patrząc w ciemne oczy Toma, wyczytał, że to nie jest prośba. Więc kiwnął tylko głową na znak, że się zgadza. Jeff podszedł do niego i wyrwał mu butelkę z ręki. Wypił długi łyk, wpatrując się w pisarza zielonymi oczami. Daan widział w nich obrzydzenie mieszające się z ledwo powstrzymywaną furią. Gruby lekarz cmoknął i poklepał Daana po policzku.
– Chodźmy zatem poszukać twojej cizi – wycedził.
*
Myśli kłębiły się w głowie Suzan. Wyrywkowe wspomnienia na przemian z szeptami nieznanego kochanka pojawiały się niczym migawki. Weszła do jakiegoś pomieszczenia i zatrzasnęła drzwi. Usiadła pod ścianą obok metalowego biurka. Coś było nie w porządku. Podświadomie wiedziała co, ale wypierała tę myśl. Jej dłoń sięgnęła do tętnicy na przegubie ramienia. Nic. Suzan wzięła głęboki wdech.
– Przecież żyję do cholery, oddycham – powiedziała i sięgnęła do tętnicy szyjnej.
Chwilę macała, by upewnić się, że dobrze przystawia palce. Nie wyczuła tętna. Rozpaczliwy wrzask przeszył budynek numer siedem.
*
Wjechali windą do holu.
– Daan, zobacz, czy nie wyszła na zewnątrz – poprosił Tom.
Pisarz posłusznie ruszył do drzwi. Otworzył je. Twarz owiało mu chłodne, nocne powietrze, a serce łomotało w piersi jak nigdy dotąd. Suzan żyła. Wtedy dopadł go niepokój. Co jeśli nie będzie potrafił z nią rozmawiać? Co jeśli będzie się jąkać, denerwować, jak przy innych kobietach?
– Może lepiej żebyś była martwa? – wyszeptał.
Odrzucił tę myśl. To było już coś innego. Znał ją, nie wstydził się jej. I wiedział, że ona też go zna. Że wie o nim wszystko. Że zna uczucie, jakim Daan ją obdarzył. Musi je znać.
Daan zamknął drzwi i zasunął rygiel. Podszedł do dyskutujących lekarzy. Gdy Daan się zbliżył, Jeff i Tom nagle urwali rozmowę.
– I co? – zapytał Jeff.
– Nic nie widziałem, ale drzwi były otwarte.
– To jeszcze nic nie znaczy, były otwarte, jak tu przyszedłem – zauważył Jeff.
– Budynek jest duży, jak ją znajdziemy? – zapytał Tom.
W tej samej chwili usłyszeli rozpaczliwy krzyk Suzan.
– No proszę – uśmiechnął się Jeff. – Więc jest w budynku…
Przerwał mu ryk syreny alarmowej.
– Co się dzieje? – wrzasnął Tom.
– Przed północą powinienem zrestartować alarm! – wyjaśnił Daan, przekrzykując wycie. – Są na każdym piętrze, a za godzinę trzeba wyłączyć te na poziomach podziemnych!
– Jedźcie z Jeffem na trzecie i drugie piętro. I zajmijcie się tym cholernstwem. Ja schodami pójdę do alarmu na pierwszym piętrze – zaproponował Tom.
*
Ostre, wdzierające się pod czaszkę wycie syreny zabijało wszystkie myśli, poza jedną. “Kocham cię”. Ten szept, rozbrzmiewał w głowie Suzan. Wciąż czuła dotyk, czyjeś dłonie delikatnie muskające jej skórę. Było to dziwne uczucie. Straszne i miłe zarazem. Dotknęła warg, które ktoś całował. Tak, jak nikt inny przedtem.
– Gdzie jesteś? – wyszeptała.
*
Daan wyłączył alarm na trzecim piętrze, a Jeff zbiegł po schodach zrobić to samo na drugim.
– Przeszukaj pomieszczenia. – Usłyszał polecenie lekarza, gdy syrena ucichła.
Daan podszedł do schodów i odpowiedział:
– Dobrze, a co, jak ją znajdę?
– Przeleć ją! – odpowiedział Jeff. Daana zamurowało do chwili, gdy lekarz dodał: – Zawołaj nas, idioto!
Daan wrócił do korytarza i zaczął sprawdzać drzwi.
*
Pisarz wpadł na Toma, gdy wychodził z biblioteki.
– Znalazłeś ją? – zapytał lekarz.
– Nie. Na trzecim piętrze wszystkie pomieszczenia są zamknięte.
– Na pierwszym była otwarta tylko pracownia biologiczna, ale nie znalazłem jej tam.
Obaj podeszli do uchylonych drzwi laboratorium na drugim piętrze. Weszli do środka. Jeff właśnie naciągał strzykawkę.
– Jeff…? – zapytał Tom.
– Sprawdziłem wszystkie drzwi na prawo od laboratorium, ale są zamknięte, i przyszedłem tu po… – urwał i spojrzał na Daana.
– Rozumiem – powiedział Tom. – Zostały cztery pomieszczenia, musi być w którymś z nich.
Z holu doszło ich walenie do drzwi wejściowych.
– Kto to może być? – zapytał Jeff.
– Ochrona, ma obowiązek zjawić się, gdy włączy się alarm – wyjaśnił Daan.
– Cholera jasna! – warknął Jeff.
– Spokojnie, ja z nimi pogadam – zaproponował Tom. – A wy znajdziecie tę kobietę.
*
Jeff schował ampułkę do kieszeni marynarki, wyszedł ze strzykawką w dłoni. Daan ruszył za nim, nie spuszczając oczu z igły, na której wciąż trzymała się przeźroczysta kropla. Lekarz otworzył pierwsze drzwi po lewej stronie laboratorium i rozejrzał się po pomieszczeniu. Daan czekał na korytarzu, słuchając, jak Tom otwiera drzwi wejściowe, a następnie jak rozmawia z ochroniarzem. Jeff wyszedł i otworzył drzwi naprzeciwko. Daan miał okropne przeczucie, które za każdym razem kierowało spojrzenie pisarza na strzykawkę, od której nie mógł oderwać wzroku. Lekarz wyszedł z pomieszczenia i otworzył kolejne drzwi.
– Co w tym jest? – zapytał Daan, łapiąc Jeffa za ramię.
Lekarz spojrzał z obrzydzeniem na dłoń ochroniarza i strzepnął ją z odrazą.
– Ciszej – syknął Jeff.
Daan jednak nie zamierzał ustąpić i wszedł za Jeffem do pracowni.
– Co w tym jest? – powtórzył.
– Coś, co znów uspokoi twoją cizię – odpowiedział Jeff, uśmiechając się nieprzyjemnie.
– Cizię? – wyszeptała Suzan.
Usłyszeli jej głos przy ścianie obok metalowego biurka. Jeff podszedł ostrożnie i przykucnął. Daan stanął za nim i spojrzał na Suzan. Jej jasne włosy opadały na odsłonięte ramiona, oczy miała przerażone, szukające pomocy.
– Już dobrze – wyszeptał Jeff głosem śliskim, niczym skóra ropuchy. – Zaraz się uspokoisz. Obróć się tylko i odsłoń kark. Proszę.
Suzan spojrzała na Danna. Jej zielone oczy zdawały się błagać o pomoc.
Jeff stanowczo odchylił głowę Suzan. Odsłonił kark, przesuwając włosy na lewe ramię.
– Zaraz będzie po wszystkim – powiedział, przystawiając igłę do białej skóry.
Daan złapał maszynę do pisania stojącą na biurku i wyrżnął nią w skroń Jeffa. Lekarz poleciał na ścianę, patrzył na Daana z niedowierzaniem. Pisarz uniósł maszynę nad głowę i z impetem cisnął w ciemię Jeffa. Chrupnęło. Krew trysnęła, obryzgując ścianę i Suzan. Dziewczyna wrzasnęła. Daan usiadł obok niej.
– To ja – wyszeptał.
Suzan patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. To był TEN głos.
– To ja, kochanie – powtórzył.
– To ty – powiedziała.
Objął ją i przytulił. To był ten dotyk. Znalazła usta Daana. I te same usta.
*
Rozmowa z ochroniarzem, ewidentnie zmęczonym nocną zmianą, szła nie najgorzej.
– Proszę wybaczyć, zostaliśmy z kolegą dłużej w budynku. Ochroniarz przyszedł nas pouczyć, że do dwudziestej drugiej wszyscy powinni opuścić prosektorium. Wdaliśmy się w niepotrzebną dyskusję, a poczciwy Daan zapomniał o restarcie systemu alarmowego – tłumaczył Tom.
Rozmowa zmierzała w dobrym kierunku do chwili, gdy w holu dało się słyszeć wyraźny krzyk kobiety. Ochroniarz spoważniał i bezceremonialnie odsunął Toma. Wszedł do holu i wyciągnął latarkę, oświetlając schody prowadzące na piętro.
– Chwileczkę, to nie to, co pan myśli. – Lekarz złapał ochroniarza za ramię.
Ostry strumień latarki oślepił Toma.
– Proszę mnie puścić. – W głosie ochroniarza zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
Tom zasłonił dłońmi twarz. Gdy strumień światła znów padł na schody, lekarz spostrzegł Daana.
– Wybacz, Johnny – zaczął pisarz schodząc do holu – dwóch studentów zrobiło sobie popijawę, a na dodatek sprowadzili panienkę do laboratorium.
Ochroniarz znów oświetlił twarz Toma.
– Kazałem im, grzecznie, by się zabierali, ale ten na górze zaczął dyskutować. Nim się uspokoili, dryblas już zszedł do ciebie.
– No pięknie – skwitował Johnny. – I co mamy z nimi teraz zrobić?
– Już powiedziałem, że zgłoszę cały incydent patologowi – powiedział Daan, ściskając dłoń ochroniarza. – Spójrz na tego doktorka, jest tak zestresowany, że zaraz zrobi w portki.
– Faktycznie – potwierdził ochroniarz, nawet się uśmiechnął.
– To są studenci piątego roku, boją się, że ich wyrzucą. Myślę, że dotarło do nich, w jakie gówno wdepnęli – ciągnął dalej Daan.
– Dasz sobie z nimi radę? – upewnił się ochroniarz.
– Jasne, ci na górze już się zbierają.
Jak na zawołanie z piętra doszedł ich odgłos krzątaniny.
– Dobra, nie zapomnij o alarmach na poziomach podziemnych, chciałbym złapać trochę snu przed poranną zmianą – powiedział Johny.
– Pracujesz dwie doby z rzędu? – Daan pokiwał głową z niedowierzaniem, odprowadzając ochroniarza do drzwi. – Nie możesz się tak przepracowywać.
– A co mam zrobić? Płacą psie pieniądze, to muszę brać dodatkowe zmiany – poskarżył się Johnny.
Daan pożegnał go w drzwiach.
– Dobrze rozegrane – pochwalił go Tom.
Daan zaryglował drzwi.
– Gdzie Jeff?
– Na górze z kobietą – powiedział Daan.
*
Ruszyli schodami na piętro. Tom wszedł pierwszy do pracowni. Kobieta stała przy biurku.
– Gdzie Jeff? – dopytywał Tom.
Nim jeszcze spostrzegł krew na podłodze i twarzy Suzan, poczuł ukłucie na szyi. Daan wcisnął tłok strzykawki. Tom jedną ręką złapał się za gardło, a drugą sięgnął do kieszeni fartucha. W jego dłoni błysnęło ostrze skalpela. Zamachnął się, stracił równowagę i runął na podłogę. Mieszanka Jeffa szybko rozchodziła się w krwiobiegu Toma. Oczy lekarza zaszły mgłą, zarzęził jeszcze nim znieruchomiał.
Suzan zdławiła krzyk dłońmi, widząc, jak Daan chwieje się na nogach. Lewą dłoń przystawił do gardła. Spomiędzy palców wpływała jasna krew, zalewając białą koszulę i krawat. Daan oparł się o framugę i osunął na bok.
*
Stiven był patologiem w szpitalu św. Barbary od piętnastu lat i widział niejedno. Ale to, co wydarzyło się w nocy z piątku na sobotę niespełna trzy dni temu, było najdziwniejszą historią, z jaką kiedykolwiek się spotkał. Siedział w biurze, sporządzając notatki z sekcji Jeffa i Toma. Tego wieczora miał zbadać jeszcze Daana i ponownie Suzan, by wykazać, czy nie doszło do zbezczeszczenia zwłok, na co wskazywała suknia, w którą ktoś ubrał denatkę. Patolog długo myślał o sprawie, próbując dojść do jakiegoś logicznego wytłumaczenia tego dziwnego zajścia. Ale wciąż brakowało mu jakiegoś elementu do rozwiązania łamigłówki. Odgiął się na krześle, przeciągnął i szybko obrócił. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi windy. Stiven spojrzał na zegarek. Była dwudziesta druga trzydzieści. O tej godzinie nikogo już nie powinno być w budynku, a nie zatrudnił jeszcze nowego stróża. Wstał, podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz. Winda waśnie ruszyła do holu. Stiven pobiegł do schodów. Jego tusza i kiepska kondycja dały się odczuć. Stał zdyszany, spoglądając na ostatnie stopnie, które zostały mu do pokonania. Gdy uspokoił oddech, wszedł do holu. Był pusty. Stiven zauważył, że główne drzwi do budynku są uchylone. Podszedł i wyjrzał na zewnątrz. Przez krótką chwilę zdawało mu się, że widzi parę ubraną niczym na bal, która wchodzi alejką między drzewa w zagajniku. Patolog pamiętał, że osobiście ryglował drzwi, po odprowadzeniu do wyjścia ostatniego studenta. Tym razem dwukrotnie się upewnił, że metalowy skobel jest na właściwym miejscu, i podszedł do windy.
Gdy zjechał na poziomie minus drugi, od razu spostrzegł, że chłodnia jest otwarta. Niepokój wrócił. Stiven szybko podszedł do gabinetu i ściągnął ze ściany poskramiacz. Był to stary kij bejsbolowy, który stał się pewnego rodzaju tradycją wśród kolejno urzędujących lekarzy patologów. Nowy lekarz dziedziczył go po odchodzącym na emeryturę patologu, ze słowami – “Poskramiacz wisi tu na wszelki wypadek, obyś nigdy nie musiał go użyć”. Tym razem Stiven był wdzięczny, że nie wywalił starego kija, choć nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek będzie musiał go ściągać ze ściany. Stiven wyszedł z gabinetu. Z uniesioną pałką ruszył do chłodni. Gdy dotarł do drzwi, serce waliło mu jak oszalałe. Pomyślał, że jeśli dostanie zawału, to już po nim. Do rana nikt go tu nie znajdzie. Wziął dwa głębokie wdechy i wszedł. Zapalił światło. Jarzeniówki mrugały, z sykiem i trzeszczeniem zapalały się jedna po drugiej. Stiven opuścił kij. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Już miał wyjść, gdy coś zwróciło uwagę patologa. Podszedł do stolików, gdzie spoczywali obok siebie Daan i Suzan. Prześcieradła leżały na miejscu, jednak obu ciał brakowało.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Stacja głębinowa Akwarium
Stacja Peryskop
Edward O’Connor zerwał się z leżaka na dźwięk syreny alarmowej. Przebiegł po platformie, zostawiając za sobą widok falującego morza ogrzewanego lipcowym słońcem. Dopadł do schodów i trzymając się poręczy, pokonał je w trzech skokach. Otworzył drzwi pomieszczenia badawczego.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Nie wiemy dokładnie – powiedział Kobayashi znad ekranu komputera. – Otrzymaliśmy z Akwarium krótki, niepokojący komunikat.
Edward nachylił się nad monitorem i odczytał wiadomość.
„Przeciek w laboratorium, prawdopodobnie spowodowany uszkodzeniem basenu. Agresywny członek załogi”.
– Zawiadomiłem już firmę, ekipa pojawi się w przeciągu dwunastu godzin. – Kobayashi spojrzał na O’Connora.
– Cholera, chyba będę musiał tam zjechać. – Edward przeczesał rudą czuprynę.
– Też tak uważam. I zabierzesz ze sobą Arnoszta. – Japończyk zobaczył, jak brwi Irlandczyka unoszą się.
– Czułem, że to powiesz.
– Wiem, że nie przepadacie za sobą, ale to nasz jedyny lekarz, a psychiatra w tej sytuacji może być wyjątkowo przydatny. I jeszcze jedno, jak tylko będziecie w stanie, przekażcie mi informacje, co się tam właściwie dzieje. Nie mogę zignorować tej lakonicznej wiadomości, ale też nie poślę ekipy naprawczej na siedem tysięcy metrów pod wodę, nie mając pełnego obrazu sytuacji.
Doktor Arnoszt Pribyl zapiął suwak skafandra piankowego, przyglądając się, jak O’Connor przypina pas z pistoletem pneumatycznym.
– To naprawdę będzie konieczne? – zapytał doktor.
Kobayashi, dyrektor stacji Peryskop, spojrzał na ochroniarza, ale Irlandczyk, zignorował pytanie Czecha i zajął się przypinaniem harpunów.
– Edward zajmuje się sprawami bezpieczeństwa na stacji. Jeśli uważa, że środki przymusu bezpośredniego mogą być konieczne, nie mam prawa kwestionować jego decyzji – powiedział Kobayashi.
– Rozumiem, ale ja odpowiadam za zdrowie naukowców i wydaje mi się, że uzbrojony człowiek w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu może stanowić zagrożenie, nie wspominając już o tym, jaką reakcję może wywołać u osoby rozchwianej emocjonalnie lub skrajnie załamanej.
– Zdiagnozowałeś już stan naszego agresora, niezły jesteś. Nawet nie wiemy, kto to jest i co zrobił – powiedział Irlandczyk, chowając nóż do pochwy przypiętej do uda.
– Agresywne zachowania mogą być spowodowane lękami wywołanymi zbyt długim przebywaniem pod wodą. U człowieka w takim stanie widok uzbrojonej osoby może doprowadzić do skrajnych reakcji. Przypominam, że ty, O’Connor, też będziesz wystawiony na duży stres…
– O mnie się nie martw, firma płaci mi za bezpieczeństwo ekipy badawczej, nie mam zamiaru do nich strzelać, ale wolę być przygotowany na wszelkie ewentualności.
Arnoszt Pribyl wzruszył ramionami i powiedział:
– Dobrze. Prosiłbym jednak o zaprotokołowanie mojej opinii w tej sprawie.
– Tak zrobię – zgodził się Kobayashi.
– Czy Akwarium kontaktowało się jeszcze? – zapytał ochroniarz.
– Nie. Nie odpowiadają też na moje wiadomości. – Kobayashi ustawił koordynaty na panelu windy.
Doktor spakował apteczkę i założył plecak. Wraz z Edwardem przeszli do kabiny windy głębinowej.
– Jesteście gotowi? – zapytał Kobayashi.
Ochroniarz i doktor potwierdzili zza szklanej tuby. Japończyk podszedł do komputera i wprowadził kod dostępu. Przezroczyste drzwi kabiny zasunęły się bezgłośnie i winda ruszyła. Kobayashi pomachał im na pożegnanie. Szybko stracili z oczu dyrektora stacji Peryskop, winda przemknęła przez dwa piętra platformy, by wyjechać pod nią. Szklana tuba poprowadzona była między stalowymi filarami, utrzymującymi stację nad powierzchnią morza. Arnoszt Pribyl obserwował O’Connora. W chwili gdy przekraczali powierzchnię wody, Irlandczyk zamknął oczy.
– Ekspresowa winda do piekła – powiedział.
– Nie taka znowu ekspresowa, będziemy zjeżdżać jakieś półtorej godziny, by przystosować stopniowo ciała do panującego w głębinach ciśnienia. Nie najlepiej to znosisz, co? – zapytał doktor.
– Nie lubię momentu zanurzenia – powiedział Edward, spoglądając na otaczający ich błękit.
– Piękny widok, jak z innej planety.
– Tak samo przerażający. – Irlandczyk usiadł po turecku.
– Nie jest tak źle – powiedział doktor, podchodząc bliżej szklanej bariery i obserwując ciemny kształt przemieszczający się w oddali. – Nim wjedziemy w otchłań, postaraj się przestawić na myślenie zadaniowe. Uruchamianie wyobraźni w takich miejscach nie tylko nie pomaga, ale i może być niebezpieczne dla psychiki.
Poczuli narastający ucisk w uszach, woda z metra na metr ciemniała coraz bardziej.
– To normalne, choć nieprzyjemne uczucie – powiedział Arnoszt, masując skronie. – Wiesz, że windę skonstruowali z przeźroczystymi ścianami, by człowiek poprzez obserwację otaczającego go środowiska stopniowo przyzwyczaił się do nowego otoczenia? Zamykając oczy, wypierasz sytuację, w której się znalazłeś, a twoja podświadomość zacznie kreować własne wizje tego, co cię otacza. W ten sposób tylko utrudniasz sobie adaptację do nowych warunków.
– Arnoszt, zrób coś dla mnie.
– Słucham.
– Zamknij się.
Gdy zjechali w całkowitą ciemność, podłoga rozjaśniła się niebieskim światłem lamp LED-owych.
– Jest ich trzech: Arnold, Ian i Brad? – zapytał Edward, starając się zająć czymś myśli.
Arnoszt stał przy ścianie windy i wpatrywał się w ciemną pustkę. Ciśnienie stawało się nieznośne, a cisza była niemal namacalna.
– Arnoszt – warknął Edward.
Doktor obrócił się powoli i spojrzał na siedzącego Irlandczyka.
– Mówię do ciebie.
– A ja cię słucham, Edwardzie, bardzo uważnie – odpowiedział Czech, zakładając ręce za plecy.
Z kasztanowymi włosami zaczesanymi na bok i okularach o okrągłych szkłach na nosie wyglądał jakby właśnie szykował się do sesji.
– Czym oni się zajmują? – zapytał Edward.
– Arnold bada morską roślinność, Brad głowonogi, a Ian jest technikiem.
– Pamiętasz, który z nich jest tym kulturystą?
– Ian.
– Oby to nie on okazał się stuknięty, bo z jego gabarytami możemy mieć problemy.
– Obawiasz się, że nie dasz mu rady, Edwardzie?
– Nie. Boję się, że będę musiał zrobić mu krzywdę.
Arnoszt przyglądał się ochroniarzowi przez dłuższą chwilę. Podświetlony niebieskim światłem w półmroku wyglądał dość upiornie, niczym szalony naukowiec z tandetnego horroru. Do tego stał nieruchomo, nawet nie mrugał, więc gdy nagle sięgnął do saszetki u pasa, Edward drgnął odruchowo. Nie uszło to uwadze doktora.
– Nerwy – powiedział, odpinając saszetkę. – To twój problem, Edwardzie, dlatego uważam, że powinieneś zrobić sobie przerwę.
– Dlatego namawiałeś Kobayashiego, by mnie zwolnił?
– Wysłał na urlop.
– Nie pieprz, nie lubisz mnie, i to wszystko. Cała ta doktorska gadka miała być tylko pretekstem do pozbycia się mnie.
Arnoszt wyciągnął szklaną fiolkę i pokazał Edwardowi.
– Tłumacz to sobie jak chcesz – powiedział. – To jest hydroksyzyna. Zaaplikowanie tej ampułki uspokoiłoby słonia. Na naszego furiata też podziała, nawet jeśli jest Mr. Olympia. Odrobina mogłaby też dobrze podziałać na ciebie, nie ograniczając przy tym sprawności ruchowej.
– Prędzej wysiądę z tej windy, niż dam ci się naszprycować.
Podświetlenie zmieniło kolor na czerwony. Obaj spojrzeli najpierw na podłogę, następnie na siebie.
– Za chwilę będziemy na miejscu – pierwszy odezwał się Edward. – Posłuchaj mnie uważnie. Tam jest poważnie wkurzony facet i nie chcę, żebyś mi przeszkadzał swoimi przemądrzałymi uwagami. Więc do chwili, gdy ten furiat nie będzie leżał na glebie, proszę cię, nie wchodź mi w drogę, Arnoszt.
O’Connor wstał energicznie, a doktor odruchowo cofnął się i powiedział:
– Oczywiście, Edwardzie. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do twojej pracy. Gdy wykonujesz swoje obowiązki, zauważyłem, że jesteś opanowany. Działasz niemal mechanicznie. Martwisz mnie, gdy nie masz zajęcia. Robisz się spięty i nerwowy, zauważyłem też kilka tików. Nie zrozum mnie źle, obserwacja zachowań bliźnich to moja praca. A twoje zachowanie podpowiada mi, że powinieneś odpocząć.
Winda zaczęła zwalniać przed przyjęciem do stacji badawczej Akwarium. Edward chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Arnoszt uśmiechnął się do niego, jak ojciec do niesfornego dziecka. Wtedy winda stanęła.
Stacja badawcza Akwarium.
LED-y zamiast zgasnąć, zmieniły kolor na zielony, podświetlając ciemne pomieszczenie. Sięgnęli po latarki i nie wychodząc z windy, wodząc za strumieniami światła, zaczęli się rozglądać. Wszystko wyglądało podobnie jak w stacji Peryskop. Komputer, panel kontrolny windy, skafandry do nurkowania. Edward skierował światło latarki na drzwi prowadzące do korytarza. Były zamknięte, a spod nich wypływała woda, powiększając już całkiem sporych rozmiarów kałużę.
– Widzisz to, Arnoszt? Skoro woda dostała się aż tutaj, to musi być naprawdę duży przeciek. Czy w takim wypadku nie powinniśmy wracać na powierzchnię?
– Niezwłocznie, Edwardzie. Jednak obawiam się, że windę można uruchomić poprzez panel. – Doktor podświetlił go strumieniem światła. – A ten wygląda na pozbawiony zasilania.
– A Kobayashi nie może uruchomić jej z Peryskopu?
– Myślę, że tak, ale najpierw musi wiedzieć, że ma nas ściągnąć na górę.
– Do cholery, nie jesteśmy ekipą ratunkową – warknął Edward. – Jeśli siadł generator, to mamy tak samo przesrane jak reszta członków Akwarium.
– Spokojnie, O’Connor. W laboratorium powinna znajdować się radiostacja. Spróbujemy skontaktować się z Kobayashim.
– Chwila, czy przypadkiem dyrektor nie próbował wywoływać Akwarium przez radiostację?
– Z tego co wiem, tak. Bezskutecznie.
– To co nam po radiostacji, która może nie działa?! – wrzasnął Edward.
Arnoszt minął Irlandczyka i wyszedł z windy, rozglądając się. O’Connor nie spuszczał go z oka, podświetlając szczupłą sylwetkę doktora.
– Spójrz, Edwardzie – powiedział Czech, podchodząc do włazu we wschodniej części pomieszczenia. – Za nim jest batyskaf, można by z niego skorzystać.
– A potrafisz go obsługiwać, doktorku?
– Przypuszczam, że Brad lub Arnold będą wiedzieli, jak go użyć – powiedział Arnoszt, ignorując złośliwy ton Irlandczyka.
– To czemu z niego nie skorzystali? Czemu nie komunikowali się za pomocą radiostacji? I gdzie są twoi naukowcy?
Nim Arnoszt zdążył odpowiedzieć, usłyszeli energiczne pukanie do drzwi. Popatrzyli po sobie, tymczasem stukot rozbrzmiewał nieprzerwanie. Skierowali latarki na zalane wodą wejście.
– Czy to jakiś utwór? – zapytał Edward.
Arnoszt przystawił palec wskazujący do ust, wsłuchując się w wystukiwaną melodię.
– Peer Gynt – powiedział doktor, wchodząc w kałużę i przykładając ucho do drzwi. – “W jaskini króla gór”.
Arnoszt cofnął się o krok, złapał klamkę, przekręcił i pociągnął drzwi. W progu, w zupełnych ciemnościach, stała postać. Edward oświetlił ją i zobaczyli wysokiego blondyna o rzadkiej brodzie, zupełnie nagiego. Mężczyzna zdawał się nie zwracać uwagi na oślepiający strumień światła, skierowany na twarz. Szeroko otwarte oczy, nadawały twarzy wyrazu niezmiernego zdziwienia.
– To Arnold? – zapytał O’Connor, nie spuszczając naukowca z oka.
Arnold wszedł do pomieszczenia i zaczął się po nim przechadzać, patrząc zdumiony na wszystko poza Edwardem i Arnosztem, zupełnie jakby ich nie było.
– Tak – potwierdził doktor, podchodząc do naukowca. Stanął przed nim i pomachał mu ręką przed twarzą. Arnold zdawał się patrzeć przez doktora.
– Co się z nim dzieje? – Edward podszedł do obu mężczyzn.
– Nie wiem, O’Connor. Zdaje się, że jest w szoku, ewidentnie wypiera część otaczającej go rzeczywistości. Edward, nie dotykaj go…! – krzyknął Arnoszt, ale już było za późno.
O’Connor złapał za ramię naukowca, który wzdrygnął się, a następnie odskoczył z wrzaskiem, wpadając na wieszak ze skafandrami. Krzycząc przeraźliwie, szarpał rękawy, a gdy runął na podłogę, ściągając kilka ze skafandrów, zaczął walczyć z oplatającymi go nogawkami.
– Nie podchodź do niego, O’Connor – ostrzegł Arnoszt.
Irlandczyk zatrzymał się, nie ściągając ręki z kabury pistoletu.
– To pewnie nasz furiat – syknął Edward. – A skoro beztrosko spaceruje sobie po stacji, pozostali mogą potrzebować pomocy. Przygotuj się, Arnoszt.
Doktor ściągnął plecak i zaczął przygotowywać zastrzyk. Edward nie czekał. Gdy Arnold obrócił się na prawy bok, doskoczył i przycisnął naukowca twarzą do ziemi, wykręcając prawą rękę.
– Arnoszt! – krzyknął, przygniatając kolanem plecy miotającego się Arnolda.
– Jestem gotowy – potwierdził doktor.
Podszedł i jednym pewnym ruchem wbił w pośladek igłę, następnie wcisnął tłok.
Patrzyli, jak Arnold z minuty na minutę słabnie, a jego krzyk przechodzi w bełkot. W końcu naukowiec zaślinił się, a oczy zaszły mgłą.
– Dobra robota, O’Connor. – Doktor poklepał Irlandczyka po ramieniu. – Możesz go puścić.
Edward patrzył chwilę ze wstrętem na dłoń Czecha leżącą na ramieniu. W końcu wstał, wyciągając opaski samozaciskowe i założył je naukowcowi na ręce i nogi. Arnoszt w międzyczasie podszedł do uchylonych drzwi.
– Cała stacja jest zalana – powiedział, oświetlając korytarz.
Edward zaklął, widząc ciemną taflę wody kołyszącą się delikatnie między ścianami.
– Akwarium i Peryskop są zaprojektowane identycznie, z takim samym rozmieszczeniem pomieszczeń – zaczął Arnoszt. – Zamkniemy tu Arnolda, po takiej dawce hydroksyzynum będzie spał jak dziecko, my poszukamy reszty.
– Może powinniśmy się rozdzielić – zaproponował Edward.
– Dobry pomysł, na końcu korytarza jest rozwidlenie, ja pójdę w lewo do pokoi personelu i mesy. A ty sprawdź laboratorium i magazyn.
– Zrobi się, jak tylko znajdę radiostację, spróbuję skontaktować się z Kobayashim.
Arnoszt przytaknął i ruszyli po schodach, wchodząc ostrożnie w wodę.
Morze wdarło się do Akwarium, zalewając korytarz na metr. W ciemności szli ostrożnie, co chwilę wpadając na przedmioty spoczywające pod powierzchnią. Na rozwidleniu rozstali się bez słowa.
*
Edward, gdy tylko zostawił za plecami Czecha, odpiął kaburę i położył dłoń na broni. Czuł się nieswojo zanurzony po pas, w ciemnym korytarzu, a bliskość pistoletu dodawała mu pewności siebie. Gdy doszedł do zakrętu, spojrzał za doktorem, ale już nie dostrzegł światła z latarki Czecha. Skręcił, omijając wózek z próbnikami. Część fiolek unosiła się wraz ze zlewkami, tryskawkami, słojami i innymi naczyniami na wodzie.
Przed sobą dostrzegł szklane drzwi od laboratorium, nieco bliżej, po prawej, kolejne prowadzące do magazynu. Wybrał te drugie, podszedł i sięgnął do klamki, ale zatrzymał rękę tuż nad nią. Skierował latarkę na zamek. Był przekręcony.
– Dobra, O’Connor – powiedział. – Jeśli miałbyś nad głową tony wody i siedziałbyś uwięziony w konserwie, na którą napierałoby niewyobrażalne ciśnienie, z furiatem, któremu odbiło do reszty, to zamknąłbyś go… No właśnie, gdzie?
Podrapał się po brodzie i westchnął.
– W pokoju, albo w magazynie. – Pokręcił głową, karcąc się na głos. – Nie, w kajucie mogą być przedmioty, do których oszalały członek załogi nie powinien mieć dostępu. A więc w magazynie, wśród konserw i innych pyszności.
Spojrzał ponownie na przekręcony zamek.
– Arnold, jeśli wydostałeś się z magazynu, dlaczego przekręciłeś za sobą zamek? Czyżbyś kogoś podszedł, dał mu w łeb, a następnie zamknął w tej ciemni? No cóż, jest tylko jeden sposób, by się przekonać.
Edward zapukał latarką w drzwi. Dźwięk odbił się echem po zalanym korytarzu. O’Conner odczekał chwilę i przekręcił zamek, następnie otworzył drzwi, walcząc z oporem wody.
– Jest tu ktoś? – zapytał, oświetlając regały zastawione prowiantem.
Część zaopatrzenia unosiła się na wodzie. Gdzieś między puszką z ciastkami – a dwiema dryfującymi butelkami, dostrzegł coś, co zwróciło jego uwagę. W pierwszej chwili wyparł z umysłu obraz wystających nad wodę oczu i bujnej czupryny, skierował światło ku paczce chrupek kukurydzianych. Ale coś kazało mu spojrzeć ponownie. Wtedy duże okrągłe oczy zamrugały i spod wody zaczęła wyłaniać się głowa o szerokiej, kwadratowej szczęce, a za nią barczysty tors technika Iana. Edward stał oszołomiony widokiem kolosa, jakby ten był trytonem lub inną mityczną postacią z głębin. Nim technik wyprostował prawie dwumetrowe ciało, o bicepsach wielkości kul do kręgli, O’Connor otrząsnął się i podszedł pytając:
– To Arnold cię tu zamknął? Ian, co się tu stało?
Technik wydawał się spoglądać nad głową Irlandczyka, a jego wyraz twarzy przypominał osobę dopiero co wybudzoną z głębokiego snu.
– Ian, słyszysz mnie? – dopytywał Edward. – Wiesz, gdzie jest Brad?
Gdy stanął przed technikiem, spróbował jeszcze raz:
– Ian, co się tu dzieje?
Wtedy technik pomału skierował spojrzenie na O’Connora. A w jego szeroko rozwartych oczach Irlandczyk dostrzegł strach, mieszający się z hamowaną agresją. Technik rozłożył szeroko ręce i bardzo pomału objął ramiona Edwarda. Irlandczyk ostrożnie odwzajemnił uścisk, otaczając dłońmi talię Iana. Stali tak połączeni w ciemnościach, a woda falowała delikatnie, podświetlana strumieniem latarki za plecami kulturysty. Edward poczuł, że Ian przyciska go do piersi niemal czule, jak dziecko wymagające pocieszenia.
– Ian? Co się tu stało? – wyszeptał Edward.
– Nie słyszysz? – zaczął w odpowiedzi technik. – Nie słyszysz jego głosu?
– Czyjego głosu? Jesteśmy tu sami.
– O nie. Pan oceanów jest tu. Wie o wszystkim, co się dzieje w jego królestwie. Słyszy, widzi i mówi. Nie słyszysz jego głosu?
Edward poczuł, jak ramiona Iana coraz mocniej się zaciskają.
– Mówi: Co jest w wodzie, należy do oceanu. Jeśli wkraczacie do mego królestwa, powinniście współistnieć w nim na takich samych zasadach, jak reszta istot. Czyż zapraszając gości do swojego domu, nie oczekujecie od nich, by przestrzegali zasad w nim panujących?
Edward spróbował rozerwać uścisk, lecz bezskutecznie. Ramiona Iana zaciskały się niczym stalowy pręty.
– A wy tymczasem panoszycie się w stalowych skorupach, oddychając powietrzem przyniesionym z powierzchni.
Edward wymacał butem pod wodą stopę technika i nadepnął ją obcasem z całych sił, jednak Ian zdawał się nawet tego nie zauważyć.
– Musimy wpuścić pana oceanów, rozumiesz? By wziął nas w ramiona, otulił. Byśmy mogli zamieszkać z nim w pałacu wśród koralowców.
Irlandczyk poczuł, że zaczyna mu brakować tchu. Odchylił głowę i naparł czołem na mostek napastnika, uderzając raz za razem.
– Edwardzie, chodź ze mną w objęcia władcy mórz, poprowadzę cię przez rafę wprost do jego domu.
Między kolejnymi ciosami Edward osłabł i zawisł bezwładnie w żelaznym uścisku. Czuł, jak świadomość pomału go opuszcza. Wtedy w jego głowie pojawiła się nieprzyjemna myśl: “Ależ ty jesteś głupi, O’Connor”.
*
Arnoszt doszedł do zakrętu, pokonał go, nie oglądając się za siebie. Oświetlił drzwi kajut. Pierwsze były otwarte, podszedł ostrożnie i spojrzał do środka. Na powierzchni wody unosiło się trochę prywatnych przedmiotów. Poza tym nie dostrzegł nic interesującego. Kolejne pomieszczenie było zamknięte. Przed ostatnimi dryfowały zapisane kartki wyrwane z notatnika. Otworzył drzwi, cała kajuta była zapełniona papierami. Unosiły się na wodzie, wypełniając pomieszczenie. Kilka ktoś przykleił do lustra i ścian. Arnoszt podświetlił najbliższą skierowaną tekstem do góry.
“Głowonóg jest przebiegły, słyszę, jak przemieszcza się korytarzami wentylacyjnymi, jak przyssawki cmokają, odrywane od blachy. Pełznie centymetr po centymetrze, przeciskając się przez najdrobniejsze szczeliny. W końcu mnie znajdzie, oplecie ramionami i zajrzy do mojego umysłu, jak do umysłów pozostałych. Muszę kupić Ann prezent, obiecałem jej muszle. Brad, pamiętaj, by kupić muszle, pamiętaj, pamiętaj, pamiętaj o muszlach dla Ann…”
Arnoszt poszedł tropem kartek, które niczym drogowskaz prowadziły do wahadłowych drzwi jadalni na końcu korytarza. Pchnął ostrożnie jedno ze skrzydeł i wszedł do środka. Od razu zauważył Brada w białym fartuchu, siedzącego po turecku na jednym ze stolików, w pierwszej jednak kolejności sprawdził resztę pomieszczenia, nim do niego podszedł.
Naukowiec notował zawzięcie, następnie wyrywał zapisaną stronę i wrzucał do wody. Na stole obok Brada leżało pięć dodatkowych notesów i dwa flamastry.
Nie zwracał najmniejszej uwagi na Czecha, nawet gdy Arnoszt podświetlił mu twarz. Oczy naukowca, podobnie jak Arnolda, były szeroko otwarte, nadając twarzy wyraz niezmiernego zdziwienia.
Doktor obszedł stół, brodząc między kartkami i zajrzał do prowadzonych notatek. W ciemności pismo było koślawe i niemal nieczytelne, jednak to nie przeszkadzało Bradowi, by kontynuować zapiski. Wtedy o nogę Arnoszta uderzył zeszyt. Doktor wyłowił go i ostrożnie otworzył. Notatki dotyczyły obiektu badań Brada – głowonoga. Strony zostały oznaczone datami, więc Arnoszt przeszedł do tej sprzed zgłoszenia problemów w Akwarium. Jego uwagę zwróciły zapiski na marginesie.
“Od kilku dni źle sypiam, budzą mnie koszmary, mam też przywidzenia. A wczoraj wydawało mi się, że mój głowonóg mówi do mnie. To musi być przemęczenie lub stany lękowe spowodowane zbyt długim pobytem w stacji. Poproszę jutro Kobayashiego o pozwolenie, by udać się na Peryskop w celu zbadania mnie przez Pribyla”.
– Nie powinieneś – głos Brada oderwał Arnoszta od lektury.
– Czego nie powinienem? – zapytał łagodnie doktor.
– Nie powinieneś chodzić w wodzie, one tam są, pod powierzchnią. On je wysłał, by kontrolować nasze umysły.
– On?
– Ian twierdzi, że to pan oceanów, nieszczęsny szaleniec, całkiem mu się pomieszało w głowie. To oczywiste, że to głowonóg. – Brad spojrzał na doktora. – On tam jest, czai się, gdzieś tam… – Brad wyciągnął palec i wskazał na korytarz. – Uważaj na niego, to cwana istota. Będzie chciał cię poszczuć roślinami. Nie pozwól mu, dobrze?
– Nie pozwolę, Brad – powiedział Arnoszt i ruszył do zamkniętej kajuty.
Przed drzwiami zrobił niewielki rozbieg i naparł na nie barkiem. Te trzasnęły, kolejne uderzenie wyłamało zamek.
*
Edward, resztką świadomości, wyłapał jakiś dźwięk, trzask dochodzący gdzieś z oddali. Wtedy Ian rozluźnił uścisk i Irlandczyk runął w zimną wodę, chłód otrzeźwił go i Edward wynurzył się z trudem łapiąc oddech.
– To on, słyszysz? – zapytał technik.
Kolejny trzask doszedł do nich gdzieś z drugiego końca stacji.
– To pan oceanów puka do naszych drzwi. Nie możemy dać mu czekać.
– Wpuszczę go – wysapał z trudem Edward.
– Dobrze, idź i wprowadź stwórcę, wprowadź władcę wszelkiego morskiego życia. Ja tymczasem zaczekam na was.
Edward wyłowił latarkę i oświetlił technika, który zaczął się pomału zanurzać, do chwili, gdy z wody zaczęły wystawać jedynie oczy i czoło Iana. Nie odrywając wzroku od technika, Edward pomału wycofał się, a następnie zatrzasnął drzwi magazynu. Rozważał chwilę, by wrócić po doktora, gdy spostrzegł, że zarówno latarka, jak i dłonie są pokryte glonami. Kątem oka dostrzegł taki sam nalot na przeszklonych drzwiach laboratorium. Roślina oblepiała je dużymi plackami w kilku miejscach. Edward podszedł, by przyjrzeć się jej bliżej. Przejechał palcem po szybie, jednak narośl była po wewnętrznej stronie. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Zbliżył się do skupiska. Roślina pulsowała i rosła w oczach. Edward zamrugał, gdy zielony mech zafalował i przesunął się o kilka cali po szybie. “On nadchodzi, dzieci oceanów, pokłońcie się przed panem wszelkiego morskiego życia”. Edward usłyszał w głowie głos Iana. A za chwilę, dochodzące z korytarza, walenie potężnych dłoni o drzwi magazynu. Między uderzeniami coś jeszcze zwróciło uwagę Irlandczyka, jakby bulgotanie za plecami. Edward odwrócił się i poświecił na czarną taflę. W miejscu, gdzie powinien być basen, dostrzegł bańki powietrza. Zalane pomieszczenie zadrżało. A na wodzie wyrosła niewielka fala, Edward wyciągnął broń i zamarł, widząc wynurzający się czerwony łeb o chropowatej powierzchni. Głowonóg rósł w oczach, wypełniając ciałem pomieszczenie metr po metrze. W toni zakotłowały się macki grube niczym pnie drzew. O’Connor upuścił pistolet i wypadł przez drzwi laboratorium. Biegł, na oślep, gdy tuż obok niego rozległ się trzask. I usłyszał głos Iana:
– Mówiłem, że przyjdzie. I jak ci się podoba, ty lądowa kreaturo? Jak ci się podoba? Biegnij, biegnij, na spotkanie z oceanem.
*
Arnoszt usłyszał trzask gdzieś w korytarzu, a następnie wrzaski. Spakował pośpiesznie zeszyt i wyszedł z kajuty Arnolda. Gdy doszedł do zakrętu, wyjrzał ostrożnie zza rogu i zobaczył biegnącego O’Connora.
*
Irlandczyk biegł ile miał sił, ale chlupot za jego plecami zbliżał się nieubłaganie. Gdy Edward usłyszał go tuż za sobą, obrócił się wyciągając nóż. Zamarł. Przed nim stała istota o ośmiu ramionach wyrastających z muskularnego torsu. Twarz Iana niczym głowa ośmiornicy zmieniała strukturę i kształt, nieustannie poruszając się i pulsując.
– Obdarował mnie, jestem błogosławiony! – wrzeszczał stwór. – Nie musisz się już bać, nie musisz uciekać. Chodźmy razem do niego. Chodźmy do…
Stwór urwał, gdy Edward z rozmachem wbił ostrze w obrzydliwy łeb, ramiona zaczęły wić się i skręcać próbując dosięgnąć napastnika. O’Connor odskoczył, a ciało Iana padło do wody. Macki jednak nadal żyły, pełzły, oblepiając ściany korytarza. Edward stał z szeroko rozwartymi oczyma. Mimo to nie zauważył Arnoszta, poczuł dopiero ukłucie w szyję. Nim zdołał zareagować, hydroksyzyna już krążyła w krwioobiegu. Zdążył się jeszcze obrócić i spojrzeć w oczy Pribyla, nim stracił przytomność.
*
Arnoszt wiedział, że nie ma chwili do stracenia. Wbiegł do laboratorium, oświetlił pomieszczenie i odnalazł szafę, gdzie powinna być radiostacja. Ruszył ku niej, w zalanym pomieszczeniu nie dostrzegł basenu i wpadł do niego. Woda zamknęła się nad nim, przez chwilę obserwował, jak upuszczona latarka spada na dno i ośmiornicę, która zainteresowała się światłem. Wypłynął na powierzchnię, następnie wziął głęboki wdech i zanurkował. Odgonił głowonoga i podniósł latarkę. Wynurzył się i przepłynął basen, wychodząc w głębi laboratorium, tuż przy szafie. Nim ją otworzył, spostrzegł stanowisko Arnolda i akwarium zarośnięte zieloną rośliną, która zdołała się wydostać na zewnątrz i porastała również blat oraz część ściany.
Arnoszt otworzył szafę, uruchomił radiostację i zaczął wywoływać Peryskop, kątem oka spoglądając na odkrycie Arnolda. “Tu Kobayashi, odbiór,” zatrzeszczała radiostacja.
– Tu Pribyl, uruchom windę za… – Arnoszt spojrzał na zegarek. – Dokładnie piętnaście minut. Akwarium jest pozbawione zasilania, powtarzam, Akwarium jest bez zasilania.
Doktor znów usłyszał Kobayashiego z głośnika -“Zrozumiałem, za piętnaście minut winda ruszy na powierzchnię. Bez odbioru”.
Arnoszt puścił się biegiem w stronę pomieszczenia z windą. Przemierzając korytarze stacji Akwarium, minął dryfujące na wodzie zwłoki Iana, następnie skręcił i ruszył ku windzie. Wbiegł po schodach i najpierw podszedł do naukowca. Był wciąż nieprzytomny, Edward leżał obok niego, bełkotał. Czech najpierw wciągnął do windy Arnolda, następnie O’Connora.
– Wybacz, Brad, ale muszę cię zostawić z twoimi głowonogami – powiedział, świadomy, że i tak na razie nie zdoła pomóc naukowcowi w jadalni.
Zamknął drzwi windy, wyciągnął szklany pojemnik z lekiem, złamał główkę, następnie naciągnął strzykawkę. Wtedy LED-y w podłodze zapaliły się na kolor czerwony, a winda ruszyła. Gdy wyjechała ze stacji badawczej Akwarium, a LED-owe światło zmieniło barwę na niebieską, doktor kucnął z naciągniętym w strzykawce lekiem i oparł się o przeszkloną ścianę . Patrzył w ciemność otaczającego go morza, gdy nagle ciałem Arnolda wstrząsnęły drgawki. Spojrzał na niego w chwili, gdy czaszka naukowca pękła niczym przejrzały owoc, a z wnętrza wyrosły koralowce. Wtedy ręce i nogi Edwarda drgnęły i zaczęły żyć niezależnie od siebie, brnąc po podłodze, w końcu prawa dłoń zmacała szybę windy i Irlandczyk wpełzł po niej niczym mucha. Z jego ciała wyrastały cienkie nitki łodyg, przebijając się przez skafander, a na ich czubkach rozkwitły czerwone pąki. Gdy ochroniarz dotarł do sufitu, jego głowa przekręciła się pod nienaturalnym kątem, otworzył usta, a z gardła wyleciały pomarańczowe zarodniki. Wtedy Arnoszt Prybil wbił sobie igłę w szyję i wcisnął tłok.
Stacja Peryskop
Kobayashi siedział za metalowym stołem i patrzył na dziennik Arnolda, leżący przed nim. Drzwi uchyliły się i do pomieszczenia weszła agentka śledcza, postukując obcasami. Dyrektor stacji, nie podnosząc wzroku, zapytał:
– Wrócili?
– Tak. Nurkowie zdołali dostać się do Akwarium, niestety było całkowicie zalane. Odnaleźli dwa ciała i ośmiornicę Brada.
– A roślina?
– Niestety. Wychodzi na to, że jedyna informacja o tym toksycznym organizmie znajduje się w zeszycie Arnolda.
– A co z pozostałymi?
– O’Connor jest w stanie katatonicznym, Arnold bredzi i jest niezwykle agresywny. Obaj zostali odizolowani.
– A Pribyl?
*
Arnoszt otworzył oczy i patrzył chwilę na sufit. W końcu uniósł się na łokciach i rozejrzał. Pomieszczenie było puste, nie licząc zielonej plamy na jednej ze ścian. Zamknął oczy i otworzył je ponownie, ale narośl po prawej od niego nie zniknęła. Miał też wrażenie, że powiększyła się nieznacznie. Arnoszt wstał, następnie rozłożył prześcieradło i zaczął je zwijać. Gdy skończył, kątem oka spostrzegł, że plama zmieniła kolor na zielono-pomarańczowy i zajęła połowę powierzchni ściany. Zawiązał jeden koniec prześcieradła na klamce od drzwi. Na drugim końcu zrobił pętlę. Jeszcze przelotnie zerknął w stronę narośli, by się upewnić, lecz gdy zobaczył, że ta zaczęła falować, a gdzieś z jej wnętrza wyrastają nitkowate łodygi, już był pewien, co musi zrobić.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Nieproszony gość
Od dawna nie wychodziłem. O tym, czy był dzień, dowiadywałem się z promieni słonecznych, które wpadały do sypialni przez szparę między taśmami. W całym mieszkaniu tylko to jedno okno nie zostało szczelnie zaklejone.
Nie spotykałem też innych ludzi. No, za wyjątkiem kuriera. Dostarczał mi jedzenie i różne drobiazgi. Jak choćby czerwone żarówki. Jasne światło strasznie męczy oczy. Pamiętam, że gdy się obudziłem, środek sypialni przecinał jasny strumień światła. Panował straszny upał. Zrzuciłem kołdrę na podłogę i zszedłem z materaca.
Skrobanie było nie do zniesienia. Dźwięk, który ranił głowę niczym paznokcie drapiące skórę aż do czaszki. Z trudem wstałem. Podniosłem zeszyt i zanotowałem:
„Nasila się. Ból ponad moje możliwości. Chrobotanie – jednostajne, nieprzerwane, głośniejsze niż kiedykolwiek. Dłużej tego nie zniosę”.
Chciałem odłożyć notatki do szuflady, z przyzwyczajenia, ale zapomniałem, że Marta zabrała meble. Zostało tylko zdjęcie i kilka rysunków dzieci.
Skrobanie. Jakby ktoś przejeżdżał łyżką po kawałku drewna.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Jednej nocy doliczyłem się dwudziestu jeden tysięcy sześciuset przeciągłych skrobnięć po drewnianej powierzchni, nim straciłem przytomność. Czasem są ciche, prawie niesłyszalne, jak klimatyzacja – wtedy funkcjonuję. Z zaciśniętymi zębami lub watą wetkniętą w uszy. Tamtego poranka nic nie mogło zagłuszyć dźwięku, który rozdzierał myśli, rozorał mi serce, gdy odebrał mi rodzinę.
Chwyciłem zdjęcie żony – stała w parku z dziećmi.
– Czemu odeszłaś?! – wrzeszczałem przy akompaniamencie drapania. – Czemu?! Ty suko!
Ramka pękła, szkło posypało się na podłogę, gdy rzuciłem fotografią o ścianę.
Wstałem i nagi pobiegłem do salonu. W czerwonym świetle człapałem bosymi stopami, pokonując metry mieszkania długimi susami.
– Skąd?! Skąd ten jazgot?! Gdzie jesteś?! – krzykiem domagałem się odpowiedzi, dłońmi zatykałem uszy. – No! Gdzie?!
I wtedy poczułem. Pod lewą stopą. Jak drga struna, tak drżała deska podłogi.
W kuchni wywaliłem na podłogę zawartość szuflad. Znalazłem tasak i dopadłem do miejsca, gdzie chrobotanie wprawiało deskę w drganie. Uniosłem ostrze.
I wszystko ucichło. Po ponad trzech latach mieszkanie i głowa były wolne od dźwięku. Niepokojące uczucie. Ulga trwała krótko. Miejsce bólu wypełniła pustka tak dotkliwa, że zaczęła swędzieć. Czy można uśmierzyć nieznośne uczucie drapaniem, gdy swędzenie dotyka serca?
Stuk.
Jeszcze jeden.
Położyłem się i przytknąłem ucho do deski. Ktoś pukał. Nie jak do drzwi, raczej palcem w szybę. Delikatnie, z cichym pytaniem.
Stuk – halo?
Stuk – czy ktoś tam jest?
Cisza, a po niej przeciągły chrobot. Zawyłem jak ranne zwierzę. Chwyciłem tasak i zacząłem rąbać. Ostrze blokowało się w drewnie, więc szarpałem rękojeść. Drzazgi leciały po salonie, a ja waliłem w podłogę.
Gdy pot zalał mi tors i z trudem próbowałem utrzymać tasak w mokrych dłoniach, spostrzegłem dziurę. Na kolanach obszedłem otwór. Próbowałem dostrzec… właściwie co? Nim zadałem to pytanie, coś drgnęło w ciemności. Gniew utonął w ciszy, a strach przejął po nim miejsce.
Uciekłem do sypialni. Schowany pod kołdrą drżałem, mokry od potu i łez. Ból zastąpił gniew, gniew przyniósł ulgę, a tę zdławił lęk – przed tym, co ryło w deskach podłogi. Gdy obudził mnie dzwonek, byłem wycieńczony. Spragniony tak, że popękane usta kleiły się do dziąseł.
– Kurier – wychrypiałem. – Oby nie odszedł od drzwi.
Wypełzłem spod kołdry. Resztą sił wstałem i ruszyłem do przedpokoju. Chwyciłem klamkę, gdy zorientowałem się, że jestem nagi. Uchyliłem drzwi i zza nich wycharczałem:
– Proszę wsunąć torbę do środka.
– A płatność? – odpowiedział.
– Chwila.
W kuchni znalazłem portfel. Wyciągnąłem kartę. Cisza przypomniała mi o otworze w podłodze. Spojrzałem, a następnie jęknąłem.
– Wszystko dobrze? – dopytywał kurier.
Przystawiłem kartę i dłoń do ust, dławiąc wycie.
– Wezwać pomoc?
– Nie! – zapiszczałem. – Nie, proszę poczekać!
– Jak sobie chcesz – odpowiedział kurier, gdy ja patrzyłem na palec wystający z dziury.
Opuszka była skierowana wprost na mnie. Zza niej wystawał długi, połamany paznokieć ubrudzony od spodu czymś rdzawym.
Ruszyłem do drzwi. Palec od razu wyłapał ruch i obrócił się – opuszka niczym maleńka główka śledziła każdy mój krok.
Zagryzłem kartę, dłonie przyłożyłem do skroni, tak by ograniczyć pole widzenia jedynie do wąskiego korytarza prowadzącego do wyjścia.
– Pieprzyć to, idę! – oświadczył kurier.
W tej samej chwili dopadłem do uchyłu i wystawiłem rękę z kartą na sień.
– Ale wiesz, gościu, że jesteś zdrowo pierdolnięty?
Dźwięk rozsuwanego zamka. Chciałem już tylko, by wsadził torbę z zakupami do mieszkania i sobie poszedł.
– Poprzedni kurier zrezygnował z obsługi tego adresu, wiesz?
Pik, pik – to klawisze terminala. Zagryzłem wargę.
– Nie trzęś ręką – poprosił dostawca.
Terminal zapiszczał, a po chwili usłyszałem dźwięk drukowanego potwierdzenia – odetchnąłem.
– Przepraszam, ja…
No właśnie, co? Co mogę powiedzieć, żeby się usprawiedliwić? Parsknąłem na myśl, że wpuszczam kuriera, by pokazać mu intruza wyłażącego z podłogi.
– Potrzebujesz pomocy – powiedział dostawca i wsunął torbę z zakupami. – I to szybko…
Zatrzasnąłem drzwi. Usiadłem i długo piłem wodę gazowaną, wpatrzony w palec, a palec chyba patrzył na mnie.
Czerwone światło nie raziło. Za to zniekształcało mieszkanie. Tworzyło w rogach sypialni cienie, niemal czarne plamy. Dlatego zacząłem chodzić środkiem pomieszczenia, by omijać ciemne zakamarki. Siadałem przy drzwiach sypialni. Uchylałem je i patrzyłem.
Była tam.
Sterczała.
Nieruchoma, ale tylko pozornie.
W nocy pojawił się jeden, kolejnego dnia drugi – oba kościste palce co chwilę wskazywały inny element mieszkania. Czasem drzwi, kiedy indziej okno lub kuchnię.
Kilka dni później skierowane były ku sufitowi. Wszystkie pięć. Długie paznokcie miały rdzawą barwę od gliny. Między keratynową powierzchnią a naskórkiem zalegała czarna ziemia. Obrąbki naskórkowe – eponychria, jak wyczytałem w internecie – był czerwono-zielone przy każdym palcu, kostki sine, prawie bordowe. Nadgarstek wychodził spod podłogi, a szara i napuchnięta skóra odchodziła coraz bardziej za każdym razem, gdy dłoń się obracała. Dwa dni zajęło jej przebicie się do mieszkania.
Chyba wiedziała, że siedzę w sypialni. Dzień wcześniej obserwowałem poczerniałe kłykcie, gdy palec wskazujący zgiął się i wyprostował – jakby wiedział, że patrzę. Przywarł do środkowego, następnie serdeczny, a do niego mały. Gdy już wszystkie stały w rzędzie, wyprostowane niczym gwardziści, kciuk opadł na podłogę, a wtedy dłoń zaczęła powoli się obracać.
Stałem oniemiały. Nie mogłem oderwać oczu od gościa, który przybył nieproszony z… no skąd? Z dołu? A dłoń patrzyła. Nie oczami, ale brudnymi paluchami o długich, połamanych paznokciach. Każdy z pięciu przybyszy, wyrastających z jednego ciała, widział, jak czaję się w ciemności między drzwiami a framugą sypialni.
Dzwonek.
Tym razem byłem przygotowany – psychicznie i fizycznie – ubrany w szorty plażowe i koszulkę z diabłem tasmańskim wyszedłem z ukrycia, jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem przy ścianie. Zerkałem, dławiony ciekawością, a dłoń obracała się pomału.
Odebrałem paczkę. Kurier był zdziwiony moją obecnością w drzwiach i pełen dezaprobaty dla mieszkania tonącego w czerwonym świetle. Drżałem z podniecenia, niosąc pakunek do kuchni, ale trzymałem fason do chwili, gdy nóż rozciął taśmę. Wtedy palce zabębniły o podłogę. Niecierpliwiły się.
Wyciągnąłem czarną, aksamitną rękawiczkę i wsunąłem w nią dłoń. Byłem gotowy uścisnąć gościowi rękę. Podszedłem ostrożnie. A dłoń przechyliła się nieco – palce razem z kciukiem sterczały w górę. Wiedziała, po co przyszedłem. Czekała na tę chwilę.
Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem dłoń. Palce zgięły się pomału, obejmując grzbiet i kłykcie. Kciuk opadł i objął mój, delikatnie, ale pewnie. Wtedy dłoń zacisnęła się gwałtownie. Poczułem, jak ból promieniuje do ramienia. Zawyłem krótko, gdy walnąłem czołem o podłogę. Całe ramię zniknęło w dziurze pod podłogą. Szarpnąłem i na chwilę uwolniłem biceps. Coś z nieludzką siłą pociągnęło i znów leżałem. Deski zatrzeszczały do wtóru wyłamywanym stawom. Zaparty drugą ręką, ryknąłem i wtedy podłoga rozleciała się w drzazgi.
Wciągnięto mnie pod mieszkanie. Tak sądzę. Wokół jest ciemność. Widzę tylko dziurę w podłodze i sufit. Niewiele się dzieje. Wykonuję jakieś ruchy, ale to na nic – nie przynoszą żadnego skutku, jakbym był zawieszony w pustce.
Dlatego dużo myślę. A są to myśli przykre i bolesne. Czasem złe i perfidne. Uciekam więc od nich, gdy tylko ktoś odwiedza dom. Są to głównie robotnicy i facet w niebieskim garniturze. Przygotowują mieszkanie na sprzedaż, a myśl, że dziura w podłodze musi zostać naprawiona, napawa mnie lękiem i złością. Krzyki i protesty na nic się nie przydają – oni mnie nie słyszą.
Stało się. Jestem w zupełnej ciemności. A nienawiść i smutek zżerają mnie jak czerw – od środka. Na górze ktoś jest. Mężczyzna, kobieta i trójka dzieci. Żyją tak, jak kiedyś ja – szczęśliwi. Nienawidzę ich za to i siebie za czarne myśli. Czasem mam ochotę utonąć w ciemności. Uwolnić się od czerwia, który zjada mnie kawałek po kawałku. Ale śmiech, rozmowy, kłótnie i jęki z sypialni nie dają mi zasnąć. Uporczywie trzymają świadomość w gotowości. Drażnią niczym chrobotanie…
Ta myśl, raz powołana do życia, nie chce odejść. Swędzi coraz bardziej, jak ukąszenie komara. Może by tak podrapać opuchnięte miejsce?
Pierwszy ruch przyszedł mi z trudem, ale gdy paznokieć stuknął już o spód deski, zacząłem drapać. Pomału, delikatnie, z ulgą słuchając, jak mężczyzna na górze wspomina o dźwiękach, których nikt inny nie słyszy. Potem głośniej i głośniej. A im ciężej pracuję, tym częściej słyszę o terapeutach, psychiatrach, płaczu i lękach.
W końcu mężczyzna zostanie sam. Jestem tego pewien. A ja będę pracował do chwili, gdy dotrę do niego – a wtedy przekażę mu to, co otrzymałem od nieproszonego gościa.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Harfiarz
Harfiarz, przez Horologiona* zwany Tkaczem, zaległ w bezruchu, wsłuchany w brzmienie strun. Tam, gdzie krzyżowała się ich niezliczona ilość – na pępicy. Ramiona rozłożone na pajęczynie wyczuwały najdrobniejsze drżenie cięciw, a wtedy długie palce chwytały strunę. Przez wibracje Tkacz czuł, kiedy została napięta, czy wymaga dostrojenia i ile zostało czasu do zerwania włókien.
W Poza Czasie struny nie wisiały biernie – unosiły się w bezkresie, falowały, zbliżały do siebie i zderzały. W chwili kontaktu czasem w pustkę strzelała świetlista drobinka, wskrzeszona przez tarcie cięciw. Iskierki dryfowały między włóknami pajęczyny, rozświetlając pustkę srebrnym blaskiem, przyciągane do włosów porastających odwłok Harfiarza. Gdy drobinki przylegały do szczecinek, wtedy Tkacz strzykał nićmi w Poza Czas – dokładnie tyloma, ile było potrzebnych do skręcenia strun dla każdej iskierki osiadłej na odwłoku.
Horologion na czarnych skrzydłach przemierzał krańce Poza Czasu, gdzie sprawdzał mocowania, dostrajał lub przepinał struny. Oczodoły Instrumentarzysty były puste, ale doskonale wyczuwał zmiany w plątaninie. Odnajdywał nici i sprawdzał ich jakość, nim splótł włókna w cięciwę. Gotową strunę, starzec o dziecięcej twarzy, przytwierdzał i nastrajał, by rozbrzmiewała wraz z innymi w pustce. Czasem odnajdywał drobinki, które zagubione między nitkami pajęczyny, nigdy nie dotarły do Tkacza. Zbierał je i umieszczał w słoju – wszystko musiało mieć własne miejsce we właściwym czasie.
Ramiona Tkacza nieustannie zmieniały pozycję, wyczuwając nowe drgania. Z odwłoka strzykały nici, ale tułów i trupi łeb Harfiarza były nieporuszone niczym niezależne byty. Stężała twarz przedstawiała oblicze pogrążone w głębokim śnie.
Horologiona to nie zwiodło. Wiedział, że Tkacz tworzy, a więc wkrótce będzie musiał przygotować nową harfę.
*
Jezus budził się i zasypiał wraz z dźwiękiem silników, które wprawiały w ruch olbrzymie łopaty wiatraków filtrujących powietrze. Śpiwór zajmował wolną przestrzeń między rurami chłodniczymi a kondensatorami. Poranny bezdech i fala kaszlu rozbudziły technika. Przypominały o obowiązku oddania nasienia.
Wygrzebał się ze śpiwora i wyszedł z wnęki. Jak zawsze na Jezusa czekała miska owsianki ze sporą dawką proteinowego proszku, butelka wody, karton syntetycznego mleka i chleb – dzienny przydział racji. Obok leżały świeżo uprane: bielizna i kombinezon.
Jezus nigdy nie odkrył, kto i kiedy dostarcza żywność oraz dba o czystość. Jeszcze dziesięć lat temu takie myśli zaprzątały mu głowę, gdy po szesnastogodzinnej służbie leżał wpatrzony w izolację rur, wsłuchany w dźwięki rozbrzmiewające w sektorze 422 – zwanym płucami. Tylko przez kogo? O tym też już nie myślał.
Czasem jeszcze wspominał ojca Józefa. To on nauczył Jezusa wszystkiego, co było konieczne do obsługi filtrów. Wspominał długie godziny rozmów. Chwile, gdy wątpił, a Józef powtarzał:
– Jesteś technikiem na statku planetarnym. To od ciebie zależą losy milionów. Nie możesz sobie pozwolić na zwątpienie. Musisz być nieomylny, precyzyjny i silny, gdy mnie zabraknie.
Jezus znalazł Józefa przy magazynie energii – zadławił się krwią. Musiał długo konać w męczarniach, gdy organizm próbował oczyścić przeżarte wyziewami z filtrów płuca. W huku wirników, świszczeniu łopat i warczeniu silników Jezus nie mógł usłyszeć konającego ojca.
Spojrzał na puste miejsce nad rurami – buty i skafander ułożone na starannie złożonym śpiworze. Za niedługo sam będzie ojcem. I zajmie wnękę Józefa.
Zakaszlał.
Na dłoni zostały plamy krwi. Tylko czy starczy mu czasu, by przekazać wszystko to, czego sam się nauczył?
*
Statek planetarny Bellona* został wprowadzony na orbitę Kalos*. W tym czasie Najwyższa Rada powoli zajmowała miejsca.
Mijali kolumny usadowione na plintach. Słupy o głębokich żłobieniach pięły się ku sklepieniu. Echinusy otaczały symetryczne zwoje przypominające zakręcone baranie rogi. Abakus przylegał do sklepienia pomalowanego na podobieństwo nocnego nieba, po którym frunęły rzeźbione chmary białych nietoperzy otaczających planety galaktyki Aeternitas*.
Pięciu członków rady w długich togach, o przypudrowanych twarzach, usiadło przy półokrągłym stole o blacie z zielonego marmuru. Każde stanowisko posiadało komunikator, ołówek, kilka kartek papieru i szklankę wody.
Członkowie zgromadzenia spoglądali na stylizowane peruki sąsiadów, ułożone zgodnie z obowiązującą modą i z zachowaniem powagi piastowanych urzędów. Ktoś chrząknął, inny napił się wody lub sprawdził ostrość grafitu. Czekali, aż Bellona osiągnie prędkość orbitalną i będą mogli uzyskać połączenie z przedstawicielem Kalos.
W sali pociemniało.
Członków rady oświetlały tylko lampki zamontowane przy mikrofonach. Pomarańczowe światełka rozjaśniały białe twarze od dołu, nadając im wygląd topielców.
Czerwone kotary rozsunęły się, odsłaniając ogromny ekran. Przedstawiciel Kalos stał z zadartą głową, wpatrzony w obiektyw. Ubrany w niebieski garnitur ozdobiony czerwonymi falbankami przypominał człowieka, którego wyrwano z przyjęcia. Pomieszczenie, w którym miał bronić rodzimej planety, było puste, ze ścianami i podłogą pomalowanymi na biało – by podkreślić czyste intencje wasala.
Członkowie rady patrzyli na Kalończyka jak dzieci przez denko słoika na złapanego w pułapkę owada. Nikt nie miał wątpliwości, kto jest sędzią, a kto oskarżonym, choć spotkanie szumnie nazwano negocjacjami.
– Witam wielmożną Radę Bellony – zaczął z trudem Kalończyk. – Nazywam się Hektor i mam zaszczyt reprezentować lud…
– Wiemy, jak się nazywasz – przerwał członek rady o pociągłej twarzy, zajmujący miejsce po lewej stronie.
– I jaką wyznaczono ci rolę – dodał bawiący się ołówkiem sąsiad o kocich oczach.
– Nasi agenci informują nas na bieżąco o wszystkim, co dzieje się na planecie – odezwała się kobieta po prawej, w peruce uformowanej na kształt ptasich skrzydeł.
– Więc prosimy o darowanie sobie kurtuazyjnych wstępów! – wtrącił grubas siedzący na prawym skraju.
– Zatem możemy przejść do meritum – podsumował starzec zajmujący miejsce pośrodku turkusowego blatu.
– Oczywiście. Otrzymaliśmy depeszę zmieniającą warunki koegzystencji. – Kalończyk z odchyloną głową mówił z trudem do wysoko zawieszonego obiektywu. – Wprowadziliśmy niezbędne reformy mające na celu poprawę gospodarki rolnej.
– To czemu nie widać efektów tej poprawy? – Mężczyzna o pociągłej twarzy uśmiechał się, choć oczy nie zdradzały rozbawienia.
– Ba! Otrzymaliśmy transport żywności mniejszy o dziesięć procent w stosunku do poprzednich! – Grubas otwartą dłonią walnął w białą kartkę papieru.
– To nie do przyjęcia. – Kocie oczy zwęziły się.
Kobieta w ptasiej peruce pokręciła głową. Starzec milczał, wpatrzony w Kalończyka.
– Reforma spowodowała zamieszki. Potrzebujemy czasu, by mieszkańcy…
– Nie mieliście czasu, gdy nasza flota przybyła do Aeternitas – przerwał szczupły.
– Gdy my walczyliśmy za waszą wolność, wy mieliście tylko jedno zadanie – ciągnęła kobieta.
– Przygotować się na wypełnienie warunków umowy – niemal wysyczał ten o kocich oczach.
– Inne planety wypełniają zobowiązania! – Grubas rozłożył ręce, jakby nic nie mógł na to poradzić.
Starzec zmarszczył upudrowane czoło.
– Proszę zrozumieć. Jesteśmy artystami. Nasz lud nie przywykł do pracy na roli. – Grdyka Kalończyka wędrowała wzdłuż naciągniętej szyi.
– Nie oczekiwaliśmy od was surowców.
– Warunki były jasno sprecyzowane.
– Dopasowane do waszych rzekomych możliwości!
– Wymówki nas nie interesują.
Starzec zabębnił palcami o blat.
– Potrzebujemy dwóch lat. O nic więcej nie proszę. W tym czasie zdołamy… – Kalończyk zagryzł zęby, gdy mu znowu przerwano.
– Po układzie Aeternitas krążą trzydzieści dwa statki planetarne.
– Gdy odpowiedzieliśmy na wasze wezwanie, było ich trzydzieści pięć.
– Miliony zginęły za waszą wolność!
– W ciągu następnych lat mają umrzeć kolejne, bo nie możecie wypełnić warunków umowy?
Starzec uniósł dłoń, wszyscy umilkli:
– Potrzebujemy planety.
– Żyznej.
– Zdolnej wykarmić miliony.
– Mieliście szansę dostarczyć żywność!
– Teraz sami odbierzemy należną nam zapłatę.
– Co to oznacza dla nas? – wykrztusił Kalończyk.
– Macie miesiąc na ewakuację. – Uśmiech zniknął ze szczupłej twarzy.
– Po trzydziestu dniach rozpoczniemy oczyszczanie planety. – Kocie oczy błysnęły w mroku.
– Biologiczne skażenie unicestwi tych, którzy zostaną. – Ptasie skrzydła rzucały złowieszczy cień.
– Zajmiemy planetę po wygaśnięciu ostatniego ogniska skażenia! – Grubas krzyknął triumfalnie.
– Nie zdążymy przygotować tak skomplikowanej ewakuacji, nie w tak krótkim czasie.
Starzec pochylił się nad blatem:
– Zatem proszę nie tracić czasu i przekazać obywatelom postanowienia rady. Negocjacje uważam za zamknięte.
*
Horologion szybował między strunami, wsłuchany w ich brzmienie. Szukał anomalii. Był pewien, że nastąpi, bo Tkacz tworzył. Trzeba było tylko znaleźć odpowiednie miejsce.
Horologion zawrócił gwałtownie. Przeleciał między ciasno skupionymi cięciwami, ignorując mniejsze drżenia. Usiadł na jednej z przecinających się nici pajęczyny falującej w Poza Czasie i zawisł. Czuł brzmienie niesione przez pustkę. Znalazł skupisko – miliardy strun drżących w jednym nieprzerwanym rytmie.
*
Jezus zwolnił blokady. Chwycił rączkę i pociągnął pojemnik z rdzeniem. Turbina zwolniła obroty. Miał kilka minut do zatrzymania łopat wiatraków. Ogniwo było na wyczerpaniu. Odstawił pojemnik i podniósł nowy rdzeń. Z platformy zauważył postać w bieli stojącą pod silnikami.
W ciągu piętnastu lat spędzonych w samotności nieraz miewał halucynacje, słyszał głosy szepczące przez warkot maszyn. Na silniku 5B-VL zapaliła się czerwona lampka informująca o spadku obrotów. Podniósł rdzeń i wsunął go do kanału. Zabezpieczył właz i wziął głęboki wdech. Płuca zareagowały natychmiast. Zdusił falę kaszlu. Odwrócił się pomału – postać nie zniknęła. Podniósł zużyty rdzeń i ruszył pomostem do drabinki. Zszedł ostrożnie, by nie upuścić pojemnika. Ponownie spojrzał.
Głowę i twarz kobiety zasłaniał habit. Biały aksamit odsłaniał ramiona i lekko szpiczaste piersi o dużych brodawkach. Materiał w talii przytrzymywał cienki skórzany pasek, pod którym habit zwisał między bosymi stopami. Wentylatory pod zakratowaną podłogą wydmuchiwały powietrze – biały materiał falował, odsłaniał biodra, brzuch, wzgórek i czarne włosy łonowe.
– Czy ty tu jesteś? – zapytał.
Kobieta podeszła. W lewej ręce trzymała szklany pojemnik.
– Jak się nazywasz? – spróbował.
Złapała dłoń Jezusa i przystawiła ją do piersi. Westchnienie przerwała fala kaszlu.
Kobieta nie odrywała piwnych oczu od twarzy technika.
– Ja… nigdy nie widziałem nikogo innego prócz mojego ojca – wyszeptał.
Kierowała jego dłonią – palce dotykały sutka, ściskały pierś.
Silna erekcja zamroczyła Jezusa. Zamknął oczy. Kobieta puściła dłoń technika, złapała suwak i rozpięła skafander. Uklękła i wyciągnęła penisa. Objęła go palcami – delikatnie, ale pewnie.
– Proszę – jęknął. – Czy mogę zobaczyć twoją twarz.
Energiczne ruchy zwolniły. Patrzyła na niego. Piwne oczy zaszkliły się.
– Czy odsłonisz twarz? – poprosił.
Ruchy przyspieszyły. Jęki i westchnienia przerywał rwący kaszel.
– Proszę!
Poczuł, jak przystawiła szkło do fallusa.
Ejakulował.
Orgazm sprawił silne zawroty głowy. Odstawił rdzeń, gdy ugięły się pod nim nogi.
Zrobił kilka kroków w tył. Oprzytomniał gdy wpadł na drabinkę, spojrzał na pomieszczenie – kobiety już nie było.
– Nie odchodź! – zawołał.
*
Harfiarz otworzył oczy wypełnione czarnymi źrenicami. Podniósł masywne ciało i ruszył po strunach. Ramiona bezbłędnie odnajdywały kolejne cięciwy, po których przemieszczał się w Poza Czasie.
Tam, gdzie struny się rozchodziły, dominowała pustka. Tkacz, balansując na trzech nitkach pajęczyny, dotarł do mosiężnej klamki zawieszonej w ciemnej przestrzeni. Jedno z ramion chwyciło ją i pociągnęło. Z uchylonego fragmentu Poza Czasu trysnęło pomarańczowe światło. Harfiarz wsunął do przejścia przednie odnóża, następnie łeb, głowotułów, a na końcu odwłok. Któreś z ramion zatrzasnęło za nim przejście.
*
Rada Bellony obserwowała na ekranie promy opuszczające orbitę Kalos.
– Czy ktoś wie, gdzie zmierzają? – zapytał ten o kocich oczach.
– A kogo to interesuje! – żachnął się grubas.
– Część przyjmie Misericordiae* – odpowiedziała kobieta w peruce ułożonej na podobieństwo ptasich skrzydeł.
– Ostatni raport mówi, że zdołali ewakuować dwa procent populacji – mężczyzna o pociągłej twarzy oświadczył z uśmiechem.
Posłaniec wszedł bezszelestnie do sali i położył przed przewodniczącym depeszę.
Cztery upudrowane twarze zwróciły się w stronę starca. Drżące dłonie podniosły kopertę i pomału wyciągnęły perfumowaną kartkę.
– To z Kalos.
– Bezczelni do końca!
– Za to eleganccy.
– Zdesperowani i tragizujący, jak na artystów przystało.
Starzec odchrząknął. Zapadła cisza.
– Proszą o dwa tygodnie. Nie zdążyli przygotować zapasów do wszystkich promów – powiedział przewodniczący i odłożył depeszę. – Co sądzicie?
– Skandaliczne.
– Łamią kolejną umowę.
– To nasze zapasy!
– My też już nie mamy czasu.
– Zatem jesteśmy zgodni – podsumował starzec.
Wcisnął przycisk na komunikatorze.
– Rozpoczynać.
*
Jezus nie mógł zapomnieć piwnych oczu.
Nie był przekonany, czy śnił, a może halucynował. Tylko jasnobrązowe tęczówki wydawały się prawdziwe. Widział w nich zakłopotanie, współczucie, ale też determinację. To były jedyne oczy, w które patrzył poza oczami Józefa. Oddałby wszystko, by móc jeszcze raz je zobaczyć. Poczuć obecność drugiej osoby.
Wyszedł z wnęk – owsianka, woda, mleko, chleb leżały jak zawsze w tym samym miejscu. Z jedną różnicą. Na kombinezonie ktoś zostawił wiadomość. Kartka papieru była tak nierealna jak kobieta w białym habicie. Bał się, że gdy spróbuje jej dotknąć, to zniknie.
Kucnął i przeczytał:
– Płeć żeńska. Płód rozwija się prawidłowo. Brak wad. Imię.
Patrzył na wykropkowaną przestrzeń pod tekstem.
– Imię? – wyszeptał.
*
Harfiarz zwinął się w kulkę. Ramiona i odwłok zlały się z tułowiem. Ciało zamienione w jednolitą masę wystrzeliło w górę. Smukła sylwetka nabrała kształtów – pojawiły się ręce, nogi. Z ramion wyrosła głowa o twarzy młodego, przystojnego mężczyzny. Tkacz, wystrojony w czarny surdut, z czerwoną różą w klapie i białą koszulą z fularem między kołnierzykami, ruszył tunelem oświetlonym światłem pochodni.
*
Bellona zajęła pozycję bojową. Z błękitnozielonej planety Kalos do ostatniej chwili wysyłano kolejne promy.
*
Jezus nie potrafił się skupić. Mylił kolejność wykonywanych zadań. Zapominał o dopełnieniu procedur. Długopis, który leżał przy kartce, teraz nieznośnie ciążył w kieszeni skafandra.
– Imię, imię – powtarzał. – Imię. Jakie będzie miała imię?
*
Harfiarz wyszedł na piaszczystą arenę.
Koloseum było wypełnione niemal w całości, oprócz jednego miejsca. Tkacz stanął na środku, ukłonił się i trwał tak w ciszy do chwili, gdy usłyszał łopot skrzydeł. Horologion sfrunął na arenę. W rękach trzymał harfę.
Tkacz wyprostował się.
Instrumentarzysta ustawił cokół na piasku. Oparł instrument na nóżkach i skierował ku Harfiarzowi. Tkacz zajął pozycję. Ułożył pudło rezonansowe na prawym ramieniu, podeszwy butów oparł o pedały wbudowane w cokół. Horologion przejechał dłonią po pionowej kolumnie aż do falowanej szyjki instrumentu. Chwycił za kołki do strojenia. Harfiarz przeciągnął palcami po strunach. Instrumentarzysta sprawnie wyłapywał brzmienie, odnajdywał odpowiednie kołki i nastrajał kolejno każdą z miliardów strun.
*
Bellona osiągnęła stan pełnej gotowości bojowej.
Grodzie zamontowane w przedniej części kadłuba rozsunęły się, otwierając luki torpedowe. W stronę Kalos wystrzeliła purpurowa wiązka naprowadzająca. Na mostku dowodzenia wskazówki zegarów stanęły – zakończono odliczanie. Torpedy z głowicami biologicznymi zostały uzbrojone.
*
Struny rozbrzmiewały pod palcami Harfiarza. Melodia wypełniła koloseum i płynęła w Poza Czas. Horologion zajął ostatnie wolne miejsce wśród tysięcy zwłok podziwiających grę Harfiarza.
Muzyka dusz – wieczna, nieskończona symfonia grozy, bólu i rozpaczy. Znana w każdym zakątku wszechświata, nucona przez niezliczone istoty.
Instrumentarzysta nie usłyszał żadnego fałszywego dźwięku. Harfa była dostrojona idealnie w czasie i przestrzeni, a każda ze strun pękała w chwili, którą zaplanował.
Harfiarz grał.
Cięciwy zrywały się, a Kalos umierała wśród torsji i krwawych wymiocin. Utwór kończył dźwięk ostatniej struny, która jeszcze była naciągnięta między szyjką harfy a pudłem rezonansowym.
*
Akuszerka otworzyła właz do sektora 422. Szła boso po zakratowanej podłodze. Wśród ryku silników i łopat wiatraków nie usłyszała technika. Zobaczyła, jak leży przy zbiorniku wyrównawczym.
Podbiegła.
Jezus dławił się krwią, ciałem wstrząsały drgawki. Patrzył jej w oczy.
– Imię – powiedziała. – Jakie wybrałeś imię?
Nie słyszał.
Odsłoniła twarz i przystawiła usta do umazanego smarem ucha.
– Jak chcesz, byśmy ją nazwali? – powtórzyła.
Podtrzymywała głowę Jezusa, kciukiem gładziła skroń.
Uśmiechał się, odsłaniając ciemne od krwi zęby.
– Proszę, podaj jej imię – spróbowała raz jeszcze.
Wyciągnął rękę i podwinął rękaw.
Na wewnętrznej stronie przedramienia atrament zmieszał się z krwią, gdy Jezus rył długopisem w skórze imię:
Fidesa*.
*Horologion – czasosłowa księga liturgiczna lub czas (Horo) i zbieranie/liczenie (Logion) z greckiego.
*Bellona – bogini wojny lub wojna z łaciny.
*Kalos – piękno z greckiego.
*Aeternitas – wieczność, nieskończoność z łaciny.
*Misericordia – miłosierdzie z łaciny.
*Fides – wiara, wierność z łaciny.
koniec

Kliknij aby rozwinąć
Widmo z Lewantu
Kliknij aby rozwinąć
Hubert – wtorek.
Weber wszedł do mieszkania punktualnie o czternastej, jak zawsze nienagannie ubrany. Dzięki swoistemu honorowi i elegancji zyskał przydomek “Anglik”. Ściągnął kaszkiet i położył go starannie na stole, wybierając najczystszy fragment blatu. Gdy usiadł, zapytał:
– I jak po pierwszym miesiącu na wolności?
– Trochę trudno mi się przyzwyczaić, ale pomału się wdrażam – powiedziałem, szczerze zadowolony z odwiedzin przyjaciela. – Dziękuję za przetrzymanie dla mnie forsy i ogólnie za całe wsparcie, gdy siedziałem.
– Mam u ciebie dług, którego papierami nie spłacę.
Wzruszyłem ramionami, bo i co można powiedzieć. Już taki jestem, że nie wsypuję kumpli.
Weber siedział skwaszony, może chodziło o bajzel w mieszkaniu, a może myślał, jak mnie poprosić o przysługę. Bo miał do mnie jakiś interes – obaj wiedzieliśmy, że ludzie mi nie ufają, a mimo to przyszedł.
– Martyna poprosiła mnie o pomoc. Właściwie nas, ale do ciebie bała się odezwać – powiedział w końcu.
– No tak, nie odwiedziła mnie, nie wysyłała nawet paczki. Za to wysłała list, że odchodzi. Więc już nic mnie nie łączy z tą kobietą. – Zrobiłem obojętną minę, ale wspomnienie byłej wciąż bolało.
– Nie chodzi o nią, a o jej syna.
– Michała? – Cholera, uwielbiałem tego chłopaka.
– Tak, w sobotę spotkał się z kumplami, Robertem i Stefanem. O dwudziestej drugiej miał być w domu, ale nie wrócił.
– Psy wiedzą?
– Tak. Dzisiaj Martyna była na komendzie. Wypytywali ją o belfra ze szkoły Michała, Klimczaka. Michał i jego kumple chodzili do niego na dodatkowe zajęcia z historii. Szkoła zgłosiła zaginięcie nauczyciela.
Anglik podał mi dzisiejszy numer “Faktu” z Marylą Rodowicz. “W Chorzowie zaginął nauczyciel historii wraz z uczniem” – głosił jednym z nagłówków.
– Podobno cała czwórka była dość zżyta ze sobą.
– Dobra, pogadam z tymi kolegami Michała – powiedziałem.
Anglik pomacał daszek kaszkietu, a palcami lewej dłoni zabębnił o blat biurka.
– Nie chcę cię w to wciągać – powiedział ostrożnie. – Ale rozumiesz, że moi ludzie zrobiliby za duży dym.
– Rozumiem. Wiesz, dla Martyny nie ruszyłbym dupy, ale Michał to porządny chłopak.
Podszedłem do barku, wyciągnąłem soplicę, dwa kieliszki i rewolwer. Siadając, położyłem klamkę na stole i nalałem do szkieł.
– Po co ci to? – zapytał Anglik, sięgając po kieliszek.
– Stare przyzwyczajenie – wyjaśniłem. – Zresztą, jest w mieście jeszcze kilku gości, którzy mogą mieć do mnie sprawy, z dawnych lat.
Anglik potaknął, wypiliśmy, a ja dolałem wódki.
– W tę sobotę, wiadomo, gdzie się spotkali? – zapytałem.
– U Roberta – powiedział Anglik. – Mam jego adres, jak coś.
– Wyślij mi go SMS-em. Porozmawiam z tymi kumplami Michała.
– Dobra – zgodził się Anglik – ja muszę skoczyć w kilka miejsc. Pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebował pomocy, to dzwoń.
– Jasne. Do zobaczenia wieczorem.
– Będę w kontakcie i dobrze cię znów widzieć – powiedział, wypił wódkę i ruszył do wyjścia.
Odpaliłem papierosa i zajrzałem do portali społecznościowych. Znalazłem przyjaciół Michała bez trudu. Byli oznaczeni na wspólnym zdjęciu. Przyglądałem im się przez chwilę.
Robert był najwyższy – miał długie, czarne włosy i ciemne oczy. Na zdjęciu pozował w koszulce zespołu metalowego, którego nazwa była do rozszyfrowania tylko przez najzatwardzialszych fanów tego gatunku muzyki. Z wystawionym językiem i wyciągniętym środkowym palcem oświadczał, jakie ma przesłanie dla świata. Zdecydowanie wyróżniał się na tle przyjaciół.
Wygląd Michała mnie zaskoczył, zmienił się – włosy gładko zaczesane do tyłu, ubrany cały na czarno, z zaciętą miną, ale spojrzenie miał rozbawione, drwiące. Biła od niego siła charakteru, a był najmniejszy z całej trójki.
Strój Stefana niczym szczególnym się nie wyróżniał, dżinsy, koszulka. Spoglądał w obiektyw z zażenowaniem. Kasztanowe włosy miał starannie przycięte i ułożone – jako jedyny trzymał puszkę piwa, choć sprawiał wrażenie najporządniejszego. Wyglądali na dobrych znajomych.
Anglik dał mi adres Roberta, niedaleko liceum. Było jeszcze dość wcześnie, więc pojechałem pod szkołę. Wysiadłem z tramwaju naprzeciwko placówki.
Dochodziła piętnasta, gdy rozbrzmiał dzwonek. Licealiści hałasowali tak, jak tylko oni potrafią z głowami wypełnionymi plątaniną emocji i spraw, kompletnie niezrozumiałych i nieistotnych dla wszystkich tych, którzy już dawno pożegnali wiek nastoletni. Uczniowie wypadli na zewnątrz. Kolegów Michała nie widziałem, ale gdy ten rozentuzjazmowany tłum mnie minął, nagle pojawił się Stefan. Podszedłem do niego i zapytałem:
– Nieciekawie, co?
Spojrzał na mnie zdezorientowany, tym bardziej mnie zakłuło, gdy wypalił:
– Na łeb panu padło. Wszystko dobrze pod kopułą?
– W najlepszym. A co słychać u Michała?
Pobladł nieco.
– A tobie co do tego?
– Jestem kolegą jego matki. Poprosiła mnie, przez wzgląd na to, że kiedyś ją pieprzyłem, bym dowiedział się, co się stało z Michałem, więc to mi do tego, że bardzo lubiłem pieprzyć matkę twojego kumpla i teraz czuję się zobowiązany, by jej pomóc.
Wyciągnąłem papierosy. Stefan stał ze spuszczonym wzrokiem.
– Palisz? – zapytałem, podsuwając mu paczkę.
– Tak, dzięki. – Wyciągnął jednego.
– Tak, dzięki, proszę pana – poprawiłem go.
– Proszę pana – powtórzył.
– Świetnie, a teraz powiesz mi, gdzie jest Michał – stwierdziłem, podając mu ognia.
– Nie wiem, ostatni raz widziałem go u Roberta w sobotę…
– O której? – Dmuchnąłem w niego dymem.
– O szesnastej, potem się rozeszliśmy.
– O której się rozstaliście? – zapytałem z naciskiem.
– Około dwudziestej drugiej.
– Co robiliście?
– Graliśmy w grę – skłamał bez mrugnięcia okiem.
– Gówno prawda.
– Przysięgam, graliśmy, potem chwilę rozmawialiśmy, o dwudziestej drugiej wyszliśmy od Roberta.
– Dobra, powiedzmy, że to kupuję, ale czemu nie wrócił do domu?
– Nie wiem, naprawdę…
Podniosłem palec, więc dodał szybko:
– Proszę pana.
Nie mówił całej prawdy, ale chyba był szczerze zmartwiony.
Postanowiłem na razie dać mu spokój, poklepałem go w policzek.
– Dobra, spokojnie, Stefan, kiedy masz rozmawiać z policją? – zapytałem.
– Dzisiaj o siedemnastej.
– Robert dostał wezwanie na wcześniejszą godzinę? – zapytałem, a Stefan przytaknął.
– To zmykaj, oni nie lubią, jak ktoś się spóźnia. Robią się od tego nerwowi.
Chłopak pstryknął palcami, wystrzeliwując niedopałek i ruszył w stronę przystanku.
A ja pojechałem do Roberta. Wolałem rozmawiać z dzieciakiem bez rodziców. Liczyłem po cichu, że jeszcze nie wrócił z komendy i może uda mi się go złapać przed mieszkaniem.
Wysiadłem na typowym blokowisku. Odnalazłem jego numer i na domofonie wybrałem mieszkanie szesnaste, ale nikt nie odebrał.
Postanowiłem zaczekać.
Robert pojawił się z ojcem chwilę później. Wyszli ze srebrnej toyoty. Podszedłem do nich. Chłopak był blady, miał zaczerwienione oczy. Musieli go nieźle przycisnąć na komendzie.
Przedstawiłem się i zapytałem, czy mogę porozmawiać z Robertem na stronie.
Ojciec zgodził się bez robienia problemów.
– Pójdę do sklepu – powiedział do Roberta. – Chcesz coś?
Chłopak pokręcił przecząco głową, po chwili zostaliśmy sami.
– Wiem, że miałeś ciężki dzień – powiedziałem.
Spojrzał na mnie z wdzięcznością.
– Ale mam to w dupie. Michał zaginął, jego matka odchodzi od zmysłów, więc zapytam tylko raz, gdzie on jest?
– Nie wiem, mówiłem na przesłuchaniu, że wyszedł ode mnie o dwudziestej drugiej, więcej go nie widziałem. – Dzieciak ledwie się trzymał, a łzy znów napłynęły mu do oczu.
– Wierzę, ale nie o to pytam. Gdzie on jest?
– Nie wiem, przysięgam… – zakwilił.
– Widzisz, Stefan mówił coś innego.
Robert otworzył i zamknął usta, ale nie zdołał wykrztusić słowa.
– A za chwilę to samo powie gliniarzom. Gdy porównają sobie zeznania Stefana z twoimi, dojdą do wniosku, że coś ukrywasz i wezmą ci się do dupy.
Kątem oka zauważyłem, że ojciec obserwuje nas przez sklepową witrynę, więc stanąłem przed chłopakiem, by zaoszczędzić sobie problemów.
– Gówno wiesz, koleś – warknął niespodziewanie Robert, mimo że łzy spływały mu po policzkach.
Wtedy spojrzał ponad moim ramieniem. Na twarzy chłopaka pojawiło się przerażenie. Obróciłem się, pomału podążając za wzrokiem chłopaka. Pomiędzy dwoma blokami był parking, za nim pas zieleni, dalej trasa szybkiego ruchu i przystanek autobusowy.
Wtedy go zobaczyłem. Stał obok rozkładu. Mężczyzna w okolicy czterdziestki w szarym płaszczu, bez zarostu, krótko ścięty, niczym się niewyróżniający, gdyby nie to, że patrzył wprost na Roberta. Był daleko, jednak czułem, że patrzy dokładnie na chłopaka. A gdy przesunął nieznacznie głowę i spojrzał na mnie, spuściłem wzrok.
Drzwi sklepu otwarły się i Robert pobiegł do ojca, który objął go, jakby miał siedem, a nie siedemnaście lat. Po chwili weszli do klatki. Byłem kompletnie oszołomiony. Spojrzałem ponownie na przystanek, ale stał tam już autobus. Ludzie wychodzili z niego, podążając za własnymi sprawami, a po facecie w płaszczu nie było śladu.
Henryk
Henryk krążył po pokoju hotelowym, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić do ściętych włosów oraz ogolonej twarzy, czystych ubrań i możliwości zaspokojenia potrzeb w każdej chwili. Usiadł przy stole. Ze stosu zeszytów ściągnął ten podpisany “Śląsk”. Umówiony był na czternastą, a dopiero świtało. Walczył chwilę ze sobą, znów czując przemożną chęć zniszczenia dzienników, ale gdy tylko pomyślał, ile lat im poświęcił, o wynikach badań, zwyczajnie nie potrafił tego zrobić. Zamiast tego przekartkował zeszyt. Na pierwszej pustej stronie zanotował datę i uświadomił sobie, że za sześć dni miał skończyć siedemdziesiąt dwa lata.
Pewnego październikowego ranka Henryk wysiadł z pociągu na dworcu w Katowicach. Świadomość, że to właśnie tu prowadził ostatni trop, dodawała mu sił, ale też napawała niepokojem. Co, jeśli będzie fałszywy. Ostatnie dwa lata spędził na poszukiwaniach. Poświęcił dom, pracę na uczelni i godność, wybierając życie osoby bezdomnej, by odzyskać skradzione mu książki. Ale przede wszystkim chciał jeszcze raz spojrzeć w oczy osobie, która go zdradziła.
W czarnej saszetce nosił całe dawne życie. Dokumenty, kartę do bankomatu, klucze do mieszkania. Nie korzystał z nich, żeby nie pozostawić śladów. Włożył rękę do kieszeni puchowej kurtki i przejechał palcem po zimnej stali P-64. Dotyk broni zawsze dodawał mu sił. Przypominał, że musi wytrwać.
Henryk wiedział, że Klimczak uczy historii w liceach. Pozostawało tylko ustalić, w którym mieście.
W pierwszych dniach wybrał kilku z miejscowych bezdomnych, upewniwszy się, że nie są niebezpieczni. Gdy usiedli przy ognisku, rozpalonym pod wiaduktem, Henryk wyciągnął wódkę, by uzyskać w zamian informacje o okolicy. Szybko dowiedział się, gdzie może liczyć na gościnę, a gdzie lepiej nie zaglądać, gdzie zdobyć pożywienie, a gdzie destylat.
Nocował w Katowicach. Było tu sporo podobnych mu ludzi, tych wyrzuconych poza margines społeczeństwa. Czasem poszukiwania zmuszały go, by został dłuższy czas w sąsiednich miastach. Ostatecznie jednak zawsze wracał do Katowic, gdzie skrupulatnie wykreślał z listy kolejne szkoły i planował kolejne wypady.
Po dwóch miesiącach Henryk znał już każdy kąt w aglomeracji. Wtedy dopadło go znużenie tułaczką i brakiem efektów. Przebywał w Chorzowie, ostatnim mieście, którego jeszcze nie sprawdził. W ruinach starej huty, przy niewielkim ognisku, wykreślał kolejną szkołę z listy. Zapadła noc, a Henryk przeglądał wszystkie zapiski, jeszcze z lat profesorskich i doszedł do wniosku, że już nigdy nie odzyska książek, a co za tym idzie, nigdy już nie wróci do badań. Zmęczony poszukiwaniami, postanowił udać się w ostatnią podróż, by odkryć największą z niewiadomych.
Hubert – środa
Byłem strasznie zawiedziony tym, jak nieefektywne są społecznie akceptowane środki przymusu. Postanowiłem więc przemyśleć całą sytuację, degustując zawartość barku. Obudziłem się następnego dnia, odczuwając skutki tej degustacji. Otworzyłem oczy i z przykrością stwierdziłem, że zasnąłem w fotelu, nawet nie pamiętając o ściągnięciu kurtki. Zapaliłem papierosa i zajrzałem do internetu.
Na stronie internetowej widniał nagłówek: “Trwają poszukiwania nauczyciela i ucznia”. Pomyślałem, że dla psiarni ojczym i były skazaniec byłby aż nadto kuszącym podejrzanym w tej sprawie. Mimo to postanowiłem działać i tym razem przycisnąć chłopaków.
Zacząłem od Roberta. Na miejscu domofon odebrała matka chłopaka. Zapytałem o kolegę Michała. W odpowiedzi usłyszałem, że jest chory. Postanowiłem sprawdzić, jak bardzo.
Znalazłem niewielką knajpkę naprzeciwko. Zająłem miejsce z dobrym widokiem na wejście do bloku.
Jedząc obiad, zajrzałem do internetu w poszukiwaniu informacji o Klimczaku. Nauczyciel nie lubił się uzewnętrzniać. Nie znalazłem żadnej wzmianki o nim na najpopularniejszych portalach do społecznie akceptowalnego ekshibicjonizmu.
Odłożyłem telefon na stolik. Wtedy dostrzegłem Roberta wychodzącego z klatki.
Poczekałem chwilę, niepewny, co robić dalej. Zdecydowałem, że pójdę za chłopakiem. Skręcił między blokami w stronę parku, dalej tunelem pod trasą szybkiego ruchu, do stadionu. Tam Robert ruszył na asfaltową drogę, prowadzącą nad staw otoczony knajpkami i budkami z jedzeniem. Było tu znacznie jaśniej, a kolorowe światła barów trochę ożywiały ponury, jesienny krajobraz.
Pod jedną z budek zauważyłem Stefana. Gdy mnie spostrzegł, zapalił papierosa. Wyciągnąłem paczkę i podszedłem do chłopaków. Dopiero wtedy Robert zdał sobie sprawę z mojej obecności.
– Czego chcesz? – warknął.
– Porozmawiać, z tobą i Stefanem.
– Czemu niby mielibyśmy chcieć z tobą rozmawiać?
Olałem bezczelną odzywkę i powiedziałem do Stefana:
– Witaj. – Wyciągnąłem mu papierosa z ust, żeby odpalić własnego. – Piękny wieczór na przechadzkę.
– Musiał śledzić mnie od domu – powiedział Robert, gdy Stefan spojrzał na niego pytająco.
– Zgadza się – potwierdziłem, oddając papierosa Stefanowi.
– Co my teraz zrobimy, Stefan? – rozhisteryzował się nagle Robert.
– Najlepiej będzie, jak powiecie mi, gdzie jest Michał – powiedziałem, obserwując, jak wymieniają szybkie spojrzenia. – Dobra, koniec tej zabawy, mówcie, co jest grane, to może będę mógł wam pomóc.
– Mówiłem ci, że nie masz pojęcia, co się dzieje i nasze wyjaśnienia tego nie zmienią – powiedział Robert.
Miałem już dość tego płaczliwego gnojka, chciałem go przycisnąć, ale Stefan mnie uprzedził.
– Niekoniecznie – powiedział, widząc, że tracę cierpliwość. – Możemy sprawdzić magazyn.
– Nie, nie pójdę tam, nie dam rady – zakwilił Robert, łapiąc się za głowę.
– Spójrz, co mi wysłał.
Stefan wyciągnął telefon z kieszeni i przystawił do twarzy kolegi, spojrzałem przez ramię Roberta. To był SMS od Michała, o treści “86”. Robert patrzył tępo na cyfry, w końcu potrząsnął głową.
– Nie dam rady – załkał.
– On z nami będzie. – Stefan wskazał na mnie i upewnił się. – Pójdzie pan z nami?
– Pójdę – powiedziałem bez chwili wahania.
– A jeśli on tam będzie? – Nie dawał się przekonać Robert.
– Klimczak? – zapytałem.
Na dźwięk nazwiska Robert wbił wzrok w ziemię. Stefan pokiwał tylko twierdząco głową. Rozpiąłem kurtkę i pokazałem im broń.
– No już, dzieciaku, weź się w garść.
Poklepałem chłopaka po plecach. Wziął głęboki wdech i chyba się nieco uspokoił.
– Robert, ty miałeś klucze do magazynu – stwierdził Stefan.
Robert przytaknął.
Poprowadzili mnie przez zarośniętą część parku z gęsto posadzonymi drzewami.
Wyszliśmy na brukowaną alejkę, dochodzącą do trasy szybkiego ruchu.
Zapytałem, czy długo będziemy tak chodzić po nocy, a Stefan wskazał mi kompleks hal, magazynów i biur po drugiej stronie ulicy. Były to pozostałości po hucie, której szkielet straszył w oddali.
Teren był ogrodzony, a w małej budce warował stróż. Śmierdział kawą i tanim tytoniem. Poprosił Roberta o wpis do zeszytu i wpuścił nas na teren. Szliśmy, mijając kolejne budynki. Gdzieniegdzie stały stare wózki widłowe, podkłady kolejowe, oraz kontenery pokryte rdzą.
– To tutaj – powiedział Stefan.
Zatrzymaliśmy się przed podłużnym, piętrowym budynkiem. Robert podszedł do drzwi po rozsypujących się kamiennych schodach. Wyciągnął klucz i umieścił w zamku, który dopiero po chwili puścił.
W środku było ciemno, Stefan wymacał skrzynkę z bezpiecznikami i dokręcił jeden z nich. Robert obrotowym, czarnym przełącznikiem, włączył światło. Stare jarzeniówki zatrzeszczały, zamigotały i część z nich się rozświetliła, pozostałe migały niezdecydowanie. Korytarz zalało białe nieprzyjemne światło, kojarzące się ze szpitalem. Nieco dalej przed nami były metalowe schody, prowadzące na piętro. Korytarz kończył się niewielkim oknem. Nic poza tym, tylko ściany pokryte pleśnią i odpadającym tynkiem. Wszedłem po schodach. W połowie drogi obejrzałem się na chłopaków, stojących jak zamurowani.
Usiadłem na stopniu i powiedziałem:
– Nie wiem, co Klimczak wam zrobił, ale ze mną jesteście bezpieczni, obronię was.
Patrzyli wystraszeni, a na dźwięk imienia nauczyciela Robert drgnął.
– Pamiętajcie, że trzeba pomóc Michałowi. Znajdę go tam na górze? – Milczeli. – A znajdę coś, co pomoże mi go odnaleźć?
– Tak, tam powinno coś być. – Stefan złapał Roberta za rękę i pociągnął w górę schodów.
Wstałem i weszliśmy na piętro. Był tam krótki korytarz z metalowymi drzwiami. Podszedłem i złapałem klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym trzaskiem. Poczułem zapach topionego wosku. W środku panował półmrok. Światło latarni padało tylko przez niewielkie okno na drewniany stół.
– Włącznik jest po lewej – powiedział Stefan.
Zapaliłem światło, jarzeniówki zasyczały, zamigotały, w końcu się zapaliły. W pomieszczeniu ustawiono pod ścianami regały. Jeden zawalony był książkami, a drugi ozdobami i glinianymi naczyniami.
Na podłodze rozłożono poduszki dookoła dużej tablicy. Wszedłem do środka. Stefan od razu podszedł do regału z książkami. Robert stał przy drzwiach, spoglądając na pomieszczenie rozbieganym wzrokiem. Tablica była częściowo starta, ale rysunek na niej przypominał jakąś figurę geometryczną, był też fragment tekstu, zdaje się po arabsku. Podszedłem do regału z ozdobami. Były tam gliniane miski i flaszki. W niektórych znajdował się kolorowy piasek. Podniosłem tę z gwiazdą wymalowaną na etykiecie. Potrząsnąłem nią, a w środku jakiś płyn zachlupotał. W kilku naczyniach leżały zasuszone rośliny o dziwnym zapachu. Figurki przedstawiały przeważnie niekompletne postaci, nagich kobiet lub mężczyzn, niektórym brakowało głów, innym kończyn.
– Co wy tu robiliście? – zapytałem.
– Nie ma jej – powiedział Stefan.
– Wtedy Klimczak nie brał jej ze sobą – wyjąkał Robert.
– Wiem! Więc kto ją zabrał?! – Stefan spojrzał na Roberta. – Michał?
– Bez ibin-kusch? Na nic by mu się nie przydała – odpowiedział Robert.
Stefan przejrzał leżące na stole papiery, a następnie stanął obok mnie i zajrzał do naczyń. Sprawdzał każde po kolei, w końcu podniósł jedno i podszedł z nim do Roberta.
– Zobacz. – Pokazał mu zawartość.
– Zrobił to – wyszeptał ledwo słyszalnie Robert.
– Podaj mi jakąś kartkę – powiedział Stefan.
– Nie wejdę tam. – Robert chwycił się framugi, jakby obawiał się, że przyjaciel wciągnie go do środka.
– Daj mi tę cholerną kartę! – wrzasnął na niego Stefan, tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnąłem.
– Nie.
– Czekaj – powiedziałem i ściągnąłem jakiś papier ze stołu.
Podszedłem do Stefana.
– Niech pan zegnie – poprosił. Stefan przesypał niebieski proszek i ostrożnie zawinął go w papier.
– To jakiś narkotyk? – zapytałem, gdy chłopak położył mi na dłoni zawiniątko.
– Nie – powiedział Stefan. – Proszę to dobrze schować.
– Po co?
– Może być potrzebne – powiedział poważnie.
– To po to mnie tu ściągnęliście?
– Nie po to, po coś innego, ale Michał musiał to zabrać.
– Dobra, koniec tego pieprzenia – powiedziałem, łapiąc Stefana za kołnierz kurtki i potrząsnąłem nim kilka razy. – Gdzie on jest? Gdzie jest mój pasierb?
Stefan spojrzał znów na Roberta.
– Nie patrz na niego, tylko na mnie, i mów, gdzie on jest? – warknąłem.
– Robert? – Stefan zwrócił się do przyjaciela, patrząc mi w oczy. – Michał znał wzór, wiedział jak go odtworzyć?
– Nie, na pewno nie – odpowiedział Robert.
– To w takim razie Michał może być tylko w jednym miejscu.
– Nie mów mu – jęknął Robert.
– A mamy inne wyjście? – zapytał Stefan, wciąż patrząc mi w oczy.
– Nie. Nie wiem… – powiedział Robert i urwał, jakby się zadławił.
– Wie pan, gdzie jest stara hurtownia herbaty? – zapytał mnie Stefan.
– Wiem, to niedaleko stąd, koło dworca – powiedziałem.
Wtedy Robert wrzasnął:
– Nie!
– Na trzecim piętrze, na ścianie od strony schodów – mówił dalej Stefan. – Ktoś namalował swastykę czerwoną farbą. W ścianie brakuje dwóch cegieł, w ich miejscu powinna być ustawiona kamera.
– Nieee! – wrzasnął Robert i rzucił się do schodów.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że on nie krzyczał do nas.
Obróciłem się do okna. W prawym górnym rogu zauważyłem twarz o sinym kolorze, jak u wisielca. O bystrych oczach z przekrwionymi białkami. Nie miały tęczówek, tylko wielkie czarne źrenice. Poruszały się szybko, wodząc wzrokiem po wnętrzu pomieszczenia. Spoglądając to na mnie, to na Stefana. Te oczy, ich ruch – nie miały w sobie nic ludzkiego, przypominał raczej spojrzenie owada. Puściłem dzieciaka i cofnąłem się, wpadając na framugę. Stefan rzucił się w stronę schodów. Wtedy głowa zniknęła za ścianą.
Stałem osłupiały, nie mogąc dojść do siebie, oprzytomniałem, dopiero gdy drzwi wejściowe trzasnęły z hukiem. Zbiegłem po schodach i wypadłem na zewnątrz. Dojrzałem obu licealistów, jak biegli w stronę stróżówki. Wyciągnąłem broń i zacząłem pomału obchodzić budynek, idąc wzdłuż ściany. Dotarłem do rogu szybciej, niż bym sobie tego życzył. Stałem chwilę, wstrzymując oddech. A gdy zebrałem się na odwagę, wyskoczyłem na tył budynku, niepewny, czy celować przed siebie, czy w górę. Nikogo jednak nie było. Spojrzałem w stronę pierwszego piętra. Okno znajdowało się jakieś trzy do czterech metrów nade mną, a ściana była całkiem gładka. Nie było nawet parapetów, po których można by się wspiąć. Wyszedłem zza budynku i ruszyłem w stronę stróżówki. W głowie kotłowały mi się myśli. Jedno było pewne. Wiedziałem, gdzie szukać Michała i jeśli miałem go odnaleźć, to powinienem zrobić to jeszcze tego wieczoru.
Mając park i ulicę po lewej, ruszyłem chodnikiem wzdłuż siatki odgradzającej pozostałości po hucie. Idąc, odczuwałem narastający niepokój. Latarnie migotały lub gasły nagle, gdy pod nimi przechodziłem, by zapalić się znów za moim plecami. Oprócz szumu wiatru i mżawki towarzyszyło mi jedynie brzęczenie starej instalacji, jakimś cudem nadal doprowadzającej prąd do zdezelowanych latarni, zalewających chodnik pomarańczowym światłem. Wydawało mi się, że zostałem ostatnim człowiekiem w tym industrialnym rumowisku. Zerkając z ukosa przez siatkę, w ciemności, każdy cień przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.
Dotarłem do skrzyżowania. Na drugą stronę prowadziło przejście podziemne. Zszedłem po śliskich, wytartych schodach i czym prędzej przedostałem się przez śmierdzący moczem tunel. Skręciłem w lewo i chodnikiem poszedłem w stronę wiaduktu biegnącego nad starym dworcem.
Zadzwoniłem do Anglika.
– Wiem, gdzie jest Michał – powiedziałem natychmiast, gdy odebrał.
– Zamieniam się w słuch.
– Wiesz, gdzie jest stara hurtownia herbaty, obok dworca? – zapytałem.
– Wiem, już tam jadę – powiedział i się rozłączył.
Zbliżałem się pomału do hurtowni. Na prawo od niej był kompleks rozpadających się ceglanych budynków. Starej masarni i przyległej do niej mleczarni. Za tym wszystkim lśniły światła biurowców z odległego centrum. Bardziej cywilizowana część Chorzowa, nawet tu, gdzie ludzie żyli wspomnieniami o hutach i kopalniach, dawała znać o sobie. Przypominając, że rozrastające się centrum, niczym nowotwór, wkrótce zajmie i te rejony.
Stanąłem przy wiadukcie, patrząc na torowisko, wagony i sterty podkładów kolejowych. Po chwili przyjechał Anglik, gdy wysiadł z wozu, zapytał:
– To tu? – Popatrzył zdziwiony na budynek.
– Tak.
– Nie masz serca, że każesz mi łazić po takiej ruinie.
– Mam serce, ale odpowiada tylko i wyłącznie za pompowanie krwi.
Anglik przyjrzał się krytycznie wejściu, które zabito deskami.
– Ale tędy nie wejdziemy, może uda się przez rzeźnię – zaproponował.
Poszliśmy w stronę ceglanego muru. Szybko natrafiliśmy na wyrwę i przedostaliśmy się na teren rzeźni, skąd weszliśmy do hurtowni.
Okna były powybijane, wszędzie leżały sterty złomu, cegieł, gruzu i innych śmieci. Zapaliliśmy latarki w telefonach.
Śmierdzący stęchlizną korytarz prowadził do licznych pomieszczeń i jednej z dwóch klatek schodowych, mieszczących się po obu stronach budynku. Anglik zauważył, że przeszukanie całości zajmie nam przynajmniej godzinę, więc się rozdzieliliśmy.
Weber poszedł sprawdzić parter, a ja ruszyłem od razu na trzecie piętro. Faktycznie swastyka była nie do przegapienia, ktoś włożył w jej namalowanie dużo serca i jeszcze więcej sprayu. Odnalazłem również kamerę w miejscu brakujących cegieł. Schowałem ją do kieszeni kurtki i wszedłem do pomieszczenia, w którego kierunku był zwrócony obiektyw. Było puste, nie licząc walających się puszek, potłuczonego szkła i kartonów, nic więcej. Pomieszczenie miało dwa przejścia do kolejnych wnętrz i korytarza. Z okien pozbawionych szyb roztaczał się całkiem ładny widok na oświetlone centrum.
Wodząc światłem latarki po podłodze, próbowałem odnaleźć jakiś trop. Nic nie zwróciło mojej uwagi, zrezygnowany sięgnąłem po kamerę i sprawdziłem pliki. Były dwa, zdecydowałem się na ten krótszy nagrany w sobotę.
Na początku ekran wypełniła twarz Michała. Dzieciak odszedł od obiektywu, widziałem jedynie jego kształt, kręcący się chwilę na środku pomieszczenia. Poświeciłem latarką w to samo miejsce, leżały tam kartony.
Na filmie Michał stanął przy oknie, mniej więcej w tym samym miejscu, w którym i ja stałem. Światło wpadające z zewnątrz nieco oświetlało jego niską postać. Starannie przycięte, uczesane włosy i poważną twarz, o zaciętym wyrazie. Trzymał książkę. Otworzył ją i chwilę wertował strony, następnie zaczął czytać. Podgłośniłem nagranie. We wnętrzu jego głos wyraźnie się roznosił, odbijając echem po pustostanie. Mówił w obcym języku. Chyba po arabsku.
Przez kolejne piętnaście minut nagrania nic się nie działo. Michał wciąż powtarzał ten sam tekst, z wyrazem największego skupienia na twarzy, a słowa wypowiadał płynnie, jakby znał język lub nauczył się tekstu na pamięć. W pewnym momencie Michał wyraźnie spojrzał w stronę klatki schodowej. Dzieciak zaczął pośpiesznie wertować strony. Zatrzymał się i zaczął czytać. Pewność w jego głosie zniknęła.
Zauważyłem, że spoglądał na kogoś stojącego w wejściu do pomieszczenia, tuż za obiektywem kamery. Ciemny kształt mignął w kadrze. Ale byłem pewien, że to mężczyzny w płaszczu. Stanął w drugim końcu pomieszczenia naprzeciwko chłopaka. Michał nie spuszczał go z oczu. W jego głosie było słychać narastające przejęcie. Postać chodziła niespokojnie, przemieszczając się wzdłuż przeciwległej ściany. Michał patrzył za nią, jakby celował w intruza wypowiadanymi słowami. Postać stanęła nagle. Odniosłem wrażenie, że coś się stało, coś, czego nie wychwyciłem na nagraniu. Zająknął się, raz, potem drugi i w końcu ucichł. Coś jednak było słychać. Przystawiłem głośnik kamery do ucha. Michał łkał. Widziałem, jak próbuje zaczerpnąć tchu, gdy przerażenie chwyciło go za gardło.
Postać stała nieruchomo. Niemal zlewając się z ciemnością. Michał uniósł prawą rękę. Dostrzegłem, że trzyma coś w zaciśniętej pięści, jakby chciał pogrozić intruzowi. Postać ruszyła w jego kierunku. Michał rozwarł pięść, coś upadło na podłogę. Chłopak rzucił się w stronę sąsiedniego pomieszczenia. Mężczyzna patrzył za biegnącym Michałem. W pierwszej chwili wyglądał, jakby w ogóle nie miał zamiaru go gonić. Wtedy sylwetka zwróciła się w stronę kamery. Twarz była skryta w cieniu, a mimo to byłem przekonany, że patrzy w obiektyw. Ręce zaczęły mi drżeć, gdy uświadomiłem sobie, jak bardzo się myliłem. On nie patrzył na kamerę, lecz przez nią, wprost na mnie.
W jednej chwili wyłączyłem urządzenie. Zorientowałem się, że patrzę dokładnie w miejsce, w którym stał mężczyzna w płaszczu. Wciąż czułem na sobie spojrzenie, niemal namacalne, jakby mnie dotykał, wzdłuż całego ciała, centymetr po centymetrze, penetrując każdą część. Przenikał pomału, głębiej do środka. Upuściłem kamerę. Uderzyła o podłogę z cichym trzaskiem. Trzęsącymi dłońmi sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem paczkę papierosów. Zapaliłem, całą uwagę skupiając na wypuszczanym dymie. Gdy byłem w połowie papierosa, wrażenie minęło. Niedopałek wyrzuciłem przez strzaskane okno. Odetchnąłem i podniosłem kamerę. Wtedy dostrzegłem na podłodze niebieski proszek pod urządzeniem. Wydawał się taki sam, jak ten, który wcisnął mi do kieszeni kurtki Stefan. Poświeciłem latarką, w stronę, w którą pobiegł Michał.
Poszedłem do przejścia, wodząc światłem po ziemi i po chwili dostrzegłem ślad przeciągnięty wraz z kurzem i gruzem po podłodze. Nieco dalej leżała książka Michała, a obok niej wyraźnie odciśnięte ślady bosych stóp. Poświeciłem wokół, ale nie znalazłem niczego, co by wskazywało na to, że ten, kto je zostawił, poszedł gdzieś dalej. Jakby już nie ruszył z miejsca. Nagle poczułem suchość w gardle i odruchowo skierowałem strumień latarki na sufit. Patrzyłem chwilę, próbując odgonić myśl o pełzającym po nim mężczyźnie.
Podniosłem książkę, była ciężka, choć niewielkich rozmiarów, oprawiona w grubą skórę, zabarwioną na ciemny brąz. Zajrzałem do środka. Strony zapisano odręcznie niebieskim atramentem, w alfabecie łacińskim, jednak nic nie rozumiałem z języka, w którym były prowadzone notatki. Schowałem książkę do wewnętrznej kieszeni kurtki, wtedy zadzwonił telefon. To był Anglik.
– Znalazłem go – powiedział.
Zszedłem na pierwsze piętro, krążyłem chwilę po pomieszczeniach, do chwili, gdy znalazłem Anglika, stojącego obok szybu windy. Podszedłem do niego i spojrzałem w dół. Michał leżał na plecach i wyglądałby, jakby odpoczywał, gdyby nie nienaturalnie skręcona głowa i przyprawiający o mdłości guz na szyi, w miejscu, gdzie kręgi nieomal przebiły skórę.
– Spójrz na to – powiedział Anglik i poprowadził mnie nieco dalej, oświetlając dziurę w suficie.
Następnie skierował strumień latarki na ślady krwi, ciągnące się wraz z wytartym kurzem do szybu.
– Wygląda na to, że chłopak spadł tutaj z któregoś z wyższych pięter – powiedział Anglik.
– A potem doczołgał się do szybu i znów spadł? – zapytałem przez zaciśnięte zęby.
– Mało prawdopodobne. – Weber złapał mnie za ramię i dodał. – Posłuchaj, zadzwonię do tego kumpla z dochodzeniowego, będzie mi wdzięczny za taki cynk, ale lepiej, by cię tu nie było, jak przyjadą.
Wróciłem do domu tramwajem, wyciągnąłem z barku wódkę i zalałem się w trupa.
Hubert – czwartek
Obudził mnie telefon. Kac był nieznośny, a rewolwer leżący obok flaszki budził niepokój – nie pamiętałem, bym go wyciągał.
Na stoliku leżało zawiniątko od Stefana, kamera i książka. Wyciągnąłem dłoń w stronę okładki i zawahałem się, potarłem niespokojnie palce. Sprawdziłem telefon. Dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń, w tym od Anglika, matki Michała, jakiegoś numeru stacjonarnego i kuratora. Do nikogo z nich nie miałem ochoty oddzwaniać. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Otwarłem je gotowy na każdego, ale nie na Stefana.
– Znalazł pan? – zapytał od progu.
– Kamerę i książkę – odpowiedziałem.
– A…? – urwał.
– Tak. – Nie musiałem mówić nic więcej, zrozumiał.
– Pomoże mi pan?
– Tak, ale tylko, jeśli zaczniesz być ze mną szczery.
Wszedł do mieszkania roztrzęsiony, więc nalałem mu kielicha. Gdy usiadł w fotelu, podniosłem kamerę i książkę.
– Zanim przejdziemy do tego – powiedziałem. – Powiedz mi, gdzie jest Robert?
– Jak zobaczyłem Klimczaka, to spanikowałem. Dopiero w parku zacząłem trzeźwo myśleć. Roberta nigdzie nie było. Pomyślałem, że pobiegł do domu, więc poszedłem na osiedle… Niedaleko od przejścia podziemnego zobaczyłem ich.
Stefan urwał, a ja nalałem mu jeszcze jednego, wypił i mówił dalej trzęsącym się głosem.
– To znaczy Roberta i Klimczaka. Stali na chodniku. Robert był… Nie wiem… Stał z szeroko otwartymi oczami. Klimczak chwycił go za ramię. Poprowadził jak bezbronne dziecko. Weszli między zarośla. Było ciemno i zupełnie cicho. Czekałem… Po chwili zza krzaków wyszedł tylko Kilmczak. Wtedy uciekłem. Nie wiedziałem, co robić. Bałem się być sam, wsiadłem do autobusu i przez resztę nocy jeździłem, aż kierowca zjechał do zajezdni. Stamtąd przyszedłem do pana.
– Skąd miałeś mój adres? – zapytałem.
– Byłem tu raz z Michałem, po kilka drobiazgów, jak pan siedział.
– Dobrze zrobiłeś, że przyszedłeś. – Nalałem mu jeszcze wódki. – Opowiedz mi teraz o Klimczaku.
– Niech pan zrozumie, to nie jest jego wina, przynajmniej nie całkiem – zaczął Stefan.
– Spokojnie, pomału, od początku.
– W trzeciej klasie zaczął uczyć nas historii. To nie był zwykły belfer, tylko naprawdę porządny facet. Kazał mówić sobie po imieniu i interesował się tym, czym my. Kiedyś po lekcji zaprosiliśmy go na grę fabularną.
Spojrzał na mnie, a ja przytaknąłem na znak, że kojarzę temat.
– A on się zgodził – ciągnął Stefan. – Po którejś sesji zagadnął nas, czy chcielibyśmy się czegoś więcej dowiedzieć o historii magii. Byliśmy zachwyceni. Powiedział, że nie możemy o tym mówić na lekcjach, ale zaproponował, że zorganizuje dodatkowe zajęcia, gdzie będziemy mogli grać i uczyć się o ciekawszych fragmentach historii. Tak to nazwał. Załatwił nam miejsce i dał klucze Robertowi i Michałowi. Byli strasznie dumni, że to ich wybrał.
Wyciągnął w moją stronę kieliszek. Nalałem mu. Wypił i powiedział:
– Niech pan zobaczy nagranie, proszę. Inaczej mi pan nie uwierzy.
Wzdrygnąłem się na wspomnienie filmu z Michałem. Drugie nagranie było znacznie dłuższe. Podszedłem do telewizora i podłączyłem kamerę.
– Proszę… zaczekać. – Stefan wstał i zachwiał się. – Ja… ja nie mogę.
– Jasne. – Podałem mu butelkę. – Obok jest sypialnia, prześpij się, obudzę cię później.
Dopilnowałem, by trafił do łóżka, założyłem słuchawki i puściłem nagranie.
Henryk
Ruiny starej rzeźni wydały się Henrykowi odpowiednie na samobójstwo. Zjadł porządny posiłek. Napił się nieco wódki i przygotował pętlę ze znalezionego przewodu. Był gotów, gdy usłyszał rozmowę. Dziwnie znajomy głos jednego z rozmówców kazał mu schować się za ścianą pobliskiej hurtowni herbaty i sprawdzić czwórkę przechodniów. Szli żywo, prowadząc dyskusję, wyraźnie podnieceni. Henryk nie mógł uwierzyć własnym oczom. Było to jak urzeczywistnienie najskrytszych marzeń. W towarzystwie trzech młodych chłopaków szedł Klimczak. Widmo przeszłości Henryka i przyczyna bezdomności profesora. Gdy cała czwórka weszła na teren hurtowni przez zrujnowaną rzeźnię, Henryk poszedł za grupą. Zatrzymali się na trzecim piętrze. Henryk obszedł pomieszczenie, korzystając z klatki schodowej po drugiej stronie budynku i ukryty w mroku sąsiedniego wnętrza obserwował ich.
Długowłosy chłopak ustawiał kamerę w miejscu brakujących cegieł w jednej z wewnętrznych ścian. Dwóch pozostałych zamiatało podłogę. Klimczak, w szarym płaszczu, wertował strony książki oprawionej w skórę. Henryk nie spuszczał jej z oczu. Po chwili był już pewien, ze nie jest to żaden z skradzionych mu egzemplarzy. Kiedy podłoga została uprzątnięta, Klimczak rozdał reszcie kartki. Chłopcy czytali, wymieniając się spostrzeżeniami co do wymowy poszczególnych słów. Nauczyciel wyjął czerwoną kredę i zaczął kreślić na podłodze wzór, który odrysowywał z książki.
Henryk nadstawił uszu. Po chwili był już pewny, że chłopcy czytają po arabsku. Zastanowił się chwilę, tłumacząc w myślach niektóre słowa i pobladł. Były niepokojące, odnosiły się do istoty nazywanej maridem, o której Henryk niegdyś czytał. Klimczak dał znać, że wszystko jest przygotowane. Rozstawili świece, zapalili je i zgasili latarki. Nauczyciel ściągnął buty i skarpetki, wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa, następnie wszedł do wyrysowanego kręgu. Reszta stanęła wokół. Na znak Klimczaka chłopcy zaczęli czytać z kartek.
Zrobiło się bardzo cicho. Henryk poczuł się jak owad zamknięty wewnątrz szczelnie zakręconego słoika. Słowa rozbrzmiewały w pomieszczeniu i nagle cichły, jakby wpadały w nicość. Klimczak czytał z książki, a każde zdanie wypowiadał z pasją godną wirtuozów lub malarzy w trakcie tworzenia, tak jak niegdyś, biła od niego pasja. Sięgnął lewą ręką do kieszeni płaszcza i wyciągnął garść czerwonego proszku. Zaczął nim sypać, kreśląc zaciśniętą pięścią w powietrzu jakiś symbol.
Zrobiło się ciepło i duszno, jakby pod słój, w którym zamknięto Henryka, ktoś podsunął płomień świecy. Powietrze wewnątrz kręgu zaczęło gęstnieć, a postać Klimczaka się rozmyła. Henryk dostrzegł wypełniający wnętrze kręgu cień. Nagle chłopak o długich włosach umilkł, a za nim pozostali.
Henryk dobrze zapamiętał tę chwilę. Młodzieniec o jasnych, zaczesanych włosach wrzasnął na tego, który umilkł, a w głosie miał strach zmieszany ze złością.
Klimczak zastygł, zdezorientowany. Niespodziewanie zawył, tak przeraźliwie, że długowłosy chłopak zadrżał i rzucił się do wyjścia. Za nim zaczęli uciekać pozostali, pozostawiając nauczyciela w kręgu samego z cieniem. Temperatura tak, jak się podniosła, tak samo nagle opadła. Henryk odetchnął z ulgą, łapiąc powietrze. Nagle spostrzegł toczącą się flaszkę. Nie zauważył, kiedy mu wypadła. Podszedł, by ją podnieść, a kiedy się wyprostował, zobaczył Klimczaka stojącego przed nim. Henryk spoglądał w oczy o rozlanych źrenicach, czarnych niczym bezkresna nicość. Cofnął się tak gwałtownie, że stracił równowagę i upadł. Stwór podszedł nieśpiesznie, jakby miał całe wieki, by go dopaść. Słowa same wypłynęły z ust Henryka. Wypowiedział je instynktownie, nawet nieświadom, że nadal pamięta fragment niegdyś czytanego Koranu:
– “Czyż nie widzicie, jak niebo i ziemia łączą się, aby głosić chwałę Przedwiecznego. Ptaki po lasach chwalą Go na swój sposób. Wszystkie istoty stworzone znają hołd, jaki Mu są winne, a Jemu wiadome jest, co one czynią”.
Stwór wrzasnął wściekle, aż tynk posypał się ze ścian. W następnej chwili Klimczak długim skokiem pokonał pomieszczenie i wyskoczył przez okno. Henryk zdał sobie sprawę, że fragment arabskiej świętej księgi, którego niegdyś używał, głównie by brylować w towarzystwie, ocalił mu życie. Wstał i podszedł ostrożnie do okna, by sprawdzić, co się stało z Klimczakiem, ale nie dostrzegł nawet śladu po nim. Wrócił do pomieszczenia z kręgiem, w chwili, gdy jeden z chłopaków o jasnych włosach podnosił z podłogi grubo oprawioną książkę. Młodzieniec, oczyma przerażonymi niczym u zwierzęcia, popatrzył na bezdomnego stojącego w cieniu. Dopiero gdy Henryk podszedł, wchodząc we wpadające z zewnątrz światło latarni, dzieciak odetchnął. Bez słowa podniósł książkę i wybiegł.
Henryk zakrył kartonami znaki na podłodze. A gdy dostrzegł czerwoną diodę kamery, podszedł i wyłączył urządzenie.
Hubert – czwartek
Ściągnąłem słuchawki i opadłem na oparcie fotela. Zapaliłem papierosa, próbując poskładać wszystko do kupy. Mogłem pójść na komendę z tym, co miałem. Spojrzałem na kamerę z powątpiewaniem. Bo nagranie, choć dziwne, nie wskazywało, że Klimczak popełnił jakąkolwiek zbrodnię. Miałem też świadka, w postaci Stefana. Ten jednak był pewny, tylko jeśli zacząłby mówić do rzeczy, czyli pomijając wszystkie kwestie duchów i czarów. Zeznania chłopaka mogłyby wystarczyć do zamknięcia Klimczaka. Drugie wyjście to spróbować dorwać zabójcę Michała. Drzwi sypialni otwarły się i Stefan wszedł do pokoju.
– Zobaczył pan? – zapytał.
– Tak.
– I co teraz?
– Wiesz, gdzie może być Klimczak?
– Tak.
– W hurtowni? – zapytałem, choć znałem odpowiedź. – Powiedz mi, Stefan, ty w to wierzysz, że coś się tam wydarzyło? Coś magicznego? Że wasze gadanie spowodowało, że coś się pojawiło i właściwie co? Zmusiło Klimczaka do zabicia twoich przyjaciół?
– Krąg ogranicza przyzywaną istotę – zaczął Stefan. – Gdy Robert przerwał zaklęcie ochronne, marid zawładnął ciałem Klimczaka, ale można odpędzić marida. Michał wysłał mi numer strony, na której jest odpowiednia inkantacja. Mamy też ibin-kusch. – Wskazał zawiniątko z proszkiem. – Trzeba tylko pójść do hurtowni, wypowiedzieć formułę i obsypać marida składnikiem, wtedy Klimczak powinien być wolny.
– A ja miałbym ci pomóc?
– Nie będę miał dość odwagi, żeby zrobić to samemu, ale Michał miał… Zostawił nam składniki i wysłał numer strony, na wypadek…
– Dobra, mały, pomogę ci – skłamałem, bo miałem już dość tego pieprzenia. – Co miałbym robić?
– Właściwie, tylko być przy mnie – powiedział ożywionym głosem Stefan. – Nie nauczy się pan tekstu, ani wymowy, ja to wszystko umiem, potrzebuje tylko książki i proszku.
– Jasne, młody. – Położyłem zawiniątko na okładce i mu podałem.
– Naprawdę pan mi pomoże? – upewnił się.
– Jasne – powiedziałem już zdecydowany, że najlepiej będzie, jak dopadnę nauczyciela.
O dziewiętnastej poszliśmy do hurtowni. A ja konsekwentnie unikałem odbierania jakichkolwiek telefonów. Niedaleko dworca weszliśmy po schodach na wiadukt, idąc wzdłuż ulicy. Hurtownia z każdym krokiem była coraz bliżej, a ja, nie wiem czemu, zacząłem się denerwować. Może to przez chłopaka, który tak mocno ściskał okładkę książki, że aż mu palce zbielały. A może dlatego, że choć miałem broń, to zaczynałem się czuć coraz mniej pewnie.
Weszliśmy od strony rzeźni, mijając policyjne taśmy. Na schodach Stefan zatrzymał się i wyciągnął książkę. Włożył zawiniątko z proszkiem między kartki i ostrożnie podszedł do miejsca z wybitymi cegłami. Zajrzał do środka i gwałtownie przywarł do ściany.
– Jest? – zapytałem.
– Tak – odpowiedział.
– Dobra, jesteś gotowy? – zapytałem Stefana, i nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka.
Dzieciak wślizgnął się za mną. Klimczak leżał skulony na kartonach niczym kot. Wyglądał jak typowy bezdomny z bosymi ubłoconymi stopami, brudnymi od kurzu i tynku. Iście po zwierzęcemu przekręcił się na bok, tak, by nas widzieć. Nie wstając, podniósł jedną powiekę, jakby od niechcenia.
Stefan otworzył już książkę, a ja poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość. Wyszarpnąłem rewolwer z kabury i wrzasnąłem:
– Koniec tego, pierdolony dzieciobójco, wstawaj!
– Co pan robi?! Mieliśmy go odegnać! – zawył Stefan.
– Zamknij się, gnoju! Dość już tych bzdur – warknąłem.
Klimczak wstał pomału i spojrzał na mnie oczyma o rozwartych do granic możliwości źrenicach.
– A teraz zdychaj, skurwielu.
Wypaliłem, huk rozniósł się po pustostanie, odbijając echem od ścian. Kula trafiła Klimczaka w udo. Nauczyciel nie wydał najmniejszego nawet jęku. Ruszył w moim kierunku. Stefan coś krzyknął. Huk kolejnego wystrzału go zagłuszył. Drugi pocisk trafił go w kolano. Chłopak upuścił książkę, zakrywając uszy rękoma. Klimczak szedł dalej, jakby dziura w kolanie w niczym mu nie przeszkadzała. Pomyślałem, że to szok albo narkotyki pchają go naprzód. Wycelowałem w tułów i wystrzeliłem dwa razy. Siła uderzenia przewróciła nauczyciela na podłogę.
– Ty skurwielu, zabiłeś go! – wrzasnął Stefan i wybiegł.
Schowałem broń i wyciągnąłem telefon. Klimczak się poruszył. To było niemożliwe, trafiłem dwa razy w mostek. Wtedy nauczyciel podniósł głowę. Przerażony rzuciłem się w tył. Wpadłem na ścianę. Telefon wypadł mi z rąk. Wyciągnąłem broń, zmacałem spust, pierwszy pocisk trafił go w gardło, a drugi w policzek. Głowa odskoczyła, uderzając potylicą o posadzkę. Naciskałem spust, choć nie nastąpił już żaden wystrzał, jedynie bębenek rewolweru przeskakiwał z cichym klikiem.
Zdjąłem palec ze spustu. Zrobiło się bardzo cicho. Słyszałem tylko szum aut z pobliskiej ulicy. Poczułem ucisk w brzuchu, krew zaszumiała w skroniach, a nogi ugięły się pode mną. Upadłem na podłogę, gdy Klimczak wstał. Nie krwawił. Próbowałem uciec, szorując podeszwami o podłogę, ale za plecami miałem ścianę. I wtedy uświadomiłem sobie, jaki straszliwy błąd popełniłem.
Klimczak rozejrzał się, w szyi ziała dziura, z pokiereszowanego policzka odchodził płat skóry, odsłaniając strzaskaną kość. Dojrzał mnie, na jego sinej, zdeformowanej twarzy pojawił się uśmiech, odsłaniający czarne zęby.
Wtedy dłonią natrafiłem na książkę. Schowałem broń i podniosłem ją, trzęsącymi się dłońmi. Między nogi wypadło mi zawiniątko z proszkiem. Chwyciłem je i zacząłem wertować strony, ale nic z tego nie rozumiałem. Jęknąłem rozpaczliwie. Nie miałem odwagi patrzeć na Klimczaka, ale słyszałem, że się rusza, człapiąc bosymi stopami po podłodze.
Która to była strona? Która… Stefan dostał od Michała SMS–a z numerem… Osiemdziesiąt… i? Cyfry migały mi przed oczyma. Strony czepiały się palców. Osiemdziesiąt pięć, a może osiemdziesiąt sześć. Kroki się zbliżały. Osiemdziesiąta piąta była zapisana po arabsku, osiemdziesiąta szósta w alfabecie łacińskim, osiemdziesiąta siódma również, osiemdziesiąta ósma po arabsku. Więc to musiała być osiemdziesiąt szósta lub siódma. Znad książki zobaczyłem nagie ubłocone stopy, pokryte kurzem, o paznokciach czarnych od brudu lub oderwanych od ciała. Zacząłem czytać.
Klimczak przykucnął. Sine palce zacisnął mi na nadgarstku. Z trudem utrzymywałem książkę. Pociągnął moją rękę. Książka upadła. Zobaczyłem twarz i oczy. Nie było w nich nic, prócz przerażającej, bezkresnej nicości. Palcami prawej dłoni rozdarłem zawiniątko od Stefana. Jednym desperackim ruchem wtarłem zawartość w twarz nauczyciela.
Odskoczył jak oparzony. Wstałem. Nogi trzęsły mi się pod ciężarem ciała. Z trudem powstrzymywałem napływające mdłości. Klimczak zgięty wpół zasłaniał twarz. Postąpiłem krok w stronę klatki schodowej.
Wtedy nauczyciel obrócił głowę w moją stronę, odsłonił twarz, a ja zrozumiałem, że on się śmiał, szczerząc czarne zęby. Wybiegłem, pędząc jak oszalały. Na schodach nie trafiłem w stopień. Runąłem w dół na półpiętro. Ból nieco mnie oprzytomnił. Wstałem, czując, jak rwie mnie w skręconej kostce. Kulejąc, pokonałem resztę schodów. Przeszedłem przez rumowisko między hurtownią a rzeźnią, zrywając policyjne taśmy.
Pamiętam, że szedłem wiaduktem, patrząc w stronę centrum. Wsparty o barierkę, pragnąłem uciec od hurtowni, a potem była już tylko ciemność.
Henryk
Henryk wrócił do rzeźni i długo rozmyślał o wydarzeniach, których był świadkiem. Trząsł się z przerażenia, ale też nie umiał powstrzymać uśmiechu. Sam wielokrotnie sobie wyobrażał, co zrobi Klimczakowi, jeśli jeszcze kiedyś na niego wpadnie. Ale to przekraczało najśmielsze wyobrażenia. Henryk krążył dookoła śpiwora i rozsypanych konserw. Czemu Klimczak wyszedł z kręgu tak odmieniony oraz dlaczego odstraszyła go muzułmańska modlitwa. Książki, zdobyte przez Henryka z takim trudem, musiały gdzieś być tu na Śląsku. Czuł podniecenie tak silne, że ledwie nad sobą panował. Wtedy dostrzegł pętlę z kabla zawieszoną na stropie i podjął decyzję.
Rankiem Henryk zjadł kilka konserw i ruszył do hurtowni. Wypad przyprawiał go o skurcze brzucha. Dzień był słoneczny, gdy Henryk wchodził na trzecie piętro. Przeszedł korytarzem do pomieszczenia, w którym cytował Koran. Przez nie zajrzał do wnętrza z kręgiem. Było puste. Przyjął to z ulgą, jednak nie odważył się wejść do środka. Wyciągnął czysty zeszyt, ołówek i zaczął notować. Gdy siedział, rozmyślając o przeszłości, dopadł go niepokój – co, jeśli Klimczak już nie wróci do hurtowni?
Te rozważania przerwał odgłos kroków na schodach. Henryk ostrożnie zajrzał do pomieszczenia z kamerą. Klimczak właśnie wszedł. Zdawał się zupełnie wyczerpany. Twarz miał posiniałą, a bose stopy brudne i pokaleczone. Podszedł i położył się na kartonach zasłaniających krąg. Henryk obserwował go do wieczora. Pragnął zemsty na dawnym studencie, ale teraz Klimczak budził politowanie, gdy leżał owładnięty tym, co wyszło z kręgu. Henryk przypomniał sobie dzień, gdy poznał młodego studenta historii. Ich długie rozmowy. Pierwsze spotkanie poza uczelnią. A następnie list, ten przeklęty skrawek papieru, który zniszczył dwa lata życia Henryka. W którym Klimczak beztrosko poinformował ukochanego profesora o swojej zdradzie.
Z rozmyślań wyrwał go Klimczak. Wstał, był pełen wigoru i szybko ruszył w stronę klatki schodowej. Henryk zamknął zeszyt, poczekał, aż odgłos kroków ucichnie i postanowił zbadać leże stwora. Zaczął od kręgu. Przesunął kartony i odrysował dokładnie wzór na podłodze wraz z symbolami. Następnie sprawdził nagranie na kamerze. Postanowił, że na razie zostawi ją na miejscu. Był niezwykle ciekaw, czy ktoś po nią wróci i jak stwór zareaguje na takie odwiedziny. Udało mu się też znaleźć jedną z kartek, które mieli młodzi pomocnicy Klimczaka. Henryk ułożył kartony z powrotem na miejscu. Następnie wrócił ze znaleziskiem do rzeźni, by przestudiować tekst. Okazał się być po arabsku, choć był zapisany w alfabecie łacińskim. Na marginesach zanotowano uwagi dotyczące poprawnej wymowy. Zrozumienie całości tekstu okazało się dla Henryka zbyt trudne. Na podstawie poszczególnych słów wnioskował, że mógł dotyczyć modlitwy bądź zaklęcia, które odnosiło się do istoty nazywanej maridem. Żałował teraz, że nie ma książki, z której korzystał Klimczak, choć zadowoliłby się nawet słownikiem.
Przez kolejne dwa dni Henryk kontynuował obserwację. Upewnił się co do zwyczajów marida i był już pewien, że za dnia nie stanowił zagrożenia, natomiast nocą Henryk postanowił zachować ostrożność i nie ryzykować spotkania z nim. Przypuszczał też, że Klimczak już nie żyje. Jest jedynie powłoką, wykorzystywaną przez marida. Zaobserwował też, że nowy właściciel ciała niezbyt o nie dba. Skóra Klimczaka była coraz bardziej sina, a twarz i stopy nosiły widoczne ślady obrażeń. Henryka zastanawiało, do czego też marid wykorzystuje ciało nieszczęsnego Klimczaka. Pod koniec drugiego dnia długo przyglądał się nieruchomej postaci na podłodze, w końcu zanotował w zeszycie – “Przypuszczenie: Marid pragnie uwolnić się z ciała M. Wniosek: Szuka sposobu, by tego dokonać”.
Wieczorem, gdy marid podniósł się z leża i opuścił hurtownię, Henryk notował jeszcze przez chwilę w dzienniku. Nim skończył, usłyszał kroki na schodach. Nie był to odgłos bosych stóp Klimczaka. Henryk spojrzał przez pomieszczenie i zobaczył młodzieńca, tego samego, który, jako jedyny z czwórki chłopaków, był na tyle przytomny, by zabrać książkę. Był sam. Henryk obserwował go uważnie. Gdy wydobył z kieszeni kurtki książkę i zaczął czytać, a Henryk zrozumiał, że jasnowłosy chłopak przyzywa marida, pospiesznie ruszył do wyjścia. Przebiegł korytarzem do klatki schodowej po przeciwległej stronie budynku. Już miał wejść na schody, gdy usłyszał odgłos bosych stóp. Wszedł do pierwszego pomieszczenia i wstrzymał oddech. Marid wszedł na piętro, przeszedł korytarzem niespiesznie, podążając w miejsce wezwania. Henryk zbiegł po schodach. Wiedział, że tej nocy nie może czuć się bezpieczny w ruinach rzeźni. Zabrał ze sobą tylko czarną saszetkę z dokumentami i zeszyt. Gdy wyszedł na ulicę, z hurtowni doszedł go gwałtownie przerwany krzyk.
Henryk zatrzymał się na wiadukcie i zanotował – “Przypuszczenie: Czy maridem można sterować?”.
Henryk posiadał pieniądze na koncie bankowym, a wyciągnięcie ich było zaledwie formalnością, ale w obecnym stanie żaden bank by go nie obsłużył. Nie mógł też liczyć na hotel, choć gotówki na nocleg mu nie brakowało. Skorzystał z przytułku. W miejskim schronisku najpierw sprawdzono, czy jest trzeźwy, a następnie został dokładnie umyty, ostrzyżony, ogolony i odwszawiony. Dostał czyste ubranie i łóżko.
Następnego ranka wyszedł na ulicę miasta, znów jako społecznie akceptowany obywatel. Z początku nie mógł się przyzwyczaić do braku stygmatyzujących spojrzeń i odruchowo schodził ludziom z drogi. Poszedł do banku, następnie do sklepu po odpowiedni strój, a na końcu do biblioteki miejskiej, gdzie odzyskał równowagę i znów poczuł się dawnym sobą. Brakowało mu otoczenia książek i wiedzy na wyciągnięcie ręki.
Najistotniejsze treści na temat marida uzyskał w postaci kopii za niewygórowaną opłatą. To, czego nie mógł powielić i było jedynie do wglądu, przepisał ręcznie. Po obiedzie w restauracji nabył słownik języka arabskiego i wynajął pokój w hotelu, by porządnie wypocząć oraz w spokoju studiować materiały.
Drugi dzień korzystania z wygód przyniósł Henrykowi dość zaskakujące informacje w postaci artykułu w jakimś szmatławcu. Na zdjęciach widniały dwie twarze chłopaków z hurtowni oraz Klimczaka w płaszczu. Tekst był napisany kiepsko, ale dość jasno objaśnił Henrykowi, co się dzieje wokół marida. Miał mało czasu, gdyż wszystko wskazywało na to, że może wkrótce go stracić. Henryk jeszcze tego samego dnia wrócił do rzeźni.
Na miejscu zastał gapiów i policję. Pełen obaw, postanowił wrócić po zmroku.
Kiedy okolica opustoszała, Henryk pospiesznie zbadał legowisko marida. Było puste. Na próżno szukał książki, zabrano też kamerę. Zorientował się, że popełnił błąd, zostawiając ją na miejscu. Najbardziej jednak martwił się o marida. Zaniepokojony postanowił poczekać w sąsiednim pomieszczeniu do rana, był pewien, że jeśli obiekt nie został schwytany, to wróci w końcu do kręgu.
Większość nocy spędził nad notatkami i kserokopiami z biblioteki. Wspomnienia jednak atakowały go niczym natrętne muchy. Był ciekaw, jak środowisko profesorskie zareagowałoby na marida. Chętnie zobaczyłby, jak kpiące uśmieszki znikają z zarozumiałych mord. Poczuł ukłucie wściekłości na wspomnienie uczelnianego środowiska, kiedy dowiedziało się o jego okultystycznych zainteresowaniach. Nadano mu przezwisko “duszek”. Z czasem studenci zaczęli tak go nazywać. Uśmiechnął się nad kartkami zeszytu, na wspomnienie wspólnych badań z Klimczakiem. Tak dobrze było dzielić z kimś pasję, dzielić zachwyt, kiedy Henrykowi udało się kupić dwie arabskie księgi od kolekcjonera z Hiszpanii. Henryk wydał na nie niemal wszystkie oszczędności. Palce Henryka zgniotły kartkę z zeszytu, gdy zacisnął pięść.
Nad ranem usłyszał znajomy odgłos bosych stóp. Henryk zajrzał ostrożnie do pomieszczenia, a gdy zobaczył Klimczaka leżącego na podłodze, niemal krzyknął z radości. Tego dnia postanowił odpocząć w rzeźni, by móc wrócić do marida.
Obudził się wieczorem. Spakował dzienniki i ruszył do hurtowni. Miał nadzieję, że marid swoim zwyczajem nie opuścił jeszcze legowiska. Idąc korytarzem, usłyszał huk i zamarł. Kolejny wystrzał odbił się echem po pomieszczeniach hurtowni. Ciekawość zwyciężyła. Pobiegł do sąsiedniego pomieszczenia. Zobaczył mężczyznę z bronią, stojącego nad maridem w towarzystwie ostatniego z uczestników felernego rytuału. Była też książka, która już raz prześlizgnęła się Henrykowi przez palce. Leżała u stóp chłopaka. Henryk stanął za ścianą, gdy padły dwa kolejne strzały. Huk był tak donośny, że Henryka zamroczyło. Poprzez dzwonienie w uszach usłyszał tekst czytany z książki. Pośpiesznie zanotował to, co był w stanie zrozumieć. Nagle wszystkie odgłosy ucichły. Zajrzał do pomieszczenia. Było puste. Henryka najbardziej interesowała książka, która leżała wciąż na podłodze. Odczekał stosowną chwilę, następnie wszedł i porwał z ziemi zdobycz. Wtedy zobaczył też kartkę papieru z niebieskim proszkiem oraz portfel.
Hubert – piątek
Zerwałem się, zlany potem, serce waliło mi jak oszalałe. Sięgnąłem po paczkę papierosów. Zapaliłem i zacząłem się pomału uspokajać. Panika ustąpiła, a jej miejsce zajęło pełne niepokoju uczucie wyobcowania. Byłem w mojej melinie, z dawnych lat, w której niegdyś czułem się lepiej niż w domu, ale teraz kawalerka wydawała się obca – nieprzyjazna.
Wstałem i podszedłem do drzwi łazienki. Niepokój mnie nie opuszczał. Z okna wychodzącego na ulicę, wpadało światło latarni, dodające nieco otuchy. Szum życia, docierający gdzieś z dołu, dawał nadzieję normalności. Stwierdziłem, że nie chcę się znaleźć w pomieszczeniu pozbawionym tej iskry życia. Skręcona kostka zabolała nagle, kulejąc, podszedłem do ściany i nacisnąłem włączniki. I nic. No, tak, nie zapłaciłem rachunku. Usiadłem na sofie, czując narastający ból w skroniach. Znalazłem telefon. Był wyłączony, więc patrzyłem na czarny ekran. Patrzyłem na czarny ekran i wtedy zaczął do mnie wracać, pomału, niczym pełznący noga za noga pająk, koszmar zeszłego wieczoru.
Henryk
Henryk większość materiałów zdobywał w bibliotece, a wieczorami pracował w hotelowym pokoju nad książką Klimczaka. Ustalił z przykrością, że była zlepkiem przepisanych fragmentów. Musiały pochodzić ze skradzionych mu egzemplarzy. Znalazł w niej opisy rytuałów odnoszących się do duchów i demonów Lewantu. Składników do wytworzenia pyłów, naparów czy medalionów. A także wszystkie fragmenty, które usłyszał w hurtowni. Po tylu latach w końcu mógł się zapoznać choć z namiastką wiedzy skrywanej w księgach, które niegdyś zdobył z takim trudem. Henryka szczególnie zainteresował fragment o minerałach i metalach reagujących na obecność marida. Według zapisków, połączenie srebra, złota i kwarcu dawało najlepszy efekt. Jeszcze tego samego dnia odwiedził jubilera, wręczając mu oszlifowany duży kawałek kwarcu i poprosił o wprawienie go w srebro oraz złoto.
Hubert – piątek
Wciąż dygotałem i trząsłem się, rozważając wszystko to, co było nieprawdopodobne. Czy to, co zostało z Klimczaka, chce zabić wszystkich biorących udział w tym… sam nie wiedziałem, jak to nazwać – czymś. Jeśli tak, to czemu miałby się mną interesować, nie było mnie tam, nie miałem z tym nic wspólnego.
“Czyżby?”
Głos zaskrzeczał w mojej głowie niczym wydobyty za pomocą igły gramofonu, z winylu.
– Nie było mnie tam – powiedziałem do pustego ciemnego pomieszczenia.
“Wypowiedziałeś słowa i teraz jesteśmy związani. Czuję cię i widzę, zostawiasz ślad niczym ślimak”.
– To pokaż się! – Wstałem, wyciągając broń, jednocześnie uświadamiając sobie, w jaki paranoiczny stan się wprowadziłem.
– Jestem gotowy! No, chodź! – krzyknąłem w ciemności.
Zapadła cisza. Poczułem się głupio, stojąc tak z rewolwerem w ręku. Już miałem usiąść, gdy igła gramofonu znów zachrobotała.
“Jestem”.
Rozejrzałem się uważnie. Byłem sam, tego byłem pewien. Wtedy mój wzrok padł na drzwi wejściowe. Podszedłem ostrożnie, spojrzałem przez judasza. Na zewnątrz było zupełnie ciemno. Przekręciłem zamek i nacisnąłem klamkę. Uchyliłem drzwi, wyjrzałem ostrożnie… Korytarz był pusty. Dostrzegłem światło na niższym piętrze. Spojrzałem odruchowo na lampę. Siedział w rogu pod sufitem z dłońmi wspartymi o ściany i stopami o sufit. Z podkurczonymi nogami wyglądał jak żaba, wpatrywał się we mnie szeroko rozwartymi oczami bez tęczówek. Otwory po kulach zionęły pustką. Cofnąłem się za próg mieszkania, aż wpadłem na ścianę. Oprzytomniałem i kopnięciem zamknąłem drzwi. Doskoczyłem i szybko przekręciłem zamek. Zapanowała głucha cisza, jakby zamknięto mnie pod szklanym kloszem. Patrzyłem na drzwi osłupiały. Podniosłem broń z przerażeniem, uświadamiając sobie, że równie dobrze mogłaby to być łyżka. Nagle zobaczyłem, jak pokrętło zamka się przesuwa, niczym wskazówka zegara, niespiesznie i nieubłaganie. Usłyszałem kolejne zgrzytnięcie zamka. Drzwi były otwarte. Uchyliły się bezgłośnie. Najpierw na suficie zobaczyłem dłoń, potem głowę. Wpełzł na czworakach. Wodziłem za nim wzrokiem do chwili, gdy znalazł się tuż nade mną.
“Wiesz, co należy zrobić?”.
Zazgrzytało mi pod czaszką.
– Wiem – odpowiedziałem zaskoczony własnym spokojem. – Czy wtedy odejdziesz?
“Tylko wtedy”.
Odłożyłem broń i padłem na sofę. Na zewnątrz właśnie zaczęło świtać.
Henryk
Henryk ściągnął okulary i przetarł oczy. Biblioteka miejska była pusta. Rozmyślał, gdzie też Klimczak mógł ukryć oryginały ksiąg i co zrobiłby, będąc na miejscu marida. Wyciągnął portfel znaleziony w hurtowni. Przejrzał dokumenty. Na dowodzie osobistym widniało nazwisko Hubert Mazur. Henryk znalazł potwierdzenie, że Hubert niedawno został zwolniony z więzienia, wizytówkę kuratora, zdjęcie jednego z chłopaków z hurtowni i numer telefonu do niejakiego Webera. Henryk podniósł czerwony flamaster, otworzył bieżącą gazetę i skreślił w niej zdjęcia dwóch ofiar Klimczaka. Spojrzał na kartkę z kontaktem do Webera. Podszedł do bibliotekarki i zapytał, czy może skorzystać z telefonu. Bibliotekarka poprowadziła go do aparatu. Henryk wybrał numer. Po trzecim sygnale usłyszał w słuchawce:
– Weber, słucham.
– Dzień dobry, nazywam się Radosław Strzelczyk, mam informację na temat zabójcy Michała, możemy porozmawiać? – powiedział Henryk.
Po skończonej rozmowie resztę dnia spędził na poszukiwaniu saletry, białej szałwii i sproszkowanego złota.
Henryk – sobota
O godzinie czternastej Henryk, uzbrojony w fajkę nabitą waniliowym tytoniem i z gazetą pod pachą, czekał na wiadukcie, obserwując składy kolejowe. Miał stąd świetny widok zarówno na wieżę ratusza z zegarem, jak i na starą hurtownię herbaty. Weber miał jeszcze pięć minut, by się zjawić. Henryk zastanawiał się, gdzie też podziewa się marid, nie było go w leżu. Mógł tropić ostatniego z chłopców, ale mógł też być z Mazurem, który wypowiedział przecież formułę. Pewnie nie miał pojęcia, co robi. W dodatku posłużył się wzmacniającym zaklęcia proszkiem ibin-kusch… Marid związany przysięgą jest pewnie wściekły i szuka okazji, żeby się wyrwać, za to Mazur nic nie wie, marid łatwo może go zmanipulować. A może marid po prostu zaczeka, aż czar osłabnie. Wtedy będzie mógł wrócić do swoich spraw… Z rozmyślań wyrwał go Weber, który podjechał mercedesem pod wieżę ratusza. Gdy wyszedł z samochodu, Henryk wsiadł do wynajętego opla. Zjechał z wiaduktu i zatrzymał się przy fontannie. Obserwował Webera do chwili, gdy ten stracił cierpliwość i wrócił do samochodu. Henryk pojechał za mercedesem.
Weber wrócił do mieszkania, był to dom jednorodzinny niedaleko parku. Henryk czekał cierpliwie. O osiemnastej Weber znów się pojawił. Najpierw pojechał do sklepu, następnie pod czteropiętrową kamienicę. Gdy wszedł do środka, Henryk wyciągnął kawałek kwarcu oprawiony w złoto, zawieszony na srebrnym łańcuszku. Chwycił go w dłoń i podszedł do sieni. Nic się nie wydarzyło. Wrócił do auta. Nie był pewien, na ile medalion jest skuteczny. Może reagował dopiero przy bezpośrednim kontakcie z maridem?
Weber wyszedł na ulicę. Henryk walczył z myślami: czy sprawdzić kamienicę, czy jechać za Weberem. Mercedes ruszył. Henryk włączył kierunkowskaz i podążył za nim.
Weber wjechał do obskurnej dzielnicy. Tu z kamienic sypał się tynk, a ze zdewastowanych fasad spoglądały na Henryka łby lwów, gargulców i nietoperzy. Mercedes stanął obok pomnika jakieś zapomnianej osobistości. Popiersie było zniszczone i pomazane farbą, tak, że nie sposób było rozpoznać, kto dostąpił tej wątpliwej przyjemności, że jego podobizna ozdobiła skwer. Henryk poczuł na piersi ciepło. Zaparkował i wyciągnął medalion. Weber wszedł do sieni, nad którą wisiały lisie łby. Henryk czekał, aż Weber wrócił do mercedesa. Gdy odjechał, Henryk wyszedł z samochodu i podszedł do budynku. Kwarc był coraz cieplejszy, a przy wejściu do sieni zaczął parzyć dłoń Henryka.
Henryk czekał cierpliwie, zabijając czas lekturą i pykaniem z fajki. O północy drzwi kamienicy otwarły się i stanął w nich Hubert. Henryk ostrożnie ruszył za Mazurem. Zachowanie Huberta było co najmniej dziwne. Przystawał, spoglądając na ściany i dachy kamienic, jak gdyby wybrał się na nocny spacer w celu podziwiania architektury.
Zatrzymał się na przystanku. I wsiadł do pierwszego autobusu. Henryk jechał za nim, aż do Katowic, gdzie Hubert wysiadł obok ronda i ruszył w stronę rynku. Dalej droga była zamknięta dla ruchu. Henryk zaparkował. Wyciągnął ze schowka pistolet typu P-64, schował go do kieszeni marynarki i poszedł za Mazurem w stronę Mariackiej. Ulica była pełna pubów, klubów i jeszcze pomniejszych barów i pijalni wódki. Tu tłum studentów i innej młodzieży bawił się w lokalach i na ulicy. Henryk przyśpieszył, by nie stracić z oczu Huberta. W połowie ulicy Mazur stanął przed barem o nazwie “Marabut” z drewnianym ptaszyskiem ustawionym na jednej nodze przed wejściem. Henryk ustawił się po drugiej stronie ulicy, niedaleko wejścia do jednego z pubów. Hubert dopalił papierosa i ruszył do środka. Henryk czekał. Nagle znów poczuł, jak medalion na piersi zaczyna go parzyć. Wyciągnął go szybko i zaczął się rozglądać. W jednym z zaułków dostrzegł postać. Stała w bluzie z kapturem i poszarpanym płaszczu. Henryk od razu rozpoznał marida, nim jeszcze zwrócił uwagę na bose stopy. Pijana młodzież mijała go jak wielu bezdomnych, był dla nich tak nieistotny, że prawie niewidzialny. Henryk świetnie to rozumiał.
W przewalającym się ulicą tłumie Henryk na chwilę stracił postać Klimczaka z oczu, a gdy znów spojrzał w zaułek, marida już nie było.
Kątem oka dostrzegł za to Huberta w towarzystwie ostatniego z chłopaków. Mazur ściskał go za przedramię. Szybko weszli w tłum. Henryk przecisnął się przez większą grupę studentów, która zagrodziła mu drogę. Rozejrzał się po ulicy. Nigdzie nie dostrzegł Huberta. Przyśpieszył kroku, rozpychając stających mu na drodze przechodniów. Henryk stanął zdyszany przy kościele na końcu Mariackiej. Na prawo odchodziła ulica, z lewej biegła alejka między drzewami. Na jej końcu Henryk dostrzegł jakiś ruch.
Przez chwilę wahał się, w końcu pobiegł w tamtą stronę. W połowie alejki poczuł narastający ucisk w klatce piersiowej. Dotarł do jezdni ciężko dysząc, w oddali zobaczył idącego wzdłuż ulicy Huberta. Usłyszał dźwięk tramwaju, dający sygnał do wsiadania. Henryk stał kilka metrów od przystanku. Zerwał się w jednej chwili i rzucił w stronę wejścia. Wskoczył do środka, zanim drzwi się zamknęły. Motorniczy potoczył tramwaj po szynach.
Ból w piersi nie ustępował i Henryk uświadomił sobie, że to może być zawał. Zgiął się wpół trzymając za pierś. Nim tramwaj dojechał do kolejnego przystanku, ucisk powoli zaczął zanikać. Wysiadający mężczyzna zaczepił go pytaniem, czy nie potrzebuje pomocy. Henryk wyprostował się, słowa mężczyzny z trudem do niego dochodziły, gdy rozbieganym wzrokiem szukał wśród przechodniów Huberta. Tramwaj ruszył.
Henryk zaklął pod nosem. Nie mógł uwierzyć, że stracił okazję. Wtedy ich zobaczył, jak skręcają w stronę przejścia podziemnego. Henryk nerwowo zaczął naciskać przycisk otwierania drzwi, wypatrując kolejnego przystanku.
Gdy tramwaj stanął, Henryk wysiadł pośpiesznie i przebiegł na drugą stronę ulicy, ignorując trąbiących kierowców.
Chodnik przy jezdni był pełen ludzi, ale w okolicy przejścia podziemnego nikt się nie kręcił. Jedyna latarnia, która mogła dać choć odrobinę światła temu ciemnemu zakątkowi, była stłuczona.
Henryk podszedł do krawędzi schodów. Z tunelu dochodził głos chłopaka. Henryk zszedł ostrożnie po stopniach w śmierdzący stęchlizną tunel.
Hubert stał naprzeciwko dzieciaka w białym świetle jarzeniówek. Nagle złapał go i jednym mocnym szarpnięciem rzucił na ścianę, trzymając za kołnierz kurtki. W drugiej ręce trzymał rewolwer, z którego mierzył w twarz chłopaka. Henryk sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął P-64. Wymierzył i nacisnął spust, ten jednak nie reagował. Chłopak, oparty o ścianę, spoglądał w lufę rewolweru ze łzami w oczach. Hubert, jakby ogarnięty współczuciem, puścił go, a chłopak zsunął się po ścianie.
– Wybacz mi, Stefan – powiedział Mazur.
– Proszę, nie – łkał chłopak, podkurczając nogi i łapiąc je oburącz, jakby próbował zwinąć się w kulkę.
– On tu jest, nie mam wyjścia. Nie będzie bolało – próbował go uspokoić Hubert.
Żaden z nich nie spostrzegł Henryka, próbującego odnaleźć zabezpieczenie broni. W końcu wymacał przełącznik. Złapał oburącz P-64 i wymierzył w chwili, gdy Hubert przystawił lufę rewolweru do czoła chłopaka. Henryk oparł palec na spuście i wypalił. Odrzut rzucił nim na schody. Henryk oparł łokcie na stopniach, próbując się podnieść. Dzwoniło mu w uszach. Mazur ściskał lewy bok, tuż nad biodrem. Patrzył na Henryka z niedowierzaniem. Podniósł broń, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa i upadł, upuszczając rewolwer. Henryk wstał i zaraz oparł się o ścianę, dzwonienie w uszach nie przechodziło i z trudem łapał równowagę. W tym nagle niemym świecie cała pewność siebie go opuściła. Spojrzał w górę schodów, gotów uciec, ale było już za późno. Nie usłyszał wołań Stefana, który wył z przerażenia, ale dostrzegł ruch na sklepieniu. Henryk podniósł wzrok i zauważył marida, który przebierając rękoma i nogami niczym owad, pędził w jego stronę.
Gdy znalazł się u wylotu tunelu, wyciągnął zsiniałą dłoń i sięgnął w stronę gardła Henryka.
– “Allahu Akbar, Allahu Akbar, Aszhadu anna la ilaha illa Allah – wykrzyknął Henryk, a marid w ostatniej chwili cofnął rękę. – Aszhadu anna la ilaha illa Allah, Aszhadu anna Muhammadan Rasulu Allah”!
Henryk krzyczał z furią. Marid zaczął się wić, jak by słowa go raniły. Henryk, nie przerywając modlitwy, sięgnął lewą ręka do kieszeni marynarki i wymacał sakwę.
– “Aszhadu anna Muhammadan Rasulu Allah. Hajja ala As-Sala, Hajja ala As-Sala, Hajja ala Al-Falah”. – Wyciągnął garść piachu al – farishi zmieszanego ze sproszkowanym złotem i białą szałwią. Marid próbował się wycofać i umknąć w głąb tunelu przed słowami świętej księgi, ale Henryk już podszedł.
– “Hajja ala Al-Falah. Allahu Akbar, Allahu Akbar La ilaha illa Allah!” – wykrzyknął na koniec i obsypał dżina proszkiem.
Ciało marida zaczęło się skręcać na sklepieniu tunelu, kończyny wyginały się w stawach, gdy Henryk zaczął recytował zaklęcie z przeklętej Księgi Czterech Wiatrów. Henryk słyszał wrzask cierpiącego marida, przeplatany z przeraźliwym trzaskiem wyłamywanych stawów i łamiących się kości, gdy ten pląsał w makabrycznym tańcu. Henryk zakończył inkantację, wdzięczny własnej przezorności, iż wyuczył się tekstu na pamięć. Wtedy marid odpadł z sklepienia na bruk. Henryk obsypał ciało Klimczaka resztą proszku al– farishi. Dopiero wtedy z przerażeniem uświadomił sobie, że nie ma żadnego naczynia. Krzyknął do Stefana:
– Podaj mi to! – Wskazał plastikową butelkę, leżącą pod ścianą naprzeciw chłopaka.
Ten skoczył w stronę ściany tunelu, chwycił butelkę i puścił się pędem w stronę Henryka.
– Odkręć ją – polecił Henryk, który już zdążył wyciągnąć książkę Klimczaka i szukał odpowiedniego zaklęcia.
Chłopak trzęsącymi się dłońmi wykonał polecenie. Henryk uklęknął przy ciele nauczyciela, lewą ręką rozchylił usta, a następnie uniósł głowę.
– Wsadź mu butelkę w usta – polecił Stefanowi.
Chłopak, cały rozdygotany, spojrzał w płonące z podniecenia oczy Henryka.
– No już! – wrzasnął Henryk na dzieciaka.
Stefan ostrożnie umieścił gwint między czarnymi zębami, z trudem utrzymując butelkę w rozdygotanych dłoniach. Wtedy Henryk zaczął odczytywać formułę egzorcyzmu, czytał z coraz to większym przejęciem, aż jego głos grzmiał w tunelu. Nagle szczęki Klimczaka zacisnęły się na szyjce butelki ze straszną siłą, a Henryk pomyślał, ileż ma szczęścia, że jest plastikowa, a nie szklana. Następnie spojrzał zaskoczony na Stefana, który zaczął powtarzać czytany tekst – znał słowa egzorcyzmu i teraz wtórował Henrykowi z entuzjazmem. Zwłoki zaczęły drgać, a gdy drgawki przeszły w konwulsje, powietrze w butelce zaczęło gęstnieć, stało się mleczne jak dym o oleistej konsystencji. Zgnieciona plastikowa butelka zaczęła pęcznieć, gdy marid wypełnił jej wnętrze. Ciało Klimczaka zesztywniało. Henryk patrzył wraz z Stefanem, jak biały obłok wiruje w butelce, mieniąc się i pobłyskując. Henryk złapał naczynie i ostrożnie wyciągnął z ust nieboszczyka. Następnie wręczył Stefanowi.
– Potrzymaj, chłopcze – poprosił, a sam wyciągnął sakwę ze złotym proszkiem i przesypał go do butelki, zapełniając ją w trzech czwartych, następnie podniósł czerwoną zakrętkę i nakręcił na gwint.
– Duch pustyni jest uwięziony i osłabiony pyłem al – farishi. W takiej postaci mamy nad nim całkowitą kontrolę – powiedział Henryk.
– Czy to już koniec? – zapytał chłopak, patrząc, jak oleisty dym w butelce unosi drobiny proszku, wirując we wnętrzu plastikowego naczynia.
– Jeszcze nie całkiem – powiedział Henryk.
Wstał i podszedł do Huberta. Mazur trzymał oburącz miejsce postrzału, a krew przeciekała między palcami. Był blady, a usta zsiniały. Henryk rozejrzał się po tunelu, jakimś cudem w przejściu oprócz ich trzech nadal nikogo nie było. Podniósł broń Mazura, który obserwował każdy ruch zachodzącymi mgłą oczami. Uśmiechając się lekko, w końcu powiedział:
– Ja cię znam.
– To niemożliwe – odparł Henryk.
– Widziałem cię na nagraniu, to ty wyłączyłeś kamerę.
To były jego ostatnie słowa.
Stefan podszedł, uklęknął nad Hubertem i zamknął mu powieki. Henryk niespiesznie podniósł rewolwer Mazura.
– Czy…? – zaczął, ale słowa uwięzły mu w gardle na widok lufy rewolweru.
Henryk nacisnął spust. Kula roztrzaskała skroń Stefana. Henryk nieco odciągnął ciało od Mazura. Podszedł do Huberta i włożył mu w dłoń rewolwer. Henryk sprawdził kieszenie byłego skazańca. Zabrał klucze, na ich miejsce włożył portfel. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia z drugiej strony tunelu. Kilka ulic dalej wrzucił P-64 do studzienki kanalizacyjnej.
Henryk jeszcze tego samego wieczoru udał się do mieszkania Mazura. Był pewien, że jeśli Hubert go rozpoznał, to policja też może. Użył znalezionych kluczy, by wejść do środka i zabrał kamerę. Pozostało jeszcze ustalić, gdzie mieszkał Klimczak.
Henryk skończył notować w zeszycie. Spojrzał na zegarek. Dochodziła czternasta. Zamknął zeszyt i zaczął się ubierać do wyjścia.
Młoda kobieta oprowadziła go po pokojach, a on bacznie zwracał uwagę na drgania plastikowej butelki w kieszeni marynarki. W salonie z oknami wychodzącymi na ulicę zapytał właścicielkę, czy mógłby zostać sam, gdyż musi skonsultować wynajem przez telefon i potrzebuje odrobiny prywatności. Gdy wyszła, zamknął za nią drzwi. Wyciągnął butelkę, piach wirował, mieniąc się złotym pyłem. Henryk jeszcze raz obszedł pokój i stanął, gdy w butelce powstało coś na podobieństwo trąby powietrznej, a piach zaczął z sykiem uderzać o plastikowe ścianki naczynia. Tupnął parę razy obcasem w parkiet i usłyszał głuchy odgłos. Odstawił butelkę i scyzorykiem podważył jedną z desek parkietu, potem kolejną. Wewnątrz skrytki znajdował się pakunek owinięty w ręcznik. Rozwinął go ostrożnie, były w nim dwie książki, większą nosiła tytuł “Arbae Riah”.
– Księga Czterech Wiatrów – przetłumaczył na głos.
Mniejsza była bez tytułu. Zawierała informację o ziołach i minerałach przydatnych do tworzenia ingrediencji oraz medalionów. Marid wewnątrz plastikowego więzienia szalał, wirując w bezsilnej złości. Henryk odłożył deski na miejsce i schował książki pod marynarkę. Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła właścicielka. Henryk szybko podniósł butelkę i włożył do kieszeni marynarki.
– Obawiam się, że muszę się jeszcze zastanowić co do wynajmu – oświadczył i minąwszy kobietę w drzwiach, ruszył do wyjścia.
Zaczął schodzić po schodach z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Na półpiętrze zamarł.
– Jak…? – wyjąkał na widok Webera.
– Dzwoniłeś z biblioteki. Ta starsza pani jest bardzo uczynna – powiedział Anglik.
Henryk ruszył do kolejnych schodów. Weber stanął mu na drodze. Był potężnie zbudowany. Górował nad profesorem. Złapał Henryka za marynarkę i jednym silnym pchnięciem posłał na ścianę. Książki trzymane pod pachą upadły na posadzkę.
– Po co dzwoniłeś do mnie z biblioteki? – warknął Anglik.
Henryk otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć, dostał w twarz otwartą ręką.
– Po co za mną jechałeś?
Kolejny cios strącił Henrykowi okulary.
– Co robiłeś w mieszkaniu Klimczaka?
Anglik bił coraz mocniej.
– Co cię z nim łączyło?
Ręką zawisła nad twarzą profesora. Uwagę Webera zwróciła butelka wystająca z kieszeni marynarki. Wyciągnął ją i spojrzał na mieniący się piach.
– Proszę – zaczął Henryk – nie wiesz, co robisz. Jeśli otworzysz…
Kolejny cios rozbił nos profesora. Anglik odkręcił butelkę i przed twarzą Henryka wysypał zawartość.
– Co masz wspólnego ze śmiercią Huberta i Michała? – wysyczał Anglik i chwycił profesora za gardło.
Henryk nie odpowiedział. Patrzył, jak piach, wirując, błyskawicznie oddziela się od złota i szałwi.
– Patrz na mnie, jak do ciebie mówię – warknął Weber.
Piach wirował wzdłuż ciała Anglika, unosząc się coraz wyżej. Henryk patrzył, jak dociera do twarzy Webera. Anglik dostrzegł wirujące drobiny, ale było już za późno. Piach błyskawicznie zaczął się wdzierać przez usta, nozdrza i uszy. Anglik odskoczył i złapał się za twarz. Drobiny przeniknęły między palcami.
Henryk stał osłupiały, gdy Anglik odsłonił twarz. Zobaczył dwie wpatrzone w niego źrenice. Marid uśmiechnął się, odsłaniając czarne zęby.
Dżin stanął w drzwiach sieni i sprawdził kieszenie kurtki Anglika. Wyciągnął ciemne okulary i założył. Wyszedł na chodnik z dwiema książkami pod pachą i szybko wmieszał się w tłum przechodniów.
koniec

Okrwawione dublony
Kliknij aby rozwinąć
“STARZY KAMRACI”
Jack siedział Pod Rozbitą Lunetą. W tawernie unosił się smród wypacanego alkoholu, zmieszany z zapachem topionego wosku świec. Przy oknie, tuż obok drzwi, stary Johnny majtał kikutami nóg, mielił coś bezzębnymi dziąsłami. Czekał, aż ktoś wejdzie i rzuci inwalidzie monetę. Mlaśnięcia okaleczonego marynarza doprowadzały Jacka do szaleństwa. Zagryzł więc dolną wargę, a w dłoniach ścisnął drewniany kubek z resztką cienkiego ejl. Zakołysał nim. Piwo spieniło się, niczym fale rozbijane o plażę – chlusnęło o ściany naczynia. Jack oblizał spierzchnięte wargi. Czuł, jak zimne krople potu wypływają spod czerwonej chusty na głowie i pomału spływają po skroniach ku nieogolonym policzkom.
Dziwka przy schodach jęknęła nazbyt teatralnie, gdy jednoręki Ralson przejechał kikutem w okolicy jej łona. W zdrowej dłoni trzymał dwie monety. Palce poruszały się, a szylingi tarły o siebie. Dziwka jednak nie chciała obniżyć mu ceny. Uśmiechała się tylko, od czasu do czasu, głaszcząc tłuste włosy Ralsona.
– Nie, nie, nie! – zahuczał z rogu izby O’Connor Lee, zwany Czarnym Szczurem.
Walnął pięścią w stół, aż Jackowi szybciej załomotało serce. Spojrzał wzrokiem przestraszonego ptaka. O’Connor siedział z dwoma marynarzami. Złapał za róg trikornu, pokręcił głową. Tamci szeptali do niego, nachyleni przez blat stołu.
Jack przełknął ślinę, gdy zorientował się, że za kontuarem butelki z rumem stoją niepilnowane. Wypił duszkiem resztkę piwa i wstał. Stary Johnny zmrużył oczy, jakby chciał powiedzieć: „Wiem, co ci chodzi po głowie, pijaku”. Jack ostentacyjnie poprawił spodnie. Usiadł, przytrzymując się blatu rozdygotanymi dłońmi.
Jim Kotwica wyłonił się zza starego koca, zasłaniającego zaplecze. Przesunął w ustach fajkę o główce z kolby kukurydzy i przygryzł ustnik. Zerknął świńskimi oczkami po zebranych, podrapał się po zwisającym brzuchu i wszedł na salę z talerzem zupy.
Oparł potężne przedramię o kontuar.
– Sal – warknął.
Dziwka chichotała, gdy Ralson szeptał jej coś do ucha.
– Sal, gruba suko! – wrzasnął Jim. – Będziesz się z nim pieprzyć?!
– Jeszcze nie wiem. Będę, Ralson? – zapytała, uśmiechając się do kalekiego Szweda.
– A jak ci to brzęczy, słodziutka?
– Za cicho – powiedziała i podeszła do szynkwasu. – Czego chcesz?
– Zanieś to Lili i zobacz, czy gorączka jej spadła – powiedział Jim Kotwica, podał jej kubek rumu i podsunął talerz z zupą.
Sal zabrała naczynia, minęła Szweda i weszła po schodach na antresolę.
Jim spojrzał na wyszczerzonego Ralsona. Ten szybko przestał się uśmiechać, schował monety do kieszeni i ruszył do wyjścia.
– Jack, pijesz coś? – rzucił przez salę Jim.
– Nie, czekam na kogoś – zachrypiał Jack i potarł palcami wysuszone gardło.
– Oby niedługo, skończył się dobry czas. Pijesz albo znikasz, rozumiesz? – Jim Kotwica nie czekał na potwierdzenie i wyszedł na zaplecze.
– Nie! – huknął znów O’Connor z rogu sali.
Dwóch marynarzy wstało. Czarny Szczur sięgnął ręką pod stół. Dźwięk odciągniętego zamka bandoletu przeszył wnętrze karczmy. Tamci ściągnęli dłonie z rękojeści kordów. Przeszli przez salę.
– Wrócimy do tego w niedługim czasie – wycedził jeden z marynarzy, nim zatrzasnął za sobą drzwi wyjściowe.
Stary Johnny zaśmiał się, klepnął dłonią o kikut i zamlaskał.
O’Connor wszedł za szynkwas i ściągnął z półki flaszkę. Zostawił na kontuarze monetę. Minął kilka stołów. Stanął i spojrzał na Jacka. Uśmiechnął się, odsłaniając srebrne i złote zęby, następnie pociągnął z butelki. Jack obserwował, jak podchodzi.
– Kiedyś to było, co nie, Jack? Napij się ze mną za stare czasy – powiedział Czarny Szczur i usiadł.
Jack popatrzył błędnym wzrokiem na towarzysza, a następnie, jak nalewa mu rumu do kubka. O’Connor mrugnął do niego i rozchylił szerzej usta w drwiącym uśmiechu. Jack z nabożnym szacunkiem uniósł kufel do ust. Przeszła go fala rozkoszy, a zaraz potem zakaszlał. Krztusił się chwilę, czerwieniąc się na twarzy.
– Dobrze ci to zrobi – wysyczał Czarny Szczur i dodał: – stary draniu, chyba mi tu nie wykorkujesz.
– Nie. Nalej jeszcze – poprosił Jack, który wiedział, że zaraz wszystko wróci do normy i znów będzie starym, dobrym Jackiem Szczęściarzem.
Wychylił tym razem połowę kubka, czując, że zaczyna oddychać pełną piersią.
– Mówiłem, że kiedyś to było, gdyśmy z dumą wracali Pod Rozbitą Lunetę, bluźniąc na życie i plując na prawo, co nie, Jack?
– Tak było – zgodził się Jack i zapytał, wskazując wyjście: – Co to byli za jedni?
– Parszywe gnoje, jeśli chcesz znać moje zdanie. A jak jeszcze raz mi się napatoczą, to sobie inaczej zaśpiewamy. – Spoważniał O’Connor.
Jack pokiwał głową i nagle przypomniał sobie o spotkaniu.
– Ach, do diabła z tym – powiedział i uderzył kubkiem o wzniesioną butelkę.
– Dobrze prawisz, Jack – zgodził się Czarny Szczur. – Powiedz mi, od kiedy są tu żołnierze?
– Od zeszłej niedzieli – odpowiedział Jack.
– Roi się ich tu, niczym mend na wzgórku Sal.
– Trzy galeony przypłynęły – pokiwał poważnie głową Jack.
– Słyszałem, że zajęli twierdzę. Będą prawo ustanawiać. – Czarny Szczur sposępniał.
– Zgadza się, Jerzy IV ogłosił amnestię, krótko po tym, jak przybył tu kapitan Norton. Kilku naszych nie doczekało odpuszczenia win.
– Wiem, widziałem, jak dyndają przed ratuszem. – O’Connor splunął.
– Amnestia amnestią, król wprowadził ją jedną ręką, gdy drugą wyprawił do piekła większość naszych. Podobno darowanie win miało resztę powstrzymać przed odwetem. – Jack napił się, odkaszlnął i ciągnął dalej. – Nie ma pod kim pływać, większość kapitanów zwisa z rei, gnije w lochach lub padło w walce. Mówią, że dobry to czas, by nowi zajęli miejsce starych wilków, ale nikt się do tego nie pali. Większość tych tu na wyspie czuła już na szyi pętlę, a po amnestii są wolni niczym ptaszki. Niespieszno im do tego uczucia, w tym i mnie.
– I co nam po takiej wolności?
– Nie wiem. – Jack wzruszył ramionami. – Może zacznę uprawiać ziemię.
– Już cię widzę, jak orzesz ziemię albo sadzisz ananasy.
– Nie brakuje farmerów na wyspach.
– Ale ty nie jesteś farmerem, Jack. – O’Connor uśmiechnął się, patrząc Szczęściarzowi w oczy. – Nie przywykłeś do grzebania się w ziemi. Tacy jak my, Jacku, przywykli do…
Nie dokończył, bo drzwi tawerny otwarły się, a Johnny Dwa Kikuty porwał dzwonek z parapetu i, machając nim, zawołał:
– Witam spragnionego marynarza Pod Rozbitą Lunetą, usiądź i napij się!
Dzwonił, uśmiechając się bezzębnymi dziąsłami. Był to sygnał dla Jima, że wszedł nowy klient i ewentualne ostrzeżenie przed przedstawicielami władz.
– Rzuć, miłościwy panie, kalecę co nieco, co by mógł wypić za twoje zdrowie! – zawołał, wyciągając chudą, pomarszczoną rękę ku wchodzącemu.
Jack i Czarny Szczur spojrzeli w stronę drzwi.
Przybysz stał w progu, okryty peleryną z naciągniętym na głowę kapturem, ociekającym od monsunowych deszczy. Wspierał się na szczudle tkwiącym pod prawą pachą. Za nim w ciemności wicher kołysał drzewami. Nieznajomy zatrzasnął drzwi i wsadził rękę pod pelerynę, odsłonił kordelas. Pogmerał w kieszeni kamizelki. W dłoni zaświeciła złota moneta. Rzucił ją Johnny’emu. Kaleka upuścił dzwonek, chwycił monetę i spojrzał na gościa z wdzięcznością.
– Wiem, jak to jest stracić kulasa – odezwał się przybysz, kuśtykając w stronę stołu Jacka, postukując szczudłem. – Pełznij do Jima Kotwicy i każ mu przywlec tu jego tłustą dupę, by zadbał, żeby przy tym stole niczego nie zabrakło.
Odsuwając ławę, siadł ciężko, oparł szczudło o blat. Jack i O’Connor popatrzyli po sobie, gdy Johnny, z dublonem w ustach, przebierał rękoma po podłodze. Nieznajomy ściągnął kaptur, odsłaniając rudą czuprynę i nie mniej rudą brodę. Strzepnął mokre okrycie i rzucił je na sąsiedni stół.
– No, coście tak oniemieli? – powiedział, sięgając po flaszkę O’Connora i napił się porządnie.
– No proszę, sam diabeł zawitał do mojej tawerny! – zaryczał Jim Kotwica, wychodząc zza szynkwasu.
– A i owszem, i jest cholernie głodny. Powiedz, Jim, nalejesz staremu kamratowi tej swojej słynnej zupy z kalmarów?
– Dla ciebie, Billi, zawsze znajdzie się tu strawa i napitek. – Jim objął go tłustym ramieniem, a Bill poklepał druha po plecach.
– Toż to nie może być – odezwał się O’Connor – Billi Piszczel!
– Ten sam, we własnej osobie. – Rudzielec uśmiechnął się do niego.
– To ty wysłałeś mi wiadomość? – zapytał Jack.
– Tak, Jack. – Spoważniał i spojrzał spod płomiennych brwi na suchotnika. – Lecz prosiłem, żebyś był sam.
Płomienie świec odbijały się od złotego kolczyka lśniącego w uchu Billa.
– Bill, ja… ja… – zająknął się Jack.
Jim odsunął się nieco, mocniej przygryzając ustnik fajki. Czarny Szczur zmrużył oczy, sięgnął ręką pod stół. Bill ryknął głośno, a śmiech rozbrzmiał w tawernie z taką mocą, że kurwy powychodziły na antresolę, żeby zobaczyć, co się dzieje.
– Pobladłeś niczym ciura łajany przez bosmana, Jack, w dobrym towarzystwie cię widzę. O’Connor to porządny człowiek, a takich mi brakuje do kompanii.
Wszyscy odetchnęli z wyraźną ulgą, a na twarzach znów pojawiły się uśmiechy.
– Jim, co z tą zupą? – zapytał Bill, szczerząc się do karczmarza, następnie zaryczał: – panienki, schodźcie mi tu zaraz, a żeby każda czysta była!
Zauważył wahanie Jima Kotwicy, więc włożył mu w dłoń kilka monet. Karczmarz poweselał i poczłapał na zaplecze, po drodze poganiając dziwki.
Tego wieczoru Pod Rozbitą Lunetą kilku spragnionych marynarzy odbiło się od drzwi. Bluźniąc, odchodzili, niektórzy zaglądali przez brudne szyby. W środku dziewczyny obskakiwały trzech starych druhów. Johnny zaś przygrywał im na harmonijce. Wszyscy jedli i pili do późnej nocy.
“CO SIĘ STAŁO Z ZAŁOGĄ CZARNEGO DELFINA”
Jacka obudził duszący kaszel, wyplątał się spomiędzy objęć dwóch kobiet i wyszedł na antresolę. Zszedł po omacku, walcząc z kacem i suchotami. Dopadł butelkę u podnóża schodów, przechylił ją, ale była pusta. Zatoczył się w stronę stołu i odnalazł niedopitą. Opróżnił ją do dna. Gdy oderwał butelkę od ust, w sali rozbłysnął ogień. To Billi Piszczel odpalił zapałkę i przyłożył do główki fajki, bacznie przyglądając się Jackowi.
– Bill? – zapytał Jack.
– Zakładaj gacie i sprowadź Czarnego Szczura, czas pogadać – powiedział Bill, wypuścił kłęby dymu.
Usiedli przy tym samym stole co wcześniej, napili się, ale Bill nie pozwolił im na więcej niż jeden kubek.
– Coś czułem, że ta szczodrość nie jest z dobroci serca – zaczął O’Connor.
– Zawsze byłeś bystry, Lee – potwierdził Bill.
– Całą noc tylko się uśmiechałeś, nawet żadnej dziewczyny Jima sobie nie wziąłeś – zauważył Jack.
– Do czorta z tymi dziwkami, nie po to tu się przywlokłem aż z Wilmington, żeby sobie głowę zawracać tymi ścierwami.
– Tam stracono załogę Forsytha – powiedział Jack i razem z O’Connorem spojrzeli na Billa.
– Zgadza się. – Bill zmrużył oczy i pociągnął z fajki. – Jak widzicie, nie całą. Byłem na Czarnym Delfinie, gdy Forsyth łupił Francuzów. Słyszeliśmy o trzech galeonach ścigających korsarzy, ale szczęście nam dopisywało, do czasu, gdy podpłynęliśmy do Santa Marii. Wzięliśmy barkę abordażem, a w jednej z kajut trafiliśmy na kilka kobiet. – Kamraci Billa uśmiechnęli się na wspomnienie pięknych chwil na morzu. – Gdyśmy robili swoje, pojawił się Forsyth, spojrzał na czarnulkę stojącą w rogu i czekającą na swoją kolej. Kapitan zmienił się w jednej chwili. Oćwiczył kilku chłopaków, ruszył przez kajutę, porwał czarnuchę, a następnie pociągnął na pokład Delfina. Cztery dni go nie widzieliśmy. Rozkazy przekazywał przez Santiago. Załoga domagała się, by przeczekać w jakimś cichym porcie. Mieliśmy dość łupów i już każdy z nas myślał, na co dolę przeznaczy. Ale nie. Kurs wzięliśmy wkrótce na Haiti. Tam Forsyth wyszedł na ląd tylko z dziesięcioma ludźmi i czarną kobietą. A gdybyście ją widzieli, ubrana była jak mężczyzna, z pistoletami za pasem. Szła tuż przy kapitanie, jakby znali się nie cztery dni, a całe życie, jak równy z równym. Czekaliśmy. Kolejnej nocy wrócił kapitan i ona. Forsyth taszczył worek, nigdy nie dowiedzieliśmy się, co w nim było. O tamtych dziesięciu też już nie słyszeliśmy. Bill zrobił pauzę, by sprawdzić uwagę słuchaczy.
– I co było dalej? – zapytał Jack.
– Nadege – podjął dalej – tak kazała do siebie mówić i odtąd gdzie kapitan, tam była i ona. Tylko Santiago i ten czarnuch Baptiste wiedzieli coś więcej. Niech by tak diabeł porwał tę czwórkę. Płynęliśmy, zdaje się, bez celu, a w niektóre noce ci, którzy mieli wachtę, powtarzali nam potem o dziwnych dźwiękach dochodzących z kajuty kapitana, od których włos się na głowie jeżył. Ci, którzy w Panu naszym powierzyli wiarę, znak krzyża robili. W końcu doszło do tego, co było nieuniknione. Ludzie postanowili zakończyć to po naszemu. Znacie mnie. Wiecie, że nigdy nie bałem się ani Forsytha, ani Santiago. Wiedząc, co się szykuje, podszedłem do kapitana i zapytałem wprost, co zamierza. Mówiłem, że ludzie są u kresu wytrzymałości. Wiecie, co mi wtedy rzekł? – Jack i O’Connor pokręcili głowami. – „Czymże jest życie, Bill?”. W takich oto słowach się do mnie zwrócił. „Żółw morski żyje dwieście i więcej lat. Są w głębinach stwory pozbawione organów, nie starzejące się. Bill, długowieczne. Czymże my jesteśmy, istoty marne, jedynie przelotną chwilą w obliczu tak wspaniałych tworów?”. Wtedy już wiedziałem, że to koniec. Myśląc, że skurczybyk postradał zmysły, zakradłem się do ładowni. Jako bosman miałem klucze. Napełniłem sakwy, bo choć los kapitana był przesądzony, nie sposób było przewidzieć, jak sprawy dalej się potoczą. Ale Forsyth jakby wiedział, co będzie. Tego dnia, gdy ludzie szykowali się do buntu, Delfin natrafił na galeon jego królewskiej mości Jerzego IV. Nie sposób było uciec. Forsyth dowodził nami jak dawniej. Skurwysyny ostrzeliwali nas okrutnie, ale udało nam się podejść do galeonu i podczas abordażu walczyliśmy jak opętani. Na próżno, jak się okazało. Pamiętacie tę kulę, co mi piszczel strzaskała? Dostałem bodajże w to samo miejsce, padłem i wtedy mnie pojmali. Ocknąłem się w kajdanach, rana jątrzyła się, bo kula wciągnęła kawałek materiału. Byłem w gorączce, niewiele pamiętam z tego, co się wtedy działo, może to i lepiej. Galeon zacumował w Wilmington, tam trafiliśmy do cel. Jak już mówiłem, męczyła mnie gorączka, a nogę trawiła gangrena. Jak przez mgłę pamiętam, gdy przychodzili i zabierali moich towarzyszy, bym już nigdy ich nie zobaczył.
Obudziłem się któregoś dnia w pościeli. Czyściutkiej i pachnącej. Pomyślałem wtedy: „Billi, Billi, to już chyba jest Pańskie podwórko”. Ale myliłem się, był to szpital, w którym mi odjęli nogę. Nie przejąłem się zbytnio, bo to była ta, na którą kulałem, i rwała mnie po starej ranie w deszczowe dni tak, że sam nieraz miałem ochotę ją sobie urżnąć. Niepokoiło mnie co innego: czemu wciąż oddycham, zamiast dyndać tam w porcie obok pozostałych. – Bill ziewnął przeciągle i nalał sobie nieco rumu.
– Gadaj, łotrze jeden. – Nie wytrzymał O’Connor. – Czemu cię nie powiesili?
Bill uśmiechnął się zadowolony, że historia ciekawi towarzyszy, i znów się odezwał:
– To szybko miało się wyjaśnić. Łapiduch, który mnie doglądał, wyjaśnił, że kapitan okrętu, który nas pobił, chce, bym mógł zdrowy i w pełni świadomości stanąć przed sądem, a następnie na szafocie. Dowiedziałem się również, że reszta załogi Delfina, którą pojmali wraz ze mną, już zdążyła zawisnąć. Wierzcie mi, różne najczarniejsze myśli chodziły mi wtedy po głowie, gdy nie mogłem spać w nocy, czekając, aż nadejdzie mój czas. Stało się jednak inaczej, ponieważ tak długo mnie leczono, że Jerzy IV, łaskawie nam panujący król Anglii, miej go Boże w swojej opiece, ogłosił amnestię. Wyobrażacie sobie? Te sukinsyny tak długo trzymały mnie przy życiu, żeby powiesić, że doczekałem cudu. Dali mi na odchodne to szczudło i puścili wolno. – Bill pozwolił Jackowi i O’Connorowi na wypicie za jego zdrowie, sam też się napił, lecz szybko wrócił do opowieści:
– Pałętałem się po porcie przez jakiś czas, by zasięgnąć języka, co się stało z kapitanem Forsythem, jednak nikt nic nie wiedział. Nie powieszono go, to było pewne. Mówiono, że zginął podczas bitwy wraz z innymi. To znowu twierdzili niektórzy, że poszedł na dno wraz z Czarnym Delfinem, jednak wszystko to były jedynie pogłoski. W końcu zatęskniłem za domem, więc zabrałem się na okręt i ruszyłem do Port Royal, by zobaczyć, jak się mają sprawy. U wybrzeży Haiti, dla zabicia nudy, obserwowałem okolicę przez lunetę. W ten sposób dostrzegłem czarny żagiel, panowie moi. Tego okrętu nie pomyliłbym z żadnym innym, bo na nim dziesięć lat służyłem, i choćby noc była najczarniejsza, a mnie przyszłoby zerknąć jeno przez jedno bicie serca, to bym wiedział, i wtedy też wiedziałem – to był Czarny Delfin. W Port Royal dowiedziałem się, że jesteś w okolicy, Jack, więc napisałem do ciebie wiadomość, i oto jestem.
– Zaprawdę piękna to była historia, ale co nam po niej? – zdziwił się Jack.
– Zawsze miałeś więcej szczęścia niż rozumu – warknął na niego O’Connor. – Jeśli Forsyth przeżył i ma Czarnego Delfina, to wraz z nim są również dublony, które złupili w ostatniej wyprawie.
– Zgadza się. – Uśmiechnął się Bill Piszczel.
– Tylko jak to się stało, że Forsyth przeżył i do tego uratował statek? – Wciąż się dziwił Jack, tęsknie spoglądając w stronę butelki.
– Podejrzewam – zaczął Bill – że Forsyth wraz z Santiago, Baptiste’em i tą przeklętą Nadege oraz może kilkoma jeszcze kamratami przecięli sznury, które trzymały Delfina przy burcie galeonu, i zdołali umknąć. Ale wiesz co, Jack? Zamierzam zapytać o to samo Forsytha, gdy już odbiorę moją ciężko zarobioną dolę i nim go wybebeszę.
– Gdzie dokładnie zakotwiczył Delfin? – Czarny Szczur błysnął złotymi zębami.
– U brzegów Tortugi, przy wschodniej plaży.
– Będzie trzeba nas więcej – zauważył Jack.
– Liczę, że wiecie, kto aktualnie jest godzien zaufania? – Bill puścił kółko dymu.
– Jeszcze jedno, Bill – zainteresował się O’Connor. – Powiedz mi, skąd wziąłeś te dublony? Do licha, przecież musieli cię przetrzepać, nim trafiłeś w kajdany.
– O tak, przetrzepali, ale stary Bill dba o przyszłość, nawet w obliczu rychłego końca. – Uśmiechnął się, kładąc but o długiej cholewie na stole, sięgnął do obcasa, przekręcił, a z wyżłobienia w nim wytoczyło się pięć złotych monet. – A kilka połknąłem.
– Zawsze wiedziałem, Bill, że kiedyś będziesz srał złotem – powiedział Jack i wraz z O’Connorem roześmiał się.
– I wiesz, co ci powiem? Tak mi się to spodobało, drogi Jacku, że nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać – wyszeptał Bill pociągając z fajki…
“KU BRZEGOM TORTUGI”
Jack Szczęściarz znał się dobrze z Morganem, zwanym „Biskupem”, od czasu, gdy jeszcze razem pływali na Śmigłym. Biskup zainwestował pieniądze z wypraw w biznes, na który składał się dwumasztowy szkuner. Gdy już do Morgana dotarło, że uczciwy kawałek chleba wcale nie pachnie lepiej, a jedynie trudniej jest na niego zarobić, był dobrze po sześćdziesiątce. Próbował się jeszcze zaciągnąć, ale zawsze jego miejsce w drużynie zajmował ktoś młodszy i sprawniejszy. Rozgoryczony przepił wszystko, co miał, ale szkuner mu się ostał i to w dobrym stanie. Bill kojarzył Morgana i ufał mu, więc chętnie wciągnął go do spółki, oferując trzysta złotych dublonów za wkład w przedsięwzięcie. Biskupa nie trzeba było długo przekonywać – za takie pieniądze mógłby dożyć resztę dni w dostatku i zaoferował siebie oraz statek Elizabeth, rad, że los się do niego uśmiechnął. Inaczej było z młodym Angusem MacLeodem. Bill znał brata młodego marynarza, Amargeina, i nie lubił go. Kręcił więc nosem na tę propozycję i długo nie dawał się przekonać. Ale na nadmiar kandydatów nie mogli narzekać, więc ostatecznie Bill zgodził się, by młodzieniec o bystrym, bezczelnym spojrzeniu przystał do drużyny. Załadowali pięć muszkietów, kordelasy, dla każdego parę pistoletów, proch, kule, prowiant i rum, który Bill kazał umieścić w jednym z dwóch pustych kufrów, a klucz do niego zawiesił sobie na piersi.
Wypłynęli o świcie, trzeciego dnia od kiedy pili razem Pod Rozbitą Lunetą. Bill oczywiście mianował się kapitanem, klął i głośno wydawał rozkazy, jakby na małym szkunerze była szansa, że ktoś go nie usłyszy. Pierwszego dnia drwili z niego, ale drugiego Czarny Szczur podszedł do Biskupa stojącego za sterem, zaklął i powiedział:
– Przysięgam ci, Morgan, że jak ten kulawy, rudy sukinsyn nie przestanie, to przybiję go do masztu za kciuki.
Morgan, choć stary, nadal słusznej postury, podrapał się po już siwiejącej brodzie i wyszeptał:
– Spokojnie, O’Connor. Bill dobrze wie, że bez niego mielibyśmy małe szanse zgarnąć złoto z Delfina. Niech sobie zgrywa kapitana, jeśli ma taki kaprys, niech wrzeszczy i rzuca rozkazy. Inaczej sobie pogadamy w drodze powrotnej. – Poklepał Kropidło.
Była to tęga pała z gruszy. W grubszym miejscu wyżłobiona na kształt kuli, o licznych nacięciach. W ten sposób niegdyś Biskup zaznaczał powalonych w czasie abordażu przeciwników, by w razie potrzeby móc udowodnić, jaka należy mu się część łupu za włożony wkład w jego zdobycie.
– A na razie bierz przykład z Angusa – dodał, wskazując na młodego MacLeoda, który mimo tego, że Billi Piszczel klął na niego przy każdej okazji, obsługiwał żagle z taką sprawnością, jakiej nie wahałby się pochwalić nawet najsurowszy kapitan.
Z małpią zręcznością skakał po masztach i z drwiącym uśmiechem przyjmował docinki kuternogi.
Pogoda im sprzyjała, choć wypływali, gdy jeszcze czarne chmury kłębiły się na niebie. Silny wiatr pociągnął Elizabeth po falach, szybko przeganiając wiszące nad nimi obłoki. Prędko zaczęli pokonywać odległość dzielącą ich od Haiti. Wiatr w końcu zelżał, słońce wyłoniło się zza horyzontu niczym pierś niewiasty, wschodząc na błękitne niebo, zwiastując upał. Szkuner wlókł się niemiłosiernie. Wypatrywali, kiedy pojawi się charakterystyczna żółwia skorupa, na kształt której Stwórca uformował wyspę. Angus wisiał na maszcie, Bill wraz z Jackiem stali na dziobie, Morgan zaś za sterem, który przejął od O’Connora, odsypiającego nocną wachtę. Po południu żar lejący się z nieba z minuty na minutę był coraz trudniejszy do zniesienia. Zalegli na pokładzie, chroniąc się przed promieniami, jak mogli. Spoglądali na siebie spode łbów, markotni i cisi. Jedynie Bill uparcie wpatrywał się w lunetę, stojąc na stanowisku. Słońce minęło zenit i szło ku zachodowi, gdy Bill rozkazał zmienić kurs. Angus, wyrwany z otępienia, w jednej chwili znalazł się na maszcie. I niemal w tym samym momencie krzyknął:
– Ląd!
– Tak – przyznał Bill. – To plaże Haiti. Zboczyliśmy nieco z kursu przez wasze próżniactwo, teraz jednak koniec z tym. Opłyniemy wyspę. Morgan, skieruj mi tę krypę na bakburtę. I koniec z mitrężeniem.
Elizabeth zostawiła wybrzeże Haiti za sobą i wkrótce ląd znów zniknął im z oczu. Wraz z wieczornym ochłodzeniem wzmógł się nieco wiatr, a szkuner znacznie przyspieszył pod pełnymi żaglami. Nie minęło dużo czasu, gdy znów usłyszeli z masztu wołającego Angusa, który wskazywał na wyłaniające się zielone wzgórza żółwiej wyspy.
– No, panowie, czas by to uczcić – powiedział Bill, złożył lunetę, upewniwszy się wpierw, że płyną w dobrym kierunku. Zerwał z szyi klucz od kufra i rzucił O’Connorowi.
– Czas zrobić miejsce w tej skrzyni na cenniejszy ładunek! – krzyknął wyraźnie zadowolony. – Biskup, opłyniemy ją od sterburty. Czarny Szczurze, co się tak guzdresz przy tym zamku? Angus, złaź tu, łajdaku, nawet z tobą się napiję!
Zebrali się przy sterze, pociągając z flaszki. Wszyscy poza Jackiem, który wpatrywał się w wodę.
– Hej, Jack! – zawołał Angus, ale Szczęściarz go ignorował.
– Co z nim? – szepnął O’Connor do Morgana.
– To do niego niepodobne. – Pokręcił głową z niedowierzaniem Biskup.
Stali w czwórkę, przypatrując się poważnie, zaniepokojeni. Jack Szczęściarz ściskał oburącz burtę. Pokasływał czasem. Bill pokuśtykał do niego z butelką i zapytał:
– Jack, co się dzieje?
Szczęściarz złapał za szyjkę, zapił duszący kaszel.
– Spójrz tam – wskazał kierunek.
Bill wpatrywał się chwilę, a reszta poszła za ich przykładem. Wiedzieli, że Jack przewidywał niebezpieczeństwa bezbłędnie, wyczuwając je niczym świnia trufle.
– Nic tam nie ma – Morgan odezwał się pierwszy.
– Trochę ptactwa krąży nad wodą – dodał O’Connor.
– Krążą nad czymś. – Bill odsunął lunetę od oka, przyglądając się stężałej twarzy Jacka. – Jak myślisz, stado wielorybów?
– Zauważyłem je, gdyśmy zbliżyli się do Haiti – powiedział Jack. – Zrazu nie przykładałem większej wagi, myśląc właśnie o waleniach czy innych diabłach, jednak gdyśmy opływali wyspę, powinniśmy się zbliżyć do nich. Myślałem, że zdołam przyjrzeć się temu łajdactwu, ale stado się oddaliło. A teraz, gdy dałeś rozkaz na sterburtę, płynie za nami. Nie zauważyłem wzburzonej wody, żadnych wyrzucanych nad powierzchnię obłoków. Stado wielorybów robi więcej hałasu, a to tam jest cicho, niczym rekin podążający za ofiarą. Gdybym tego nie dostrzegł, nie wiedzielibyśmy w ogóle, że płynie za nami.
Bill przyłożył ponownie lunetę do oka. Mewy krążyły lub spoczywały na wodzie, a tam, gdzie latały, morze było czarne niczym noc, a powierzchnia niemal gładka oraz niezmącona.
– Angus, co tam widzisz z góry?! – Bill zawołał do młodzika, który już zdążył wdrapać się na maszt.
– Bo ja wiem, coś tam jest, jakby mielizna lub skała pod wodą, ale jest za duże jak na wieloryba czy nawet stado! – krzyknął Angus.
– Rusza się? – zapytał Bill.
– Nie – odparł marynarz z masztu.
– Dobra robota, Jack. – Kapitan poklepał go po ramieniu i wskazał palcem. – Widzisz ten cypel? Obserwuj to diabelstwo, póki nie miniemy go. Jeśli po wpłynięciu za cypel będzie nadal za nami podążał, daj mi znać.
Elizabeth okrążała porośnięte gęstym lasem wzgórza Tortugi. Jack stał na rufie, spoglądał na wciąż widoczny czarny ślad, jak mu się zdawało, sunący pod powierzchnią wody, jakby nie płynął, a szedł po morskim dnie. Gdy szkuner wpływał za cypel, Jack bacznie go obserwował. A gdy z wolna zaczął znikać za skałą, woda nieco zawirowała, coś na krótką chwilę pojawiło się na powierzchni, by zaraz zniknąć. Jack zlustrował dokładnie całą powierzchnię wody za rufą, ale nic poza błękitnoturkusową tonią nie zwróciło uwagi marynarza. Wysoko, gdzieś nad nimi, stado mew w milczeniu krążyło, jak mu się wydawało, bacznie wypatrując czegoś w morskiej głębinie.
– Żagiel! Przed nami żagiel! – krzyknął Angus.
To Czarny Delfin wyłaniał się pomału zza skał Tortugi. Bill szybko rzucił rozkaz. Schowali Elizabeth blisko klifu i zakotwiczyli. Bill zebrał drużynę na dziobie.
– Noc zapowiada się na bezchmurną – zaczął – pomyślicie, że to niedobrze dla nas, bo będą widzieć Elizabeth jak na dłoni. Jednak połapiecie się wkrótce, że przyda nam się blask księżyca. Podpłyniemy, gdy się całkiem ściemni, tak by ci, co piją, posnęli spokojnie. O’Connor, dalej masz oko do muszkietu?
– Nie wyszedłem z wprawy – odparł Czarny Szczur.
– Dobra, ja, Angus i Jack wejdziemy na Delfina. Nadal mam klucze do ładowni, jeśli tam nie ma złota, to będzie trzeba przeszukać okręt. Wtedy wrócimy po ciebie, O’Connor. Do tego czasu bacznie obserwuj pokład, a jak dojrzysz kogoś, bij go od razu z muszkietu. To będzie dla nas znak, że się zaczęło. A kto wie, może przy odrobinie szczęścia uda nam się poderżnąć tym sukinsynom gardła na spaniu. Im się wydaje, że umarli dla świata. Sprawimy, żeby tak się stało w istocie. – Uśmiechnął się Bill.
– Ilu ich może być? – zapytał Angus.
– Nie wiem, ilu mogło przeżyć razem z Forsythem, jednak wątpię, by było ich więcej niż tuzin, może dwa. Wątpię też, by Forsyth werbował nowych ludzi. Jest zbyt chciwy, aby dzielić się łupem. Pamiętajcie, że po naszej stronie jest zaskoczenie.
– Chyba że nas zauważą – powiedział cierpko Morgan.
– Wtedy, jak za starych dobrych lat, dobijamy burta w burtę i weźmiemy Delfina abordażem. W takim przypadku ty, O’Connor, będziesz ostrzeliwał ich z muszkietu, byśmy mieli czas dostać się na pokład. Uszy do góry, kamraci, nieco zardzewieliście na lądzie, ale w lot sobie wszystko przypomnicie, nim noc się skończy. Gwarantuję wam to.
“WRAK O CZARNYCH ŻAGLACH”.
Po naradzie Czarny Szczur przeniósł na dziób muszkiety i amunicję. Reszta uzbroiła się w pistolety i kordelasy, poza Biskupem, pozostającym przy wiernym Kropidle. Następnie usiedli, pijąc i jedząc. Czekali, aż niebo zaleje atrament nocy. Bill miał rację – noc była jasna, do tego księżyc stał w pełni, a srebrna poświata odbijała się od wody. Na znak kapitana podnieśli kotwicę. Morgan napracował się przy sterze, nim ominęli płycizny i skały czyhające pod powierzchnią wody. Wyprowadzili szkuner i spostrzegli, że okręt Forsytha, zakotwiczony nieopodal plaży, zniknął.
– Bill, musieli nas dostrzec i wypłynęli, gdyśmy rozprawiali! – Czarny Szczur krzyknął z dziobu.
– Cisza – odparł Bill. – Trzymaj kurs, Morgan.
– Ale Bill… – Nie dawał za wygraną O’Connor.
– Rzekłem – uciął dyskusję jednonożny marynarz.
Elizabeth sunęła pod gwiaździstym niebem, przemierzając zatoczkę niczym drapieżnik w poszukiwaniu żeru. Delfin nagle wyłonił się z ciemności, tuż przed nimi. Morgan, czujny jak stary lis, zareagował błyskawicznie. Angus zaś z taką wprawą pracował przy ożaglowaniu, że zdało się, iż nie jeden, a pięciu ludzi działa przy linach. Jack z O’Connorem złapali bosaki, wsparli je o czarne deski Delfina i, tężąc mięśnie, naparli na drzewce z całych sił, robiąc wszystko, by uchronić Elizabeth przed zderzeniem. Szkuner zdołał obrócić się na czas, a pracujący przy burcie marynarze, czerwoni z wysiłku, sapiąc przez zaciśnięte zęby, zdołali wyhamować łajbę na tyle, że gdy ta dobiła do czarnej burty, oba okręty zakołysały się zaledwie jakby pchnięte większą falą.
Jack, nie tracąc czasu, odłożył bosak i wspiął się po grzbiecie O’Connora, teraz wspartego obiema rękoma o burtę Delfina, a następnie sięgnął relingu. Znalazłszy się na pokładzie, złapał rzuconą mu przez Angusa sznurową drabinkę. Jack przywiązał ją do relingu. Na pokład ruszyli: najpierw Bill wprzód, podając w górę szczudło, następnie Angus. Pierwsze emocje opadły i zaczęli się dokładnie rozglądać. Nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek od dłuższego czasu stąpał po pokładzie Delfina. Liny zwisały lub luzem leżały na deskach. Wszędzie walały się mewie pióra i odchody. Dwa szczury przemierzały statek, nie zwracając najmniejszej uwagi na intruzów.
– Zdaje się, że Forsyth od dawna tu nie zaglądał – wyszeptał Angus, odciągając kurki bandoletów.
Bill, wspierając się o szczudło, splunął tylko i dał znak, by szli za nim.
– Przeklęta łajba – szepnął Jack do Angusa, niepewnie postąpił za Billem. – Widziałeś, jak wtopiła się w noc?
– Za dużo rumu pijesz, Jack – odpowiedział niewzruszony Angus. – Spójrz na czarne żagle i deski. Forsyth tak pomalował łajbę, by nocą niepostrzeżenie wymykać się pościgowi.
Bill pchnął drzwi prowadzące pod pokład, te zawisły na jednym zawiasie, nieomal odpadając. Minęli je ostrożnie, wpierw zapalając latarnie, i ruszyli schodami w śmierdzący od gnijącego drewna pokład działowy. Smród stęchlizny i rozkładających się skorupiaków zmusił ich do zasłonięcia twarzy.
– Na rany Chrystusa, jakby ktoś przeciągnął go po dnie morskim – jęknął Jack, lecz umilkł natychmiast pod srogim spojrzeniem Billa.
Kraby, ślimaki i inne tałatajstwo pełzało po wnętrzu. Ściany porastała pleśń, ramienionogi i liliowce oblepiły działa i kule armatnie. Ruszyli wpierw do kajut, mijając mesę i kambuz. A im dalej się zapuszczali, tym bardziej pomieszczenia były lepkie, duszne i zatęchłe. Pewni, że okręt jest opustoszały, zeszli do ładowni. Tu już wdarła się woda i zalała pokład na co najmniej dziesięć cali. W ciemnościach dolnego pokładu wnętrze zdało się kurczyć pod naporem wody naciskającej na kadłub. A spadające z sufitu krople, raz za razem z pluskiem wpadając w czarną toń, brzmiały niczym odliczanie do nieuchronnego końca Delfina. Klucz do ładowni był zbędny, gdyż drzwi stały otworem. Prócz unoszących się na powierzchni wody worków i połamanych desek nie znaleźli nic.
– I gdzie te skrzynie ze złotem? – wydukał Jack, walcząc z kaszlem, rękami brodząc w wodzie, przeczesywał dno.
– Przebieraj, a żwawo łapskami, to może i co na kolację nam złowisz, Jacku Szczęściarzu – zadrwił Angus, uśmiechając się bezczelnie.
– Zamknij się! – warknął Jack. – A ty, Bill, powiedz no, czy wiedziałeś, że może tego złota już tu nie być?
– O ile w ogóle jakieś złoto było – parsknął Angus.
Bill doskoczył do niego i złapał za kark, wsadzając mu szczudło między nogi. Angus szarpnął się, potknął i upadł. Bill wcisnął głowę nieszczęśnika pod wodę.
– Posłuchaj no, Jack. Mówiłem, że u wybrzeży Tortugi stoi na kotwicy Czarny Delfin i jak rzekłem, tak też jest. Ale czy na pokładzie będzie złoto, tego, mój drogi, nie wiedziałem. Lecz mówiłem, że było, gdy byłem na Delfinie ostatnim razem, czyż nie tak rzekłem?! – wrzasnął Bill, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozpaczliwie trzepoczącego rękoma Angusa.
– Mówiłeś – wybąkał Jack.
– A teraz, Jack, zechciej przyświecić bliżej i rozejrzeć się po pokładzie – powiedział Bill.
Jack zrobił, jak mu kazano, i szybko dostrzegł połyskujące w wodzie monety. Sięgnął pośpiesznie i wyciągnął najpierw jeden, potem drugi złoty dublon. Bill szarpnął w górę Angusa, z trudem łapiącego oddech. Chwycił go za policzki i nakierował twarz młodego marynarza na dublony w ręku Jacka. Powiedział, cedząc słowa:
– Posłuchaj no. Znałem twojego brata. Pierwszy był do wzniecania buntów, a ostatni do bitki. I tak mi się coś widzi, że podobni jesteście do siebie w tym względzie, jak te dwa dublony w ręku Jacka. Co, Angus? Wypatrzyłeś pod wodą jakieś monety? – Bill potrząsał głową Angusa. – Bo jeśli nadal wątpisz w istnienie złota, to może trzeba ci więcej czasu z łbem pod wodą, byś zrozumiał, że nie dam się obrażać byle gówniarzowi.
– Nie, starczy, Bill – powiedział Angus.
Bill pchnął go na burtę.
– Przepraszam – dodał pośpiesznie Angus, widząc, że dłoń Billa spoczęła na rękojeści kordelasa.
– Jestem kapitanem, niewdzięczne sukinsyny, nie zapominajcie o tym – powiedział już spokojny Bill.
Jack podszedł do Angusa, wciskając mu w rękę jeden z dublonów, po czym ruszył na poszukiwanie kolejnych.
– Co ty wyprawiasz, do wszystkich diabłów? – warknął Bill, a Jack spojrzał na niego zdziwiony.
– Bill, szukamy dublonów, w końcu po to tu przypłynęliśmy – zdziwił się Jack.
– Szukasz paru sztuk, gdy tymczasem tam, gdzieś na wyspie, są ich tysiące. Mówię wam, Forsyth przeżył, dobił do przylądka Tortugi, a złoto przeniósł najpewniej i ukrył gdzieś na lądzie. Dosyć tego łowienia, wracamy na Elizabeth.
Ledwie Bill wypowiedział te słowa, okręt zakołysał się potężnie, a następnie uniósł, by za chwilę opaść ciężko w morze.
– Co u diabła?! – wrzasnął Jack.
Wtedy Czarnym Delfinem znów zabujało, tym razem potężniej, a we wnętrzu ładowni rozległ się huk, gdy coś uderzyło o kil, wstrząsając okrętem. Patrzyli przerażeni pod nogi, gdy coś tarło o kadłub. Dźwięk ten przypominał odgłos podobny do tego, gdy okręt wpływa na mieliznę i zaryje o morskie dno. To, co wstrząsało okrętem, odpłynęło w końcu od kadłuba. Wtedy Jack i Angus rzucili się do ucieczki, zostawiając w tyle klnącego w ciemnościach Billa.
“CZYHAJĄCY POD POWIERZCHNIĄ”
O’Connor, schowany za burtą Elizabeth, poderwał się, wodząc lufą muszkietu, jednak to tylko mewa zrzuciła stary sznur z masztu. Biskup spostrzegł, że coraz więcej ptactwa zebrało się nad okrętem Forsytha. Mewy siadały to odlatywały, skrzecząc, by zataczać kolejne koła nad statkiem.
– Zdaje się, że prócz tych latających szczurów nikt się nie ostał na Delfinie – powiedział O’Connor.
– Takiś pewien? – zapytał Biskup.
– Jakby tam byli jacyś ludzie Forsytha, to byśmy już o tym wiedzieli – odparł O’Connor.
– Zdaje się, że możesz mieć rację. – Morgan wsparł przedramiona o ster, zerkając na ptaszyska obsiadające maszty Delfina, i ziewnął przeciągle, obserwując, jak kolejna mewa ląduje.
– Może Bill znajdzie jakieś wskazówki, gdzie mogli się udać – zastanawiał się O’Connor, zarzucił muszkiet na ramię. – Ale czy, gdybym był na miejscu Forsytha, zostawiłbym jakieś wskazówki? To nie był głupiec, zapewne dobrze zatarł wszelkie ślady, by nikt go nie wytropił.
– Może go przeceniasz, w końcu zostawił okręt w widocznym miejscu – zauważył Biskup.
– Niepokoi mnie, że stoi na widoku. Za dnia przecież widać go jak na dłoni.
– Za dużo główkujesz, O’Connor. Zostaw to Billowi. On dobrze znał Forsytha. Jeśli nie ma łupu na Delfinie, pewnie stary Bill już wie, co robić. – Morgan spostrzegł, że ptaków zebrała się cała chmara, obsiadły maszty.
Nadstawił ucha, ale prócz kroków Czarnego Szczura nic nie słyszał. Nawet morze umilkło. Ptaki siedziały, tępo się gapiąc i kręcąc łbami, a przecież Morgan nie znał bardziej hałaśliwego tałatajstwa od mew. Jednak te na Delfinie milczały jak zaklęte. Biskup przeżegnał się.
– Mam nadzieję, że Bill – podjął dalej O’Connor – będzie wiedział, co robić dalej. Nie po to się tu wlókłem, by wracać z niczym – umilkł, widząc, jak Biskup podchodzi na dziób, spogląda za burtę.
– Morgan? – zapytał.
Biskup nie odpowiedział. Elizabeth i Delfin podniosły się nagle i zakołysały na dużej fali, która wyrosła z ciemności. Morgan złapał za sznurową drabinkę. O’Connor klapnął ciężko na tyłek. Popatrzyli po sobie. W następnej chwili zerwali się do ucieczki. Morgan chwycił drabinkę oburącz, mimo tuszy i wieku pomknął błyskawicznie w górę. O’Connor wstał z muszkietem na ramieniu i pobiegł w ślad za Biskupem po chwiejnym pokładzie. Złapał sznurowe szczeble, gdy znów oba statki podniosły się i opadły niczym podczas sztormu. Tym razem jednak nie było żadnej fali. Coś z głębin naparło na kadłuby obu statków, wypychając je niemal nad powierzchnię. O’Connorem zachwiało, gdy obie burty na chwilę rozsunęły się, a następnie uderzyły o siebie. Morgan złapał mocno reling, stojąc twardo na szeroko rozstawionych nogach. Obserwował, jak rzuca towarzyszem. Gotów byłby przysiąc, że O’Connor zaraz runie między Delfina i Elizabeth, by zginąć rozgnieciony na miazgę. Czarny Szczur jednak nie zamierzał umierać, uczepiony drabinki mozolnie piął się w górę. Biskup sięgnął przez reling i zdołał chwycić połę płaszcza, następnie pociągnął Czarnego Szczura w górę, jakby ten nic nie ważył.
Obaj padli na pokład. Okręt, skrzypiąc i trzeszcząc, znów podskoczył i z pluskiem wpadł w wodę. Jack wypadł na śródokręcie w chwili, gdy stęga grotmasztu złamała się wpół i runęła, ciągnąc za sobą wanty. Mewy wzleciały w powietrze, kotłując się nad nimi niczym biała chmura. Za Jackiem wyskoczył na pokład Angus, a Delfin przechylił się na bakburtę. Jack poleciał na reling i złapał go oburącz. Morgan i O’Connor zsunęli się po przechylonym pokładzie. Czarny Szczur uderzył pierwszy o burtę, za nim Biskup – reling zatrzeszczał ostrzegawczo. Jack spojrzał w stronę Angusa, który wciąż był u wejścia do działowni. I wtedy Szczęściarz zawył przeciągle, widząc, jak burta zbliża się nieuchronnie ku czarnej, spienionej wodzie. Wtedy bryg nagle opadł. Kadłub chlapnął w morze. Jack wypuścił reling i poleciał wprost na grotmaszt, uderzając o niego czołem. O’Connor zdołał wstać na wciąż rozbujanym pokładzie, chwycił za ramię Morgana.
– Co się dzieje?! – wrzasnął do niego.
Biskup wskazał wodę, pod powierzchnią której coś wiło się i skręcało, opływając bryg. Istota była ogromna. Wypełniała całą linię okrętu, ciągnąc go za sobą i obracając Delfinem. Angus przemknął zwinnie po pokładzie. Morgan śledził go wzrokiem, gdy ten dobiegł do relingu i jednym pewnym skokiem przeleciał przez burtę.
– O’Connor! – wrzasnął Morgan, ciągnąc Szczura na sterburtę.
Gdy do niej dopadli, zobaczyli Angusa na pokładzie Elizabeth. Skręcił ster i zablokował, następnie ruszył do bras bukszprytu.
– Co robisz, psi synu?! – zaryczał Morgan.
Angus, mając sobie za nic wrzaski, rozwinął żagiel fokrei. Ten napełnił się wiatrem i Elizabeth ruszyła, prując falę. Obracający się Delfin zmierzał dziobem wprost na rufę szkunera. Angus dostrzegł to i doskoczył do steru.
– Rozbijesz Elizabeth, nie zmieścisz się, sukinsynu! – ryczał Morgan, przemieszczając się wzdłuż burty obracanego Delfina.
Młody marynarz obrał już kurs i nie zamierzał go zmieniać. Morgan zacisnął pięści na relingu, a O’Connor, nie mogąc patrzeć na nieuchronną katastrofę, usiadł, zasłaniając twarz trikornem. Dziób Delfina otarł się o pawęż rufy Elizabeth, niszcząc część rzeźbienia, na szczęście dla Angusa omijając płetwę steru.
Morgan spoglądał bezradnie, jak szkuner coraz szybciej oddalał się w noc, gdy nowy kapitan rozwinął dodatkowe żagle. Delfin znieruchomiał nagle, a czarny kształt pod statkiem zastygł. Woda się uspokoiła, pozostawiając na powierzchni pianę i kilka baniek powietrza. Biskup wytężał wzrok, próbując przeniknąć powierzchnię toni. Wypatrywał płetw lub łba poczwary czyhającej pod nim. Bryg znów stęknął i zaskrzypiał, gdy masywne cielsko wysunęło się spod kadłuba, sunąc bezszelestnie za Elizabeth.
– Nie ma fali, czy nawet najmniejszej fałdy na wodzie – odezwał się tuż koło Morgana Czarny Szczur.
– Spójrz. – Morgan wskazał ciemny kształt przypominający czarną łzę. – Byłby jak z siedemdziesiąt stóp długości – wyjęczał z przejęciem Biskup, gdy istota wciąż jeszcze wypływała spod Czarnego Delfina.
– Do szalupy, skurwysyny! – usłyszeli za sobą głos Billa. – Chyba że wolicie zaczekać, aż ten diabeł morski wróci i obróci ten wrak w perzynę.
– Oszalałeś. – Czarny Szczur wskazał na wodę. – A jeśli…
– A jeśli wolisz zostać, to pozdrów ode mnie Angusa, jak już się spotkacie w piekle – przerwał mu Bill.
Morgana nie trzeba było przekonywać. Doskoczył do łodzi, która wyglądała na taką, która nie pójdzie na dno przy pierwszym zanurzeniu, i spuścił ją na wodę.
– Dobrze, Morgan – pochwalił go Bill, nachylając się nad Jackiem, którego twarz zalała krew z rozciętego czoła.
– Co z nim? – zapytał Morgan.
– To nic – odparł Bill. – Bierz linę, spuścimy go do łodzi.
Delfin znów dał znać o sobie, przechylając się na bakburtę od strony rufy, gdy Morgan z Billem opuścili Jacka do szalupy.
– Wrócił! – wrzasnął O’Connor.
– Nie, spójrz. – Bill wskazał na oddalającą się chmarę mew. – Tam jest bydlak, ściga Angusa, zmiłuj się, Panie, nad jego zdradziecką duszą.
– Więc cóż to? – Czarny Szczur uczepił się relingu, jakby ten miał rozwiązać wszystkie jego problemy.
– Delfin idzie na dno – powiedział Bill, wrzucając szczudło do szalupy.
Przeszedł przez reling tuż obok O’Connora. Bill złapał go jedną ręką za chustę pod szyją i wrzasnął mu w twarz:
– Już wcześniej bryg był pełen wody, a ten diabeł morski nieźle mu pokiereszował kadłub! Już po Czarnym Delfinie, wkrótce nie pozostanie po nim nawet ślad! A ty idź na dno wraz z nim albo zamknij się i wsiadaj do tej pieprzonej szalupy, bo mam już dość twojego jęczenia!
Bill puścił O’Connora i zsunął się w ramiona Morgana, który pomógł mu usiąść w łodzi. Ostatni marynarz na Delfinie przeskoczył przez reling. Chwilę później Czarny Szczur wraz z Biskupem wiosłowali co sił w stronę brzegu. Bill nabrał nieco wody i ocucił Jacka, obmywając mu twarz. Przez chwilę cała czwórka obserwowała, jak Delfin zanurza się w morską czeluść. Od tamtej pory nikt już nie słyszał o nim, o Elizabeth ani o Angusie MacLeodzie, który przepadł bez śladu wraz ze szkunerem Morgana.
“DOLA BILLA”
Wyciągnęli łódź na brzeg. Bill zarządził przegląd ekwipunku. O’Connor miał nabity muszkiet i bandolet, ale zgubił gdzieś kordelas. U pasa Biskupa wciąż wisiało Kropidło, a Bill zachował pistolet i szablę. Tymczasem Jackowi pozostał tylko nóż, schowany w cholewie buta. Na szczęście w szalupie znalazło się pięć pochodni.
– Co się tak krzywicie? – zawołał Bill, widząc nietęgie miny kamratów. – Sami nie wiecie, jakie mamy szczęście.
– Szczęście? – parsknął O’Connor. – Nie mamy statku, a tam w wodzie pływa jakieś cholerstwo. Nie ma też złota, nie wiemy, gdzie iść.
– Zgodzę się ze wszystkim, poza tym, że nie wiemy, gdzie zmierzać. – Bill uśmiechnął się, kuśtykając w stronę zwalonej palmy.
– Chyba nie sądzisz, że pójdę w ten gąszcz. – Czarny Szczur dogonił go i złapał za ramię. Kordelas kapitana zgrzytnął, wydobyty z pochwy.
Bill przystawił ostrze pod nos O’Connora.
– No co, Szczurze? Chcesz teraz nam przewodzić? – warknął Bill.
– Może czas najwyższy – syknął Czarny Szczur, opierając lufę pistoletu o brzuch Billa. – Byśmy powierzyli dowodzenie komuś, kto nas wyciągnie z tego łajna.
– I to miałbyś być ty? – zapytał Bill.
– Może – odparł O’Connor.
Bill roześmiał się i schował broń. Jack i Morgan popatrzyli na niego.
– Co cię tak śmieszy, Bill? – wycedził O’Connor, wciąż z bandoletem gotowym do strzału.
– A to, że gdy wy robiliście pod siebie, ja rozejrzałem się nieco i dojrzałem czarnucha Batistę, przyglądającego się, któż to tak zawodzi na pokładzie Czarnego Delfina. To byłeś ty, O’Connor, ściągnąłeś go tu swoimi jękami, a teraz, zamiast iść za nim, bo zapewniam, jeśli ktoś wie, gdzie jest Forsyth i jego łup, to z pewnością jest to Batiste, ty tymczasem wolisz tu burdy wszczynać i biadolić, zamiast być wdzięcznym fortunie, żeś wciąż żyw i cały.
– Brednie, a niby skąd mam wiedzieć, że tu był? – odparł O’Connor, jednak już nieco mniej pewnie.
– Bo stoisz dokładnie w miejscu, gdzie i on stał – odparł spokojnie Bill.
Jack i Morgan podbiegli bliżej i spojrzeli w piasek. Na plaży widniały odciśnięte ślady bosych stóp.
– Ciągną się o tam, w stronę tej powalonej palmy. – Wskazał kierunek Bill. – Dobrze zatem, panowie. Decydujcie, czy mam wam dalej przewodzić i doprowadzić do bogactwa, a może wolicie zostać tutaj z tym biadolącym Szczurem, co nie dojrzałby fortuny, gdyby ta podbiegła i kopnęła go w dupę.
– Idziemy z tobą, Bill – powiedzieli niemal równocześnie Biskup i Jack.
Kapitan spojrzał na O’Connora i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
– Posłuchaj, łajdaku. Następnym razem nie będzie głosowania. Jeśli jeszcze raz sprzeciwisz się mojej woli, to wypruję ci bebechy. Zrozumieliśmy się, Czarny Szczurze?
– Tak – odparł z pokorą O’Connor i opuścił bandolet.
– Dobrze zatem, jeśli jesteśmy zgodni, chodźmy po te przeklęte dublony – powiedział Bill i ruszył śmiało przed siebie.
Wkrótce zeszli z plaży w blasku pochodni. Szli przez gąszcz, a Bill co chwilę przystawał, nakazując ciszę i nasłuchując. Bujna roślinność zaczęła się przerzedzać i znów wyszli na jedną z plaż Tortugi. Bill sprawdził trop na piachu, przyświecił latarnią. Dojrzał wyraźnie odciśnięte ślady stóp prowadzące ku morzu. Wtedy go dojrzali – czarnego Batistę stojącego w wodzie, w blasku księżyca. Patrzył nieruchomy niczym hebanowy posąg. Wyciągnął rękę i wskazywał grotę wyżłobioną przez falę w pobliskim klifie. O’Connor dźwignął muszkiet, nie zdążył wypalić. Napłynęła wysoka fala i przykryła Batistę, następnie rozbiła się o brzeg, pozostawiła po sobie tylko pianę w miejscu, gdzie stał Murzyn. Drużyna Billa usłyszała śmiech Batisty niosący się wzdłuż plaży.
– Diabelskie sztuczki. – Głos Jacka zadrżał. – Nie powinniśmy…
– Powinniśmy, jak najbardziej – wtrącił się Bill. – Nie bałem się żadnego z ludzi Forsytha za ich życia, nie ulęknę się ich po śmierci.
– Ale sam widziałeś – zaczął niepewnie Morgan.
– To, co widziałem, przekonuje mnie jedynie, byśmy się mieli na baczności.
Przeszli przez plażę do częściowo zalanej groty. We wnętrzu huk fal rozbijających się o klif był ogłuszający. W pierwszej chwili nie zauważyli nic więcej poza morską wodą, rojącą się od krabów i jeżowców. Po chwili, w głębi, nad ich głowami, dostrzegli tunel. Wspięli się po skale jeden po drugim, a na końcu wciągnęli za ręce Billa. Korytarz był dość szeroki, by pomieścić dwie osoby, ruszyli więc w parach. Wilgotne ściany odbijały światło pochodni. Skałę oblepiały skorupiaki i porastały glony. Nie szli długo, korytarz wyprowadził ich do wielkiej komnaty. Wyglądała, jakby ktoś ją przygotował na wieczerzę – z dużym prostokątnym stołem pośrodku, ustawionym na ozdobnych dywanach. Wszędzie tkwiły na wpół wypalone świece – na blacie, oparciach krzeseł, półkach skalnych. Zaczęli je zapalać. Gdy komnata się rozświetliła, zauważyli, że stół był nakryty – na metalowych półmiskach gniły kalmary, ośmiornice i kraby. W tylnej części O’Connor odkrył szkielet leżący pod ścianą, na której wymalowano pogańskie symbole.
– Co to? – zapytał Czarny Szczur, gdy Bill zbliżył się do niego.
– Ten tu. – Wskazał Bill na szczątki. – To Santiago, widzisz te dwa złote zęby wstawione blisko siebie? Po nich go poznałem, to z pewnością on.
– A te znaki? – zapytał drżącym głosem O’Connor.
– To zaklęcie, bluźniercza modlitwa rodem z Haiti. Zapewne Nadege ją tu umieściła lub Batiste, bo to z jednego miotu czorty – wyjaśnił Bill.
– Bill! – zawołał Jack. – Są tu! Znalazłem dublony!
We wschodniej części komnaty, wśród stalagmitów, stał wielki fotel niczym tron, a pod nim skrzynie. Morgan i Jack otwierali kolejne wieka, a pod każdym z nich była sterta złota. Czarny Szczur przepuszczał dublony przez palce. Zaśmiał się, zapominając o duchach i klątwach. Morgan wkładał raz po raz dłoń w zawartość skrzyni, gdy Jack zaczął się obrzucać monetami. O’Connor błyskał złotymi zębami, Jack rechotał, gdy nie dławił go akurat kaszel, Biskup w szerokim uśmiechu rozciągnął usta, mrużąc oczy.
Czarny Szczur był z nich najszybszy. Błyskawicznie ściągnął z ramienia muszkiet i wypalił w stronę Jacka. Szczęściarz dał nura za skrzynię, kula zrobiła w niej sporą dziurę i utkwiła gdzieś między dublonami. Morgan chwycił Kropidło i, wywijając nim nad głową, ruszył na O’Connora. Szczur złapał muszkiet za lufę, odganiając się kolbą od Biskupa. Morgan zamierzał obejść O’Connora, jednak zapominając o Jacku, który wyskoczył zza skrzyni na jego plecy i uczepił się szyi, zaplótł nogi na brzuchu Biskupa, jednocześnie lewą ręką próbował wyciągnąć trzymany w zębach nóż. Morgan zawył niczym wściekłe zwierzę i rzucił się do tyłu, przygniatając Jacka całym ciężarem ciała do skały. Szczęściarz stęknął i upadł na kamienne podłoże. O’Connor zdążył wyjąć bandolet, wymierzył w wstającego z kolan Morgana. Wypalił, a kula strzaskała Biskupowi czoło. Padł bez życia. Jack zdołał wstać, ale zaraz padł, gdy kula raziła go w pierś. Z zastygłym wyrazem zdziwienia na twarzy wyzionął ducha. Czarny Szczur odwrócił się, spoglądając na dymiącą lufę pistoletu Billa.
– Cóż, Bill, dla nas dwóch chyba tego złota powinno wystarczyć – powiedział Czarny Szczur.
Bill odrzucił bandolet i dobył kordelasa. Czarny Szczur skoczył w stronę Kropidła Biskupa. Bill złapał w jedną rękę szczudło i cisnął nim niczym oszczepem, trafiając kamrata między łopatki. O’Connor padł na ziemię. Nie zdążył wstać. Bill już doskoczył do niego, przygniótł całym ciężarem ciała do podłoża. Bill złapał Czarnego Szczura za podbródek i odchylił głowę.
– Nieee!! – wrzasnął przeciągle O’Connor. – Bill!
Billi Piszczel, jak wiele razy w przeszłości, przystawił ostrze do gardła i przejechał klingą, otwierając szyję O’Connorowi od ucha do ucha. Nie spieszył się, poczekał, trzymając uniesioną głowę kamrata, aż Czarny Szczur przestanie drgać. Następnie odnalazł szczudło i, wspierając się na nim, podszedł do skrzyń. Usiadł między nimi, próbując nacieszyć oczy widokiem bogactwa. Niczym wytrawny znawca numizmatyki podnosił to tę, to tamtą monetę, obracał w palcach i oglądał z zachwytem. W komnacie zrobiło się przenikliwie cicho. Fale w jednej chwili przestały dudnić o skały, jakby morze na zewnątrz przestało istnieć. Bill poczuł, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się po wnętrzu. W cieniu przy przeciwległej ścianie dostrzegł ruch. To był człowiek w płaszczu sztormowym. W ręku trzymał trikorn. Ruszył niespiesznie, trzymając się z dala od blasku świec. Przystanął dopiero w miejscu, gdzie znaleźli szkielet Santiago.
Postać schyliła się i podniosła coś z ziemi. Wtedy Bill usłyszał cichy kobiecy śpiew. Od razu rozpoznał głos – to była Nadege. Postać wyszła z cienia. Bill dojrzał, że trzyma czaszkę nieszczęsnego pierwszego oficera Czarnego Delfina. Widmo uniosło czerep i umieściło między wysoko postawionym wyłogiem kołnierza sztormowego płaszcza. Marynarz pobladł. Widmo nałożyło na czerep trikorn. Wtedy stwór podszedł do Billa, który rozpoznał strój – był to czarny płaszcz Forsytha. Z rękawów wychodziły białe dłonie o zielonych przebarwieniach przy paznokciach. Pod płaszczem coś wiło się i skręcało, wprawiając w ruch ciało niczym niezgrabnie prowadzoną marionetkę. Czaszka kołysała się na boki, ale nie spadała. Bill widział w oczodołach ruch – jakiś obły kształt wypełnił czerep. Stwór stanął nad Billem. Szczęka poruszyła się, ale głos dobiegał z wnętrza torsu.
– Bill, stary druhu, przybyłeś po swoją dolę? – przemówił. – Zostałeś ostatni z załogi, lecz ja o tobie nie zapomniałem i dostaniesz to, co ci się należy.
Rude włosy Billa zbielały. Trupia dłoń podniosła jeden z zakrwawionych dublonów, druga chwyciła Billa za policzki. Potężny uścisk zmusił go do otwarcia ust. Stwór włożył w nie dublon. Zimna, oślizgła skóra dotknęła warg Billa, gdy dłoń zatkała mu usta. Potwór czekał do chwili, gdy kuternoga połknął złotą monetę. Głos Nadege wypełnił komnatę.
– Teraz jesteśmy kwita – powiedziała istota i podeszła do krzesła wśród stalagmitów.
Spoczęła na siedzisku jak na tronie. Bill ocknął się z otępiającego przerażenia. Pochwycił szczudło i najszybciej, jak umiał, ruszył w stronę wyjścia, co chwila upadając, gdy drewniana podpora ślizgała się na mokrym kamieniu. Tunel wypełniał śpiew Haitanki. Bill na wpół przytomny dotarł do miejsca, w którym grota była zalana spienioną wodą. Bill puścił szczudło, nie mogąc dłużej znieść pieśni Nadege, i oburącz zasłonił uszy. Stracił równowagę i runął w fale zalewające jaskinię.
“PRZYJACIEL, KTÓRY ZAWSZE POMOŻE W POTRZEBIE”
Bill ocknął się na plaży. Z piachem przyklejonym do twarzy i przemoczonego ubrania. Usiadł. Nieopodal dostrzegł łódź z Delfina wyciągniętą na piach, popchniętą przez poranne fale. Kątem oka widział grotę. Tknięty nieopisanym lękiem, na czworaka zaczął pełznąć w stronę szalupy. Dopadł burty i zaczął wypychać łódź w stronę morza. Korzystając z pomocy fal, pociągnął szalupę dalej w wodę. W końcu wgramolił się do środka. Odszukał wiosła i zaczął wiosłować, ile miał sił w ramionach. Nie zwracał uwagi na kierunek ani na ból w mięśniach. Trwało to do chwili, gdy zapadł zmrok, a on wycieńczony padł nieprzytomny. Kolejnego dnia obudził go deszcz. Spływał po spierzchniętych wargach. Bill przewrócił się na brzuch i, czerpiąc wodę z dna łodzi, pił zachłannie.
Gdy ugasił pragnienie, dostrzegł siedzącą na ławeczce mewę. Kolejne lądowały na łódce. Spojrzał w zachmurzone niebo i dostrzegł stado ptaków kłębiących się nad głową. Nie musiał i nie chciał patrzeć za burtę. Wiedział, że olbrzymi, ciemny kształt jest tuż pod szalupą i ciągnie go gdzieś w nieznane. Bill położył się. Przez dno łodzi słyszał, jak masywne mięśnie pracują pod wodą, a gdy przykładał ucho do desek – powolne bicie olbrzymiego serca. Stwór sunął w odmętach, poruszając wieloma odnóżami, lecz na powierzchni panowała grobowa cisza.
Mewy, początkowo ostrożne, z czasem oswoiły się z Billem. Kolejnego dnia całymi gromadami obsiadły szalupę, a nawet leżącego w niej marynarza. Wtedy też ciało przeszył ból. Czuł, jak flaki mu się przewalają, a brzuch wydyma. Coś przemknęło przez trzewia, raniąc boleśnie wnętrzności. Skulony wył, aż wydalił zakrwawiony, złoty dublon. Gdy męczarnie minęły, odetchnął z ulgą. Podniósł i obejrzał monetę. Mewy w milczeniu obserwowały Billa, kręcąc łbami do chwili, gdy wycieńczony usnął.
Następne dni, mimo głodu i pragnienia, przynosiły kolejne wzdęcia i bolesne wypróżnienia. Po każdym z nich pojawiała się okrwawiona moneta. Bill cierpiał. Błagał, by ból minął, ale po wszystkim uśmiechał się, podnosząc kolejny dublon i wrzucał go do sakwy. Był na skraju wyczerpania. Włożył niemały trud, by otworzyć oczy. Nie było już mew, a szalupa spoczywała na plaży. Dwóch młodzieńców spoglądało na Billa. Gdy tylko dowiedział się, że jest na Jamajce, wręczył im po dwie złote monety i poprosił o pomoc.
Jimi Kotwica czyścił kontuar Pod Rozbitą Lunetą. Było już późno i nie liczył, że ktoś jeszcze mógłby zajrzeć do tawerny. Nie usłyszał gościa, gdyż Johnny Dwa Kikuty zmarł przed trzema dniami, a dzwonek kurzył się na parapecie. Zaalarmował go odgłos drewnianego szczudła. Podniósł wzrok i nie od razu rozpoznał druha, którego niegdyś płomienne włosy teraz były zupełnie białe. Jim wyszedł zza kontuaru, uścisnął przyjaciela i czym prędzej zaryglował drzwi wejściowe. Następnie obaj zasiedli do stołu. Jimi Kotwica nalewał rumu, a Bill opowiadał. A im dłużej mówił, tym Jim wyraźniej dostrzegał obłęd w oczach starego kamrata. Około północy karczmarz, mimo zapewnień Billa, że w grocie czekają tysiące monet w skrzyniach, zaproponował, by ten odpoczął najpierw pod jego dachem, nim po nie wyruszą.
– Billi, nie twierdzę, że łżesz, tylko jeśli są tam, pilnowane przez morskie stwory i upiory, to nie ma mowy, by cokolwiek im się stało. Wrócimy do tego, a ty pozwól, bym mógł cię ugościć.
Kuternoga westchnął tylko i dał się odprowadzić do pokoju.
Nad ranem, zanim jeszcze zaczęło świtać, Jima obudziły jęki dochodzące z pokoju Billa. Zaniepokojony zakradł się i przez dziurkę od klucza zajrzał do sypialni. W blasku świec zauważył, że Bill miota się i kręci w pościeli, trzymając się oburącz za brzuch. Trwało to jakiś czas, aż w końcu jednonożny marynarz zszedł z łóżka, podstawił nocnik, a to, co wypadło z niego, metalicznym dźwiękiem rozbrzmiało w naczyniu. Bill sięgnął do nocnika. Podniósł go za ucho i położył naczynie na kolanie. Z wnętrza wyciągnął zakrwawiony dublon. Następnie z szuflady wyjął sakwę, otworzył ją i jak gdyby nigdy nic wrzucił monetę. Odstawił nocnik na miejsce i położył się spać.
Rano Bill zszedł do szynku, a Jim zapewnił go, że zajmie się wszystkim. Załatwi statek, ludzi i najdalej za dwa dni wyruszą w morze po skarb Forsytha. Tego dnia Bill miał wszystkie dobra tawerny wyłącznie dla siebie, gdyż Jim postanowił zamknąć interes na czas, gdy będzie w porcie. Dziewczyny i rum umilały kuternodze czas tak, że zapomniał na chwilę o grocie, żółwiej wyspie i duchach.
Gdy Bill zbudził się następnego dnia, Jima wciąż nie było. Gruba Sal wytłumaczyła mu, że właściciel pojawił się na krótką chwilę, ale o świcie ruszył do miasta, by załatwić pilne sprawy. Bill czekał na niego do późnej nocy, w końcu znużony udał się na spoczynek.
Nagłe szarpnięcie wyrwało Billa ze snu. Otworzył oczy. Spostrzegł, że ręce i jedyną nogę ma skrępowane. Lina zaś, którą go spętano, została przywiązana do ramy łóżka. Wrzasnął, gdy dostrzegł Jima Kotwicę pracującego przy węzłach. Karczmarz doskoczył do Billa i wepchnął mu w usta prześcieradło. Kuternoga patrzył, jak towarzysz z dawnych lat, bez zbędnej przemowy, rozkłada sprzęt, który Bill już widywał u pokładowych konowałów. Dostrzegł długie noże, piłę i tasak. W pokoju był ktoś jeszcze. Wyszedł z cienia i podszedł do Jima. Był to nikt inny jak Roland, stary medyk o pomarszczonej twarzy i długich patykowatych palcach, którymi właśnie odbierał od Jima pękaty mieszek. Nikt nie znęcał się nad Billem bardziej, niż to było konieczne. Jim z wprawą używał narzędzi, a Roland zadbał, by Bill nie zszedł z padołu. Po odjęciu mu jedynej nogi przyszedł czas na język. Bill już tego nie pamiętał – stracił przytomność. Zmagania trwały całą noc, a nad ranem Roland opuścił tawernę. Jim zaś udał się na zasłużony odpoczynek. Minęły tygodnie, w trakcie których łapiduch odwiedzał pacjenta po zabiegach i doglądał go do czasu, aż był pewny, że życiu Billa nie zagraża niebezpieczeństwo.
Z czasem stara, rozpadająca się tawerna Pod Rozbitą Lunetą zaczęła odzyskiwać dawny blask. Wymieniono dach, w następnych miesiącach okiennice, a wnętrze wyremontowano. Stare ladacznice właściciel zastąpił młodszymi. Jimi zaczął nosić się z klasą. Już nie gotował, do kuchni zatrudniał kucharza o dobrej renomie i barmana. Tawerna z czasem stała się miejscem dla majętnych klientów i zaczęła poważnie na siebie zarabiać.
Jim Kotwica nigdy nikomu nie powtórzył historii opowiedzianej przez Billa. Bo i kto by mu w nią uwierzył. Porzucił też z czasem rozmyślania o skarbie Forsytha. Był zbyt zabobonny, by ryzykować wyprawę ku wybrzeżom Tortugi, choćby te miały złote plaże. Jako przedsiębiorczy człowiek zadowolił się tym, co miał pod ręką, i nie zamierzał podejmować zbędnego ryzyka. Nieraz siadał przy stole w rogu tawerny i pykał z fajki. Wspominał dawne lata, spoglądając na starca z obłędem w oczach, majtającego kikutami przy wejściu. Kaleka szczerzył bezzębne dziąsła, mielił coś niezrozumiale resztą języka, która mu pozostała. Starzec ten machał dzwoneczkiem, obwieszczając, że wszedł następny gość. A Jimi Kotwica dbał o niego, karmił go i pielęgnował, by żył w zdrowiu jak najdłużej.
koniec

Kurier
Kliknij aby rozwinąć
W pomieszczeniu paliło się siedem świec, ustawionych na okrągłym stoliku, wokół którego siedziały postaci w czarnych, długich płaszczach o szerokich kapturach skrywających twarze zebranych.
– Według księgi jest to najlepszy moment – powiedział Vicq, wskazując palcem fragment tekstu na pożółkłych stronach.
– Jesteśmy przygotowani, ale kto poprowadzi… wydarzenie? – zapytał Fancheux, poruszając niewygodny temat.
– Vicq zna księgę na pamięć, jest też najlepiej zaznajomiony w arkanach. Nominuję go na prowadzącego – zaproponowała Vail i uniosła dłoń o paznokciach pomalowanych na czerwono, uśmiechając się złośliwie pod kapturem.
– Jestem za – powiedział Fancheux i również podniósł dłoń.
Wszyscy spojrzeli na czwartego przy stole – Remiego.
– Jak bardzo jest to niebezpieczne? – zapytał, jego dłonie wciąż spoczywały na stoliku.
– Konsekwencje są nie do przewidzenia – powiedział Vicq, spoglądając niechętnie na uniesione ręce.
– Nie ma lepszego kandydata – naciskała Vail.
– Tylko Vicq zna… – zaczął Fancheux.
– Tak, tylko ja – przerwał mu Vicq – ale nie jestem idiotą. Jestem zdecydowany, tak jak i wy, ale wolałbym nie zostawać królikiem doświadczalnym.
– Sprzeciwiasz się woli loży – zapytała ostro Vail.
– Nie. I zrobię, co loża ustali – odpowiedział ostrożnie Vicq. – Jednak na razie nie widzę większości głosów.
Fancheux i Vail znów spojrzeli na Remiego. Ten milczał chwilę. W końcu powiedział:
– Chyba mam inne rozwiązanie.
Trójka zakapturzonych postaci nachyliła się nad świecami, słuchając uważnie, co Remi ma im do powiedzenia.
*
Kvasir spojrzał na betonową konstrukcję. Wyróżniała się wśród biurowców ze szkła i stali. Zauważył, że w budynku, przynajmniej do szóstego piętra, nie było okien. Na automatycznych drzwiach nie odnalazł żadnego logo jedynie ułożony z czarnych liter napis – “Fosforos”.
Wszedł do recepcji, gdzie przywitał go przystojny ochroniarz ubrany w garnitur. Najwyraźniej spodziewał się Kvasira. O nic nie zapytał, nie poprosił o dokumenty, po prostu wskazał windę. Wybrał za kuriera piętro – jedenaste. Kvasir zauważył, że na panelu windy, numeracja zaczynała się od piątki. Pozostałe przyciski oznaczono liczbami dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście oraz czternaście.
Oderwał wzrok od klawiatury i spojrzał pytająco na ochroniarza. Ten uśmiechał się życzliwie, do chwili gdy, drzwi windy się zamknęły. Kvasir bywał już w dziwacznych miejscach, a jego klienci zazwyczaj mieli jakieś tajemnice, inaczej by go nie potrzebowali.
Gdy wysiadł na jedenastym piętrze, czekała już na niego młoda kobieta, która przedstawiła się jako asystentka Remiego Etie. Przeszli do sali, gdzie przeszklona ściana ukazywała panoramę metropolii. Przy innych ustawiono gabloty zapełnione książkami. Na środku znajdował się stolik i dwa skórzane fotele. Kvasir usiadł, podziękował za kawę i z żalem odprowadził asystentkę spojrzeniem, podziwiając zgrabne nogi i krągłe biodra skryte pod opiętą spódnicą.
Zerknął na zegarek – był faktycznie nieco wcześniej, ale nie spodziewał się, że będzie musiał czekać na klienta. Wstał i podszedł do gabloty z książkami. Nie miała drzwiczek, zawiasów, ani niczego, co umożliwiłoby wyciągnięcie stojących w niej pozycji. Kvasir przyjrzał się tytułom. Spodziewał się czegoś w stylu: “Jak inwestować, by nie stać się bankrutem”, “Marketing w biznesie” lub “Sprawne zarządzanie kluczem do sukcesu”. Tymczasem zamiast cienkich poradników w miękkich okładkach, tkwiły tam opasłe tomy w skórzanych oprawach o tytułach w obcych językach.
Drzwi uchyliły się i wszedł wysoki, gładko ogolony, starszy mężczyzna pod krawatem, o staranie zaczesanych siwych włosach.
– Witam, jestem Remi Etie – zaczął od wejścia. – Przepraszam, że musiał pan czekać.
– Nic nie szkodzi. – Kvasir podszedł do fotela, widząc, że Remi usiadł i zaprasza go gestem. – A przy okazji, tytuły tych książek, są w jakichś dziwnych językach. To arabski?
– Tak – potwierdził Remi, przyglądając się gościowi. – Są po arabsku, grecku, łacinie i w wielu innych językach.
– W kraju zabrakło dobrych pisarzy? – zapytał Kvasir, patrząc, jak facet w garniturze zakłada nogę na nogę i styka ze sobą koniuszki palców obu dłoni.
Remi uśmiechnął się i odpowiedział pytaniem:
– Interesuje pana literatura?
– Nieszczególne – odpowiedział Kvasir. – Interesują mnie pieniądze. To, co na nich napisano, jest dla mnie wystarczająco interesującą lekturą.
– Zatem przejdźmy do rzeczy. Proszę powiedzieć jak to działa?
– Pan przekazuje dane, które mam dostarczyć. Podłączam się i skanuję zawartość. Jeśli pliki są bezpieczne, przerzucam je na dysk i pobieram połowę wynagrodzenia. Następnie jadę do odbiorcy, oddaję zawartość i pobieram resztę zapłaty.
– A druga opcja z przekazaniem informacji ustnie? – dopytywał Remi Etie.
– Jak z poprzednią. Z tym, że na miejscu odpalam zawartość dysku. Dzięki czemu zapoznaję się z zapisanymi danymi i przekazuję informacje odbiorcy. Następnie dane są usuwane.
– Czy wiadomość w takim przypadku będzie przekazana bezbłędnie, nawet jeśli, dajmy na to, będzie w języku, którego pan nie zna? – zainteresował się Remi.
– Tak. Nawet jeśli nie rozumiałbym sensu wiadomości, zostanie odczytana bezbłędnie – potwierdził Kvasir.
– Niesamowite! Pozwoli pan, panie Kvasir, że zapytam? Skoro dysk umożliwia błyskawicznie nauczenie się zawartości, to czemu podjął się pan zawodu kuriera? Urządzenie w pańskiej głowie mogłoby zrobić z pana… dajmy na to, poliglotę, co daje spore możliwości.
– Albo mistrza sztuk walki. – Kvasir uśmiechnął się drwiąco. – Problem leży w ludzkim mózgu. Przyjmijmy, że otwieram dane do nauki arabskiego, poznaję język i władam nim biegle, jednak mój umysł zostaje przeładowany natłokiem informacji, doprowadzając do niewydolności. W końcu zacząłbym się gubić w tym, które informacje są tymi wyuczonymi, a które zostały sztucznie zaaplikowane. Przed końcem dnia mieszałbym język ojczysty z arabskim, zapominając w końcu, który z nich tak naprawdę jest mi znany. A następnego ranka zamieniłbym się w bełkoczącego pomyleńca. Nie znam dokładnie zawiłości problemu, jestem tylko kurierem i użytkownikiem, jednak z jakichś przyczyn dyski nie weszły do powszechnego użytku. I dobrze, bo dzięki temu odnalazłem swoją niszę.
– No tak, a co z mniejszymi plikami? – drążył Remi. – Czy takie również mogłyby spowodować uszkodzenia w mózgu?
– Nie tak spektakularne, jak nieskasowany plik większych rozmiarów, jednak zawarte w nim informacje tkwiłyby w mojej podświadomości, robiąc zamieszanie. Gdyby się nawarstwiły, efekt byłby podobny.
– Rozumiem. – Remi pokiwał głową. – Interesuje mnie druga opcja. Wybieram ją z pełną świadomością utraty danych po ich przekazaniu.
– Dobrze. Byłbym zapomniał, podczas transferu danych, użytkownik implantu doznaje szoku w chwili zaaplikowania ich do świadomości. Mogą wystąpić krwawienia z nosa i omdlenia, dobrze by było uprzedzić o tym odbiorcę. Rozumie pan? Ludzie potrafią dziwnie reagować na coś takiego.
– Oczywiście – powiedział Etie i wyciągnął nośnik danych. – Zatem możemy zaczynać?
*
Kvasir był szczęśliwy, mogąc znów znaleźć się na zewnątrz. Ascetyczny budynek z wnętrzem przywodzącym na myśl sen szalonego estety przyprawiał go o dreszcze. Łyknął kilka tabletek na ból głowy. Nigdy nie robił tego przy kliencie, by nie narażać się na dodatkowe pytania. Duszności, zawroty głowy, kołatanie serca, krwawienie z nosa – były codziennością w pracy. Na szczęście miało to być ostatnie zlecenie, potem będzie mógł pozbyć się tego złomu z czaszki. Wytarł chusteczką krew z nosa i zorientował się, że ktoś do niego mówi:
– Potrzebujesz dopalacza?
Gość z długimi, różowymi włosami, patrzył na Kvasira zza ciemnych okularów. Pełno tego typu mętów kręciło się po Frayburgu, a szczególnie w centrum. Szukali klientów wśród zapracowanych biznesmenów, goniących w ciągłym stresie, za sukcesem. Młodych bogów, liczących, że dotrą na szczyt łańcucha pokarmowego przed resztą stawki. Kvasir minął go bez słowa i ruszył w stronę metra.
*
Przesyłka miała dotrzeć przed osiemnastą, do siódmej strefy na Wolfssiedlung. Karta podróżna Kvasira upoważniała do przemieszczania się trasami aż do trzynastej strefy rozrastającej się metropolii. Kurier jednak nigdy nie przekroczył piątej. Ludzie jego pokroju nie mieli tam czego szukać. Frayburg, niegdyś miasto przemysłowe, wyrosło na wydobywaniu i przetwarzaniu surowców. Skupiło w centrum wszystkie fabryki, kopalnie i huty, z osiedlami robotniczymi wokół. Czasy jednak się zmieniły, świat poszedł w cyfryzację i elektronikę. W ciągu dwóch pokoleń dotychczasowy porządek został wywrócony do góry nogami. Nie było już potrzeby wytwarzania, a jedynie usługiwania. Teraz energię uzyskiwano z paneli słonecznych, więc zamknięto kopalnie, a roboty w zmechanizowanych zakładach pracy zastąpiły ludzi. Byli tacy, którzy się dostosowali i ruszyli z nurtem. Była też część, która nie wytrzymywała tempa zmian i prowadziła egzystencję na falach nadpływających co miesiąc zasiłków. W jednej z takich rodzin urodził się Kvasir.
Minął skrzyżowanie. Pogrążony w lekkiej melancholii, spowodowanej kursem, zignorował banery zachęcające do tworzenia lepszego jutra,. Ten miał być ostatni. Po jego wykonaniu będzie miał wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić taryfę i zakotwiczyć się w związku przewoźniczym. Myślami wrócił do pierwszego dnia, gdy zdecydował się na wszczep. Usłyszał wtedy, że usmaży sobie mózg i skończy na ulicy pomiędzy ćpunami. Ale Kvasir był w stanie podjąć ryzyko, wszystko było lepsze od wegetacji w slumsach.
Najpierw wziął się do dilerki. Po dwóch miesiącach intensywnego rozprowadzania było go stać na sprzęt i operację. Pierwsze zlecenie dostał od technika, który władował mu dysk pod czaszkę. A z czasem zaczął działać z polecenia. Klientów nie brakowało. Brał głównie zlecenia od korporacji, które wyrastały w mieście niczym grzyb na ścianie metra. Karierowicze wykradający poufne informacje, bazy danych konkurencji czy projekty – chcieli uniknąć niepotrzebnego ryzyka i woleli nielegalny towar przekazywać za pośrednictwem osoby trzeciej – kuriera.
Trafiały się też sprawy mniejszej wagi. Kvasir, czekając na metro, z uśmiechem na twarzy wspominał jednego ważniaka z wypchanym portfelem, który zażyczył sobie przekazanie ustnie. Plik, który załadował, prawie nic nie ważył. Facet zmieściłby go na dyskietkę. Kvasir jednak nie wnikał w temat. Ruszył z wiadomością pod adres, gdzie powitała go blondynka w różowych szpilkach. Poinformował ją, w jakiej jest sprawie, i odpalił dysk. To były oświadczyny. Całkiem romantycznie tylko, że paniusia zemdlała, gdy zobaczyła czarne strugi krwi spływające po brodzie kuriera. Kobieta wyłożyła się na progu mieszkania, a Kvasirowi zakręciło się w głowie i zwymiotował, obryzgując nogi nieprzytomnej blondynki. Dobrze, że wtedy wziął zapłatę z góry.
W czasie jazdy metrem zamknął oczy, licząc na kilka minut snu. Nocami dręczyły go koszmary, innym razem nie mógł zmrużyć oka przez pięć nocy z rzędu. Zdarzało się, że bełkotał do siebie, a bóle głowy wracały nieustannie. Krwawienia z nosa zdarzały się kilka razy dziennie. Ile jeszcze zleceń, będzie mógł zrobić, w takim stanie? Osiem, może dziesięć, zanim przepali sobie wszystkie obwody. Z żalem myślał o porzuceniu lukratywnego zajęcia, jednak ciało dawało mu znaki, których nie mógł dłużej ignorować. Wypada z biznesu, ostatni kurs i koniec.
Wysiadł na peronie strefy siódmej. Opuścił stację, wchodząc wprost do urzeczywistnionego snu, który śniły tysiące mieszkańców metropolii. Rezydenci przedmieścia odseparowani od centrum czystymi ulicami, zielonymi parkami, pięknymi domami i oczywiście zaporowymi cenami, żyli w raju, na który Kvasira nigdy nie będzie stać. Drzwi do tego raju otwierał tylko jeden klucz – pieniądze. Kvasir zapoznał się z mapą strefy, umieszczoną przed stacją metra i ruszył szybkim krokiem w stronę Wolfssiedlung.
Na miejscu wszedł między wille otoczone wymyślnie zdobionymi ogrodzeniami. Tę należącą do odbiorcy odnalazł na końcu osiedla. Kvasir stanął przed bramą z kamiennym portalem, ozdobionym po obu stronach aniołami, wyciągającymi miecze w stronę wchodzącego. Nie dostrzegł niczego, co umożliwiłoby mu przedostanie się na drugą stronę. Po chwili zwrócił uwagę na ruch kamery, łapiącej go w obiektyw. Nie mając lepszego pomysłu, pomachał, czując się nieco głupio. Skrzydła bramy zgrzytnęły. Kvasir wszedł na oświetloną lampionami, brukowaną ścieżkę, prowadzącą do posiadłości w stylu wiktoriańskim. A następnie schodami na taras. Podszedł do drzwi i zapukał. Po chwili, stanął w nich niski mężczyzna o bujnym zaroście i krótko przyciętych czarnych włosach, oprószonych siwizną.
– Witaj, Kvasir – przywitał go uśmiechając się. Prezentował przy tym duże, brązowo-żółte zęby, przywodzące na myśl starą protezę.
– Mam wiadomość do przekazania pod tym adresem, możemy zaczynać? – zapytał Kvasir mając nadzieję na szybkie załatwienie zlecenia.
– Obawiam się, że nie. To co masz do przekazania nie jest przeznaczone wyłącznie dla moich uszu. Zapraszam do środka, przedstawię pozostałych adresatów wiadomości. – Gospodarz uchylił drzwi i zrobił kurierowi miejsce, kiwając zachęcająco głową.
Kvasir wszedł do holu z antresolą, na którą prowadziły łukiem schody po obu stronach pomieszczenia. Gospodarz pokierował kuriera do salonu. Tam pod zewnętrzną ścianą, tuż obok drzwi prowadzących do ogrodu, znajdowała się obszerna, obita czerwonym atłasem sofa. Siedziała na niej kobieta po pięćdziesiątce w sukni z rozcięciem sięgającym uda. Patrzyła na Kvasira spod grubej warstwy tuszu na długich rzęsach. Czerwone, zdecydowanie za szerokie usta rozciągała w drwiącym uśmiechu.
– To jest pani Vail Leclair – gospodarz przedstawił kobietę i wskazał łysego mężczyznę o obfitych bokobrodach, siedzącego w fotelu między kominkiem a biblioteczką. – A to Vicq Chachere.
Chachere spojrzał na Kvasira znad książki, środkowym palcem poprawił okulary i wrócił do lektury.
– Ja nazywam się… – ciągnął gospodarz.
– Nie bardzo mnie interesuje jak się nazywasz – przerwał mu Kvasir spoglądając na zegarek. – Czy mogę przekazać wiadomość?
– O-ho, ależ niecierpliwy młodzieniec – oceniła Vail potrząsając pantofelkiem zwisającym na palcach stopy.
– Pani wybaczy, nie płacą mi za godziny, lecz od zlecenia – wyjaśnił Kvasir.
– Obawiam się, że w tych okolicznościach pańska wiadomość będzie nieprzydatna – powiedział z przesadnie zmartwioną miną gospodarz. – Więc może pan odejść nie fatygując się jej przekazywaniem.
– Nie ma sprawy, mnie to obojętne. Pozostaje jednak jeszcze kwestia zapłaty – zauważył Kvasir.
– Nieładnie Fachenux, chyba nie zapomniałeś o wynagrodzeniu dla naszego posłańca? – skarciła gospodarza Vail, przyglądając się drapieżnie Kvasirowi.
– Otóż nie zapomniałem.
Fachenux podszedł do szklanego stolika stojącego przed kanapą, wyciągnął gruby plik zwiniętych banknotów. Uśmiechając się, oblizał palec wskazujący i odliczył sumę za zlecenie. Położył ją na przeźroczystym blacie, tuż obok równo rozsypanych czterech ścieżek białego proszku i szklanych rurek. Kobieta pochwyciła spojrzenie Kvasira.
– Ach, gdzie się podziała nasza uprzejmość Fachenux, ale gafa. Proszę się częstować – Wypowiadając ostatnie słowo, Vail zatrzymała język dłużej na górnej wardze.
– Nie, dziękuję, jestem na diecie. – Kvasir zrobił krok w stronę stolika, by zgarnąć zapłatę, lecz gospodarz zatrzymał go gestem, podnosząc oblizany palec.
– To jest już twoje. – Wskazał na banknoty. – A to może być twoje.
Fachenux rzucił gruby plik pieniędzy obok tych przygotowanych dla Kvasira. Na pierwszy rzut oka, było widać, że to przynajmniej drugie tyle, ile kosztował cały kurs.
– No no, kupa szmalu. – Kobieta nachyliła się nad stołem, prezentując w głębokim dekolcie ładne piersi.
– A co miałbym zrobić, żeby były moje? – zapytał Kvasir.
– Przekazać nam wiadomość, gdy będziemy gotowi – powiedział Fachenux.
– To wszystko – potwierdziła Vail opadając na oparcie kanapy.
– A ty nic nie powiesz? – Kvasir spojrzał na łysego z nosem w książce.
– Pecuniae imperare non servire oportet* – odpowiedział niespodziewanie łysy unosząc głowę znad książki.
Kvasir spojrzał pytająco na pozostałych. Tamci uśmiechali się spoglądając na niego, zbyt nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami.
– Dobra, ile to jeszcze potrwa? – zapytał Kvasir, podchodząc do stolika i zabierając pieniądze.
– Pecunia nervus rerum* – zawołał ucieszony Fachenux i klasnął w dłonie.
– Już niedługo – powiedział Vicq Chachere zamykając książkę. – Myślę, że możemy zaczynać, skoro wszystko mamy ustalone.
*
Przeszli na piętro, wchodząc schodami na antresolę. Następnie korytarzem do czerwonych drzwi.
– Co jest w środku? – zapytał Kvasir.
Vail ściągnęła fular z szyi Vicqa i powiedziała:
– Coś fantastycznego. A teraz kochany, obawiam się, że będziemy musieli zasłonić ci oczy.
– Chwileczkę – zaoponował Kvasir. – Kolejne dziwactwa? Chyba nie sądzicie, że wejdę z wami do tego pomieszczenia z zawiązanymi oczyma?
– Niestety to, co jest w środku, nie jest przeznaczone dla osób postronnych – powiedział Fancheux. – Zapewniam cię, że tak będzie dla ciebie lepiej. Oczywiście jeśli ci to nie odpowiada, możesz jeszcze zrezygnować.
Kvasir wsadził rękę do kieszeni spodni. Dotknął banknotów.
– Dobra, ale jeśli coś będzie nie tak, skasuję dane, jasne?
– Całkowicie – powiedział Vicq.
– Petunia nervus rerum* – podsumowała Vail, uśmiechając się drapieżnie.
Fular nie był mocno zaciśnięty, ale Vail zadbała o to, by Kvasir nic nie widział. Drzwi otwarły się, i kurier momentalnie poczuł zapach palonego kadzidła. Vail wzięła go za dłoń i wprowadziła do środka, szepcząc:
– Poczekaj chwilę kochaniutki, zaraz będziemy gotowi.
W środku panował zaduch. Kvasir wyraźnie czuł ciepło świec i zapach stopionego wosku. Przez chwilę słyszał, jak reszta krząta się po pomieszczeniu. Odniósł dziwne wrażenie, że w pokoju już ktoś był, zanim weszli. W końcu zapadła cisza, w której można było wyczuć narastające podniecenie. Kvasir usłyszał przyspieszone oddechy i cichy głos Vail. Recytowała coś, czego Kvasir nie rozumiał. Po chwili dołączył do niej Fancheuxa i trzeci męski głos, który wydawał się Kvasirowi znajomy.
– Teraz – wyszeptał do ucha Kvasira Vicq.
Kvasir odpalił dysk, następnie zaaplikował dane. Poczuł ostry ból, gdy te przepłynęły do jego umysłu. To był tekst, którego nie rozumiał.
– Teraz! – powtórzył ostro Vicq.
Kvasir otworzył usta i słowa wypadały z niego, jakby czekały od dawna, aż będą mogły zostać wypowiedziane. Opanował go nagły lęk. Kvasirowi przeszło przez myśl: “Przestań!”. Jednak nie mógł już zatrzymać wylewającego się potoku słów. Zrobiło się gorąco. Przez fular zaczęło przebijać jaskrawe, niemal oślepiające światło. Poczuł bijący żar. Zaczął się pocić. Nagły ból przeszył jego ciało. Coś wdzierało się w Kvasira przemocą, wnikając przez skórę, ciało coraz głębiej. W końcu wykrzyczał ostatnie zdanie i poczuł krew, nie tylko płynącą z nosa na usta, ale również z uszu, ściekającą po szyi. Zebrani w pomieszczeniu wciąż szeptali. Kvasir poczuł suchość w ustach i mrowienie w palcach obu dłoni. Ogarnęło go przemożne zmęczenie. Nogi z trudem utrzymywały ciężar ciała. Wzbierała w nim rozpacz, gdyż wiedział, że coś gwałtem weszło w niego, coś co lśniło i zalewało go falami ciepła.
Drżącą dłonią sięgnął do przepaski. Wsadził kciuk pod fular i przesunął go na czoło. Vail, Vicq, Fachenux i Remi Etie, stali wokół niego. Ciepłe powietrze falowało niczym w upalny dzień od nagrzanego asfaltu. Przez nie dostrzegł czerwony korpus o długich ramionach i głowie przypominającej zwinięty pąk kwiatu. Smukłe kończyny wyciągnęły się powoli w stronę kuriera nabierając coraz bardziej realnego kształtu, jakby przechodziły przez kolejne warstwy niewidocznej bariery, dzielącej Kvasira od… “Czego?” – pomyślał. Dłonie o cienkich, niczym pędy, powykręcanych palcach poruszały się w różnych kierunkach szukając… „Czego?” – kolejna myśl pojawiła się w głowie Kvasira. Wtedy istota drgnęła, korpus przesunął się w stronę kuriera. Pąk rozwinął się z sykiem rozkładając na boki trzy mięsiste płaty pełne rzędów małych niczym igły zębów.
– Albo kogo – wymamrotał.
Między kolczastymi płatkami dojrzał falisty pulsujący kształt, który przebił niewidoczną barierę, wijąc się i skręcając podpełzł do twarzy Kvasira. Vicq wrzasnął coś i sypnął niebieskim proszkiem w falujące powietrze. Blask i ciepło wraz z całą przerażająca wizją zniknęły. Kvasir padł na podłogę. Leżał ciężko dysząc, nie mogąc się poruszyć. Poza jego ciężkim oddechem w pomieszczeniu panowała całkowita cisza. W końcu przerwał ją Remi:
– Wszyscy są cali?
– Vicq to było niesamowite – wydyszała Vail, podniecona do granic możliwości.
– Doprawdy dokonaliśmy czegoś niezwykłego. – Fancheux poklepał po ramieniu Remiego.
– A to dopiero pierwszy krok. – Uśmiechnął się Vicq, gdy Remi i Fancheux ściskali mu dłoń.
– Vicq czy jesteśmy bezpieczni? – zaniepokoiła się Vail.
– Oczywiście, istota została odesłana. Według Kitab Almuraqibun jedynie wypowiadający inkantacje przywołania naraża się na bezpośrednie splątanie. Dlatego zaleca się, by tylko doświadczeni użytkownicy arkanów, pełnili tę funkcję.
Vicq spojrzał na leżącego Kvasira. Wszyscy zebrali się wokół niego.
– Co z nim zrobimy? – zapytała Vail, przyglądając się Kvasirowi, jak rozdeptanej myszy.
– Ja się tym zajmę – powiedział Remi Etie, zsuwając fular na oczy Kvasira.
Kvasira obudził deszcz, kapiący na twarz. Otworzył oczy, spoglądając na ciemne chmury, przesuwające się po niebie. Głowę przeszywał mu ból, jakiego dotąd nie znał. Ręką sięgnął do kieszeni. Pieniądze były na miejscu. W drugiej kieszeni natrafił na pudełko z lekami. Wyciągnął je i wysypał do ust kilka tabletek. Pogryzł dokładnie lekarstwa i powoli zaczął połykać. Leżał jeszcze przez chwilę, czując jak deszcz spływa po twarzy, bojąc się poruszyć. Ból stępiał. Kvasir podniósł się powoli i otarł dłonią twarz. Wyszedł chwiejnym krokiem z zaułka. Zorientował się, że jest w centrum. Ruszył w stronę domu.
W mieszkaniu rozebrał się do naga i wszedł do sypialni. Padł na łóżko. Przykrył się kołdrą i usnął. Obudził się nagle w środku nocy. Oddychał ciężko. Czuł, że prześcieradło jest mokre od potu. Śnił, że wypowiada słowa. Te same przeklęte słowa, które zaaplikował z dysku. “Dane z dysku!” – pomyślał leżąc w ciemnej sypialni. W ogarniającej go panice sięgnął ręką za prawe ucho. Wymacał interfejs, a za nim przycisk do usuwania danych. Wcisnął go.
Leżał patrząc w sufit. “Nie wypowiedziałem ich” pomyślał. “To był tylko sen”. Usłyszał dźwięk przypominający trzaskające stawy. Dochodził zza uchylonych drzwi sypialni. Poczuł jak łzy zaczynają spływać po policzkach.
– Przecież ich nie powiedziałem – wymamrotał w ciemnościach.
Usłyszał ciche skrzypnięcie i drzwi uchyliły się.
– Pomyślałem je, musiałem o nich myśleć, ale na pewno ich nie powiedziałem – załkał, w pięściach kurczowo ściskając pościel.
Zacisnął zęby i przesunął powoli głowę w stronę otwartych drzwi. Światło księżyca, wpadające przez okno, oświetlało korpus o długich ramionach. Pąk w miejscu głowy stwora rozwijał się z cichym sykiem.
– Nie powiedziałem – wyszeptał Kvasir.
* Pieniądzom należy rozkazywać, a nie służyć
* Pieniądz jest siłą napędową świata
koniec

Ciemny las: Emma i Lily
Kliknij aby rozwinąć
Wtedy
Emma leżała na łóżku, obserwując pokój. Spędziła w nim większość życia. Trafiła do domu dla trudnej młodzieży z sierocińca, w którym nikt nie miał zamiaru użerać się z Emm. Internat był alternatywą dla dzieci, które były o krok od poprawczaka. To tu spędziła najgorsze i najlepsze chwile. Nienawidziła małego pokoju, do chwili gdy dotarło do niej, że niedługo skończy osiemnaście lat i na zawsze opuści internat.
Dochodziła północ, a Emm badała każdy fragment pokoju. Na drugim łóżku, pod przeciwległą ścianą, leżała Lily. Ostatnia współlokatorka i jedyna, z którą zdołała się zaprzyjaźnić. Przeważnie po zgaszeniu świateł zsuwały łóżka i wygłupiały się lub rozmawiały do późna. Ale tej nocy Lily spała osobno. Emma wstała, związała długie, jasne włosy gumką i wyciągnęła z szuflady paczkę papierosów. Podeszła do Lily.
– Śpisz? – zapytała, by się upewnić.
Przykucnęła i pogłaskała krótkie, czarne włosy. Lily, gdy dowiedziała się, że Emma niedługo opuści internat, była załamana i okazywała to w dość specyficzny sposób. Nie odstępowała Emm na krok, dopytywała o jej plany. Zapewniała, że za dwa lata też wyjdzie z internatu, a wtedy odnajdzie Emm. Do tego czasu mogą pisać do siebie kartki, rozmawiać przez telefon. Była namolna i ckliwa. Emma nie mogła znieść tej nagłej przemiany i zapewniła Lily, że zapomną o sobie, nim minie rok. Nie powiedziała tego, by zranić przyjaciółkę, ale dlatego, że w istocie była przekonana, że tak właśnie będzie.
Czarna skóra Lily lśniła w blasku księżyca. Emma lubiła na nią patrzeć, gdy leżały pod kołdrą, paląc papierosy i dyskutując. Może nawet bardziej, niż Lily mogła przypuszczać. Teraz nie miało to już większego znaczenia.
Ciemne chmury zasłoniły niebo i współlokatorka zniknęła w mroku. Emma podeszła do uchylonego okna i spojrzała na kłębiące się obłoki. Zapaliła papierosa i splunęła. Patrzyła chwilę, jak ślina spada, mijając kolejne piętra, i rozbija się o dach samochodu wychowawcy. Bez Lily ta zabawa całkowicie straciła sens. Emma całą uwagę skupiła na niebie.
Gdzieś w okolicy parku obłoki wirowały niczym wata cukrowa w maszynie. Emma zauważyła, że chmury rozchodzą się nad drzewami, tworząc dziurę, w której dostrzegła ciemny, lejkowaty kształt. To nie było zjawisko pogodowe, raczej coś fizycznego, żywego. Przypominało odwłok z wysuniętym żądłem. Z jego końca spłynął na park biały obłok. Drzewa zniknęły w mlecznym opadzie, a za nimi ulice, samochody i budynki.
Emma patrzyła, jak miasto zalewa mgła, kawałek po kawałku. Niczym śnieżna lawina osuwająca się z nieba, pochłaniała wszystko na swojej drodze, nieubłaganie brnąc w stronę internatu, lśniąc złotymi drobinkami unoszonymi przez obłok. Mgła otoczyła budynek, wprzód pochłaniając parking. Emma patrzyła, jak pnie się coraz wyżej, kolejne piętra zkniają. Wyrzuciła niedopałek i zamknęła okno. Po chwili świat za szybą wypełniła biel, migająca złotymi punkcikami.
Teraz
– Czekaj! – zawołała Lily.
– Cicho – syknęła Emma, stanęła przy schodach.
Słowa odbiły się echem od ścian ciemnego korytarza. Emma spojrzała w dół klatki schodowej.
– Jestem taka słaba. Nie dam rady, Emm.
– Po prostu się zamknij. – Emma spojrzała na twarz przyjaciółki, czarna, lśniąca skóra była teraz wyblakła i matowa. – Myślisz, że ja nie jestem głodna? Ale musimy wytrzymać. Daj mi latarkę.
Emma podeszła do barierki i oświetliła kolejne piętra.
– Kurwa.
– Co się stało?
– Mgła jest na parterze i pierwszym piętrze.
– I?
– Lily, proszę, kojarz fakty.
– Nie masz pewności, że to przez mgłę.
– Lepiej siedź cicho, jak masz pieprzyć głupoty.
Lily zsunęła się plecami po ścianie, schowała głowę między kolana i jęknęła:
– Nie dam rady.
Emma przykucnęła i pogłaskała ją delikatnie.
– Hej, przepraszam. Damy radę i powiem ci, co zrobimy. Na drugim piętrze, w sali Hermana, jest składzik, stamtąd przynosił maski, pamiętasz?
Lily podniosła głowę, w jej migdałowych oczach pojawiła się nadzieja.
– Zejdziemy tam po cichutku, założymy maski i zwiewamy z tej trupiarni. Dobrze?
– Tak. – Lily uśmiechnęła się, gdy Emm wytarła łzę z jej policzka.
– A po drodze zahaczymy o kuchnię.
– Dobrze.
– Uszy do góry, mała, z głodu jeszcze się nikt nie zesrał.
Obie parsknęły, ale zaraz umilkły. Gdzieś w głębi ciemnego korytarza skrzypnęły uchylane drzwi.
– Wychodzą. Lily, szybko.
Emma podała przyjaciółce rękę i razem zbiegły po schodach.
Wtedy
Emma patrzyła na zgrabną sylwetkę Lily. Czarna skóra kontrastowała z białymi majtkami i podkoszulkiem.
– Posłuchaj, Lil, nie mówiłam poważnie.
– Ale tak to brzmiało.
– Wiem, ale prawda jest taka, że nie znam innego świata poza internatem i chyba trochę się boję.
Lily usiadła obok Emmy na łóżku.
– Nie boisz się grubej Berty, a masz stracha przed opuszczeniem ośrodka?
– Widzisz, chyba nie jestem tak twarda, jak się wszystkim wydaje.
– Coś kręcisz, o co tak naprawdę chodzi?
Emma spojrzała na mgłę unoszącą się za oknem.
– Chyba chciałabym spędzić trochę więcej czasu we dwie.
– Co proponujesz?
– Urwijmy się dzisiaj z zajęć.
Na korytarzu wychowawca zaczął walić w drzwi.
– Za piętnaście minut macie wszystkie być w sali treningowej! – darł się po wojskowemu.
Lily szturchnęła barkiem Emm.
– No, blondi, to będzie świetnie spędzony czas, tylko ty, ja i szorowanie kibli. Ale jeśli chcesz…
Emma uśmiechnęła się do przyjaciółki, wpatrzona w onyksowe oczy. Poczuła ciepło w brzuchu, przyjemny dreszcz, gdy udo Lil dotykało jej uda. Czerwone, pełne usta współlokatorki były lekko otwarte, zachęcające – w kącikach ust krył się prowokacyjny uśmiech.
Usłyszały walenie do drzwi.
– Czy wszystkie słyszały? Piętnaście minut!
Lily odwróciła głowę. Emm poczuła ulgę i dławiącą gorycz.
– Słyszałyśmy, pieprzony faszysto! – krzyknęła.
– Teraz to już pewne, że skończymy na szorowaniu sedesów.
Emma wzruszyła ramionami, uśmiechanięta, mimo straconej szansy.
Teraz
Latarka zamrugała, gdy zbiegały na półpiętro. Emma walnęła nią dwa razy w udo i skierowała promień na schody. Zeszły ostrożnie. Korytarz był ciemny i pusty. Emma spróbowała włączyć światło.
– Pewnie wybiło korki – powiedziała, oświetliła drogę na pierwsze piętro.
Mgła stała już w połowie schodów, nie przepuszczała światła latarki. Złote drobinki osadzały się na ścianie i stopniach. Niższe kondygnacje wyglądały jak zalane mlekiem.
– Emm? – Lily złapała ją za rękę.
Ruszyły korytarzem. Mijały kolejne sale. Panowała całkowita cisza, w której każdy szelest zdawał się nieść echem. Z trzeciego piętra dochodziły ciche odgłosy, kroków pensjonariuszek snujących się korytarzem.
Stanęły przed drzwiami oznaczonymi numerem osiem. Emma nacisnęła klamkę i uchyliła je ostrożnie. Stoliki ustawione w rzędach były puste. Dziewczyny na palcach weszły do środka. Strumień światła latarki prześlizgnął się po starych regałach z podręcznikami i parapetach ze zwiędłymi paprotkami, ulubionymi roślinami Hermana, nauczyciela wychowania fizycznego i przysposobienia obronnego. Po drugiej stronie sali stało szerokie biurko, za nim wisiały na ścianie dwie tablice z przygotowanym tematem zajęć, które już nigdy nie będą przerobione. Nieco po prawej zobaczyły drzwi do składziku i pokoju wychowawcy. Ruszyły, trzymając się ściany. Między stolikami a biurkiem Lily przystawiła pięść do ust, żeby zdławić jęk, ścisnęła dłoń Emmy i szarpnęła.
– Co?
Lily wyciągnęła rękę i wskazała palcem postać siedzącą na krześle pod oknem. Emma powoli skierowała światło latarki najpierw na nogi o masywnych, owłosionych łydkach. Następnie na obwisły brzuch, spod którego zwisał mięsisty penis. Piersi mężczyzny o czarnych kędziorach rozlały się na szerokiej klatce piersiowej, na której widniały czerwone plamy z nabrzmiałą skórą wokół nich. Ręce trzymał na kolanach, a łysa głowa opierała się brodą o tors.
– To Herman? – szepnęła Lily.
– Tak. Pieprzony spaślak.
– Czy on nie żyje?
– Nie wiem. Może.
– Czemu się rozebrał?
– Nie całkiem, zostawił buty i skarpetki. – Emma oświetliła czarne lakierki włożone na białe podkolanówki.
– Emm, chodźmy stąd.
– Ale najpierw maski.
Wtedy
Apel zwołano w sali gimnastycznej. Dziewczyny ustawiono na trybunie. Dyrektorka z sali zakomunikowała:
– Wszystkie zajęcia na zewnątrz zostają odwołane ze względu na pogodę. Dyrekcja czeka na oficjalne informacje, do tego czasu wszyscy mają zakaz opuszczania internatu.
– Szkoda, że nie ogłosili tego, zanim nas wypuścili w tę pieprzoną mgłę – powiedziała któraś z dziewczyn stojących za Emm i Lily.
– Hermanowi podobno się dostało za poranną rozgrzewkę – szepnęła Lily.
Emma nie odpowiedziała, patrzyła na czerwoną plamę na karku jednej z dziewczyn stojących przed nią.
*
W stołówce panowała cisza jak nigdy. Jedynie Lily gadała jak zwykle.
– Spójrz na grubą Bertę. Pierwszy raz widzę, żeby nie jadła. Chyba jej nie posłużyły dzisiejsze ćwiczenia. Jak myślisz, Emm? Co kieruje rodzicami takich osób? Rodzi im się szpetna, gruba córka, a oni dają jej na imię Berta. Zupełnie, jakby chcieli jej dowalić. “Słuchaj, kochanie, mamy szpetne, grube dziecko, i tak nic z niej nie będzie, to może dajmy jej jakieś kretyńskie imię i zobaczymy, co się stanie”.
– Podobno wszystkie niemowlęta są ładne – powiedziała zamyślona Emma.
– Co ty pieprzysz, widziałam niemowlęta wyglądające jak z filmów Kronenberga.
– Może masz rację i nie wszystkie są ładne.
– Emm, co ci jest?
– Spójrz na nie.
– Patrzę i…?
– Żadna nic nie je.
Teraz
Składzik był ciasny, większą część zajmowały półki ze starym sprzętem wojskowym, trochę piłek lekarskich i do koszykówki. Pod ścianą stało małe biurko z krzesłem. Emma bez trudu znalazła maski i filtry.
– Lil, chodź tu.
– Chwileczkę.
Lily zgarnęła paczkę papierosów z biurka i zaczęła przeszukiwać szuflady.
– Lil! – warknęła Emma.
– Wiedziałam – powiedziała i wyciągnęła z jednej z szuflad do połowy wypitą butelkę bourbona. – Wiedziałam, zawsze mówiłam, że Hermanowi capi gorzałą z mordy.
– Chodź tu, trzeba je założyć.
Lily podeszła, chowając butelkę do plecaka. Emma wymieniła filtry i pomogła współlokatorce założyć maskę gazową.
– Wezmę jedną zapasową – powiedziała. – Ty też jedną schowaj do plecaka…
Z sali doszło do nich przeciągłe charczenie. Spojrzały na uchylone drzwi. Krzesło zaszurało o podłogę. Usłyszały kroki, a po chwili ciężki oddech. Emma zgasiła latarkę i w ciemności założyła maskę. Odnalazła dłoń Lily i razem podeszły do uchylonych drzwi składziku.
Herman stał z szeroko rozstawionymi nogami. Ręce oparł o blat biurka – coś wyleciało z krocza wychowawcy, uderzyło o podłogę i rozbryzgało się, ochlapując lakierki. Między nogami Herman, dostrzegły dwie długie nitki, a za nimi owadzią głowę o masywnych żuwaczkach. Czułki badały przestrzeń, gdy wychowawca zacharczał donośnie, a następnie jęknął. Pomiędzy udami pojawił się obły, wijący kształt. Zawisł, skręcając się, haczykowate odnóża bezskutecznie szukały oparcia, gdy pękate ciało wychodziło z Hermana centymetr po centymetrze. Biodra mężczyzny zadrżały. Zacharczał przeciągle i larwa wypadła, grzbietem na podłogę. Robak przekręcił się na brzuch. Zachrobotał odnóżami, gdy ruszył ku nodze Hermana.
Emma nie mogła odwrócić wzroku, czuła, jak serce łomocze, a pot spływa z czoła na policzki. Słyszała, jak Lily tłumi pisk, ściskając jej dłoń tak, jakby chciała złamać Emm wszystkie palce.
Robak wpełzł po owłosionej łydce, raniąc nogę odnóżami. Stawał co chwilę, badając czułkami powierzchnię, by po chwili znów ruszyć wzdłuż ciała wychowawcy. Przeszedł po pośladkach na plecy i zatrzymał się przy ramieniu. Herman sięgnął prawą ręką do larwy. Delikatnie dotknął robaka, jakby chciał się upewnić, czy wszystko z nim w porządku. Chwiejnym krokiem ruszył do krzesła pod oknem. Przez chwilę łapał równowagę, gdy podeszwy butów zaczęły się ślizgać na tym, co wyleciało z krocza. Usiadł ciężko na krześle. Larwa przeszła między obwisłymi piersiami i znieruchomiała na opasłym brzuchu. Herman objął biały, obły kształt rękoma i pochylił się, żeby osłonić larwę własnym ciałem.
Emma szarpnęła Lily i wybiegły ze składziku. Przemknęły tak jak poprzednio, pod ścianą, w kierunku drzwi sali. Emma przepuściła przodem Lily i spojrzała na wychowawcę. Herman siedział wyprostowany, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Larwa wpełzła na ramię wychowawcy, gdy mężczyzna zaczął się ociężale podnosić z krzesła.
Wtedy
Lauren weszła do pokoju, pchając przed sobą wózek z jedzeniem. Jak zawsze jasnoczerwona szminka odcinała się od jej czarnej skóry, a włosy zaplecione w warkocze schowała pod niebieskim czepkiem.
– Jak się czujecie, dziewczyny? – zapytała.
– Jak więźniarki – powiedziała Emma, nie wstając z łóżka.
– I to z długoletnimi wyrokami – dodała Lily, usiadła obok współlokatorki.
– Co wy tam wiecie o więzieniu? – Lauren machnęła ręką.
Dziewczyny wiedziały, że stara kucharka wychowała się w internacie oraz o jej kryminalnej przeszłości.
Emma podniosła się na łokciach i podała papierosa Lily.
– Gdybyście trafiły do więzienia, błagałybyście o powrót do ośrodka. Wasze życie tutaj to letni obóz w porównaniu z pierdlem. – Lauren położyła tacę z jedzeniem na szafce. – Poratujcie szlugiem.
Lily rzuciła jej paczkę.
– Jak wygląda sytuacja? – zapytała Emma.
Lauren wyciągnęła papierosa, odłożyła paczkę na jedną z tacek i zamknęła drzwi pokoju. Usiadła na łóżku Lily, przejechała językiem po zębach i zapaliła.
– Kiepsko.
– No, co ty nie powiesz – parsknęła Lily.
– Zamknij się. – Emma trąciła ją w bok. – Mów i nie zwracaj uwagi na tę czarną kretynkę.
– Część dziewczyn odwieźli do szpitala, ale kierowca już nie wrócił. Kilku wychowawców została zwolniona do domów. Została dyrektorka i Herman. Na kuchni ja i Joe.
– A jak inne dziewczyny? – zapytała Lily.
– Większość chora. Poza waszym pokojem jeszcze w trzech są zdrowe dziewczyny.
– Jak w czasie pandemii. – Lily zaciągnęła się i podała papierosa Emmie.
– Nie. To nie to samo. Na ulicach nie ma żywej duszy. Tylko ta mgła i cisza. Żadnych zwierząt, ptaków, nic. Dobrze śpicie w nocy? – Lauren patrzyła w okno, za którym w bieli lśniły złote drobiny.
Lily i Emma popatrzyły na siebie.
– Telewizja wczoraj przestała nadawać – podjęła Lauren. – Nikt nie wie, co się dzieje. Gdzie są służby, policja, wojsko. To wszystko nie ma sensu. – Stara kucharka cmoknęła i oblizała usta. – Ale najgorzej jest w nocy. Na korytarzu słychać kroki. Klamka w moim pokoju kilka razy się poruszała. I to charczenie.
– Charczenie? – zapytała Lily.
– Nie wychodziłyście z pokoju?
– Nie – powiedziała Emma.
– To dobrze. Nie odwiedzajcie innych dziewczyn i zablokujcie drzwi. – Lauren wstała, podeszła do wózka i podniosła obrus, na półce przy kółkach leżało trochę konserw. – To dla was, powinno wystarczyć na kilka dni. I kto wie, może za chwilę to wszystko się skończy. Ale ja mam dość, spieprzam z tego pierdolnika. A gdybyście mnie zapytały, to poradziłabym wam zrobić tak samo.
Lauren zgasiła papierosa w palcach, wykruszyła żarzący się tytoń i przydepnęła podeszwą tenisówki. Wstała i chwyciła klamkę.
– Powodzenia, dziewczyny – powiedziała w drzwiach.
*
– Poważnie? – Lily przewróciła oczami, gdy Emma dosunęła łóżko do drzwi.
– Nie wiem, czy załapałaś, ale zostałyśmy tu same.
– A Herman i dyrektorka?
– A kiedy ich ostatnio widziałaś? Kiedy ostatnio Herman chodził po korytarzu?
– Może też jest chory. – Lily wzruszyła ramionami.
– Właśnie, możliwe, że tylko my jesteśmy zdrowe. Wolę, żeby tak zostało. – Emma przywiązała jeden koniec paska do klamki, a drugi do ramy łóżka.
– Wiesz, za co Lauren siedziała?
– Nie.
– Za crack. To stara ćpunka. Kiedyś opowiedziała mi, że w piwnicy widziała twarz Chrystusa w kartoflach. Ma przejarany mózg. Za chwilę wszystko się uspokoi, tak jak było przy covidzie.
– Może, ale łóżko zostaje tu, gdzie jest.
– Jak chcesz, ale śpisz sama, nie mam zamiaru z powodu historii starej ćpunki spać przy drzwiach – powiedziała Lily.
*
Emma długo nie mogła zasnąć. Paliła, patrząc w biały obłok za oknem. Usiadła na łóżku. Coś się działo na korytarzu. Najpierw skrzypienie otwieranych drzwi. Odgłos kroków. Emma spojrzała na Lily – spała twardo. Rozległo się pukanie. Emma podeszła na łóżku do zamka i przystawiła ucho do dziurki od klucza.
– Źle się czuję. Otwórz, proszę.
Głos był dziwnie mechaniczny, charczący, nieludzki. Emma usłyszała szuranie. Cisza. Skrzypienie drzwi.
– Nie!!!
Wrzask był krótki, gwałtownie urwany. Trzask przewracanych mebli. Krzyk i cisza.
Klamka poruszyła się nagle. Emma złapała ją oburącz. Usłyszała charczenie, a po chwili pukanie. Spojrzała na śpiącą Lily.
– Emma? To ja, Berta.
Głos znienawidzonej dziewczyny przypominał nagranie lub ptaka naśladującego ludzką mowę.
– Idź spać, Berta – odpowiedziała Emma.
– Źle się czuję, otwórz.
Klamka znów się poruszyła. Emma trzymała ją mocno.
– Berta, idź spać, bo wyjdę i skopię ci dupę.
– Wyjdź – odezwało się kilka głosów naraz.
Ktoś naparł na klamkę. Emma z trudem utrzymywała ją w poziomie.
– Emm? – Lily podniosła się, przecierając oczy. – Co się…
Klamka opadła, Emma odskoczyła. Pasek naprężył się, pociągnął łóżko, które uderzyło o framugę. W szparze pojawiła się ręka pokryta czerwonymi plamami, ze skórą nabrzmiałą wokół znamion.
Lily wrzasnęła. Emma skoczyła do klamki.
– Pomóż mi! – wrzasnęła.
Współlokatorka zerwała się, podbiegła do szuflady. Dłoń z korytarza sięgnęła paska. Rama łóżka zatrzeszczała.
– Lily!! – Emma uczeiona klamki, napierała barkiem, jednak drzwi nie dawały się zamknąć.
Z korytarza dobiegł charkot dobywający się z kilku gardeł. Lily podbiegła i wbiła ołówek w dłoń trzymającą pasek. Ręka zniknęła w szparze, a drzwi trzasnęły. Emma poleciała na materac. Lily stała z zakrwawionym ołówkiem. Usłyszały kroki – osoby zebrane pod ich pokojem rozeszły się w różnych kierunkach.
Któreś drzwi na korytarzu otwarły się i zamknęły z trzaskiem.
– Nie!! Pomocy!! Nie utrzymam!!
Krzyk zagłuszył huk i wrzask. Rumor. Lily i Emma usłyszały, jak coś zwala się na podłogę. Pisk, szamotanina. Ktoś wybiegł na korytarz i przebiegł obok ich pokoju. Wrzask, uderzenie o ścianę. I cisza.
*
– Ile zostało? – zapytała Lily.
– Dwie puszki.
Klamka drgnęła, ale zaraz natrafiła na oparcie krzesła. Dodatkowo pasek wciąż trzymał drzwi przytwierdzone do ramy łóżka Emmy.
– Odpierdolcie się!! – wrzasnęła Lily.
– Jaaadłyście? – odezwał się charczący głos na korytarzu.
– Chuj ci do tego, zdziro!!!
– Przestań, Lil. – Emma odłożyła puszki na szafkę i podeszła do współlokatorki, stojącej na środku pokoju z zaciśniętymi pięściami.
– Dłużej nie dam rady – wyszeptała Lily. – O co im chodzi? Jadłaś? Co to, kurwa, za pytanie?
Emma objęła ją za ramię, Lily wtuliła się w przyjaciółkę.
– Co my teraz zrobimy?
– Nie możemy tu zostać, Lily, ale zobaczysz, będzie dobrze.
– Obiecujesz?
– Obiecuję – powiedziała Emma, głaszcząc czarne loki Lily.
Wtedy zgasło światło.
Teraz
Wybiegły na korytarz w szaleńczym pędzie i ruszyły w stronę schodów. Strumień światła latarki, niczym stroboskop, oświetlał to podłogę, to ściany, to drogę na klatkę schodową. Gruba Berta wyrosła przed Emm tuż przy schodach. Stanęła niemal naga, jedynie w staniku zakrywającym małe piersi. Czerwone plamy szpeciły jej pyzatą twarz i pachwiny przy zarośniętym rudymi włosami kroczu. Lily wrzasnęła i stanęła tak gwałtownie, że tenisówki zaczęły się ślizgać na posadzce. Emmę strach dławił od tak dawna, że w chwili, gdy dostrzegła znienawidzoną dziewczynę, wrzasnęła dziko i wpadła w nią w pełnym impecie. Berta, niczym szmaciana lalka, runęła w dół schodów, uderzyła głową o podłogę na półpiętrze. Emma zbiegła za nią. Ramię Berty uniosło się i biały, obły kształt wypełzł spod niej na czarnych, haczykowatych odnóżach. Emma stanęła na ostatnim stopniu, oświetlając larwę, która, złapana w światło latarki, wbiegła w mgłę zakrywającą schody na pierwsze piętro. Berta uniosła się na łokciach, zacharczała. Emma skoczyła na nią, przycisnęła biodrami do podłogi. Uniosła latarkę i walnęła Bertę w skroń – pyzata twarz zalała się krwią.
– Jaaadłaś? – wycharczała Berta.
Emma uniosła latarkę i udeżyła ją w nos. Coś chrupnęło. Czarne strugi krwi zalały cienkie usta Berty, spomiędzy których wciąż wydobywał się przeciągły charkot. Emma walnęła w nie z całej siły. Wargi pękły, a metalowe okucie latarki skruszyło przednie zęby.
– Nie!! – Lily chwyciła nadgarstek Emm. – Co ty zrobiłaś!?
Twarz Berty zniknęła we krwi, jedynie szeroko otwarte oczy, dzikie, zwierzęce, wpatrywały się w stojące nad nią dziewczyny.
– Emm?
– Co? – Głos Emmy był spokojny, choć dyszała ciężko przez maskę.
– Ja… Na schodach słyszałam kroki – wyjąkała Lily, nie mogąc oderwać wzroku od powiększającej się kałuży krwi wokół głowy Berty.
Emma złapała ją za rękę.
– Nie puszczaj mojej dłoni.
Lily przez zaparowane szyby maski próbowała dostrzec oczy Emm.
– Zrozumiałaś?
Lily spojrzała na ociekającą krwią, mrugającą latarkę.
– Zrozumiałaś?!
W pytaniu Emm Lily wyczuła niewypowiedzianą groźbę.
– Tak, zrozumiałam – powiedziała.
Emma pociągnęła ją nad mleczną toń i zrobiła pierwszy krok. Zaczęły schodzić ostrożnie, stopień po stopniu, pomału znikając w bieli.
*
Schody zdawały się nie mieć końca. Emma straciła równowagę – gdy jej stopa nie natrafiła na kolejny stopień. Lily jednak mocno ją trzymała i nie pozwoliła przyjaciółce upaść. We mgle widziały jedynie zarys własnych sylwetek. Powietrze było ciepłe i wilgotne, złote drobiny unosiły się w nim, niczym brokat w śnieżnych kulach sprzedawanych na święta. Emma wymacała ręką ścianę, gdy tylko poczuła pod palcami farbę, przywarła do niej – pociągnęła za sobą Lily. Światło latarki nie było w stanie przeniknąć gęstej bieli – sprawiało, że drobiny migotały. Emma ścisnęła mocniej dłoń Lily i ruszyła wzdłuż ściany, badając dokładnie przed sobą powierzchnię.
– Po lewej jest sala gimnastyczna, za nią prysznice i szatnie – wyliczała z pamięć Emma. – Dalej gabinet dyrektorki i wyjście. A po prawej…?
– Przed nami powinny być drzwi do toalet – podpowiedziała szybko Lily. – Za nimi do kuchni?
– Nie, jadalni, następne są do kuchni… – urwała Emma, gdy coś stuknęło i przebiegło w drugiej części korytarza.
– Co to było? – głos Lily tłumiła maska.
– To nic. – Emma z trudem stawiała następne kroki, niemal ciągnąc za sobą przyjaciółkę. – Idziemy dalej, do kuchni, a potem do wyjścia. Pamiętasz, tak jak ustaliłyśmy?
Gdzieś za nimi, na schodach, usłyszały, jak bose stopy uderzają o kolejne stopnie.
– Emma. One schodzą…
– Spokojnie, już mijamy toalety, zobacz. – Emma przycisnęła rękę Lily do drzwi. – To następna jest…?
– Jadalnia.
– Zobacz, już jesteśmy.
Ściana skończyła się i szły wzdłuż wahadłowych skrzydeł drzwi jadalni.
Przez mgłę, jakby z bardzo daleka, usłyszały charkoty, najpierw pojedyncze, potem kolejne.
Lily zadrżała i przywarła do drzwi, które otwarły się bezszelestnie. Emma nie zdołała utrzymać przyjaciółki, która zniknęła gdzieś w pomieszczeniu. Biały obłok zafalował, gdy rozbujane skrzydło raz za razem uchylało się, wzburzając mgłę.
– Lily? – wyszeptała Emma.
Biel znieruchomiała.
– Lily? – Słowa zniknęły we mgle bez odpowiedzi.
Emma spojrzała przed siebie. Słyszała pod maską swój ciężki oddech i zbliżający się za plecami charkot.
Pierwszy krok był trudny, dalej poszło już sprawnie. Ruszyła wzdłuż ściany.
*
Lily zrobiła kilkanaście kroków, nim uderzyła w ławkę i runęła na podłogę. Mgła zamknęła się nad nią, zupełnie jakby wpadła w bezkresną toń. Usłyszała, jak ktoś, bardzo daleko, woła ją po imieniu. Uniosła głowę, ale słowa uwięzły w gardle, zobaczyła bose stopy na kafelkach. Naga sylwetka kobiety, powłócząc nogami, wyłoniła się z bieli na ułamek sekundy, by zaraz w niej zniknąć. Lily obróciła się na brzuch, zagryzła wargi, dławiąc szloch. Wciągnęła nosem lepkie, ciepłe powietrze z maski i zaczęła się czołgać. Ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa, jakby ugrzęzły w gęstej mgle. Lily pełzła pod kolejnymi ławkami, stolikami, dłońmi macając drogę między metalowymi nogami.
*
Dłoń Emmy dotknęła metalowych drzwi prowadzących do kuchni. Stąd od wyjścia dzieliło ją zaledwie kilka metrów. Coś chrupnęło za drzwiami. Słyszała mlaśnięcia jak u niesfornie jedzącego dziecka, a gdzieś między tymi dźwiękami pisk lub cichy płacz.
– Pieprzona Lily – wyszeptała niemal bezgłośnie, zaciskając palce na rączce latarki i ostrożnie uchyliła drzwi.
Weszła i po dwóch krokach wymacała szafkę, za nią blat. Trzymała się idac w stronę dźwięku.
*
Lily wyczołgała się spomiędzy stolików. Dłoń natrafiła na ścianę. Przesunęła palcami wzdłuż niej, aż do gładkiej metalowej powierzchnię – drzwi uchyliły się, tuż przed nią. Przez zaparowane szyby maski Lily dostrzegła stopę z wielką czerwoną plamą na kostce, o paznokciach pomalowanych na czarno. Naga sylwetka zniknęła za wahadłowym przejściem do kuchni. Lily wstała, nie odrywając pleców od ściany. Spojrzała przez okrągłą szybę w drzwiach. Naga postać stała niemal na progu. Długie tłuste włosy zakrywały wychudłe ramiona. Plecy i pośladki pokrywały czerwone plamy i rany przypominające nakłucia. Włosy zafalowały – zsunęły się z białego, obłego kształtu larwy, która przeszła na nagie ramię. Haczykowate odnóża pewnie trzymały się skóry. Z czarnej głowy o żółtych ślepiach wyrastały dwa długie czułki, badające otoczenie. Robak zszedł po ręce na pośladek, następnie po łydce na podłogę. Wpełzł szybko we mgłę. Naga postać ruszyła za nim, zniknęła gdzieś w bieli.
*
Emma ostrożnie dotarła do rogu kuchennego blatu. Ominęła dłonią garnki, chochle i kubki. Zatrzymała się, gdy opuszkiem palca trafiła na krawędź ostrza. Schowała latarkę i złapała drewnianą rączkę. Wyciągnęła przed siebie długi kuchenny nóż. Jęki, mlaśnięcia i chrupnięcia dochodziły gdzieś z podłogi tuż przed Emm. Poczuła pod tenisówkami, jak coś się rozłazi, spojrzała na rozdartą na kafelkach gnijącą marchewkę. Dalej zobaczyła kawałki chleba, ziemniaki, rozsypany ryż, owoce i warzywa. Jedna larwa siedziała na puszce z kukurydzą, wyjadając ziarna walające spośród innych resztek, druga obgryzała kawałek czarnej skóry. Emma z trudem dopuściła do świadomości, że to noga z kikutem w miejscu stopy. Kolejna stwór przebiegał wzdłuż ciała. Lauren jęczała cicho – obgryziony policzek odsłaniał dziąsła, zęby i resztkę języka. Żuwaczkami robak rwał dolną wargę, czułki badały kolejne części jej twarzy. Oczy starej kucharki patrzyły na Emm z nieludzkim przerażeniem. Lauren jęknęła i zaraz zadławiła się krwią. Pękata larwa weszła na głowę kucharki i złapała żuwaczkami powiekę. Nogi ugięły się pod Emm, dłoń wsparta o blat z trudem utrzymywała coraz większy ciężar ciała. Poczuła, jak czyjeś palce chwytają ją za włosy. Szarpnięcie. Dłoń na ramieniu napierała coraz mocniej. Tenisówki rozjechały się na rozrzuconym jedzeniu. Emma walnęła kolanami o kafelki. Następne szarpnięcie zwaliło ją na posadzkę, czyjeś ręce dociskały bark i twarz Emm do podłogi, tuż przy udzie Lauren. Coś przebiegło, stukając odnóżami. Robak wyszedł zza słoika. Czułkami zbadał palce Emmy zaciśnięte na rękojeści noża. Zamachnęła się i rozbiła ostrzem słój. Larwa rozpoczęła oględziny rozlanego syropu i wiśni. Ręka pokryta czerwonymi plamami chwyciła nadgarstek Emm – poczuła chrapliwy oddech przy twarzy i nagie piersi przyciskane do pleców. Emma usłyszała dławiący jęk Lauren, mlaśnięcia, chrupot, pracę żuwaczek i zawyła.
*
Lily weszła do kuchni. Zobaczyła jedną z dziewczyn – nagą, jak niknie we mgle po prawej. Zamknęła oczy, przypominając sobie rozkład kuchni. Starała się nie zwracać uwagi na odgłosy jedzenia dochodzące z głębi pomieszczenia.
– Blat i szafki po prawej, więc drzwi na korytarz będą tam – szeptała.
Wrzask Emmy wstrząsnął Lily. Pobiegła za głosem. Minęła blat, w przelocie walnęła biodrem o róg – ledwo utrzymała równowagę, gdy pośliznęła się na resztkach jedzenia. Wpadła na nagą dziewczynę o tłustych włosach, przyciskającą Emm do podłogi. Złapała chudą rękę i szarpnęła. Emma wierzgnęła dziko. Naga dziewczyna poleciała na Lily, która straciła równowagę i wyrżnęła o szafkę. Emma zawyła i uderzyła kolanem w obsypaną plamami twarz. Głowa dziewczyny odskoczyła. Lily podparła się, by wstać, poczuła czułki badające jej palce utaplane w soku z wiśni, zobaczyła Lauren z na wpół zjedzoną twarzą i larwę wydłubującą masywnymi żuwaczkami oko kucharki. Emma złapała osłupiałą Lily za rękaw i pociągnęła. Wpadły na szafki kuchenne, strącając z blatu garnki i talerze. Lily wrzasnęła:
– Nie tędy! – Widziała, że przyjaciółka ciągnie ją w stronę jadalni. – Tam!!
Teraz to Lily chwyciła Emm za dłoń. Wybiegły z kuchni, rozrzucając skrzydła drzwi i wypadły na korytarz wprost między charczące sylwetki. Emma obróciła się, ciągnąc za sobą Lily, na oślep tnąc nożem po wyciągniętych rękach. Mgła zawirowała, unosząc złote drobiny między sylwetkami, odsłaniając dzikie oczy, wychudłe, pokryte plamami twarze i larwy przyczepione do nagich ciał. Emma i Lily odepchnęły stojące najbliżej dziewczyny i zaczęły biec. Miały przed sobą jedynie biel. Słyszały odgłos tenisówek uderzających o posadzkę i ciężkie oddechy pod gumowymi maskami. Ich twarze były mokre od potu i łez. Palce splecione ze sobą, zaciskały się coraz mocniej. A biel nie miała końca. Nie widząc ścian, płynęły w mglistym bezkresie.
Zauważyły drzwi internatu w chwili, gdy na nie wpadły. Wybiegły na zewnątrz, gdzie świat tonął w mieniącej się złotem mgławicy.
koniec

Ciemny las: Jim
Kliknij aby rozwinąć
Teraz
Jim przykucnął na masce samochodu. Otaczająca go mgła była nieprzenikniona – nie tylko w sensie fizycznym, wykraczała poza granice pojmowania. Wyciągnął rękę i obserwował, jak dłoń znika w mlecznym obłoku. Złote drobiny unosiły się w bieli, migocząc. Powietrze było lepkie i ciepłe. Poruszył palcami, jakby chciał sprawdzić, czy jeszcze są na miejscu, następnie ręką zarysował we mgle symbol lemniskaty, zaburzając idealną harmonię bieli. Całe ramię poruszało się z ledwie wyczuwalnym oporem, niczym zanurzone w ciepłej wodzie. Mgła wirowała, drobinki tańczyły we wzburzonym obłoku. Spojrzał na dłoń – była mokra i lepka, a złote punkciki kleiły się do skóry. Roztarł jeden z nich w palcach. Drobinka zgasła, zostawiając na opuszkach czarny osad.
W cisza słyszał bicie serca, a w uszach szum – zupełnie jakby zanurzył głowę w ciepłej kąpieli. Krzyk wyrwał Jima, ze stanu głębokiej fascynacji. Odgłos dochodził gdzieś z bieli, tłumiony w gęstej zawiesinie. Jim pierwsze dźwięki wyłapał zniekształcone, przypominające echo. Opuścił okular noktowizora. Dopiero teraz zobaczył przednią szybę, dach samochodu i latarnię, o którą rozbiła się maska.
Zeskoczył na ulicę i zrobił kilka ostrożnych kroków. Świat obserwowany przez obiektyw zamienił się w zieloną mgławicę. Widział asfalt na dwa, może trzy metry przed sobą. Rozejrzał się, lecz reszta ulicy była skryta za mgielną zasłoną – zniknął samochód z rozbitą maską, latarnia, chodniki i domy.
– Toto, mam przeczucie, że już nie jesteśmy w Kansas – powiedział i ruszył w stronę odgłosów.
Wtedy
Jim kończył czytać artykuł, gdy zgasło światło. Pomieszczenie zniknęło w ciemności i tylko ekran smartfona rzucał nikłą, niebieską poświatę. Na kanapie, stojącej w drugim końcu mieszkania, ucichły sprężyny, a z nimi pociąganie nosem – zapadła głucha cisza. Jim nie ruszył się z fotela przy oknie. Przeciągnął palcem po ekranie, by odczytać kolejny akapit. Sięgnął wolną ręką do stolika, wyciągnął papierosa i zapalił. Nie trwało to długo – gdy zagłębiał się w kolejną hipotezę dotyczącą mgły, od strony kanapy usłyszał szybkie nieregularne oddechy – pośpiesznie wciągane powietrze świstało w dziurkach nosa, by po chwili z drżeniem wylecieć ustami. Jim zaciągnął się, wypuścił dym, próbował ignorować narastające sapanie, które w końcu przeszło w cichy pisk.
– Uspokojnie, bo się hiperwentylujesz – powiedział. – Wiesz, co to znaczy?
Skryta w ciemności kanapa skrzypnęła, zapadła cisza, na krótką chwilę. Urwany jęk i sapanie wróciły.
– W najprostszych słowach oznacza to, że dostarczasz do organizmu za dużo tlenu, a to może się skończyć utratą przytomność. Chcesz stracić przytomność?
Skrzypnięcie i cisza. Jim wciąż słyszał irytujące świt. Wstał i pomachał w stronę kanapy żarzącym się papierosem.
– Popatrz na mnie. Robisz wdech nosem, o tak.
Jim zademonstrował, jednocześnie unosząc nad głowę papierosa i smartfona. Następnie pomału wypuścił powietrze ustami, pozwalając wolno opaść rękom.
– Widzisz? Zrób tak trzy razy i powinno pomóc. – Podszedł do okna.
Na zewnątrz panowała nieprzenikniona czerń. Żadnych cieni, żadnego zarysu, nic. Opuścił okular noktowizora. W pierwszej chwili nie dostrzegł zmiany – świat nadal był zawieszony w pustce. Jim nie rezygnował, badał każdy fragment mroku, wsłuchania w miarowe oddech. Dostrzegł drobinki połyskujące, to tu, to tam, niczym świetliki w ciemnym lesie, zaciągnął się i oparł rękoma o parapet.
– Są tam, te małe złote… – Odwróciły się do w stronę pomieszczenia. – No właśnie, co? Cokolwiek to jest, jest jedyną rzeczą, którą można dostrzec w mgle.
Jim upuścił papierosa na podłogę i przydeptał żar ciężkim wojskowym butem. Potarł brodę i ruszył w stronę aneksu kuchennego. Mijając wersalkę, usłyszał stłumiony pisk. Obszedł blat i uniósł okular noktowizora.
– Posłuchaj, w artykule poświęconym tej nietypowej pogodzie ktoś niezwykle przenikliwy stwierdził, że musi istnieć zależność między mgłą a zachorowaniami. Jestem pełen podziwu dla tak wnikliwego umysłu.
Kanapa zaskrzypiała, gdy ktoś przesunął się na jej drugi koniec.
– Jednak w dalszej części zawarto myśl, która mnie zaciekawiła. Zadano tam pytanie: czym są te unoszące się drobinki? – Jim położył telefon na blacie, tak by go oświetlał, i oparł ręce po obu stronach wyświetlacza. – Posłuchaj. „Przypuszcza się, że za bezpośredni stan epidemiologiczny odpowiadają bakterie, wirusy lub mikroorganizmy. Szczególną uwagę zwrócono na złote drobinki, które udało się odseparować od mgły w celu ich zbadania. W krótkim czasie drobinki tracą charakterystyczny złoty blask, czernieją i ulegają rozpadowi, co pozwala sądzić, że są to organizmy lub nieznane nam dotąd pierwiastki zdolne przetrwać jedynie we mgle”. Ciekawe.
Jim potarł brodę i odwrócił się do lodówki. Opuścił okular, otworzył drzwi. Była niemal pusta, wszystkie przydatne do spożycia produkty już spakował. Został tylko sok jabłkowy na górnej półce.
Jim ściągnął butelkę, wpatrzony w głowę leżącą poniżej. Twarz była mocno zsiniała, podkład popękał, tworząc dziwną skorupę przypominającą wyschnięte błoto. Za wpółprzymkniętymi powiekami białka oczu lekko się zaszkliły. Pełne usta, pomalowane czerwoną szminką, nabrzmiały, a dolna warga opadła, odsłaniając dziąsło i zęby. Jim westchnął, sięgnął do szuflady poniżej, wyciągnął ją i położył na blacie. We wnętrzu leżał robak wielkości sporego bakłażana. Masywne żuwaczki były otwarte, odsłaniając aparat gębowy zakończony ostrymi zębami. Nad żółtymi oczami wisiały poskręcane półmetrowe czułki. Z białego tułowia wyrastały dwa tuziny ostro zakończonych odnóży.
Na wersalce zapanowała głucha cisza, gdy drzwi lodówki zamknęły się z trzaskiem. Jim podniósł okular i spojrzał na artykuł.
– Dalej piszą: “Obecność drobinek nie musi oznaczać, iż są one bezpośrednią przyczyną zachorowań, lecz to właśnie w nich obecnie szuka się przyczyny epidemii”. No to chyba mamy rozwiązanie zagadki.
Jim odkręcił butelkę i pił długo, opróżniając ją niemal do dna.
– Świetny sok – powiedział i czknął. – Ta larwa musiała się z czegoś wykluć. Widzisz, nimfa po narodzinach jest zdana na siebie. Nie może liczyć na opiekuńczą mamę. Większość owadów umieszcza jaja w miejscu, gdzie larwa będzie mogła się spokojnie rozwijać… Jesteś tam jeszcze?
Z głębi pomieszczenia nie dochodził żaden odgłos. Jim kilka razy przeciągnął palcem po ekranie. Walnął otwartą dłonią w blat. Kanapa zatrzeszczała, a po chwili usłyszał szloch, przerwany łkaniem.
– Wiedziałem, że jesteś. Chciałem się tylko upewnić.
Jim patrzył w ciemność wyraźnie rozbawiony. Poświecił telefonem na larwę. Przycisnął pękaty tułów palcem i patrzył jak obły kształt się zgina.
– Czy ty jesteś nimfą? – zapytał stworzenie.
Teraz
Jim coraz wyraźniej słyszał krzyki przed sobą, zaczął też dostrzegać ruch w pozornie opustoszałym mieście. Mimo noktowizora kilka razy zboczył z ulicy w stronę chodnika. To tam, w pobliżu zabudowań, leżał pierwsze ciało – obgryzione niemal do kości. Strzępy mięsa zwisały z czaszki i żeber. W klatce piersiowej żerowały dwie larwy, rwąc resztki wnętrzności. Tors drgał, sprawiając wrażenie, że trup zaraz podniesie się z chodnika. Kolejne nimfy wyszły z zaułka. Chwilę badały znalezisko długimi czułkami. Jedna ruszyła do krtani, gdzie przy tchawicy zostało nieco mięsa, kolejna usiadła na policzku i sięgnęła żuwaczkami do skóry zwisającej z brody.
Ulicę dalej Jim zauważył mężczyznę, który szedł ociężale, powłócząc nogami, ciągnął za sobą pasek podomki, z ramion zwisał mu puchaty szlafrok, a z bioder rozerwane slipy poplamione krwią. Jim pomyślał, że to pewnie efekt choroby lub powikłań po wydaleniu larwy, jednak się mylił. Mężczyzna, mimo skóry wiszącej na wychudłych kończynach i zapadłych policzków, ważył każdy krok, a gdy tylko natrafił na przeszkodę, stawał i badał ją dłońmi o cienkich, patykowatych palcach. Wtedy spod szlafroka wysuwała się larwa, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Mężczyzna, upewniwszy się, że przeszkodą jest śmietnik, ominął go ostrożnie i ruszył dalej. Jim nie miał wątpliwości, że zmierzali w tym samym kierunku. Zarażonych było więcej – jedni wychodzili z sieni, inni snuli się we mgle wraz z przyczepionymi do ciał larwami. Wszyscy wynędzniali, nadzy, z czerwonymi plamami na skórze i zakrwawionymi udami. Szli wabieni krzykiem. Były też samotne nimfy przebiegające pod samochodami lub żerujące w śmieciach. Inne kręciły się wokół zarażonych, czułkami dotykając ich łydek i stóp, niczym psy idące przy nodze właściciela.
Jim był już pewien, że powinien przyspieszyć, jeśli chce zdążyć przed resztą zainteresowanych. Ruszył truchtem, starając się nie zbaczać z ulicy. Mijał rozbite samochody, gdy stanął nagle. Tuż przed nim wyrósł cień. Jim obszedł go ostrożnie. Młoda kobieta trzymająca larwę na rękach stała, kołysząc się na boki. Nimfę przyciskała do małych piersi. Larwa była martwa. Kobieta przypominała katatonika pogrążonego w własnej rzeczywistości. Do momentu, gdy spod samochodu wyszła inna nimfa. Chwilę czułkami badała bosą stopę, niczym klient sprawdzający świeżość produktu. Najpierw ostrożnie weszła na łydkę, w końcu ruszyła po udzie, zaczepiając haczykowatymi odnóżami o skórę. Larwa dotarła do ramienia i wsunęła się pod jasne włosy. Kobieta nagle wyrwana z odrętwienia, odłożyła martwą nimfę na ulicę. Położyła dłoń na barku. Larwa, długimi czułkami, delikatnie zbadała przedramię. Kobieta wolno ruszyła, zupełnie jakby owad przywrócił jej sens działania. Jim poczekał, aż zniknie z ulicy i pobiegł do skrzyżowania.
Minął sygnalizację. Zobaczył autobus i ciasno zebranych obok siebie ludzi, chwiejących się na patykowatych nogach. Czekali na koniec uczty, która odbywała się wewnątrz pojazdu. Ciała pasażerów gęsto obsiadły larwy, a przez otwarte drzwi i okna wspinały się kolejne, przyciągane zapachem krwi i gnicia unoszącym się wraz z mgłą. Jim skręcił w prawo.
Na kolejnym skrzyżowaniu dostrzegł trzech mężczyzn, próbujących dostać się do, rozbitego o sygnalizację świetlną, samochodu. Pierwszy miał maseczkę covidową i kaptur naciągnięty na głowę, szarpał za klamkę, wrzeszcząc na kobietę wewnątrz pojazdu. Drugi stał na masce auta, z twarzą obwiązaną szalikiem, kopał w szybę, ale jakoś bez aprobaty, wyraźnie zmęczony. Za każdym uderzeniem obcasa wykwitała kolejna pajęczyna, a pasażerka krzyczała trzepocząc przy tym rękoma. Trzeci, z twarzą przewiązaną chustą, próbował wrócić do samochodu z kawałkiem kostki brukowej w dłoni. Zbliżał się po omacku, badając wolną ręką teren przed sobą. Wokół kręciły się nimfy, lecz zachowywały bezpieczną odległość. To nim Jim zainteresował się w jako pierwszym. Obserwował nerwowe ruchy mężczyzn. Wiedział, że przez gęsty obłok widzi najdalej na wyciągniecie ręki. Był może o trzy metry od auta, ale i tak miał problem, by odnaleźć towarzyszy. Jim wolał nie ryzykować. Odpiął skórzaną pochwę i wyciągnął nóż myśliwski. Zbliżył się ostrożnie, zachodząc go od tyłu.
– Otwieraj! Ty kurwo! Otwieraj! – wrzeszczał przrz maskę covidową, ten przy drzwiach .
Mężczyzna w szaliku zachwiał się po kolejnym kopnięciu i usiadł na masce.
– Gdzie jesteście!? Kurwa! Nie mogę was znaleźć! Karl! Glen! – wydzierał się ten w chuście, kostka brukowa ciążyła mu w wyciągniętej ręce.
Jim, korzystając z zamieszania, chwycił rękojeść noża oburącz. Przystawił ostrze niemal do samego karku mężczyzny. Uniósł i opuścił, przymierzając się do pchnięcia.
– Karl! Glen! Nie widzę was w tej pieprzonej mgle! – wrzeszczał zagubiony mężczyzna, Jim poczekał do chwili, aż przestał krzyczeć.
Silnym uderzeniem wbił ostrze w kark. Kostka brukowa upadła na asfalt. Rozległ się charkot.
– Karl? Słyszałeś? – zapytał Glen, przesuwając się po masce samochodu w stronę drzwi.
– Ty kurwo! Rozjebię ci łeb o krawężniki! Słyszysz?! – wrzeszczał Karl, całą uwagę poświęcił klamce.
Jim naparł na rękojeść. Mężczyzna padł na kolana, sięgnął rękami do karku, bulgocząc i rzężąc.
– Karl! – zawołał Glen jedną ręką poprawiając zsuwający się z twarzy szalik.
– Ty…! – Karl przestał szarpać klamkę samochodu. – Co?!
– Słyszysz? – zapytał Glen.
Jim poczuł, jak palce mężczyzny zaciskają się na nadgarstkach. Naparł całym ciałem, wpychając ostrze po rękojeść.
Glen zsunął się z maski i nie odrywając ręki od samochodu, podszedł do Karla.
Jim oparł nogę o plecy mężczyzny i pchnął go na ulicę.
– Johnny?! – zawołał Karl.
Jim przykucnął obok głowy Johnnego. Patrzył, jak mężczyzna zaciska dłonie na gardle, bezskutecznie próbując złapać oddech.
Kobieta w aucie, zaczęła wołać o pomoc.
– Zamknij się! Kurwa, przysięgam, że cię zabiję! – Karl kopnął w drzwi samochodu.
– Spieprzajmy – zakomenderował Glen.
– Ta dziwka ściągnęła mi maskę! Zabiję ją! Słyszysz, kurwo?!
– A co z Johnnym?
– Co?!
– Pytam się, czemu Johnny nie odpowiada?
– Johnny! – zawołał Karl, jakby właśnie przypomniało sobie o koledze.
– Ja spadam. – Glen poprawił węzeł szalika, jednocześnie zrobił pierwszy krok.
– Co?! – Kral nie zrozumiał intencji kolegi.
Jim obserwował, jak ten w szaliku znika we mgle. Zrobił pół kroku w tył, gdy plama krwi zaczęła rozlewać się wokół butów. Szeroko otwarte usta Johnnego poruszały się jeszcze przez chwilę, zanim znieruchomiały. Jim podszedł do samochodu. Nimfy tylko na to czekały – wyłoniły się z mgły, odnóżami brodząc we krwi, zaczęły badać przebitą krtań mężczyzny.
– Glen! Kurwa! Glen! – darł się Karl. – Johnny?! Johnny!
Umilkł, gdy zobaczył Jima – spod czarnego kaptura wystawał obiektyw noktowizora, a usta i nos zakrywała maska gazowa z dwoma filtrami po bokach. Karl dostrzegł zakrwawiony nóż myśliwski i zrobił dwa kroki w tył. Jim zaczekał, aż zniknie z pola widzenia, zanim zajrzał przez szybę samochodu.
Kobieta w średnim wieku ściskała plecak na siedzeniu pasażera. Tusz z rzęs rozmazał się na policzkach wraz z łzami. Wrzasnęła dziko, gdy tylko dostrzegła Jima. Podniósł okular noktowizora, schował nóż i pokazał jej, by opuściła szybę. Rozejrzała się, odgarniając długie czarne włosy. Jim dostrzegł siniaka na prawym policzku i otarte czoło. Przesiadła się na miejsce kierowcy i delikatnie uchyliła szybę.
– Podrzucisz mnie? – zapytał Jim.
Wtedy
Jim wyjrzał na sień. Drzwi części mieszkań były uchylone, inne otwarte na oścież. Na jednym z progów dostrzegł larwy. Trzech zakażonych próbowało bezskutecznie dostać się na klatkę schodową.
Jim przekręcił zamek. Dopił resztę soku i upuścił butelkę na podłogę. Minął kanapę, zapalił papierosa. Pchnął drzwi łazienki. Wszedł ostrożnie, omijając plamy zakrzepłej krwi. Stanął nad wanną. We wnętrzu leżał mężczyzna, zupełnie nagi, z podkurczonymi nogami i rękoma złożonymi na piersiach. Martwe spojrzenie było utkwione w różowych kafelkach. Głębokie rozcięcie na gardle zdawało się niemal czarne.
– No, dobra – westchnął Jim. – Mnie się to też nie podoba, jednak jeśli będziesz stosował się do poleceń, przejdziemy przez to raz, dwa.
Złapał prawą nogę i zaczął ją prostować. Ciało zaczęło już sztywnieć, a na stopach i kostkach pojawiły się sine plamy opadowe. Jim przełożył nogę przez krawędź wanny. Uniósł lewą i oparł ją o ścianę łazienki. Nachylił się i zajrzał między nogi mężczyzny.
– No cóż, to musiało być mało przyjemne – powiedział. – Ale obrażenia nie są na tyle poważne, by larwa mogła cię trwale uszkodzić.
Jim wyprostował się i potarł brodę. Wyciągnął telefon i wrócił do artykułu.
– „W przypadku gdy mamy do czynienia z organizmami, przypuszczam, że ich rozkład poza mgłą dochodzi na skutek nieprzyjaznego im środowiska”. – Jim wszedł do salonu, czytając na głos. Zatrzymał się przy oknie, założył maskę i otworzył je na oścież. – „Może to być skutek składu powietrza atmosferycznego, azotu, tlenu, dwutlenku węgla lub innego gazu”.
Wychylił się i rozejrzał, przyświecając telefonem. Sąsiednie mieszkanie, jak i pozostałe w rzędzie, posiadało balkon. Ocenił szybko, że nie powinien mieć problemów, by po nich dotrzeć na dach. Zamknął okno i wrócił do artykułu.
– „Przy takim założeniu przypuszczam, że nie mamy do czynienia z mgłą, czy jakimkolwiek innym zjawiskiem atmosferycznym. Raczej z substancją lub wydzieliną, która pozwala tym organizmom przetrwać w naszym środowisku”.
Jim zatrzymał się przy sypialni.
– Wydzieliną – powtórzył.
Wszedł do sypialni, kanapa zaskrzypiała, a cichy szloch dobiegł gdzieś z wnętrza salonu.
Jim patrzył przez obiektyw noktowizora na nagie ciało kobiety z szeroko rozrzuconymi nogami. Podszedł do łóżka i położył się obok ciała. Sięgnął ręką między siniejące uda. Zaczął gwizdać, cicho i niespiesznie. Nie panował nad tym; piosenka pojawiła się w głowie nagle, a usta same składały się do gwizdanej melodii. Wyciągnął dłoń. Patrzył, jak sperma spływa po palcach. Pokiwał głową zamyślony. Spojrzenie Jima padło na piersi kobiety. Wytarł palce o jej brzuch i, niespiesznie gładząc białą skórę, przejechał dłonią w stronę mostka. Docisnął dłoń, poczuł pod palcami przyjemny chłód ciała. Melodia rozbrzmiewała, zakłócała myśli, a Jim gwizdał coraz wyraźniej. Ręka powędrowała wyżej. Przejechał palcem po obojczyku i szyi w miejscu, w którym głowa została odcięta od tułowia. Spojrzał na poduszki poczerniałe od krwi. Wstał i ruszył do salonu. Zatrzymał się w drzwiach sypialni i oparł barkiem o framugę.
Przez noktowizor wyraźnie widział kanapę i skuloną między oparciem a podłokietnikiem nagą dziewczynę. Podniosła głowę znad kolan, wpatrując się w wyświetlacz telefonu.
Jim zaczął cicho śpiewać w rytm wcześniej gwizdanej melodii:
“London Bridge is falling down
Falling down, falling down
London Bridge is falling down
My fair lady”.
– Proszę – głos dziewczyny łamał się i drżał. – Proszę.
– Cicho, cichuteńko – powiedział Jim.
– Proszę! – wrzasnęła.
Jim odpiął pochwę noża myśliwskiego i ruszył niespiesznie, nucąc:
“Build it up with iron bars
Iron bars, iron bars
Build it up with iron bars
My fair lady”.
Teraz
– Chciałam zdobyć tylko coś do jedzenia – powiedziała kobieta, ściskając plecak.
Wciąż nie odblokowała drzwi samochodu. Jim pokiwał głową.
– Napadli mnie, zerwali mi chustę z twarzy… – Głos jej się załamał, schowała twarz w dłoniach.
Jim ściągnął swoją chustę z szyi i wcisnął ją przez uchylone okno. Kobieta wciągnęła ją do środka i zakryła usta oraz nos.
– Dziękuję – powiedziała.
– Drobiazg. Posłuchaj, parę metrów stąd jest pełno zakażonych, nie wspominając o larwach. Rozumiem, że się boisz, ale nie możesz tu zostać.
Kobieta spojrzała niepewnie na Jima. Sięgnęła do klamki samochodu i otworzyła drzwi.
– Masz gdzie się schować? – zapytał Jim, podał jej rękę.
– Tak.
– Mogę cię odprowadzić, jeśli chcesz.
Kobieta popatrzyła na otaczającą ich biel. Złote drobiny lśniły zawieszone w śnieżnym obłoku. Chwyciła dłoń Jima.
Poprowadził ją ulicą, uważając, by na nikogo nie wpadli. Jim omijał też szerokim łukiem samochody. Widok ludzi, którzy postanowili przeczekać noc w pojazdach, był makabryczny, a Jim się spieszył – nie mógł sobie pozwolić, by kobieta wpadła w panikę.
*
Dotarli do domu otoczonego ogrodzeniem. Jim spojrzał na zegarek – dochodziła siedemnasta.
– Nie wiem, jak mam ci dziękować. – Kobieta otarła łzy z policzków.
– To nic, uważaj na siebie – powiedział.
– Poczekaj. – Złapała Jima za rękaw wojskowej kurtki. – Za chwilę będzie ciemno.
– Powinienem zdążyć się schować.
– Jestem sama z córką, nie mamy nikogo. Tak strasznie się boimy… – Słowa znów uwięzły jej w gardle.
Jim objął ją i przytulił.
– Już dobrze. Spokojnie. Wszystko się ułoży. Zobaczysz.
– Jak ci na imię? – zapytała.
– Jim.
– Jim, proszę, możesz zostać z nami na dzień lub dwa.
– Ja…
– Albo przynajmniej na tę noc.
– Posłuchaj…
– Karoline.
– Posłuchaj, Karoline… – Jim spojrzał na zegarek.
– Proszę.
– Dobrze, na tę jedną noc.
– Dziękuję ci, Jim. – Karoline objęła go mocno. – Dziękuję. Tak się cieszę, że cię spotkałam.
Złapała go za dłoń i poprowadziła przez furtkę.
– Linda pewnie umiera ze strachu – powiedziała otwierając drzwi.
– Ile lat ma twoja córka? – zapytał.
– Szesnaście, jest cudowna, zobaczysz, na pewno ją polubisz.
Szybko weszli do środka i zatrzasnęli drzwi. Linda ostrożnie zajrzała do przedpokoju.
– Kochanie! – zawołała Karoline.
Dziewczyna uśmiechnęła się, odsłaniając drobne zęby i pobiegła do matki. Jim patrzył na bose stopy, o paznokciach pomalowanych na zielono, na blade łydki, na uda pod fioletowymi leginsami i lekko zaokrąglony brzuch wystający spod beżowego topu. Kucyk na czubku głowy figlarnie tańczył w rytm ruchów dziewczyny, a twarz promieniała dziecięcym szczęściem.
Jim zaczął cicho gwizdać znajomą melodię, nic nie mógł na to poradzić, to było silniejsze od niego.
koniec

Czarny cylinder
Kliknij aby rozwinąć
Na równinach wiatr świszczy, gdy wieje od gór, szeleści wśród traw. Wyje przed burzą, ale przeważnie szumi jednostajnie, niestrudzenie. Jest częścią prerii. Są też noce, gdy zawodzi przeciągle, żałośnie, jak rodzice nad grobami dzieci.
Wyjący Wilk puścił wodze. Srokacz w ciemności zrobił jeszcze parę kroków. Stanął i pochylił łeb. Jeszcze nie skubał trawy, czekał, co zrobi Czejen. Indianin znieruchomiał w siodle, wtedy koń zaczął jeść. Jeździec nasłuchiwał. Wiatr ostrzegał, nie wiedział tylko przed czym?
Pierwszy wystrzał obudził Czejena. Złapał i ściągnął wodze. Srokacz dreptał niespokojnie, gdy od zachodu niosły się krzyki przerywane hukiem.
Wyjący Wilk spiął konia piętą. Srokacz wbiegł na wzniesienie. Noc szarzała. Wśród namiotów i wozów biegali ludzie. Wrzaski zastąpiły okrzyki. Kanonadę strzelb, pojedyncze wystrzały z rewolwerów.
Zobaczył Celeba. Poznał go po cylindrze, z którym się nie rozstawał. Grupa mormonów pociągnęła mężczyznę za obóz i zaczęła okładać kolbami. Inni w pośpiechu składali namioty, pakowali dobytek na wozy. Nikt nie zwrócił uwagi na dziecko, które wyszło zza koła szkunera(1) i zaczęło biec.
Czejen przez chwilę obserwował, jak znika w ciemności. Potem wrócił do Celeba. Mormoni przestali go katować. Nie zapowiadało się, by ktoś miał strzelać.
Nim słońce wzeszło, Święci w Dniach Ostatnich(2) już byli w drodze. Został jeden szkuner prerii, ciała żon i dzieci Celeba.
*
Conor ocknął się nagle. Nie wiedział, kiedy i jak znalazł się na ulicy. Za to pamiętał, że miał flaszkę. W ciemności dłoń odnalazła płaski kształt. Resztka whisky uspokoiła rozbiegane myśli. Wszedł głębiej w zaułek i zadrżał. Nie wiedział, czy to już delirium, a może cholerny wiatr, który wył między domami. Coś było nie tak.
– Co do…? – wybełkotał.
Chwycił szyjkę flaszki. Wyszedł na ulicę. Wiatr coś niósł ze sobą. Conor nieraz spędzał noce pod gołym niebem i dobrze znał dźwięki równin – to nie był kojot czy wilk. Minął bar, zakład balwierza. Przebiegł na drugą stronę ulicy, obok kowala wszedł na werandę sklepu z narzędziami. Słyszał tylko jednostajny szum.
– Koniec z piciem – wymamrotał.
Odetchnął, zszedł po schodach i stanął przy ścianie stajni. Musiał się wysikać, nim znów spróbuje zasnąć.
Nie zwracał uwagi na zawodzący wiatr do chwili, gdy znów usłyszał płacz.
– Cholera! – Conor drgnął, oblał buty i rękaw kurtki.
Cisnął flaszką o kamień. Z beczki wyciągnął jeden z drewnianych trzonków łopaty.
– Dobra, skurwysynu!
Minął biuro kolei i wozownię przy poczcie. Stanął na drodze prowadzącej do Laramie.
– Wyłaź, psi synu! – wrzasnął.
Noc była ciemna. Szum ucichł. Jednostajny, cichy płacz narastał. Conor słyszał wyraźnie. Zbliżał się, aż w końcu zobaczył – dziecko w bieli i czerwieni. Wyszło z ciemności, wyciągając zakrwawione ręce. Conor upuścił trzonek łopaty i wrzeszcząc, zaczął biec przez miasto.
*
Wyjący Wilk grzał się w porannym słońcu. Czekał. Celeb żałobę przechodził w ciszy. Długo klęczał nad ciałami. Żadnego nie dotknął. Przed zmrokiem wstał i ruszył na wschód. Czejen poczekał, aż cylinder zniknie z pola widzenia i popędził srokacza. Zwłoki leżały blisko siebie. Mormoni postawili rodzinę Celeba przy wozie. Wtedy jedno z dzieci musiało wejść pod szkuner. Nie wszyscy zginęli od razu. Wyjący Wilk widział, kto został dobity. Skalpy ściągała jedna osoba. Robiła to bez wprawy. Po kilka cięć u każdej z ofiar. Czejen sprawdził wóz. Zabrał jedzenie, okulary i harmonijkę. Niedaleko od obozu znalazł skalpy w płytkim dole, rozkopanym przez kojoty.
Wyjący Wilk zawrócił konia i ruszył za Celebem.
*
Bill miał dosyć.
– Nie możemy tego tak zostawić! – przekonywał doktor.
– To nie nasza sprawa. Ktoś ją zna?! – upierał się burmistrz.
Ledwie młody Olesson pchnął nożem Jima przy grze w karty i uciekł z miasta. Bill szukał go dwie noce, nim zorientował się, że nożownik wrócił i schował się na starej farmie. A teraz to.
– Siedzi w burdelu Howka! Z dziwkami! Może od razu zaczną przyuczać ją do zawodu! – Zwykle opanowany doktor teraz krzyczał.
– A kto ma się zająć małą?! – burmistrz wrzeszczał już od jakiegoś czasu.
Bill był niewyspany. Ledwie zasnął, to Conor obudził pół miasta.
Szeryf Bill Thornton potarł skronie. Migrena dokuczała, noga rwała od długiej jazdy.
– Sprawdzę to – powiedział.
Burmistrz i doktor spojrzeli na szeryfa.
– Nie ma wyjścia. Jeśli popełniono zbrodnię, muszę to zgłosić do Cheyenne.
– Z pewnością popełniono – powiedział doktor.
– Niby skąd ta pewność? – Burmistrz zaplótł ręce na piersi.
– Dziecko jest całe we krwi!
– To jeszcze nic nie znaczy!
– Obawiam się, że burmistrz ma rację – Bill uprzedził gotowego do riposty doktora. – Czy dziecko coś powiedziało?
– Nie – odpowiedział medyk. – Możliwe, że już nie powie. Jest w ciężkim szoku. Fizycznie jest zdrowe, ale psychicznie…
– Niech zostanie z dziwkami, na razie. Kto wie, może znajdę jakiegoś żywego krewnego tej małej. – Szeryf wstał, uważając na lewą nogę.
– Kolano? – zapytał doktor.
– Tak, będzie mnie rwać aż do śmierci.
– Miałeś szczęście, że jej nie straciłeś. Nim wyjedziesz, dam ci coś na nią.
– Dzięki, doktorze.
– Zaczekaj. – Burmistrz spojrzał na medyka. – Zostawisz nas samych?
Poczekali, aż doktor zamknie drzwi.
– Najlepiej, jeśli nic nie znajdziesz – zaczął burmistrz. – Ale jeśli, załatw to na równinie.
– Kiedy przyjadą ci z Union Pacific (3)?
– Za dwa, może trzy dni – odpowiedział burmistrz. – Jeśli dowiedzą się, że mamy tu problem z prawem, albo gorzej, z Indianami, to przeniosą trasę. To będzie koniec Laramie.
– Wiem, możesz na mnie liczyć.
*
Srokacz pomału stawiał nogę za nogą. Wyjący Wilk patrzył na Celeba. Nagie stopy krwawiły. Jednoczęściowa bielizna – kalesony z rękawami – zmieniła kolor na brudnoszary od pyłu niesionego z wiatrem. Spierzchnięte wargi poruszały się. To powstrzymało Wyjącego Wilka przed zabiciem Celeba. Nie bał się białych, ale odebranie życia temu, który mówi z duchami, było nierozsądne.
*
Bill poprawił melonik i wypił kolejną dawkę mikstury doktora. Na migrenę podziałała od razu, ale noga ciągle dawała o sobie znać. Przy wozie z ciałami za długo klęczał i bał się, że stara kontuzja nie pozwoli mu wstać. Trochę dalej zobaczył kojota ze skalpem w pysku – zastrzelił sukinsyna. Ktoś odjechał na wschód. Koń był niepodkuty. Samotny wojownik Lakota lub Czejen. Bill chwilę patrzył w horyzont. Wziął jeszcze łyk i poprowadził karego wałacha za taborem. Ślady były wyraźne i może ktoś widział, co zaszło.
*
Wyjący Wilk spał niespokojnie. „Celeb” – to słowo pierwszy raz usłyszał, gdy jedno z dzieci wołało mężczyznę w cylindrze. Utkwiło w głowie Czejena. Od tamtej pory podążał za rodziną. Na wozie były trzy kobiety, dwie dziewczyny i trzy dziewczynki. I Celeb – mężczyzna o siwej brodzie i skroniach, który często wznosił ręce ku niebu. Wyjący Wilk próbował zrozumieć, czemu służą obrzędy, w czasie których Celeb siedział otoczony przez kobiety i mówił z książki. Biały człowiek był jeszcze ciekawszy, teraz gdy już wszystko stracił.
– Celeb. – Czejen zerwał się z koca.
Wstał, ale białego nigdzie nie było. Wyjący Wilk nie mógł uwierzyć, by był w stanie iść całą noc. Zebrał rzeczy i dosiadł srokacza. Ruszył pomału, rozglądając się za śladami krwi.
*
Bill, nim zobaczył blask ogniska, usłyszał pieśń niesioną wraz z wiatrem:
„Chwała mężowi, co z Jehową
rozmawiał,
Jezus go namaścił prorokiem, widzącym.
Błogosławionym będzie imię
jego,
Czczone przez wiernych na wieki”. (4)
Kary wałach wyczuł obecność mormona. Szarpnął łbem. Bill dopiero usłyszał.
– Witaj, bracie.
– Witaj, gdziekolwiek jesteś. Ciemno tu jak w dupie – powiedział szeryf. – Znajdzie się miejsce przy ognisku na noc?
– Dla każdego, kto ma w sercu miejsce dla Jezusa Chrystusa – usłyszał z ciemności.
– To chyba wystarczy – powiedział Bill i zsiadł z karego. – Pieprzona noga.
– Wszystko dobrze, bracie?
– Tak. Pomożesz mi z koniem?
Mormon podszedł ze strzelbą. Był młody i rudy jak irlandzki karzeł. Złapał wodze i poprowadził wałacha między wozy. Bill pokuśtykał za nim. W obozie pachniało chlebem i pieczonym mięsem. Ze szkunerów dochodziły śmiechy i fragmenty rozmów. Między namiotami biegały rozwrzeszczane dzieci. Bill lubił wspólnoty mormonów. Przypominały spotkania przy rodzinnym stole. Większość dorosłych kręciła się przy ognisku. Kobiety dzieliły jedzenie. Mężczyźni dyskutowali. Byli też muzycy ze skrzypcami, banjo i akordeonem.
– Proszę się nie martwić o wierzchowca, zadbamy o niego – powiedział starszy o twarzy przeoranej ospą, ubrany w marynarkę. – Usiądź i poczęstuj się mięsem i chlebem.
– Dziękuję. Nazywam się Bill Thornton. Jadę z Laramie. Miło będzie w towarzystwie spędzić wieczór i zjeść coś ciepłego – powiedział szeryf i usiadł między dwiema rodzinami.
Nie umknęło uwadze Billa, że składały się z kilku żon.
– „Jeśli mężczyzna poślubi inną” – zaczął ospowaty, gdy tylko podłapał spojrzenie Billa – „a pierwsza wyrazi zgodę, a obie są dziewicami i nie ślubowały żadnemu innemu mężczyźnie, wtedy jest usprawiedliwiony”.(5)
– „Bóg nakazał Abrahamowi, Sara dała Hagar Abrahamowi za żonę. A dlaczego to uczynił? Ponieważ takie było prawo”(5) – odpowiedział mężczyzna przy Thorntonie.
– Dziękuję – powiedział Bill, gdy odebrał miskę z jedzeniem. – Mnie to nie wadzi. Nie musicie się tłumaczyć. Ale jest to niecodzienny widok. Wybaczcie brak dyskrecji.
– Nie wszyscy tak na to patrzą – powiedział ospowaty.
– Możliwe. Ja jednak nie mam czasu na rozstrzyganie sporów natury duchowej – wyjaśnił Bill i zagryzł jagnięcinę chlebem kukurydzianym.
– Nie ma nic ważniejszego w życiu doczesnym. Pamiętaj, że wszyscy zostaniemy osądzeni w królestwie niebieskim – powiedział ospowaty.
– Jako szeryf mam obowiązek dbać, by część grzeszników sąd spotkał jeszcze za życia. Wybacz, ale to zajęcie traktuję na tyle poważnie, że nic innego nie jest w stanie zajmować mi myśli. Jesteś Starszym(6) tego taboru?
Muzycy zapomnieli, co mają grać. Mormoni ucichli nagle i z uwagą wpatrywali się w ospowatego.
– Tak. – Starszy wyglądał na niewzruszonego.
– Świetne mięso, a chleb, lepszego nie jadłem – przerwał ciszę Bill i oblizał palce.
– Żyjemy według prawa Bożego – powiedział Starszy.
– Szanuję to, ale jestem zobowiązany, by każdy w moim okręgu respektował również prawo terytorium Wyoming.
– Kodeks prawa wywodzi się wprost z przykazań Bożych, a te, zapewniam, respektujemy. – Ospowaty rozłożył ręce, skrzypek zaczął grać spokojną melodię.
– Cieszy mnie to niezmiernie. – Bill rzucił metalową miskę przed kamienie ułożone wokół ogniska. – Bo widzisz…?
– Hyrum Jensen – przedstawił się Starszy.
– Hyrum. Nieco na południe stąd dokonano zbrodni na kobietach i dzieciach. Zastrzelono je i oskalpowano. Wokół znalazłem ślady wozów, które doprowadziły mnie do was.
Hyrum spoważniał, część mormonów odeszła od ogniska.
– Czy jesteśmy podejrzani? – zapytał Starszy.
– Ależ skąd. Pomyślałem tylko, że może widzieliście coś, co pomogłoby mi w ujęciu sprawcy.
– Nie widzieliśmy nic podobnego. Możliwe, że ci nieszczęśnicy rozbili obóz w miejscu, gdzie i my staliśmy. Umiemy o siebie zadbać i na pewno pomoglibyśmy bliźnim w potrzebie.
– No tak – przyznał Bill. – Widać mieli pecha, że się z wami rozminęli.
– Widać taka była wola Boża.
– Być może. Dziwne. Nie znalazłem ciała żadnego mężczyzny.
– Różnych podróżnych spotykamy w drodze – zaczął Starszy – ale wydaje mi się, że sprawa jest oczywista.
– Tak? To słucham. – Bill wyciągnął fajkę i nabił główkę tytoniem.
– Zaatakowali ich Indianie. Mężczyźni odciągnęli dzikich, by dać kobietom czas na ucieczkę. Zginęli, a Indianie dogonili pozostałych i wymordowali. Może powinien szeryf poszukać reszty ciał, a w następnej kolejności zgłosić sprawę armii.
– To by rozwiązało moje problemy. Tylko widzisz, Hyrum, Indianie rzadko skalpują kobiety, a na pewno nie robią tego z dziećmi.
– Dzicy są nieobliczalni, dlatego nazywamy ich dzikimi.
– Słuszna uwaga. – Bill wygrzebał z ogniska żarzący się patyk, przystawił do główki fajki i pyknął kilka razy, wypuszczając kłęby dymu. – Ale można przewidzieć działania Indian, jeśli trochę się ich pozna. Wie Starszy, czemu zabierają skalpy?
– Bo są brutalami?
– Nie. To sprawa odwagi. Ściągnięcie skalpu z głowy wojownika pozwala odebrać część męstwa pokonanemu wrogowi. Kobiety i dzieci to żadna zdobycz.
Starszy wstał i uśmiechnął się życzliwie. Reszta mormonów rozeszła się do namiotów.
– Jak widzisz, kładziemy się wcześnie. Przed nami sporo drogi, więc ruszamy o świcie. Wybacz, ale nie jestem w stanie bardziej pomóc – powiedział Hyrum.
– Nie ma sprawy i dziękuję za kolację.
– Skorzystaj z naszego ognia, niech cię ogrzeje w nocy. Kto wie, może wraz z nowym dniem wszystko stanie się jasne.
*
Wyjący Wilk zostawił srokacza i przykucnął. Celeb leżał i krzyczał. Czasem wstawał i biegał między drewnianymi konstrukcjami. Znalazł kamień i tłukł nim o czoło, aż krew zalała mu twarz. Nie ruszył kości na platformach ani broni wojowników Lakota. Czejen żałował, że nie zabił Celeba, gdy miał okazję. Teraz musiał poczekać, aż opuści święte miejsce. Usiadł i czekał.
*
Bill złapał kolbę rewolweru. Kroki zbliżyły się, ale nie na tyle, by musiał użyć broni. Ktoś stał w ciemności.
– Bracie, przychodzę w pokoju. Nie mieszamy się w cudze sprawy, dlatego Hyrum nie powiedział o mężczyźnie w cylindrze i kalesonach. Szedł boso na wschód od miejsca, o którym mówiłeś. Pan z tobą, szeryfie.
Mormon ostrożnie zaczął się cofać, aż zniknął w mroku nocy.
*
Krew na twarzy Celeba zakrzepła. Czuł ból, którego nie mogło zagłuszyć fizyczne cierpienie. Odbierający zmysły.
Czuję to. Tak. Wyraźnie.
Celeb po raz pierwszy widział, choć był pewien, że od kilku dni nie zmrużył oka. Była noc, na niebie świeciły gwiazdy i księżyc. Wiatr ucichł zupełnie, a wraz z nim ból.
Czy teraz ci lepiej?
Celeb wstał, rozejrzał się między drewnianymi platformami. Cisza na równinie była niezwykła, nie mniej niż ulga, której zaznał.
– Gdzie jesteś? – zapytał, popękane usta piekły przy każdym słowie.
Blisko.
Celeb przeszedł między żerdziami. Obrazy wróciły – zobaczył kobiety tulące dzieci, dziewczęta zasłaniające oczy córek.
Nie odchodź. Bo ból wróci.
– Gdzie cię szukać?! – wrzasnął, a głos poniósł się po równinie.
Tam, gdzie nie ma cierpienia.
Celeb podszedł do sterty kamieni między żerdziami. Z dołu platformy zwisały pióra przywiązane do rzemieni – kruków, indyków i jastrzębi.
Widzę cię.
Celeb zobaczył kształt po drugiej stronie kopca. Wyglądał jak odbicie w jeziorze. Niewyraźnie, rozedrgane.
– „Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan zabrał, niech będzie imię Pańskie błogosławione”.(7)
Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?(8)
Kształt podszedł do kamieni i wyciągnął rękę, przyłożył do rozedrganego powietrza.
Powiedz tylko słowo, a przybędę.
– „Choćby mnie zabił, przecież Mu ufać będę”(9) – powiedział Celeb i przyłożył dłoń. – Przyjdź do mnie.
Celeb zobaczył zakrwawioną stopę. Następnie nogę w brudnych kalesonach. Postać w cylindrze przeszła pod piórami. Palce ich dłoni splotły się ze sobą.
– Jesteśmy jednością – wyszeptał Celeb.
Jeszcze nie.
Mężczyzna wierzchem dłoni pogłaskał policzek Celeba. Uniósł głowę. Pod cylindrem były gwiazdy, planety i komety przecinające nieboskłon.
– Piękne – powiedział.
Palce wniknęły pod skórę Celeba, deformowały policzek, nos i oczodół, paliły żywym ogniem.
*
Wyjący Wilk obudził się, choć nic go nie zaalarmowało. Leżał chwilę i obserwował srokacza. Koń nerwowo bił kopytem o ziemię. Czejen wstał. Noc była cicha i jasna. Na twarzy nie poczuł najmniejszego powiewu wiatru. Spojrzał na Ma’heohtsé-vo’kėstse(10). Nie dostrzegł Celeba między żerdziami. Dosiadł konia – nie mógł pozwolić odejść białemu.
Czejen usłyszał węszenie. Potem zobaczył Celeba. Klęczał na platformie wśród kości, podparty rękoma. Głowę wyciągnął jak wilk łapiący trop. Spod cylindra dobiegał świst wciąganego powietrza.
Wyjący Wilk na krótką chwilę zapomniał o zmarłym synu – jakby nigdy się nie narodził. Spiął konia piętami. Srokacz ruszył galopem. Czejen nie musiał popędzać zwierzęcia. Koń gnał jak najdalej od cmentarza Lakotów. Wyjący Wilk zamknął oczy i zobaczył Lecącego Jastrzębia, tęsknota za dzieckiem wróciła. Kosztował tę chwilę, jakby znów mógł stracić to, co przepełniało serce cierpieniem. Poczuł wiatr na twarzy, a wraz z nim usłyszał:
Czuję. Czuję twój ból.
*
Mormoni szykowali się do dalszej drogi. Hyrum stał i patrzył na jeźdźca, który był już tylko drobną plamą na równinie.
– Powiedziałeś mu o Celebie? – zapytał rudego chłopaka.
– Tak, ojcze, jak kazałeś.
– Dobrze. Nim znajdzie ciało, my już będziemy daleko.
– Czy dobrze uczyniliśmy? – zapytał chłopak.
– „Kto bluźni imieniu Pana, poniesie śmierć, cała społeczność ukamienuje go”(11) – odpowiedział Starszy. – Tu chodzi o dobro wspólnoty. Tacy jak Celeb są jak chwasty w ogrodzie. Naszym obowiązkiem jest je usuwać.
*
Bill szybko znalazł trop indiańskiego konia. Prowadził na wschód. Później natrafił na ślady stóp i krew.
W nocy źle spał. Nie z powodu nogi, ale migreny. Tak długo cierpiał na bóle głowy, że gdy ustały, obudził się nagle. Na równinie panowała zupełna cisza. Nie potrafił ponownie zasnąć. Osiodłał konia i ruszył. Migrena wróciła razem z silnymi podmuchami. Przyjął to z ulgą – preria znów funkcjonowała prawidłowo.
Przed południem zobaczył jeźdźca. Pędził wprost na Billa. Szeryf zsiadł z karego. Wyciągnął lunetę. Czejen był ogromny. Połowę twarzy pomalował na czerwono, resztę na czarno. Włosy miał spięte. Nad głową wystawały jastrzębie pióra.
– Spokojnie – powiedział Bill do wałacha.
Poczekał, aż zwierzę zacznie jeść trawę. Wyciągnął rewolwer i oparł ręce na siodle.
Srokacz Czejena wyglądał na zmęczonego, mimo to nie zwalniał. Jeździec wczepił dłonie w końską grzywę. Szeryf nie opuścił broni. Wiedział, że dla Czejena dobycie włóczni lub tomahawku, nawet w galopie, i celne pchnięcie bronią to drobnostka. Złapał kolbę oburącz i odciągnął kurek. Przymknął lewe oko. Ziemia drżała pod kopytami. Bill słyszał ciężki oddech srokacza. Celował w pierś konia. Wstrzymał oddech i położył palec na spuście.
Czejen przemknął obok karego. Wałach wierzgnął i odbiegł kawałek. Bill sklął nogę, która jak zawsze odezwała się w złym momencie. Pokuśtykał do konia i złapał wodze. Patrzył, jak Czejen szybko się oddala.
– Czemu miałeś zamknięte oczy, sukinsynu? – zapytał i pogłaskał wałacha po pysku.
*
Cmentarz Lakotów ustawiono w dolinie. Bill najpierw znalazł miejsce, gdzie obozował Czejen. Po chwili zobaczył mężczyznę, który leżał pod jedną z platform. Szeryf rozejrzał się. Nigdzie nie było żywej duszy. To nie oznaczało, że w pobliżu nie ma Lakotów. Za wejście do świętego miejsca wypruliby Billowi wnętrzności jelenim rogiem.
Mężczyzna nie ruszał się od dłuższego czasu. Szeryf nie mógł też dłużej chodzić wokół cmentarza.
Zszedł po zboczu. Minął czarny cylinder i obrócił mężczyznę. W miejscu twarzy zobaczył wypaloną, okrągłą ranę.
*
W tipi paliło się ognisko. Wyjący Wilk czuł bijące ciepło. Milczący Kruk palił fajkę. Byli sami – szaman wygonił pozostałych, by w spokoju wysłuchać opowieści.
– Możesz otworzyć oczy – powiedział.
– Wciąż mam obraz Lecącego Jastrzębia. Jeśli spojrzę na świat, stracę go – odpowiedział. – Tak, jak zabrano mi żal, który wypełnia serce.
– Twoje rany jeszcze się nie zagoiły – zaczął szaman. – Miałem nadzieję, że odnajdziesz spokój na równinach.
Wyjący Wilk słyszał, jak pociąga z fajki. Tipi pachniało skórami bizonów, suszonym mięsem – domem.
– Tam, gdzie leżą kości przodków, nie ma miejsca dla żywych. Ma’heohtsé-vo’kėstse są granicą, którą łatwo naruszyć. Duch przyszedł zwabiony waszym bólem.
– Czy wróci, by zabrać mi syna?
– Nie wiem.
Wyjący Wilk nie usłyszał, kiedy szaman wstał. Poczuł na głowie dłonie Milczącego Kruka.
– Otwórz oczy – powiedział. – Otwórz je teraz.
Zobaczył pomarszczoną, niczym równiny, twarz szamana.
– Czy nadal czujesz w sercu Lecącego Jastrzębia? Czy możesz przywołać obraz syna?
Wyjący Wilk zamknął powieki i odpowiedział:
– Tak.
Milczący Kruk nałożył na szyję Wyjącego Wilka naszyjnik z przepiórczymi piórami wetkniętymi w czerwone korale – należący do syna wojownika.
– Zabrałem go, by ci nie przypominał o Lecącym Jastrzębiu. Teraz wiem, że twoja żałoba wymaga, byś pokochał cierpienie tak, jak kochałeś syna.
*
Bill obserwował młodego Czejena z indyczym piórem we włosach, który razem z innymi dziećmi pokazywał szeryfa palcem. Reszta Indian traktowała białego jak powietrze. Kobiety sprzątały tipi. Mężczyźni oprawiali skóry lub pracowali nad bronią – skręcali cięciwy, układali lotki w strzałach. Psy ujadały, dzieci wrzeszczały. Te starsze ucichły. Bill spojrzał na grupę. Indycze pióro zniknęło. Szeryf dostrzegł ruch za skórami, które suszono na słońcu w drewnianych ramach.
Dał podejść szczeniakowi. Kary drgnął, gdy Czejen wsadził rękę w juki. Bill zawinął wodzami i zdzielił gówniarza przez głowę, aż indycze pióro zleciało na ziemię. Młody Czejen, masując głowę, wrócił do reszty dzieci, witany śmiechem i drwinami.
Milczący Kruk wyszedł w końcu do Billa. Wódz stał w pobliżu z kamienną miną, pod którą ukrywał zdenerwowanie – biali w obozie byli zwiastunem złych wieści.
– Witaj – zaczął Bill i przeszedł do rzeczy. – Zabito białych. Kobiety i dzieci.
– Gdzie? – zapytał Milczący Kruk.
– Jakieś trzy dni drogi stąd na zachód.
– Szeryf zawarł umowę z Czejenami. Nie złamaliśmy warunków.
– Znalazłem ślady prowadzące do cmentarza Lakotów. A w drodze wojownika z piórami jastrzębia we włosach.
Szaman milczał. Bill zastanawiał się, czy Czejen nie zrozumiał sugestii, czy nie chciał rozumieć.
– Na cmentarzu było ciało mężczyzny ze zdartą twarzą.
Milczący Kruk spojrzał na wodza. Rączy Koń zaplótł ręce na piersi i skinął głową.
– Nie interesują nas święte miejsca Lakotów, białe kobiety i ich dzieci. Wkrótce ruszam dalej w stronę gór.
– Niebieskie kurtki będą pytać o skalpy kobiet. Co mam im powiedzieć?
– Czejeni nie szukają takich skalpów. Szeryf Bill to wie. Powie im.
– To może nie wystarczyć. A co z tym wojownikiem? Czemu jeździ samotnie po równinie? Dlaczego wchodzi na teren Billa?
– Wyjący Wilk jedzie ścieżką duchów. Nie mam dla niego miejsca wśród żywych i martwych do chwili, gdy zakończy żałobę.
– Co to do cholery ma znaczyć?! Posłuchaj! Wiem, że to nie wy zabiliście te kobiety! Ale ten wojownik pokazuje się tam, gdzie znajduję trupy, jak to wytłumaczę niebieskim kurtkom?!
Czejen oprawiający skórę wstał, zaciskając w pięści nóż. Drugi wyszedł spomiędzy tipi z maczugą wojenną – kamieniem przywiązanym rzemieniem do długiego kija. Rączy Koń uniósł dłoń. Wojownicy stanęli przy nim. Bill podjął ryzyko, miał tylko nadzieję, że nie przelicytował.
– Wyjący Wilk podąża własną ścieżką. Do chwili, gdy będzie gotowy wrócić do Czejenów – powiedział szaman. – Szeryf Bill może go ścigać za skalpy kobiet. Tylko że ich przy nim nie znajdzie.
– Gdzie znajdę Wyjącego Wilka?
– Tam, gdzie duchy przodków.
Rozmowa była skończona – Milczący Kruk wyciągnął suszone mięso i koraliki. Bill przyjął prezent i odwdzięczył się tytoniem i butelką whisky.
Dosiadł konia i ruszył spokojnie. Indianie odprowadzili go do ostatniego tipi, trzymając się za końskim zadem. Bill popędził wałacha na równinie. Spoglądał przez ramię. Nie widział pościgu – Czejeni uznali rozmowę za udaną.
*
Hyrum Jensen zostawił braci i siostry. Wszedł do namiotu. Rozwiązał wstążkowy krawat. Zrzucił marynarkę.
– Bawcie się, bądźcie spokojni. Ja odpokutuję grzech, który na was ściągnąłem – wyszeptał, rozpinając koszulę.
W ciemności odnalazł kufer, a w nim pudełko. Otworzył wieko. Poczuł pod palcami grube węzły skręcone na długim sznurze. Chwycił drewnianą rączkę i klęknął.
*
Kruk usiadł na czaszce. Leżała na kolorowym dywanie wśród piór. Spoglądał z platformy na rozedrgane powietrze między żerdziami. Najpierw zobaczył dłoń i brudnobiały rękaw. Następnie cylinder wychodzący z falującego powietrza. Mężczyzna szedł na czworaka. Usiadł tak, jak robi wilk czy kojot – na nogach, podpierając się rękoma. Wiatr ucichł, a spod cylindra dobiegł odgłos węszenia. Wtedy kruk, pchany do lotu nagłym niepokojem, wzbił się w powietrze.
*
Sznur przeciął powietrze, gdy Hyrum zawinął dyscypliną. Węzły chłostały plecy, pozostawiając krwawiące sińce na skórze.
– „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją”.(12) – Hyrum cedził przez zęby.
Bił coraz mocniej. Sznur świszczał w ciemności.
– „Choćby były czerwone jak purpura, staną się jak wełna”.(12)
Krew spłynęła po plecach. Starszy zamarł z uniesioną dyscypliną. Myśli stały się czyste, a w sercu zapanował spokój. Padł na trawę, bijąc czołem o ziemię.
Zabrałem twój ból.
– Dziękuję – wyjęczał.
Cierpienie wróci.
– Będę pokutował, jeśli taka jest twoja wola.
Nie musi tak być. Mogę zabrać ból, który cię wypełnia.
– Co mam czynić? Jak mogę zrzucić to brzemię?
Zostaw braci i siostry. Chodź ku mnie.
Hyrum podniósł głowę. Wstał i ruszył do wyjścia. Mormoni śpiewali przy ognisku. Starszy wspiął się na koło szkunera. Zobaczył ciemny kształt na równinie. Zeskoczył i przeszedł między wozami.
To był Celeb w cylindrze, w kalesonach z rękawami, o nagich stopach.
– Bluźniłeś słowem i czynem. Nie zostawiłeś mi wyboru, Celebie. – Hyrum wyciągnął rękę i wskazał mężczyznę palcem. – Ale, że swe plugawe postępki postanowiłeś ubrać w szaty mormońskie, zasłaniałeś się naukami Josepha Smitha(13), tego nie mogłem ci wybaczyć. Musiałem cię ukarać dla dobra całej wspólnoty.
Nie musisz już cierpieć, Hyrum.
– Dałem ci pokutę. Okrutną, ale i twoje czyny były okrutne.
Wybaczam ci, Hyrum, i zabiorę twój ból.
Celeb podszedł.
– Ja też ci wybaczam. – Hyrum położył ręce na ramionach Celeba.
Mężczyzna w cylindrze dotknął dłońmi policzków Starszego.
– Jesteś aniołem? – zapytał Hyrum.
Jestem tym, który żywi się cierpieniem.
Starszy zobaczył, jak twarz Celeba zsuwa się z głowy, a pod nią Drogę Mleczną, gwiazdy i planety. Twarz zaczęła płonąć żywym ogniem, gdy palce mężczyzny w cylindrze weszły pod skórę.
*
Bill siedział przy ognisku i dopijał resztkę mikstury doktora. Potrzebował długiego odpoczynku – kąpieli, czterech ścian i łóżka. Był już za stary na tułaczkę po równinach. Gdyby zabił Czejena, byłby już w Laramie. Wojownik samotnie jeżdżący po równinach, którego dręczą jakieś niezałatwione sprawy natury duchowej lub, co gorsza, dotyczące honoru, to potencjalny problem. Bill wypuścił w ciemność kółko z dymu i przygryzł ustnik fajki. Nie wiedział, czy Wyjący Wilk zabił tych wszystkich ludzi, ale było to możliwe. Postanowił, że nie zmarnuje kolejnej okazji. Najbliższy cmentarz Czejenów był niedaleko. Bill nie widział innego kierunku, w którym mógł się udać wojownik. Miał tylko nadzieję, że nie rozminął się z nim gdzieś po drodze.
Płomienie z ogniska wystrzeliły w górę. Wiatr ucichł. Bill usłyszał odgłos węszenia. Leżał z wyciągniętymi nogami, tylko dłoń oparł na kolbie rewolweru.
– No, wyłaź, preriowy szczurze – warknął.
Węszenie ucichło. Dostrzegł ruch. Dobył broni i odciągnął kurek. W blasku ognia stanął Hyrum Jensen.
– Dobry Boże! – krzyknął Bill. – Mało brakowało, a zarobiłby Starszy kulkę.
Hyrum stał z nagą piersią i patrzył wprost na szeryfa.
– Gdzie Starszy zgubił koszulę?
Bill miał schować rewolwer, ale położył go obok na kocu. Hyrum Jensen milczał. Było coś jeszcze – nie mrugał.
– Proszę usiąść i się ogrzać – zaproponował szeryf.
Starszy uniósł ospowatą twarz i wciągnął powietrze nosem.
Nic.
Bill nie zauważył, by usta Hyruma się poruszyły.
– Szukam Czejena. Zmierza na zachód. Możliwe, że kręci się w pobliżu indiańskiego cmentarza.
Wiem, o kim mówisz. Czuję jego stratę.
Bill położył dłoń na rewolwerze.
– Podejrzewam, że to on mógł dokonać zbrodni na tych kobietach.
To nie jego ból. To cierpienie Hyruma.
– Chyba Starszy wie, co to oznacza. – Bill wymierzył w pierś Hyruma Jensena.
Nic nie czuć od ciebie.
Starszy przeszedł przez ognisko. Szeryf wstał i jęknął – lewa noga odmówiła posłuszeństwa. Upadł. Nim Hyrum chwycił twarz szeryfa, Bill zdążył wypalić. Siła wystrzału odepchnęła Starszego, a w nagiej piersi pojawiła się dziura po kuli. Hyrum ukląkł na jedno kolano.
Nie ruszaj się.
Chwycił twarz Billa, a szeryf nie potrafił oderwać spojrzenia od czarnych jak noc oczu. Hyrum Jensen przystawił nos do policzka Billa i zaczął węszyć.
Nie ma tęsknoty, żalu i bólu. Jesteś niezwykłym człowiekiem, Billu Thorntonie. Raczej już się nie spotkamy.
Starszy przekroczył nad szeryfem i zniknął w ciemności. Nim Bill był w stanie sięgnąć do juków po whisky, wiatr znów szumiał, kołysząc płomieniami.
*
Mormoni stali nad mogiłą. Bill zatrzymał konia w takim miejscu, by był widoczny. Po ceremonii podszedł rudy chłopak.
– Jak zmarł Starszy? – szeryf zapytał z siodła.
– Skąd wiesz, kogo chowamy?
– Przeczucie.
– Ojca dosięgła kara Boska.
– Kto teraz wam przewodzi?
– Ja. Nazywam się Ezechiel.
– To stało się z powodu tego, co zrobiliście? – Bill obserwował mormonów.
Było ich ponad dwudziestu. Każdy pod bronią. Jeśli zechcą, Bill już nigdy nie zobaczy Laramie. Szeryf zdecydował, że postawi wszystko na niepewną kartę – miał już dość siodła, rwącej nogi, migreny i równiny. Miał sześćdziesiątkę na karku, był już zwyczajnie za stary na to, co dzieje się na prerii.
– Zrobiliście to? – powtórzył.
– Celeb to był zły człowiek. Mimo to ojciec poniósł karę za grzechy.
Mormoni czekali w ciszy na efekt rozmowy. Kilku przyniosło strzelby.
– A jeśli powiem, że takie jest prawo i moim obowiązkiem jest zawiadomienie fortu Russell(14)?
– Sam byś nas nie zaciągnął do miasta. Pewnie nawet gdybym rozkazał braciom, by pojechali do Laramie, część nie znalazłaby w sobie tyle siły, by z własnej woli stanąć przed sądem.
– To co zrobisz, Ezechielu Jensen?
– Zaczekamy tu przez pięć dni i będziemy się modlić za duszę Hyruma. Potem ruszymy w dalszą drogę.
– Byłbyś dobrym Starszym, Ezechielu.
Bill spiął karego ostrogą.
– Szeryfie! Gdybyś był na naszym miejscu, postąpiłbyś tak samo! Ale błagam cię w imieniu tych rodzin, nie karz ich za grzechy Hyruma!
Bill nie oglądał się za siebie. Czekała go noc w siodle – o świcie chciał być już w mieście.
*
Mężczyzna o twarzy oszpeconej przez ospę spojrzał na gwiazdy. Przekręcił się na brzuch. Kości dawno poległego wojownika zleciały z platformy na ziemię. Ospowaty, podparty rękoma, przeciągnął się jak kot i spojrzał na Czejena o twarzy pomalowanej w czarno-czerwone barwy i z jastrzębim piórem we włosach. Wojownik stał między żerdziami.
Czułem cię wtedy i teraz też czuję.
Ospowaty zeskoczył z platformy. Wyjący Wilk zerwał z szyi naszyjnik z przepiórczymi piórami i zacisnął w pięści. Patrzył w czarne jak noc oczy. Ospowaty podszedł i wyciągnął ręce.
Zabiorę twój ból. Cierpienie się skończy.
Położył dłonie na policzkach Czejena.
– Widzisz w moim sercu Lecącego Jastrzębia?! – zawołał Wyjący Wilk.
Widzę cierpienie. Nakarm mnie nim.
Ospowata twarz zsunęła się i opadła na ziemię. Czejen spojrzał w bezkres nieba wirujący we wnętrzu głowy mężczyzny.
– To mój syn! Teraz jesteśmy jednym duchem!
Twarz wojownika paliła w miejscu, gdzie palce wciskały się pod skórę.
– Życie jest drogą! Ci, którzy odeszli, czekają na jej końcu! Jestem gotowy, by nią podążyć!
Mężczyzna zniknął. W miejscu, gdzie stał, powietrze przez chwilę drgało jak woda na powierzchni jeziora. Czejen patrzył w gwiaździste niebo. Poczuł wiatr na twarzy, przyjemnie łagodził poparzoną skórę.
*
Bill przejechał koło biura kolei. Burmistrz stał w towarzystwie eleganckich panów z Union Pacific. Szeryf nie miał pojęcia, jak zareagują na wojsko z fortu Russell. Ale miał to gdzieś – głowa pękała od migreny, a noga tak rwała, że miał ochotę wyć. Skierował karego wałacha do punktu telegraficznego. Zsiadł z konia. Nie zauważył doktora.
– Musimy porozmawiać – powiedział medyk.
– Nie teraz, jestem wykończony – odburknął szeryf. – Jak się wyśpię, to wyjaśnię wam, co ustaliłem. A teraz przepraszam. Mam do nadania telegram.
Doktor złapał kurtkę Billa.
– To ważne.
– O co chodzi?
– Dziwki Howka wczoraj ściągnęły mnie do tej małej.
– To naprawdę nie może zaczekać? – Bill wyrwał rękaw z palców doktora.
– Dziewczynka źle się czuła.
– Co mi do tego?
– Bill!
Szeryf spojrzał na bladą twarz doktora.
– Ona jest w ciąży.
– Chryste. – Bill przygryzł górną wargę. – Ile… Ile ona ma lat?
– Nie więcej niż jedenaście.
Bill minął doktora i punkt telegraficzny. Przeszedł przez miasto, nie odpowiadając już na żadne pytania. Gdy dotarł do domu, zrzucił ubranie i położył się do łóżka. Nie zamierzał wychodzić spod pierzyny przez następny tydzień.
koniec

(1) – szkuner prerii to nazwa wozu zakrytego materiałem.
(2) – Święci w Dniach Ostatnich inaczej mormoni.
(3) – Union Pacific to amerykańska kompania kolejowa założona w 1862 roku, która budowała linię kolejową na zachód od rzeki Missouri w ramach pierwszej kolei transkontynentalnej.
(4) – “Praise to the Man” – fragment piosenki ku czci Joseph Smith
(5) – Nauki i Przymierza – zbiór objawień i wskazań doktrynalnych fragment rozdziału 132.
(6) – Starszy (Elder) — w grupie mormonów to mężczyzna posiadający wyższe kapłaństwo, który pełni funkcję duchowego przewodnika: prowadzi modlitwy, naucza i udziela obrzędów religijnych.
(7) – Księga Hioba 1,21
(8) – Księga Hioba 2,10
(9) – Księga Hioba 13,15
(10) – Ma’heohtsé-vo’kėstse – to określenie, które może oznaczać „Wzniesione miejsce dla Wielkiego Ducha” ale w języku Czejenów nie ma dosłownie takiego słowa. Ma’heo’o oznacza „Wielki Duch”.
(11) – Księga Kapłańska 24,16
(12) – Księga Izajasza 1,18
(13) – Joseph Smith (1805–1844) był amerykańskim przywódcą religijnym i założycielem Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich.
(14) – Fort D. A. Russell, założony w 1867 roku w pobliżu Cheyenne, był bazą kawalerii armii USA mającą chronić linię kolejową Union Pacific oraz osadników na pograniczu. Stanowił ważny punkt wojskowy podczas konfliktów z plemionami Wielkich Równin i zabezpieczał rozwój osadnictwa w regionie.
Abonament na szczęście
Kliknij aby rozwinąć
Filip siedział w fotelu, ukryty przed rzeczywistością. Był bardzo zmęczony i głodny. To były ostatnie potrzeby, które jeszcze rozumiał. Patrzył na pasmo reklam emitowanych w przerwie programu, którego już nie pamiętał.
– O! O tak! Cóż za rozkosz. Tylko kilka pociągnięć do spełnienia! – Lektor miał w głosie coś, co przypominało sposób mówienia telemarketera.
Filip patrzył na biust blondynki w przezroczystym staniku. Dopiero po chwili zorientował się, że dziewczyna myje zęby. Wsadziła szczoteczkę w usta i erotycznymi ruchami przesuwa włosiem po szkliwie.
Filip drżącą dłonią chwycił pilota. Drugą ręką wyciągnął okulary z kieszeni flanelowej koszuli i spojrzał przez szkła na klawisze.
– W górę i w dół! – wrzeszczał lektor. – I szybciej! Patrzcie na tę pianę!
Odnalazł odpowiedni przycisk. Ekran telewizora mrugnął. Starzec przez chwilę patrzył na zdjęcie Miłosza ustawione pod plazmowym telewizorem. Poczuł równocześnie zawód, złość i tęsknotę. Przeniósł wzrok na kolorowy wyświetlacz, jednym gestem ucinając niewygodne emocje.
Czerwony kabriolet jechał pustą ulicą. Za kierownicą siedział wysportowany młody mężczyzna w podkoszulku.
– Audi Czterdzieści Tysięcy Maks Turbo!
Filip przez chwilę pomyślał, że to ten sam lektor.
– Z takim samochodem świat jest twój!
Mężczyzna kierujący Audi odwrócił się do kamery – uśmiechał się drwiąco.
– Co za złamas – warknął Filip.
– Masz Audi albo jesteś nikim – stwierdził lektor.
Nim starzec zdążył przełączyć kanał, kierowca roześmiał się i wycelował palec w obiektyw.
Zadzwonił telefon. Filip podniósł aparat. Przeciągnął palcem po ekranie.
„Zły wzór. Zostały ci dwie próby”.
Filip spróbował jeszcze raz.
– Co za cholerstwo! – wycedził przez zęby.
„Została ci ostatnia próba”.
Telefon brzęczał:
„Odbierz, odbierz, odbierz, ooooodbierz”.
Filip odblokował ekran. Dzwonek ucichł.
– Skukinsyn! – ryknął do ekranu.
– Coś w życiu ci nie wyszło? – zapytał lektor.
Filip spojrzał w stronę odbiornika.
– Jesteś sam i nikt cię nie potrzebuje? – Nastolatek szedł przez park ze smutną miną. – Psssssytnij!
Z krzaków wyskoczyli ludzie z puszkami w rękach. Ekran zaroił się od tancerzy – policjantów, strażaków i robotników. Filip dostrzegł zakonnice i bezdomnego pląsających z kimś, kto wyglądał jak zboczeniec.
– Pssssssytnij! – Nastolatek napił się z puszki i przeciągle beknął.
Tłum zaczął ryczeć ze śmiechu.
– A już nie będziesz sam…! – Dzwonek telefonu przerwał lektorowi.
Filip był przygotowany. Odebrał i podniósł aparat.
– Słucham?
– To ja, tato. – Głos Miłosza brzmiał ponuro. – Przecież telefon wyświetla, kto dzwoni. Możesz mi powiedzieć, dlaczego do ciebie zawsze trzeba dzwonić dwa razy? Tak trudno odebrać za pierwszym?
– Ekran…
– Nieważne. Jadę do ciebie. Wiesz, w sprawie, o której rozmawialiśmy.
– Skąd pewność, że jestem w domu?
– A gdzie masz być? – zapytał syn. – Do zobaczenia za pięć minut.
Starzec odłożył telefon.
– Co się stało? – Filip był pewny, że to ten sam głos co w poprzednich reklamach. – Nikt cię nie rozumie?
Azjatka o długich nogach w bikini rozłożyła bezradnie ręce i zrobiła smutną minę.
– SpeedSpeak! I możesz nawiązać relację w każdym języku! Teraz również w formie aplikacji!
Azjatka wystawiła głowę spod kołdry. Leżała między facetem z reklamy Audi, a Murzynem. Wyglądała na spełnioną.
– Wystarczy – warknął Filip. – Wystarczy!
Głos zadrżał, gdy szyja zaczęła chować się między ramiona. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Otworzył usta najszerzej, jak potrafił. Chrupnęło – dolna szczęka zawisła na wyłamanych stawach żuchwowych.
Oczy zaczęły swędzieć. Podniósł dłonie, by je przetrzeć. Zobaczył, jak skóra schodzi z palców, które przypominały segmentowane odnóża porośnięte ostrym włosiem. Gałki piekły, więc wydłubał je haczykowatymi pazurami. Rozlały się po twarzy i spadły na flanelową koszulę razem ze skórą odchodzącą od kości policzkowych.
Patrzył na setki małych fragmentów pomieszczenia mozaikowymi oczami wypełnionymi setkami ommatidiów. Kręgosłup pękł pod naporem chitynowego pancerza rozdzierającego mięśnie. Z rogowatych wypustek zwisały resztki flaneli. Długie, jak u szarańczy nogi oderwały ciało od fotela – skoczył i przylgnął do sufitu. Poczuł dławienie. Nie walczył z nim. Pozwolił obłemu jęzorowi wystrzelić z gardła. Wił się i skręcał, gdy z policzków wyrosły szczękoczułki. Żuchwa starego Filipa przez chwilę zwisała na fragmencie skóry, po czym upadła na dywan.
Zabrzęczał domofon. Filip czuł dźwięk całym ciałem, przez ostre włoski porastające głowotułów. Ruszył do ciemnej sypialni i schował się za nadprożem. Czekał.
Drzwi uchylił się, w progu stał facet w garniturze. W prawej ręce ściskał teczkę.
– Cześć, tato! – zawołał.
Nie zdejmując butów, przeszedł przez przedpokój do salonu.
– Tato?! Przyniosłem dokumenty!
Filip po przeobrażeniu był głodny. Bardzo głodny. Ale czekał cierpliwie i obserwował z ciemności, jak krawaciarz kręci się po mieszkaniu. Otwiera teczkę i wyciąga dokument na stolik. Zerka na telewizor i telefon. Podnosi strzępy koszuli, spodni oraz rozerwaną skarpetkę, po czym rzuca je na fotel.
– Tato! Wszystko w porządku?!
*
Miłosz podszedł do sypialni, coś zwisało z sufitu. Długi, podłużny kształt, po którym spływała lepka maź na podłogę.
Obły, przypominający tłustą larwę organ drgnął, skręcił się i zwinął.
Miłosz zamarł i patrzył jak rulon znika w czymś pod sufitem.
W mroku usłyszał dźwięk przypominający cykady. W jednej chwili przypomniał sobie słoneczny dzień – jak szedł przez łąkę. Owady brzęczały w źdźbłach, motyle siadały na polnych kwiatach. W oddali szumiały drzewa. A on ściskał dłoń ojca.
W mroku błysnęły wielkie owadzie oczy.
Miłosz pędem ruszył do salonu. Teczką zawadził o framugę. Stracił na chwilę równowagę i potrącił stojak z gazetami, ale nie upadł.
Coś wybiegło z sypialni po suficie, chrobocząc pazurami o tynk.
Miłosz skoczył w stronę kuchni. W korytarzu chwycił klamkę od drzwi łazienki. Wpadł do środka i przekręcił zamek.
Przez mozaikową szybę zobaczył zdeformowaną głowę. Obły kształt uderzył w szkło, przywarł do niego i zaczął pełznąć po śliskiej powierzchni.
Miłosza zrobił krok – nogi oparły się o muszlę klozetową. Usiadł na desce. Chwycił oburącz teczkę, położył ją na kolanach i schował za nią głowę.
Gdy znów spojrzał, na szybie został tylko mokry ślad.
Wstał ostrożnie i podszedł do drzwi. Wytarł przepocone dłonie o klapę marynarki i przekręcił zamek.
Korytarz był pusty. Na suficie zostały jedynie drobne zadrapania.
Ostrożnie wyszedł z łazienki i przeszedł do salonu.
Biegiem ruszył do drzwi.
Długi język wystrzelił zza fotela. Owinął się wokół szyi Miłosza. Mięsień ścisnął gardło, a setki ostrych igieł na powierzchni języka przebiły skórę. Biały kołnierzyk i błękitny krawat powoli nasiąkały krwią.
Miłosz jęknął, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na lewe udo. Obły kształt mocnym szarpnięciem przewrócił ofiarę i zaczął ciągnąć ją w stronę fotela.
Miłosz spojrzał wzdłuż organu mokrego od parzącej wydzieliny. Wychodził z gardzieli między dwiema szczękami. Nad nimi zobaczył mozaikowate oczy.
Łeb stwora wyrastał z masywnego cielska pokrytego czarnym chitynowym pancerzem. Widział resztki ubrania zwisające z rogowatych wypustek.
– Tato… – wychrypiał przez ściśnięte gardło.
Szczękoczułki niczym imadło zacisnęły się na głowie Miłosza. Czaszka pękła.
Mieszkanie wypełnił dźwięk przypominający siorbanie, gdy Filip powoli pożerał syna. Drgające ciało podskakiwało na dywanie.
Lewa stopa, wciąż tkwiąca w eleganckim bucie, trąciła stolik.
Akt dziedziczenia, podbity przez notariusza i podpisany przez jedną ze stron, powoli sfrunął na podłogę, tuż pod ekran telewizora.
– A ty już nabyłeś swój abonament na szczęście? – zapytał lektor. – Nie czekaj. Zadbaj, by na starość nawet ta ostatnia chwila była tą najlepszą.
Ciało Filipa zafalowało, gdy wraz z sokami trawiennymi zwrócił ubranie i kości.
Powoli wszedł po ścianie i przylgnął do sufitu. Zapadł w drzemkę, najedzony i zadowolony.
koniec

Poprzez czarny monolit
Nad ciemnymi wierzchołkami granitowych gór przetaczało się purpurowe słońce. Upał był nieznośny. Ursa przetarła chusteczką skórę na głowie, mokrą od pot. Nadal odczuwała skutki zatrucia, a ciało próbowało pozbyć się toksyny. Ledwie utrzymała równowagę, gdy kopniakiem odgoniła szczuroskoczka.
Peg nie spuszczała z oczu nadzorczyni. Małe, głęboko osadzone ślepia śledziły każdy ruch Ursy. Grube usta pod świńskim ryjem rozciągały się w uśmiechu. Tarr twierdził, że to przez kły wystające z dolnej szczęki, wargi Peg wykrzywiały zwierzęcy pysk w coś na kształt drwiącego grymasu. Mówił, że świniowate istoty nie są zdolne do tak głębokich emocji jak drwina czy szyderstwo.
Ursa nie była tego pewna. Zerkała na dłoń Peg podobną do racicy o trzech masywnych palcach, zakończonych grubymi paznokciami, którymi świniowata drapała ropień wystający z kotłowaniny gęstych, żółtych włosów. Wiedziała, że Ursa, jako nadzorczyni nie pozwalała na drapanie ropni i jaka groziła kara za nieprzestrzeganie zakazu. A jednak świniowata ostentacyjnie okazywała nieposłuszeństwo.
Choć Tarr powiedziałby, że rasa Peg nie panuje nad odruchami, to Ursa była innego zdania. Żelazna dyscyplina połączona z chłostą dawały rezultaty i pod ręką nadzorczyni Peg była posłuszna jak nigdy. Kosztowało to Ursę wiele wysiłku, a świniowatą – wiele nowych blizn na plecach. W końcu nawet Tarr przyznał, że widzi postępy i przestał litować się nad Peg, twierdząc, że jej gruba skóra powinna być niewrażliwa na razy, a skoro te przynoszą rezultaty, to nie ma nic przeciwko dalszej tresurze.
– Peg, zamknij szczuroskoczka w zagrodzie. – Ursa z trudem przełknęła ślinę, krwawiący ropień przyprawiał ją o mdłości.
Świniowata nawet nie drgnęła. Tuk przestał kopać. Z dziury w ziemi przypatrywał się tępo sytuacji. Dłoń Ursy powędrowała do bicza zawieszonego przy pasku. Świniowata śledziła tę powolną wędrówkę ręki nadzorczyni, jak palce niepewnie muskały skórę na rękojeści bicza.
– Zaprowadź szczuroskoczka – rozkazała Ursa, a w jej głosie dało się wyczuć niewypowiedzianą groźbę, mimo, że nogi drżały pod ciężarem ciała, a słowa z trudem przechodziły przez gardło.
Peg wolno ruszyła za szczuroskoczkiem, biegnącym w stronę zabudowań. Ursa wstrzymała oddech, gdy potężne cielsko świniowatej niemal otarło się o jej bark. Nigdy wcześniej coś podobnego nie miało miejsca. Tarr powiedziałby, że to Ursa próbuje racjonalizować poczynania Peg, a zachowanie świniowatej jest czysto instynktowne, zwierzęce, i nie ma w nim nic wyzywającego ale Tarr teraz leżał w dole, owinięty prześcieradłem.
– Tuk, zasypuj – powiedziała nadzorczyni, spoglądając za odchodzącą Peg.
Blizny na plecach świniowatej, które kiedyś były powodem do dumy – namacalnym dowodem trudu włożonego w tresurę – teraz budziły niepokój. Jak bardzo Peg musi nienawidzić bicza oraz dzierżącej go właścicielki?
Tuk, wyrwał Ursę z ponurych myśli, nabierając na łopatę kolejną warstwę czerwonej ziemi. Pracował wolno, ale systematycznie i ciało Tarra po chwili było już pochowane.
Nadzorczyni spojrzała na trzy groby usypane obok siebie. Wyciągnęła modlitewnik Tarra i odczytała psalm pożegnalny.
Tuk gapił się na kopiec. Długie, owłosione ramiona małpoluda sięgały stóp, na których położył masywne dłonie – wyglądał na zadowolonego z wykonanej pracy. Znudzony psalmem, po chwili zaczął grzebać między paluchami. Ursa dokończyła ceremonię, schowała modlitewnik do torby i poleciła:
– Sprawdź ogrodzenie. Następnie razem z Peg zbierzcie resztę kukurydzy i ziemniaków.
– Tuk – potwierdził małpolud i ruszył do wykonania obowiązków.
Ursa przypomniała sobie, jak znaleźli go w zagrodzie szczuroskoczków, gdy zagryzał kolejne sztuki. Lobotomia uspokoiła małpoluda, a kilka miesięcy tresury przystosowało go do społeczności. Ostatecznie był bardzo przydatny do pracy fizycznej.
Ursa otarła łzy.
– Będzie mi was brakować – powiedziała w stronę kopców.
Na horyzoncie majaczył gnijący las, z drzewami wydzielającymi woń zepsutego mięsa. To stamtąd przyszli świniowaci. Pamiętała dobrze ten dzień. Baza została ocalona, po krwawej walce, a Tarr postanowił wyleczyć Peg, z odniesionych ran i przystosować do kolonii.
Zza granitowych szczytów wytoczyły się masywne burzowe chmury, zwiastujące nadejście ciemności. Poprzez niesione z wiatrem kamienie, Ursa spojrzała na postać siedzącą kilka metrów od mogił.
Ponad rok temu, wraz z pierwszymi zamieciami, pojawiła się Sha – pokryta łuskami istota o twarzy pozbawionej nosa, bardziej gadziej niż ludzkiej. Jej inteligencja zaskoczyła wszystkich. Nauczyła się języka, nim minął pierwszy miesiąc. Była niezastąpiona w uprawie roślin oraz przygotowywaniu jedzenia.
Tarr nalegał na przeprowadzenie operacji. Spędził z Sha wiele godzin na rozmowach i do samego końca twierdził, że jest to istota o trudnym do przewidzenia zachowaniu. Jednak Tarr został przegłosowany i Sha uniknęła lobotomii.
„Uważaj na nią, któż inny mógł… Pomyśl, Ursa, któż inny…” – to były jedne z ostatnich słów Tarra.
Silny wiatr poderwał drobne kamienie, ciskając nimi o blaszane baraki. Nadzorczyni założyła kaptur i maskę, z trudem utrzymując się na nogach. Nie miała jednak odwagi wracać do bazy. Słońce wkrótce miało zajść na kolejny rok, skazując Ursę na życie w zamknięciu. Zgromadzona energia z paneli słonecznych powinna wystarczyć do zasilenia baraków, a plony zostały niemal w całości zebrane. To powinno wystarczyć by przeżyli.
Ursa zadrżała na wspomnienie ostatniego posiłku – skurczy, wymiotów, gorączki i Tarra, wycieńczonego krwotokami.
„Będziesz musiała sama przygotowywać jedzenie. Zamkniesz się w laboratorium i będziesz kontynuowała pracę. Masz księgę. Nauczysz się modłów i dokończysz badania” – mówił Tarr, gdy ciałem nie wstrząsały torsje. – „ Musisz dowiedzieć się, które z nich sabotuje ekspedycję”.
Nadzorczyni ruszyła, walcząc z wiatrem. Kamienie odbijały się od sztywnego materiału płaszcza. Pamiętała, że Iva przepadła w trakcie jednej z takich zamieci. Wyszła do zagrody szczuroskoczków i już nie powróciła. Miało to miejsce miesiąc po pojawieniu się Sha. W grobie Ivy pochowali książki, które tak kochała.
Wichura niemal rozerwała tunikę Sha na strzępy. Ona jedna klęczała niestrudzenie, łapiąc ostatnie promienie purpurowego słońca. Wicher chłostał ją bezlitośnie, miotając drobne kamienie, które odbijały się od jej łuskowatej skóry jak od tarczy.
Nadzorczyni stanęła nad nią, podziwiając ciało gadziej istoty – mieniące się fioletem i błękitem.
Pamiętała, że nie otrząsnęli się jeszcze z żałoby, po Ive, gdy nadszedł przełom w badaniach. Tarr odprawił rytuał, i monolit, zasilony energią z generatora, uległ. Otworzyli pierwszą bramkę. Portal sprowadził z Pustki istotę. Nazwali ją Wędrowcem i uwięzili w baraku numer dziewięć. Następnie podłączyli istotę do żniwiarki, skonstruowanej przez Ursę. Byt z Pustki emanował silną energią, którą teraz mogli gromadzić i skierować bezpośrednio do monolitu. Pozostało tylko ukierunkować przepływ, tak by kolejny portal był zarówno wejściem, a nie jedynie wyjściem z Pustki. Tarr twierdził, że rytuał jest kluczem do artefaktu i że tylko dzięki obrzędom można zmusić monolit, by stanowił drogę w obydwu kierunkach. Kolejne próby jednak nie dawały rezultatu. Artefakt uparcie otwierał portal będący jedynie wyjściem, przyciągając do stacji kolejne anomalie. Monolit nie chciał dać się ujarzmić.
Nozdrza Sha uchyliły się na chwilę, by mogła zaczerpnąć powietrza. Ursa wiedziała, że jej łuski chłonęły promienie, odżywiając Sha. Kolejny rok będzie dla niej walką o przetrwanie. Bez słońca była skazana na zagładę. Ostatnią długą noc przeżyła tylko dzięki Tarrowi, który leczył ją w ambulatorium kroplówkami i naświetlając łuskowate ciała.
Tydzień po nadejściu pierwszej długiej nocy zginął Gas. Drzwi baraku numer dziewięć zatrzasnęły się za nieszczęśnikiem, więżąc go wraz z Wędrowcem z Pustki. Od tamtej pory nikt już nie zaglądał do baraku. Ursa ufała, że Tarr odnajdzie rytuał, który nareszcie zmusi monolit do posłuszeństwa i pozwoli ukierunkować portal. A teraz została sama.
Oczy Sha były zamknięte, jej łuskowata twarz przypominała niemalże jednolitą powierzchnię. Powieki drgnęły niczym migotka, przesunęły się poziomo w stronę kącików oka. Spojrzała pionowymi źrenicami na Ursę.
Nadzorczyni usiadła przy Sha. Nie miała sił, by przekrzykiwać wyjący wiatr.
– Od dziś przejmiesz moje obowiązki nad Tukiem i Peg – powiedziała. – Pozwalam ci też wchodzić do strefy kolonialnej. Nadal będziesz sprawować obowiązki kuchty, dbać o stan zapasów i karmić członków kolonii.
– Jak sobie życzysz. – Usta Sha ledwie drgnęły, głos zdawał się dobiegać gdzieś z jej wnętrza.
– Nikt nie ma prawa wchodzić do pomieszczenia z monolitem. Jeśli będę prowadzić badania, poczekasz, aż skończę. I od dzisiaj sama będę przyrządzać sobie posiłki.
– Nie otrułam was. – Głos zachrypiał z wnętrza łuskowatego ciała. – Tarr był jedynym, który mógł pomóc Sha przetrwać ostatni rok bez słońca. Teraz, gdy odszedł, jestem skazana.
– I nad tym będę pracować. Wiedz, że nie pozwolę ci umrzeć. Nie mam dowodów, by cię oskarżać, ale nie mogę sobie pozwolić na zaufanie wobec jakiegokolwiek z członków kolonii.
– Sha nie zdoła przeciwstawić się świniowatej i małpoludowi. Dla nich Sha jest jedynie mięsem. Nie będą słuchać. Nim minie długa noc, zabiją Sha. – Gadzi pysk nie zdradzał najmniejszych emocji, a żółte ślepia utkwiły w masce Ursy.
– Nie dostaniesz broni. Tuk i Peg to teraz twój problem i obowiązek.
– Sha musi pokazać, że stoi ponad nimi. Musi budzić autorytet. – Gadzia istota trwała w bezruchu niczym wąż wyczekujący ofiary, niewrażliwa na kamienie niesione przez wiatr i chmury pochłaniające życiodajne promienie.
– Masz rację. Zamieszkasz w pokoju Ivy. – Nadzorczyni odpięła bicz i położyła go przed Sha.
– Tak. Teraz ciepłokrwiści zobaczą, że Sha jest na równi z panami. Zaczną się bać, a strach wymusi szacunek.
Ursa z trudem wstała. Sha uważnie obserwowała nadzorczynię – pionowe źrenice zwęziły się, a z jej ust, wśród zawodzącego wiatru i łoskotu kamieni, dobiegł przeciągły syk. Ursa spojrzała na Sha, której twarz zdążyła zamienić się w niemal jednolitą powierzchnię fioletowo-błękitnych łusek chłonących ostatnie promienie purpurowego słońca.
*
Bladożółte światło oświetlało laboratorium. Ursa przeglądała kolejne wykresy i odczyty z monolitu, gdy dziki ryk oderwał ją od pracy. Spojrzała na drzwi i blokującą je metalową sztabę. Wrzaski oddalały się gdzieś w głąb bazy, aż całkiem ucichły.
Nadzorczyni spojrzała na zgromadzone przy materacu jedzenie. Zostało pół bochenka czerstwego chleba, bidon z wodą i trochę gotowanej kukurydzy.
– Będę musiała uzupełnić zapasy – wymamrotała.
Ursa mówiła do siebie. To pomagało jej przezwyciężyć samotność, odkąd zamknęła się w sali z monolitem. Pierwszy tydzień spędziła, leżąc i studiując księgi Tarra, a gdy organizm doszedł do siebie po zatruciu, rozpoczęła pracę naukową.
Wyciągnęła pistolet na race i trzy pociski z szuflady biurka.
– Wyjdziesz za trzy godziny, gdy już wszyscy powinni spać – powiedziała.
Sprawdziła kolejny odczyt na ekranie monitora. Ponowiła obliczenia, ale wynik był ten sam.
– Niemożliwe… Czyżby Tarr się mylił? Czyżby problem nie leżał w rytuale, a w ilości energii przekazywanej ze żniwiarki?
Przestudiował dokładnie wszystkie inkantacje oraz formuły – konfiguracja, którą wybrał Tarr, musiała być najlepsza. Ursa nie znalazła żadnego błędu. Wprawdzie nie była kapłanką, a jedynie pracownikiem naukowym, ale wierzyła we własne umiejętności – nawet jeśli opierały się jedynie na sile umysłu, a nie ducha.
– Tarr czuł, że nie może w pełni zjednoczyć się z energią portalu, bo dobrał nieodpowiedni klucz do formuły obrzędu. Ale… co, jeśli obrzędy zawodziły z innego powodu? Co, jeśli emanacja energii z monolitu była zbyt silna, by wola Tarra i zaklęcie mogły utrzymać stabilność portalu?
Nadzorczyni sięgnęła do odczytów z ostatniego rytuału i porównała je z odczytami tuż przed inkantacją.
– Wędrowiec wyczuwa aktywność monolitu. W chwili, gdy portal zostaje przywołany, istota z Pustki jednoczy się z monolitem. Dochodzi do emanacji czystej energii, a monolit staje się niestabilny. Dlatego Tarr nie mógł okiełznać portalu.
Ursa wstała i obróciła się w stronę czarnej bryły ustawionej w centralnym punkcie laboratorium. Ominęła plątaninę przewodów biegnących ze żniwiarki i generatora do monolitu. Stanęła przed onyksową, lśniącą powierzchnią artefaktu. Monolit zdawał się gładki jak lustro, jednak odbijał jedynie światło, nigdy otaczające go pomieszczenie.
Nadzorczyni przeszła za artefakt, tam, gdzie przewody podłączono do panelu zamontowanego w gładkiej powierzchni. Odnalazła kable prowadzący do żniwiarki, ale nie dało się go ruszyć. Podążyła wzrokiem wzdłuż przewodu, który znikał w ścianie laboratorium. Za nią znajdował się barak numer dziewięć, a w nim Wędrowiec z Pustki, podłączony bezpośrednio do monolitu. Tam też spoczywało ciało Gasa oraz zestaw narzędzi, a w nim czterocalowy klucz, którym Ursa mogłaby odłączyć przewód od artefaktu tuż przed kulminacją rytuału.
– Wędrowiec odcięty od artefaktu nie miałby możliwości zjednoczenia się z nim. Wtedy portal powinien się ustabilizować.
Ursa dotknęła gładkiej powierzchni monolitu – był przenikliwie zimny.
*
Nadzorczyni umieściła klucz w zamku drzwi laboratorium i przekręcała do chwili, aż metalowa sztaba nie przesunęła się z trzaskiem. Laboratorium było zabezpieczone. Spojrzała na pokój, który wcześniej należał do Ive i zapukała.
– Sha?! Jesteś w środku?! – zawołała.
Odpowiedziało jej jedynie wycie wiatru i kamienie uderzające o metalowe ściany bazy.
Ruszyła wzdłuż pokoi kolonistów. Przy drzwiach do części wspólnej zajrzała do jadalni. Była ciemna i pusta.
Ursa wyciągnęła pistolet sygnalizacyjny i umieściła w nim flarę.
W części wspólnej lampy zwisały z sufitu na kablach wyciągniętych z instalacji, część z nich tylko mrugała, inne była strzaskane. Korytarz ciągnął się wzdłuż ścian świetlicy ustawionej w centralnej części bazy. Nadzorczyni poszła w lewo, następnie wyjrzała za róg. Korytarz oświetlała tylko jedna lampa, na podłodze walały się resztki jedzenia i szkła. Ruszyła wzdłuż ściany, nie odrywając oczu od uchylonych drzwi po lewej. Wnętrze pokoju Tuka było ciemne. Nie usłyszała ani chrapania, ani typowych dla małpoluda chrząknięć. Stanęła pod lampą i wyjrzała na zewnątrz przez szybę w drzwiach. Zamieć szalała w ciemnościach. Ursa dostrzegła czerwony punkcik – latarnię zamontowaną nad wejściem do baraku numer dziewięć.
Dotarła do pokoju Peg, w miejscu, gdzie korytarz skręcał w prawo. Przystawiła ucho do drzwi. Żaden odgłos nie wskazywał, by właścicielka była na miejscu. Kolejny odcinek korytarza oświetlało bladożółte światło.
Nadzorczyni stanęła przy kolejnych drzwiach – do świetlicy. Ostrożnie weszła do środka. Ręką wymacała włącznik, ale żadna z lamp się nie zapaliła. Wnętrze pomieszczenia rozjaśniała jedynie wątła struga światła z korytarza. Ursa, usłyszała chrobotanie, podniosła pistolet sygnalizacyjny. Tuż przed nią coś cicho zapiszczało. Uklękła na jedno kolano. Obserwowała niewielki kształt siedzący na podłodze. Istota wyskoczyła z ciemności. Wprost na twarz Ursy. Nadzorczyni zawyła. Drobne pazury zaczęły drapać policzki i skórę na głowie. Ursa zwaliła się na plecy. Pistolet wypalił z hukiem, płosząc szczuroskoczka, który odbił się od łysej potylicy nadzorczyni i wypadł na korytarz. Flara z sykiem przeleciała przez świetlicę, oświetlając rozgniecione resztki jedzenia, zaschniętą krew i ekskrementy roztarte na ścianach. Zasuszone truchła szczuroskoczków były porozrzucane między stolikami, a Peg kucała na jednym z blatów.
Morda świniowatej była ubabrana krwią, na jednym z wystających kłów zwisał kawałek skóry pokrytej szarym futrem. Grube paluchy zaciskały się na ciele szczuroskoczka, wyciskając z rozprutego korpusu wnętrzności. Oczy Peg zalśniły w czerwonej smudze flary. Zaryczała dziko i zeskoczyła ze stołu. Ursa na kolanach dotarła do drzwi. Chwyciła klamkę i wstała, gdy Peg pędziła, rozrzucając na boki krzesła i stoliki. Ursa wybiegła na korytarz. Drzwi świetlicy wypadły z zawiasami, gdy świniowata, w szaleńczej szarży, wyleciała na korytarz. Nadzorczyni puściła się pędem w stronę najbliższego rogu, skręciła gwałtownie w prawo.
W ciemnym korytarzu nie zauważyła wysokiej sylwetki. Szponiaste dłonie zacisnęły się na ramionach Ursy. Istota skryta w ciemności brutalnie zwaliła nadzorczynię na ziemię, gdy Peg wypadła zza rogu. Powietrze przeszył świst, a następnie huk. Końcówka bicza rozcięła ryj świniowatej. Peg runęła na ścianę, charcząc wściekle. Bicz świsnął ponownie, rozrywając policzek tuż nad jednym z kłów wystających ze szczęki.
– Dosyć! – wrzasnęła Ursa.
Ramię zawisło wraz z podniesionym biczem. Świniowata zwinęła się w kłębek, drżąc i pochrumkując cicho. Nadzorczyni słyszała w ciemności wściekły syk Sha.
– Dosyć – powtórzyła Ursa. – Proszę, już dosyć.
*
– Miałaś dbać o porządek, nadzorować zachowanie Peg i Tuka. – Nadzorczyni mówiła spokojnie, bez śladu emocji, jej myśli zaprzątał barak numer dziewięć. – A jak już przy tym jesteśmy, to gdzie jest Tuk?
Ursa przyłożyła gazę do rany na policzku. Peg oparta o ścianę, trzęsła się, zaciskając racicowate dłonie.
– Sha źle wypełniła obowiązki. Znalazła salę z niebieskimi lampami i grzała skórę. Sha było tak dobrze, że zasnęła na długi czas. Gdy Sha wróciła, świniowata i małpolud nie chcieli słuchać.
Nadzorczyni drugą gazę przystawiła do ryja i zaczęła opatrywać głowę Peg, prowadząc bandaż przez obie rany.
– To nie ma teraz znaczenia, gdzie jest Tuk? – zapytała.
– Sha zaprowadzi cię do niego.
– Żyje?
– Tak. Sha musiała rozdzielić oba zwierzęta, gdyż się parzyły.
– Jak mogłaś do tego dopuścić? – Ursa pokręciła głową, niedowierzając.
– Sha źle nadzorowała. Sha chciała naprawić swój błąd, więc zamknęła małpoluda w pomieszczeniu sanitarnym.
Nadzorczyni skończyła opatrywać Peg i powiedziała:
– Dobrze, zaprowadź mnie. A ty, Peg, pójdziesz z nami.
Świniowata nawet nie drgnęła. Ursa wiedziała, że utraciła cały autorytet. Sha nie musiała nawet sięgać do bicza, wystarczyło, że syknęła przeciągle, by Peg stanęła gotowa do wykonywania poleceń.
Przeszły do końca korytarza i weszły do pomieszczenia z prysznicami. Tuk moczył się w brodziku, rozrzucając wodę rękoma. Na ich widok cofnął się do rogu. Na boku miał niezagojoną ranę w kształcie sierpa, strzaskaną kość policzkową i złamany nos. To nie były rany zadane biczem – Sha nie miała też tyle siły, by pobić małpoluda.
– Świniowata zmuszała Tuka do zbliżeń, więc małpolud był wdzięczny, że Sha zamknęła go tutaj.
– Posłuchaj, chyba wiem, jak ustabilizować portal – zaczęła powoli nadzorczyni. – Będę potrzebować pomocy.
– Sha pomoże.
– Dobrze…
– Tylko jeśli Ursa zabierze Sha ze sobą. Sha może być już ostatnia z jej rasy. Odkąd wielkie słońce zaczęło zachodzić, wielu umarło. A wkrótce nie będzie już nikogo, kto mógłby złożyć lęg.
Nadzorczyni patrzyła w pionowe źrenice Sha, nieprzeniknione niczym ciemność spowijająca bazę.
– Sha jest gotowa złożyć lęg, ale dla potomstwa Sha tu nie będzie nadziei, nie będzie rasy Sha, jeśli Ursa jej nie zabierze.
– Dobrze – zgodziła się Ursa, po chwili namysłu. – Pokierujesz Tukiem i Peg.
– Sha zrobi, co rozkażesz.
Stanęli przy wejściu prowadzącym do baraku numer dziewięć. Ursa, Tuk i Peg ubrani byli w płaszcze z kapturami, wzmocnione plastikowym stelażem i maski chroniące twarze. Sha w poszarpaną tunikę, w ręku ściskała flarę. Małpolud otworzył drzwi. Nadzorczyni wyszła pierwsza, za nią ruszyła Peg i Tuk. Sha zamykała kolumnę. Flara rozjarzyła się zielonym gejzerem światła. Powoli przemierzali ciemność, walcząc z wiatrem. Brnęli przez targane wichurą kamienie. Czerwona lampa lśniła niczym latarnia w czarnej pustce, wypełnionej szumem i łoskotem przewalającego się skalnego inwentarza.
Ursa dopadła do drzwi. Skierowała Tuka do klamki. Małpolud pchnął, wrzasnął dziko, lecz drzwi nawet nie drgnęły.
– Peg! – Nadzorczyni z trudem przekrzykiwała wyjący wiatr. – Peg!
Sha stanęła za świniowatą. Peg drgnęła i podeszła do napierającego na drzwi Tuka. Przyłożyła racice i pomogła pchać. Kwiki i wrzaski zlały się z zawodzącym wiatrem. Stalowa framuga zaskrzypiała, gdy drzwi ustąpiły. Tuk i Peg wpadli do środka.
Krótki korytarz oświetlała zielona lampa, zawieszona tuż nad wejściem do pomieszczenia z Wędrowcem. Nadzorczyni wyciągnęła klucz i umieściła go w zamku. Spojrzała na Sha, której wichura zerwała całe ubranie – pozostał tylko pasek na biodrze z przypiętym biczem. Łuski na smukłym ciele odbijały światło, sprawiając wrażenie, jakby otaczała ją zielona łuna.
– Tuk, gdy otworzę drzwi, wejdziesz do środka i podejdziesz do Gasa. Będzie miał torbę. Przyniesiesz ją do nas – zaczęła Urasa.
– Tuk?
– Tak. Przyniesiesz torbę – powtórzyła.
Peg nerwowo chodziła od ściany do ściany wąskiego przejścia. Tuk zerkał na świniowatą, wyraźnie zaniepokojony.
– A gdy Tuk przyniesie torbę, Sha zamknie Tuka w pomieszczeniu sanitarnym – wtrąciła się Sha.
– Tuk. – Małpolud kiwnął głową.
Nadzorczyni przekręciła klucz i razem z Sha pociągnęła drzwi.
Tuk wszedł do ciemnego baraku bez lęku, trochę zaciekawiony nowym pomieszczeniem i lewitującymi przewodami w centralnej części. Gas leżał pod ścianą po prawej. Nadzorczyni z trudem przełknęła ślinę, gdy dostrzegła wykrzywioną twarz. Szeroko otwarte usta zastygłe w niemym krzyku, otwarte powieki, zza których ziały dwie czarne dziury. Cała skóra na twarzy Gasa była naciągnięta w stronę czoła, co dawało wrażenie, jakby się uśmiechał. Ursa nie dostrzegła przy nim torby.
Tuka zainteresowały latające przewody. Podszedł ostrożnie, podpierając się rękoma o podłogę.
– Tuk – powiedziała Ursa ściszonym głosem. – Tuk.
Małpolud spojrzał w stronę drzwi w chwili, gdy przewody zafalowały i zaczęły sunąć ku niemu.
– Tuk – powtórzyła nadzorczyni , przywołując go gestem.
Małpolud zrobił dwa kroki w jej stronę. Kable naprężyły się i zawisły nad głową Tuka.
Ursa wskazała ścianę po lewej. Małpolud dostrzegł czerwoną torbę. Poszedł niespiesznie, całą uwagę poświęcając zadaniu. Przewody, niczym zjawa, ruszyły za Tukiem.
Nikt nie zauważył, jak ciało Gasa przesunęło się pod ścianą w stronę drzwi.
Małpolud podniósł torbę i pokazał Ursie.
Nadzorczyni pokiwała głową, bezgłośnie bijąc brawo. Wtedy Tuk zaczął podskakiwać, zaniepokojony. Uderzył torbą o podłogę. Kable zafalowały. Ursa zaczęła gestykulować, próbując pokazać, by zachował spokój. Na próżno – Tuk podskakiwał dziko, przesuwając się coraz bliżej Wędrowca. Peg waliła łbem o ścianę w korytarzu, kwiczała zaniepokojona odgłosami. Sha odwróciła się, by uspokoić świniowatą. Nadzorczyni ostrożnie weszła do baraku, pokazując by Tuk podszedł z torbą.
Tuk zawył, gdy dłonie Gasa zacisnęły się na łysej głowie Ursy. Poczuła zimne, mokre palce. Zobaczyła przed sobą puste oczodoły, nienaturalnie szeroko rozwarte usta i skórę bladosiną, cienką jak papier. Trup zwalił się na nią, napierając rękami. Ursa runęła na plecy i z impetem wyrżnęła potylicą o podłogę. Poczuła ciepłą krew wypływającą z rany na głowie, a następnie palce Gasa – najpierw na ustach, potem nosie i policzkach – przemieszczały się jak u ślepca badającego twarz bliskiej osoby. Oszołomiona Ursa słyszała wrzaski Tuka, groźny syk Sha, dzikie kwiki Peg. Zesztywniała, gdy dłonie Gasa objęły twarz, a kciuki odnalazły oczy Ursy. Zawyła i chwyciła zimne, śliskie nadgarstki ożywieńca. Wypełnił ją ból, jakiego jeszcze nie czuła, gdy kciuki zaczęły wpychać się w oczodoły. W jednej chwili pojęła, że nie powstrzyma Gasa, puściła lewą rękę trupa. Palec wszedł głębiej, rozgniatając oko. Ursa zawyła. Sięgnęła pistoletu sygnalizacyjnego, wymacał spust. Flara oderwała Gasa od Ursy. Trup przeleciał pół metra w powietrzu, nim upadł na ziemię. Nadzorczyni złapała za krwawiący oczodół i wrzasnęła rozpaczliwie, nim odważyła się otworzyć drugą powiekę.
Oko piekło, obraz w pierwszej chwili był zamazany od łez. Przetarła twarz rękawem. Zobaczyła, jak Tuk lewituje wśród kabli. Z ciemnej pustki zaczął wyłaniać się kształt nienaturalnie wydłużonej czaszki, pod którą widniała mała, niemalże dziecięca twarz Wędrowca. Białe wyłupiaste oczy lśniły w mroku, a wydęte, sine usta wykrzywiał zły uśmiech. Ciało Tuka zadygotało, gdy Wędrowiec obnażył bezzębne dziąsła, spomiędzy których wytrysnęła jaskrawa struga światła, zalewając twarz małpoluda. Czerwona torba upadła na podłogę. Ursa Bez namysłu podbiegła do niej. Jedną ręką złapała za pasek. Nad jej głową Tuk pląsał w makabrycznych konwulsjach, gdy strumień czystej energii wdzierał się w małpoluda przez otwory w pysku. Ursa jedną ręką pociągnęła torbę za pasek, drugą wciąż przyciskając do krwawiącego oczodołu. Odwróciła się i zobaczyła Gasa, z żarzącym nabojem w klatce piersiowej, rozświetlonego czerwoną łuną sygnalizacyjną.
– Nie! – wrzasnęła.
Wędrowiec upuścił ciało małpoluda, które upadło tuż przy Ursie.
Świst bata przeciął powietrze. Gas zachwiał się i upadł na plecy. Ursa zaczęła biec, ciągnąc za sobą torbę. Kable zaszurały o podłogę, gdy Wędrowiec ruszył za nią. Gas wyciągnął trupią rękę. Sha błyskawicznie szrpnęła bat owinięty wokół szyi Gasa, odciągając ożywieńca od Ursy.
Kable naprężyły się, szarpnęły Wędrowcem. Z ciemności wystrzeliło chude ramię. Długie palce musnęły skórę na głowie Ursy. Pod masywną czaszką małą dziecięcą twarz wykrzywił grymas, po czym Wędrowiec zapadł się w ciemność. Kable wróciły na miejsce pośrodku baraku numer dziewięć, gdzie zawisły nad ciałem Tuka. Zwłoki małpoluda drgnęły, gdy Ursa i Sha wybiegły na korytarz. Nadzorczyni osunęła się po ścianie, sięgnęła do kieszeni i podała Sha klucz. Peg obserwowała sytuację, wypatrując Tuka, a gdy zamek w drzwiach się zatrzasnął, zawyła przeciągle.
– Uważaj! – krzyknęła nadzorczyni.
Sha spojrzała przez ramię, w chwili, gdy masywne cielsko Peg przygwoździło ją do stalowych drzwi. Syknęła złowrogo. Peg w szale złapała za łuskowatą szyję. Potężne racicowe dłonie zacisnęły się. Ursa patrzyła, jak Sha rozpaczliwie próbuje, oderwanymi od ziemi stopami, znaleźć podparcie.
– Nie! – jęknęła nadzorczyni, niemająca siły na krzyk. – Peg, proszę…!
Oczy Sha lśniły chłodną żółcią, cienkie, pionowe źrenice utkwiły w świńskim pysku. Szyja zaczęła się nadymać, a spod łusek wypłynęła brązowa maź, która oblepiła masywne palce Peg. Świniowata puściła Sha i odskoczyła, kwicząc. Gruczoły na szyi skurczyły się, a grdyka Sha zafalowała. Peg próbowała rozetrzeć maź po podłodze, gdy Sha podeszła do niej. Spomiędzy niebieskich łuskowatych ust wystrzelił brązowy strumień. Ciecz oblepiła pysk Peg. Nadzorczyni zobaczyła, jak substancja wnika w bandaż, dostaje się do oczu i ust świniowatej. Peg rzuciła się w tył, kwicząc przeraźliwie. Wpadła na drzwi, szarpnęła za klamkę i wybiegła, znikając w ciemności. Po chwili zawodzący wicher zagłuszył jej oddalający się w mroku skowyt.
*
Sha ostrożnie naciągała bandaż szponiastymi palcami, uważając, by nie zranić Ursy.
– Czy Ursa będzie miała siły na rytuał? Może powinna odpocząć?
– Nie, Wędrowiec ma teraz dwie marionetki, które może wykorzystać, by zerwać się z uwięzi. Bez niego żniwiarka nie dostarczy wystarczającej ilości energii. Trzeba to zrobić teraz.
– Sha skończyła.
– Dziękuję – powiedziała Ursa, odruchowo dotykając opatrzoną głowę. – Weź ten klucz i zanieś narzędzia do pomieszczenia z monolitem. Następnie zrób miejsce pod rytuał.
Sha bez słowa podniosła torbę, po czym wyszła.
Ursa podeszła do lustra w ambulatorium. Spojrzała na drobne rany pozostawione przez szczuroskoczka, na gazę zakrywającą oczodół, przewiązaną bandażem, przeciągniętym wokół głowy.
Gdzieś przy wejściu do części dla kolonistów rozległ się trzask.
Ursa wyciągnęła ampułkę z morfiną, strzykawkę i schowała do kieszeni. Na blacie stołu operacyjnego odnalazła skalpel. Podniosła go i wyszła na korytarz.
Ciche pojękiwanie dochodziło z pokoju Tuka. Nadzorczyni weszła ostrożnie i zapaliła światło. Peg leżała na posłaniu małpoluda, dygotała, z jej ryja i uszu ciekła krew. Z ran na pysku sączyła się ropa, którą przesiąkł bandaż. Krople potu spływały z czoła na opuchnięte ślepia.
Ursa usiadła obok Peg, która drgnęła zaniepokojona, nie miała jednak sił na nic więcej. Nadzorczyni pogłaskała ją po skołtunionych jasnych włosach. Świniowata z trudem oddychała.
– Spokojnie, Peg, już dobrze.
Skalpel przeciął tętnice na szyi świniowatej. Peg podniosła łeb i kiwnęła cicho. Ursa gładziła jej włosy, aż Peg zamknęła ślepia.
*
Nadzorczyni usiadła na podłodze przed monolitem. Gładka, czarna powierzchnia artefaktu raziła oczy refleksami światła. Ursa powoli przesunęła tłok strzykawki. Poczuła, jak ogarnia ją błogi spokój. Monolit nie budził już lęku, a fascynację, rytuał już nie przerażał – nęcił nieznanym.
Ursa podniosła dwie czarne świece, a gdy poczuła ciepło płomieni na twarzy, skinęła głową. Sha podeszła do żniwiarki i uruchomiła ją. Ursa szeptała zaklęcie z księgi Tarra – prastare słowa nawołujące bezmiar, wyrazy opisujące nieskończoność światów. Mówiła językiem Pustki, a Pustka słuchała. Nadzorczyni zaczęła zapadać w trans. Wtedy Pustka przemówiła, zalewając Ursę potokiem obrazów, wodospadem barw i kształtów. Monolit przestał być artefaktem, stał się jednością z Ursą.
Gładka powierzchnia artefaktu zaczęła pęcznieć, formując czarny stożek, który zapadł się nagle do wnętrza onyksowej bryły. Ursa poczuła, jak Pustka otwiera się przed nią, weszła w otchłań. Dryfowała w bezkresie. Wypowiedziała formułę Tarra i słowa zaczęły nieść Ursę, wyznaczyły pomost między nią a odległymi światami.
W monolicie powstały wirujący owal, z wnętrza zaczęło wylewać się niebieskie światło, które otoczyło Ursę.
Sha umieściła czterocalowy klucz w panelu tuż przy przewodzie ze żniwiarki. Szarpnęła i kabel odpadł od artefaktu. Niebieskie światło zostało wessane z powrotem do portalu.
Sha obeszła monolit i stanęła przed owalem. Wnętrze jarzyło się błękitem.
– Dlaczego nas otrułaś? – zapytała nadzorczyni.
– Tarr nie potrafił ujarzmić przejścia – odpowiedziała Sha, nie odrywając wzroku od owalu. – Sha wiedziała, że Tarr nie pozwoli badać Ursie monolitu. By Sha mogła uciec przed długą nocą, musiała sprawić, by to Ursa odprawiła modły, by przyzwała przejście. Sha wie, że Ursa nie wybaczy, dlatego Sha sama przejdzie przez portal.
Nadzorczyni odstawiła świece i wstała. Sha weszła w wirujący owal i zniknęła w błękicie. Ursa spakowała do torby to, co najcenniejsze – notatniki z prowadzonych badań oraz księgę Tarra. Nim podeszła do portalu, gdzieś z jego wnętrza rozległ się sykliwy wrzask. Nadzorczyni podniosła czarne świece i wypowiedziała słowa stabilizujące portal.
Owal przestał wirować, błękit delikatnie wyciekał z monolitu, rozlewając się po podłodze. Ursa upuściła świece i weszła w ustabilizowane przejście.
*
Xiv lubił przychodzić pod monolit. Czarna bryła, choć obrośnięta pnączami, nie pasowała do buszu. Dżungla zdawała się to wiedzieć i przezornie trzymała dystans. Tuż przy dziwnym kamieniu nie rosło żadne drzewo czy krzew, zwierzęta też omijały to miejsce, a ich ścieżki zawsze przebiegały w bezpiecznej odległości od onyksowej skały. Otaczała ją jedynie trawa i pnącza. Miejsce z monolitem było wyrwą w głuszy tworzącą idealny okrąg wokół bryły.
Xiv lubił spokój panujący w tym miejscu. Zjadał brunatny owoc, gdy wszystkie odgłosy dżungli ucichły. Gładka powierzchnia monolitu zaczęła pęcznieć, układając się w stożkowaty kształt. Pod naporem poruszającej się struktury pnącza pękły i opadły na ziemię. Xiv nadymał niebieską gardziel, z porowatej skóry wysunęły się kolce, warknął ostrzegawczo. Wtedy stożek zapadł się do wnętrza monolitu, tworząc wirujący owal. Z okręgu buchnęło niebieskie światło. Xiv zobaczył wyłaniającą się z bryły postać, pozbawioną opierzenia, futra, nawet łusek – rozłożył skrzydła o żółto-pomarańczowych piórach i wzbił się w powietrze, uciekając w popłochu. Ursa obserwowała, jak znika w zaroślach, za nią powierzchnia monolitu znów stała się jednolicie gładka.
Koniec

Kliknij aby rozwinąć
Nieodpowiednie pytanie
Kliknij aby rozwinąć
Janina usłyszała dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach, zerknęła na stół z przygotowaną kolacją i ruszyła do przedpokoju.
Marek wszedł do mieszkania i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie przekręcił zamka, zauważyła z irytacją.
– A, jesteś, kochanie – powiedział i odwiesił kurtkę na ubraniu Kubusia.
– Co za okropny dzień – powiedział, ściągając buty bez rozwiązywania.
Janina minęła męża w przedpokoju. Przewiesiła nakrycie na pusty wieszak.
– Fabian, ten skurczybyk, wyobraź sobie, nie przysłał mi sprawozdania. – Marek przeszedł do kuchni, gdy ona odstawiła buty na wycieraczkę. Podniosła kapcie i ruszyła za mężem.
– Co on sobie wyobraża? – Otworzył lodówkę i wyciągnął karton mleka.
Janina podsunęła mu papucie.
– Dziękuję, kochanie. Nie zostawię tak tego, w poniedziałek z samego rana wyślę maila do kierownika, mam dość jego niekompetencji, arogancki dupek. – Wsunął stopy w kapcie. Odkręcił nakrętkę i napił się wprost z kartonu.
Janina podeszła do szafki, wyciągnęła szklankę i postawiła na blacie obok męża.
– Fabian, co to jest w ogóle za imię? – zapytał, opierając się o otwarte drzwi lodówki.
Otworzyła usta, by powiedzieć o szklance, jednak Marek zakręcił już karton i odstawił.
– Przepraszam za spóźnienie, ale korek był jak jasna cholera.
“Przeprasza lodówkę?” – pomyślała. Patrzyła, jak zagląda do środka.
– Niektórzy nigdy nie powinni mieć prawa jazdy. Oczywiście młoda panienka, w toyocie kupionej za pieniądze tatusia, spowodowała kolizję.
Janina schowała szklankę z powrotem do szafki.
– Trajkotała przez telefon, pewnie musiała dokończyć rozmowę, którą przerwała jej stłuczka. O czym ci ludzie rozmawiają? Wszyscy nic nie robią, tylko gadają, albo gapią się w ekran. – Mąż wziął wdech po przemowie.
Janina wyciągnęła palec w stronę lodówki, Marek jednak już przymknął drzwi i oparł się o nie plecami.
– W radiu wspominali, że znowu podskoczą ceny – powiedział zrezygnowany.
Opuściła rękę, chciała zaproponować, by przeszli do salonu i usiedli do kolacji, ale widok zbyt długo otwartej lodówki kompletnie ją rozproszył. Zrezygnowała, odsunęła krzesło i usiadła przy kuchennym stole.
– Co oni w tym rządzie wyprawiają? Zabierają ci pół wypłaty co miesiąc, opodatkowane jest wszystko włącznie z pieprzonym powietrzem nad morzem, a gdy nadchodzi kryzys, to potrafią tylko gadać w kółko – a to o wojnie na Ukrainie, a to o epidemii albo zasłaniają się opozycją.
Janina oparła rękę o blat stołu i patrzyła, jak usta Marka nieustannie się poruszają.
“Ma popękane wargi” – przeszło jej przez myśl. – “Prosiłam, by ich nie oblizywał. Czemu on zawsze je ślini?”
– Zresztą, jedni i drudzy są siebie warci. Tylko pytam się, gdzie są te pieniądze? Na co oni je wydają? Przecież, gdyby Frąckowiak tak zarządzał swoją firmą, jak oni państwem, to już dawno musiałbym szukać nowej roboty.
“Ma takie dwa włoski na czubku ucha” – zauważyła. – “Czemu ich nie ściął, wyglądają nie tylko kretyńsko, ale i obleśnie.
– Swoją drogą, a propos złego zarządzania wiesz, co mój kochany szef wymyślił?
“To na pewno będzie coś ważnego” – pomyślała. – “Bo opluł sobie wargę, jak dziecko, gdy się podnieci”.
– Mam przejąć obowiązki Bogusia – ciągnął dalej – wyobrażasz sobie?
Patrzyła, jak Marek wsadza sobie mały palec lewej dłoni do ucha i obraca nim.
– Przecież ja ledwie się uwijam ze swoją robotą. I co mnie interesuje, że jest na zwolnieniu? Gdyby Frąckowiak zatrudnił jeszcze dwie osoby, nie byłoby sprawy, ale nie, lepiej jest wcisnąć dodatkową robotę Mareczkowi. A na pewno taniej.
“Ostatnio śmierdzi mu z ust” – przypomniała sobie. – “Chyba muszę mu o tym powiedzieć”. Janina wstała i podeszła do zlewu by umyć kubek po mące.
– Gdzie Kuba?
Odwróciła się, by odpowiedzieć ale mąż ją uprzedził:
– Pewnie u Marcina.
Uśmiechnęła się i przytaknęła.
– Jutro wychodzę, dostałem wiadomość od Głuszyńskiego, pamiętasz go? Kolega z liceum, mamy spotkanie klasowe po latach. Ciekawe, co słychać u tych wariatów.
Janina zakręciła wodę i odstawiła kubek obok naczyń. Spostrzegła, że jeden z widelców ma plamę, podniosła go ostrożnie i przyjrzała mu się. “Przecież go myłam” – ta myśl nie dwała jej spokoju. Nie znosiła niedomytych naczyń, a w szczególności sztućców.
– Głuszyński był niesamowity, naprawdę zabawny facet, ciekawe, czy nadal ma w sobie tę iskrę, wiesz, czy się nie zestarzał.
“Przecież szorowałam ten widelec, skąd ta cholerna plama?”
– Posłuchaj, a może coś zamówimy?
Janina odwróciła się do uśmiechniętego głupkowato męża, podeszła i wrzasnęła mu w twarz:
– Zrobiłam pierdoloną kolację!
Wzięła zamach i wbiła mu widelec w oko, po sam uchwyt. Marek zrobił lekko zdziwioną minę, oparł się o drzwi lodówki, po czym osunął martwy na podłogę.
*
W jadalni panowała cisza, przerywana monologiem Janiny:
– Rozmawiałam z Agatką. – Uśmiechnęła się do Marka. – Znowu ma problemy z mężem. Wspominałam ci, że jest alkoholikiem? Nie wiem, jak ona z nim wytrzymuje. Już tyle razy jej mówiłam „kochana szanuj się, zasługujesz na coś lepszego”. Jola też jej to powtarza, ale do Agatki nic nie trafia. Wiesz, czasami sobie myślę, że ona lubi cierpieć. A, i rozmawiałam z wychowawczynią Kuby, podobno świetnie mu poszło, na olimpiadzie z matematyki, wyobrażasz sobie?
Janina nabiła na widelec kawałek kurczaka, następnie nieco sałatki. Otworzyła usta, jednak zatrzymała się w pół drogi i spojrzała na męża siedzącego na krześle, po drugiej stronie stołu i zapytała:
– Jak ci smakuje kochanie?
Marek spoglądał na nią jednym okiem i milczał – jego twarz zdążyła nabrać sinej, pośmiertnej barwy.
Koniec

?
Kliknij aby rozwinąć
?
?
Kliknij aby rozwinąć
?
?
Kliknij aby rozwinąć
?
?
Kliknij aby rozwinąć
?
Porozmawiajmy o historii
Jeśli któraś z moich historii wywołała w Tobie emocje, skłoniła do refleksji lub pozostawiła więcej pytań niż odpowiedzi, zostaw komentarz.